Rozdział 34

Momentami zbliżała się do odzyskania świadomości i zdawało jej się, że jest bliżej, a świadomość czai się tuż za progiem. Mogła coś słyszeć – ciche postukiwania, szelesty prześcieradła, szepty. Pewnie jego szepty, bo czyje inne. Mogła też coś czuć, jak smyranie – to tu, to tam. Ktoś oglądał czy egzaminował różne części jej ciała, dopuszczał się jakiś zaklęć, które przynosiły ciepło lub niewielki chłód. Nie czuła się jednak zagrożona, to było zbyt proste, by mogło być niebezpieczne.

Na samym końcu tych odległości mogły zabrzmieć też jakieś słowa, wypowiedziane tuż do jej ucha. Mógł dotknąć ją jego pocałunek, złożony wpierw na jej czole, a potem, po jakiejś chwili, może zastanowienia, na jej wargach.

Wraz z jego nieobecnością nastała cisza, spokój i niezbyt dokuczliwy chłód.

Spytana, nie mogłaby powiedzieć, po jakim czasie się obudziła. Były to minuty, godziny czy może dni?

Najpierw nadeszło uderzenie. I znów nie mogłaby powiedzieć: czy to jej serce zabiło raz zbyt mocno, czy coś upadło na posadzkę? A może coś legło w gruzach.

Od tej pory świadomość nadchodziła powoli, osiągając się, a kiedy zdała sobie sprawę ze swojej przytomności…

Trach!

Dokładnie w chwili, kiedy się ocknęła, ktoś postanowił dorzucić Ennevrate!

Przyłożyła dłonie do piersi, zapowietrzając się. Oddychanie bolało. Było niemożliwe, a przecież niezbędne.

– Panno Granger… Słyszy mnie pani?

Otworzyła niechętnie oczy. Powoli zaczęła dostrzegać szczegóły… twarze.

– Panno Granger.

Tak, słyszała i widziała. Po paru chwilach zerwała się do pozycji siedzącej. Musiała przetrzeć oczy, spojrzeć jeszcze raz, by uwierzyć. Szybko, choć nie bez zdziwienia pojęła, gdzie jest. Była w swoim łóżku, w tym łóżku, które okupowała miesiącami w jego rezydencji, zanim nie zagarnął jej do siebie. Wokół niej zebranych było pięć osób. Severus Snape, Draco Malfoy, Remus Lupin, Ron i Artur Weasleyowie.

Na pewno się obudziła?

– Musiałaś być nieprzytomna przez jakiś czas. Właśnie cię znaleźliśmy.

Znaleźli ją, oni ją znaleźli? Co to miało znaczyć? Wpatrywała się w nich bez słowa, próbując sobie przypomnieć, jak tu się znalazła. Może coś znaczącego jeszcze do niej nie doszło, może nie pamiętała.

Był Hogwart, był Riddle w Pokoju Życzeń… Tak, mogłaby tu skończyć. Ale skąd wzięli się tu oni?

Nie podobało jej się to od pierwszej chwili. Instynktownie, myślami połączonymi ze swoją – jakby to powiedzieć – magiczną intuicją poszukała swojej różdżki. Z ulgą wyczuła ją pod poduszką. Przesunęła się po prześcieradle w stronę wezgłowia łóżka, jakby chcąc zachować odpowiedni dystans. Ich obecność była niepojęta, tak nieprzewidywalna, jak to tylko możliwe.

I coś dziwnie błyszczało w ich oczach. Hermiona milczała, zdezorientowana. Zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć. Spodziewała się Riddle'a i dalszej części jego gróźb i ultimatów, a nie sterczących nad nią milcząco członków Zakonu Feniksa.

– Dobrze panią widzieć po tak długiej nieobecności.

– Jak długiej? – spytała, chcąc jednocześnie podnieść się z łóżka. Snape jakby ją uprzedził, unosząc zapobiegliwie dłoń.

– Proszę nie wstawać, możesz tego nie czuć, panno Granger, ale jesteś bardzo słaba. Musisz być.

– Po tym, co ten sukinsyn jej zrobił… – mruknął Ron.

Zmarszczyła brwi. To nie mogło się dziać. Ron nie mógł tu być i wypowiadać tych słów. Coś było strasznie, strasznie nie w porządku. Spojrzała zaalarmowana na Snape'a.

– Co tu się dzieje? – wycedziła powoli, nieco niepewnie. – Gdzie jest Riddle?

– Panno Granger… Hermiono – spauzował na chwilę. – Lord Voldemort nie żyje. Został dziś pokonany przez Zakon Feniksa.

Wciąż te same wyrazy twarzy, choć oczy nieco bardziej niespokojne.

Zaśmiała się. Nie no, spokojnie, Granger.

– Myśli, że w ten sposób zmienię zdanie?

Snape zmarszczył brwi, a potem skinął do siebie głową. Jakby zrozumiał, co miała na myśli.

– Nie, panno Granger, to nie tak – westchnął. – Razem z Draconem pracowaliśmy nad tym planem od jakiegoś czasu. Wtajemniczyliśmy w to pozostałych zniewolonych członków Zakonu. Porozumiewaliśmy się rzadko, zachowując przesadną ostrożność. Nie chcieliśmy ciebie w to mieszać. Chcieliśmy zwiększyć możliwość pokonania go, dać Zakonowi drugie wyjście, gdyby tobie się nie udało. Nie wiedzieliśmy, że tu jesteś.

– Hermiono, nie wiedzieliśmy, że żyjesz! – dodał Lupin.

– Przeszukiwaliśmy jego posiadłość w poszukiwaniu śmierciożerców – dokończył Snape. – Kiedy spostrzegli, że ich pan poległ, uciekli w przestrachu. Praktycznie nikt nie chciał z nami walczyć.

– Mhmmm, jaki mamy dzień? – spytała, zakładając ręce na siebie.

– Dwudziesty drugi lutego.

– Zatem byłam nieprzytomna przez dwa dni – powiedziała, głównie do siebie.

– Od jak dawna tu jesteś?

– Odkąd jestem nieprzytomna – odparła z niecierpliwością. – Przecież mnie znalazł. Muszę wstać – powiedziała nagle, a potem zatrzymała się i sięgając ręką pod poduszkę, powoli wyciągnęła spod niej swoją różdżkę.

Poczuła niemałe poruszenie po ich stronie. Zupełnie jakby byli gotowi do ataku. Hermiona zignorowała to jednak. Bardziej zainteresowała ją Błękitna Różdżka, której nie miała w dłoni od tak dawna i która była dla niej w tej chwili ważniejsza niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Obróciła ją w palcach i nabrała głęboko powietrza. Musiała mieć problemy z logicznym myśleniem. Coś było nie tak, coś jej się tu zupełnie nie zgadzało. Chciano ją oszukać.

Jednocześnie zakręciło jej się w głowie i oparła się o wezgłowie łóżka, twarz chowając w dłoniach. Znów – to nieprzyjemne uczucie.

– Nie czuję się najlepiej. Byłoby dobrze, gdyby któryś ze skrzatów…

– Żaden skrzat się nie zjawi. Nie ma tu nikogo poza nami.

– …i nim… – mruknął niepewnie Draco.

– Tak, jego zwłoki wciąż leżą w głównej sali – skończył Snape surowo.

Uśmiechnęła się, mając ochotę znów się roześmiać. To było bardzo w jego stylu, ale wolałaby, by Riddle zakończył to przedstawienie. Nie czuła się zbyt komfortowo w tej sytuacji. Wolałaby, żeby tu był i nawet kłócił się z nią, wolałaby jego Cruciatusa od tego cholernego zebrania, nie wiadomo pod jakim przykazaniem.

– Muszę się ubrać – odparła, znów próbując się wydostać z łóżka. Wciąż coś ją powstrzymywało i oni tak cholernie ją irytowali odgrywaniem tej całej szopki. Nie miała nic przeciw temu, że byli cali i zdrowi, ale nie na jej oczach. Nie w takim kontekście.

– Hermiono, musimy zadać ci parę pytań.

Westchnęła i rozkładając na bok ręce, odparła z irytacją:

– Jakich pytań?

– Co się działo z tobą przed ostatni miesiąc?

Wzruszyła ramionami i zaczęła obojętnie:

– Nie było mnie, ponieważ… – Pokręciła głową. – To naprawdę długa historia. Bellatriks chciała mnie zabić i prawie jej się powiodło, a później… Byłam na Nokturnie, potem w Rosji, Chinach, Japonii. Musiałam pomyśleć nad tym wszystkim, znaleźć sposób na pozbycie się go. No ale jak mówiłam, znalazł mnie.

– Mamy trochę czasu na twoją opowieść, zapewne. Nikt tu nie wróci przez jakiś czas.

– Musimy się upewnić, Severusie – wtrącił nagle cicho pan Weasley.

– Panno Granger, musimy być pewni czy to koniec. Czy Lord Voldemort zabezpieczył się w jakiś sposób na możliwość swojej śmierci? Jego horkruksy przestały przecież istnieć, ale... musimy mieć pewność, że możemy odetchnąć z ulgą.

– Więc Riddle zastanawia się, czy ja coś podejrzewam.

Założyła ręce na siebie i znów się do siebie uśmiechnęła.

Wszyscy spojrzeli na nią z wyraźnym zmieszaniem. Tylko spojrzenie Snape'a zawierało w sobie tyle zmartwienia i zrozumienia, co czujności.

– Hermiono, mówiliśmy ci, dlaczego tu jesteśmy. Czarny Pan jest martwy. O ile nie masz nic do dodania, to nie jest już niczyim problemem.

– Oczywiście, że nie jest. Niech zgadnę, Riddle– zaczęła tak, jakby miał ją słyszeć – gdzieś tam śmiejesz się do rozpuku, prawda? Powiem ci coś, to nie jest zabawne. Ani trochę, cholerny sukinsynu.

Wreszcie jednym ruchem odrzucając od siebie ciężką pościel, wydostała się z łóżka, podeszła do szafy i zaczęła szukać jakichś ubrań. Wciąż tu były, cała szafa pełna jej szat na najprzeróżniejsze okazje. Nie bacząc na nich, zaczęła sie ubierać. Obstawiała dwie możliwości, albo to był sen, albo zaklęcie modyfikujące rzeczywistość. Tak czy siak, mimo że miała ich gdzieś, w samej bieliźnie nie czuła się zbyt komfortowo. Nie była jakąś ekshibicjonistką.

Chwilę przed tym, jak miała się już obrócić ku tym natrętom, poczuła rękę Snape'a na swoim ramieniu. Znieruchomiała.

– Czy jeśli zobaczysz jego ciało, to uwierzysz? – Hermiona zamknęła oczy. – Wciąż nie ustaliśmy, co z nim zrobić.

Nie chciałaby tego oglądać, nawet jeśli to miała być nieprawda. Nie zniosłaby widoku jego pozbawionego życia ciała, w jakiejkolwiek formie. Dlatego też unikała wszelkich boginów jak ognia. To nie byłby żaden martwy Harry jako głos jej sumienia, to byłby Tom. Martwy Tom Riddle. Bo nie, martwy Tom Riddle w stroju klauna nie byłby zabawny.

Znów spojrzała na swoją różdżkę, myśląc, że gdyby to była prawda, to byłby najgorszy koszmar jej życia.

Odwróciła się, wciąż uśmiechnięta.

– Powiedz mi więc, mądralo, jak właściwie udało wam się go pokonać.

Ron zrobił minę. Nigdy nie odezwałby się tak do Snape'a i wyraźnie się zdziwił. Ron nie miał zielonego pojęcia o tym, kim stała się Hermiona. Snape wiedział. Drgnęły mu jakieś mięśnie twarzy, ale powstrzymał się od ostrego komentarza. Hermiona mogła być dwa razy młodszą od niego wiedźmą, smarkulą, której dopiero co odejmował punkty, ale jednocześnie, nie była już nikim takim. To była zupełnie inna, w dodatku niezwykle niebezpieczna osoba. Ostatnio pojął, że nie – po prostu nie. To już nie była Hermiona Granger, która mógłby pouczać czy dyscyplinować w jakikolwiek sposób.

– Wiedzieliśmy, że żadne z nas nie ma odpowiednich zdolności, żeby go pokonać – zaczął spokojnie. – Nawet gdybyśmy zsumowali w jakikolwiek sposób swoje siły i zgromadzili w jednym z nas, by stawił mu czoła – mówię tu o ostatecznym przekierowaniu magii, bo i o tym myśleliśmy – to i tak to mogłoby nie wystarczyć. Każde z nas było jak najbardziej świadome tego, że Lord Voldemort jest nie tylko najpotężniejszym przeciwnikiem, jakiego można sobie wyobrazić. To nie w jego mocy tkwi jego prawdziwa siła, a w sprycie. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie ma sytuacji, której by nie przewidział, że zaskoczyć go, w jakikolwiek sposób, jest niemożliwością. My nie próbowaliśmy go zaskakiwać, doszliśmy do wniosku, że pozwolimy mu dokładnie się rozpracować. Chcieliśmy, by wiedział, co planujemy.

Zmarszczyła brwi i niespokojnie przestąpiła z nogi na nogę. Snape kontynuował.

– Zrobiliśmy więc dokładnie to, o co nas podejrzewał. Nie zgadzał się tylko jeden mały szkopuł... To nie były te klątwy. Nieobecna tu w tej chwili Luna Lovegood, której nikt by o to nie podejrzewał, wymyśliła coś, co chyba nie mógłby wymyślić nikt inny. – Spojrzał w dół, na swoją różdżkę. – Zaczarowaliśmy swoje różdżki. Tak, zgadza się. Zaczarowaliśmy je, sprawiając, że każde zaklęcie czy klątwa, które z nich wychodziło, choć widoczne i wyczuwalne, wcale nie docierało do celu, choć wszystko inne mogło to potwierdzać.

– Luna mówiła coś o jakichś trzepiotkach, które połykają prawdziwą moc zaklęć i potem wypluwają ją po czasie, jak już ich ani nie widać, ani nie czuć.

– To jest uzasadnione kilkoma magicznymi teoriami, Weasley, a to, że Lovegood wciąż nie wyszła z myślenia prelogicznego, to inna sprawa. W każdym razie – zwrócił się z powrotem do Hermiony – udało nam się sprawić, sam nie mogę uwierzyć w to, że zadziałało… udało się… tych parę zaklęć, które odparł bez trudu, zapewnie dobrze się przy tym bawiąc, w istocie ugodziło go, po czasie, kiedy nie mógł już nic zrobić.

– Można powiedzieć, że Voldemort nie wiedział, co go trafiło.

Hermiona słuchała, nie dowierzając. Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Jeśli ktokolwiek dokonałby czegoś takiego, to by była… prawdziwa rewolucja. Miała ochotę się nie zgodzić. Nie mogła się zgadzać.

– Ale to jest…

Niemożliwe? Nie, może mało prawdopodobne, ale możliwe. Genialne, pomyślała. I pobladła. To miało sens, sama myślała o czymś takim, że to mógłby być sposób – sprawdzić, by myślał, że wie, co się dzieje, kiedy działoby się coś zupełnie innego.

– Każde z nas złożył przysięgę, że nie zdradzi tej teorii nikomu. Skutki mogłyby być katastrofalne. Ty również będziesz musiała to uczynić.

Lęk.

Nie. Strach.

Skinęła tylko głową i jej cała uwaga odpłynęła gdzieś na chwilę. Zaczynała tracić na sobą kontrolę, wiedziała o tym.

– W takim razie, tak, chcę zobaczyć jego ciało – odparła już najzupełniej poważnie.

Snape odesłał Weasleyów do dalszego przetrząsania rezydencji, reszta ruszyła tuż za nią.

Hermiona szła pustymi korytarzami powoli, niechętnie odmierzając każdy krok. Miała przy tym ochotę zniknąć siebie albo ich – i to w nie do końca miły sposób.

Patrzyła przy tym to na swoje dłonie, to na różdżkę, zamkniętą w jej uścisku. Ta różdżka zawsze pozwalała jej odróżnić sen od jawy. W snach nigdy nie miała tego uczucia, które teraz jej towarzyszyło. Czuła swoją różdżkę, miała ją w swojej dłoni, magia napierała na koniuszki palców.

Jeśli to byłby to sen, obudziłaby się już. Nie tkwiłaby tak długo w swoich głupotach. Jeśli byłoby to zaklęcie modyfikujące rzeczywistość, znów – obudziłaby się. Sam ją wyszkolił do tego, by bez problemu mogła odróżniać sen od jawy. Znała sposób. Chwila, jaki to był sposób? W ogóle nie mogła się skoncentrować. Wszystko trzęsło się wokół niej i nie dlatego, że to nie było prawdziwe. Nie potrafiła już widzieć wyraźnie. Wszystko się sypało, cegiełka po cegiełce, wiedziała, że jest tylko parę chwil od tego, by cały jej świat runął z potężnym hukiem.

Dotarła do drzwi głównej sali i od tego momentu niemal biegła. Leżał tam. Nad jego ciałem stała zapłakana, roztrzęsiona Luna. To był najbardziej przerażający i jednocześnie niepożądany obraz, jaki widziała w życiu.

– Jak… – zaczęła. – Jak mogliście ją zostawić tu samą, do cholery!

Mocno przytuliła dziewczynę i zaraz szybko popchnęła ją w ramiona Dracona. Sama ukucnęła przy jego ciele, które w żadnym razie nie mogło być jego ciałem. Nie było takiej możliwości. To był sen, a poza tym Lord Voldemort był niepokonany. I to ona miała to uczynić; ewentualnie. Nie oni! Była pewna, że gdyby podjęła taką decyzję, pozbyłaby się ich wszystkich bez większego trudu. Więc i on nie dałby się im zabić, był na to zbyt sprytny, zbyt ostrożny, zbyt potężny.

Lord Voldemort nie mógł być więc martwy. Tom Riddle nie mógł umrzeć bez jej zgody.

Tom.

Czarna magia zbierała się w niej powoli, nieubłaganie wypełniając ją od czubka głowy po końce palców, przepełniając ją całą. Hermiona była teraz huraganem, który podnosił się z kolan wiedziony potrzebą zniszczenia. Wiedziała, co musi... nie, co pragnie i zamierza uczynić.

Chwilę później wokół niej leżały cztery ciała jej przyjaciół. Ludzi, z którymi kiedyś walczyła o lepszą przyszłość. Ludzi, których mniej lub bardziej kochała czy szanowała. Nawet nie zdążyli się zdziwić czy przerazić.

Nie miała świadomości tego, co zrobiła, albo zwyczajnie przekroczyła tę granicę. W chwili kiedy zobaczyła go martwego, czarna magia dotknęła jej duszy w taki sposób, w jaki nie powinna. Może nie po raz pierwszy, ale coś w niej pękło – więc pierwszy raz do tego stopnia.

Czy to znaczyło, że stała się zła? Może, ale jakie to właściwie miało znaczenie, kiedy Tom Riddle leżał tu bez ruchu. Płakała po nocach na samą myśl, że to mogłoby się stać, a teraz to nie była już kwestia płaczu, rozpaczy. Teraz mogła już tylko oszaleć.

Hermiona czuła, jakby coś w niej umarło i to coś, było jedyną rzeczą, która utrzymywała ją dotąd przy życiu. Teraz przestawała być osobą. Jej obojętny, niewidzący wzrok powiódł wzdłuż jego nieruchomej postaci. Jej nieco bezwiednie wiedziona dłoń powoli zamknęła mu oczy. Przejechała łagodnie dłonią po jego twarzy, która jednak nie zmieniła swojego potwornego wyrazu. Nie dał się ułagodzić.

Zamknęła oczy i położyła się koło niego. Da mu swoje ciepło, swoją miłość, swoje życie. Dopóki jej nie znajdą czy dopóki sama nie umrze, będzie przy nim. Lepiej by było, gdyby umarła, myślała. Nie było już żadnego powodu, by żyć, nawet by cierpieć.

~o~o~o~

Riddle oglądał przebieg swojego eksperymentu z rosnącym podnieceniem i zainteresowaniem. Hermiona szybko zorientowała się, że coś jest nie tak, że to najpewniej sen albo jakaś jego sztuczka. Nie myliła się. Właściwie od początku nie traktowała otaczającej ją scenerii na poważnie, drwiła sobie z zebranych wokół wytworów jego wyobraźni. Był właściwie zadowolony, dopóki nie uprzytomnił sobie, że to nie była drwina. Ona broniła się tak przed ich słowami, przed faktami, które za nimi stały. Dlaczego różdżka, którą wyciągnęła spod poduszki, nie uzmysłowiła jej prawdy? To ona była jej sposobem, czyż nie? Coś nie zadziałało. Mimo że z początku wątpiła w zastaną rzeczywistość, później z jakiegoś powodu zaczęła w nią wierzyć. Przekonały ją słowa Snape? To były jego własne słowa! Jednak wciąż zaintrygowany, pochłonięty rozwojem wydarzeń, zamiast wyrwać ją z tego, pozwolił jej iść tym korytarzem. Zobaczył, że się boi, mimo że nie powinna. Rozgryzła go, więc dokąd to zmierzało? Dlaczego właściwie jeszcze się nie obudziła? Był zbyt ciekawy, a potem przez chwilę zbyt wściekły, gdy zobaczył, jak Hermiona przytula Lunę Lovegood, zupełnie nie przejmując się jego ciałem. A potem… potem znów zbyt późno coś do niego dotarło. Rzucenie się w ramiona dziewczyny było jej próbą na przekonanie samej siebie, że nie chce zrobić tego, co miała zrobić. I nie dała się przekonać samej sobie. Chwilę potem zabiła ich wszystkich. Ot tak. Nie był pewien, co o tym myśleć. Z jednej strony, wspaniale, to udowodniało, że ma rację. Była jego. Świetnie. Tyle że teraz powinna się już obudzić. Co ona robiła, dlaczego… Wysunął się z jej umysłu i spojrzał na Hermionę. Jej twarz była pozbawiona wyrazu. Nie było na niej śladu strudzenia czy niepokoju.

To mogło oznaczać jedno. Była głęboko. Zmarszczył brwi i szybko chwycił za różdżkę. Zaklęcie, które powinno ją obudzić, nie zadziałało. Przeklął. Czuł jej zamiar z tego snu. Chciała umrzeć. Znów błysnęła jego różdżka. Nic. Nie, do diabła, to nie mogła się dziać. Hermiona z niewytłumaczalnego powodu była tak głęboko przekonana, że to prawda, że miała zamiar się zabić. Była potężna, jeśli by się uparła, mogła rozkazać swojej magii się zgładzić. Nie we śnie, w rzeczywistości, którą uznała za prawdziwą. Mogła się już nigdy z tego aż nazbyt realistycznego koszmaru nie obudzić.

Przyłożył różdżkę do swojego ramienia, z całej siły, i minutę później do komnaty wpadł Snape. Kiedy zobaczył Hermionę, jego oczy otworzyły się szeroko w zadziwieniu.

– Panie? – spytał zaniepokojony. Kiedy zobaczył ostre spojrzenie Lorda, zląkł się jeszcze bardziej.

– Ona tam myśli, że nie żyję. Jest w stanie rozpadu świadomości. Eliksir Malkina, Guardiana, Falentiusa i Hidegarra i co tylko uznasz za stosowne. Na teraz.

Snape zmarszczył brwi.

– Panie, sądzę, że…

– Natychmiast, Snape!

Riddle w tej samej chwili zniósł zabezpieczenia antyaportacyjne, co wyczuł także drugi mężczyzna.

Mistrz Eliksirów bezzwłocznie deportował się i nie minęła minuta, kiedy był z powrotem, z żądanymi eliksirami. W pośpiechu i pod bezwzględnym żądaniem Czarnego Pana, nawet nie przyszło mu do głowy, by uczynić cokolwiek innego. Zresztą, nie zdążyłby. Voldemort niemal wyrwał mu te eliksiry z rąk i rzucił się ku dziewczynie. Przyłożył jeszcze dłoń do jej serca. Biło, ale coraz wolniej. Nie był pewien, czy mu zależy, ale miał tę świadomość, że ratuje nie tylko jej życie.

– To nie zadziała – usłyszał, kiedy wlewał do jej gardła kolejną miksturę.

Nie miał teraz czasu ani głowy do tego, by karać Snape'a za jego słowa. Hermiona Granger nie mogła umrzeć i dla niego także byłoby lepiej, gdyby te eliksiry zadziałały. Nawet się nie odwrócił, nie mógł sobie na to pozwolić.

– Mój panie, z całym szacunkiem, te eliksiry nie przekonają Granger, że żyjesz.

Z tym Mistrz Eliksirów opuścił komnatę. Voldemort zerknął ku nieprzytomnej dziewczynie, nagle pojmując słowa Snape'a. Właściwie, nic innego mu nie pozostawało, jak pójść za jego wskazówką.

Położył się obok niej, objął ciasno ramionami, zamknął oczy i skoncentrował na tym, co dokładnie chce jej przekazać. Było tam wszystko, co mógł dla niej kiedykolwiek mieć, wszystko, na co było go stać.

– Nie kocham cię, Granger – zaczął ostrożnie szeptać jej do ucha – nie mógłbym cię kochać, wiesz dobrze. Jednak jesteś jedyną kobietą, której życie naprawdę nie jest mi obojętne. Jesteś moją żoną i to zobowiązuje cię do nieumierania w moich ramionach.

Chciał jeszcze dodać, że jeśli umrze, to zamieni ją w Inferiusa i nigdy nie zazna spokoju, ale się powstrzymał.

Zamiast iść za instynktem, pochylił się ku jej twarzy i pocałował ją, nadzwyczaj delikatnie. Powoli zaczął wtłaczać w jej usta i płuca swój oddech i swoje ciepło. Starał się, do cholery! Starał się zapanować nad swoją frustracją i gniewem, wiedział, że jeśli wzbierze w nim złość, to niczemu nie pomoże. Czuł, jak słabnie i oddala się, jak spełnia swoje idiotyczne zamierzenie. Uparta kobieta! Trzymał ją, wciąż uparcie całując, mimo że ona nie mogła mu odpowiedzieć. Wreszcie, nie przestając, ostrożnie wsunął się do jej pogrążonego w ciemności umysłu. Zatonął w jej smutku i rozpaczy, w jej cichym odchodzeniu. Niełatwo był mu znaleźć tę postać, do której mógłby przemówić, a kiedy ją znalazł…

~o~o~o~

Słyszała, jak ktoś odetchnął z ulgą. Czoło na chwilę oparło się o jej czoło. Dłoń pogładziła ją po szyi.

– Hermiono? – doszedł ją stłumiony głos. Co się działo? Zbyt dobrze pamiętała, co miało miejsce jeszcze przed chwilą. To, że leżała w cieple, otoczona czyimiś ramionami, nie miało sensu.

Znała ten zapach. Obawiając się oszustwa, powoli i niechętnie otworzyła oczy.

Tom. Był blisko. Cały i zdrowy. Jego ciepła dłoń gładziła jej policzek, odgarniała i przeczesywała jej gęste, kręcone włosy.

– Powinnaś wiedzieć, że to nie jest prawda, Hermiono. Wiedziałaś, że to nie jest prawda – wypowiedział z naciskiem. – To, co mówił Snape, było kompletnym bełkotem. Co się stało?

Oczywiście, że to był bełkot. Teraz. Wtedy nie. Hermiona chciała coś powiedzieć, ale brakło jej słów. Pokręciła głową. Łzy napłynęły jej do oczu.

Żył.

Ten sukinsyn żył.

I był wszystkim, cholernym, popapranym wszystkim.

Wciąż to czuła, ten ból, przerażający ból, to poczucie, że coś w niej umarło, w związku z czym ona też nie chciała już żyć. Wciąż pamiętała i czuła tę pustkę, brak horyzontu, powoli zapadającą ciemność. Czuła, że to był jej koniec. Nie mogła bez niego żyć i teraz wiedziała – bez względu na wszystko – chciała, tak bardzo chciała i musiała przy nim być.

– W porządku? – spytał po chwili.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Wciąż była przerażona, mimo że teraz nie miała już żadnych wątpliwości – rzeczywistość. Zamiast mu odpowiedzieć, przekręciła się w jego ramionach na drugi bok i zamknęła oczy. Uzyskał swoją odpowiedź dopiero po chwili ciszy.

– Z tobą, Tom? Nigdy.

Nic na to nie odpowiedział.

Pozwoliła mu ogrzewać się przez jakiś czas, być blisko, całować po szyi i plecach. To ją uspokajało. Pozwoliła mu do siebie mówić o tych wszystkich rzeczach, których dowiedział się wcześniej z jej umysłu. Milcząc, nie raz przyznała mu rację. Nie czyniło to jej szczęśliwszą, ale układało ją od środka.

Potem przyszedł Snape z kolejnymi eliksirami. Zjawił się i skrzat z jedzeniem. Nie jadła przecież nic od rana.

– Nie należy ufać tysiącletnim zjawom, co? – mruknęła w pewnej chwili, przeżuwając stek. Nie patrząc na niego, nie widziała jego półuśmiechu.

– Jedz. Eliksiry to nie wszystko – odpowiedział jej.

Wciąż jej dotykał, ale nie potrafiła na niego patrzeć, przytłoczona widmem jego utraty.