Wszystko...
Nie jest łatwo wybaczyć, a jeszcze trudniej zapomnieć.
Są sytuacje, w których miłość nie wystarczy, by być razem.
Rozdział 34. Piętnaście lat temu, było, nie minęło...
Harry, dzięki wsparciu brata czując się całkiem pewnie, naprawdę miał zamiar jak najszybciej odbyć tę rozmowę z Tomem, ale tego wieczora było już na to za późno, a następnego dnia...
...Następnego dnia McGonagall ogłosiła, że za tydzień odbędzie się Bal Jesienny w Noc Duchów. Sam bal nic dla niego nie znaczył i jak zwykle miał zamiar go sobie darować, ale ten dzień miał dla niego inne znaczenie...
Tamtego dnia, a raczej tamtej nocy zginęli jego rodzice.
Zawsze ta rocznica była dla niego ciężka, zwłaszcza od kiedy dowiedział się prawdy o ich śmierci, ale o ile wcześniej nienawiść do ich mordercy pomagała mu ją przetrwać, nie mógł już dłużej obiecywać, że ich pomści...
Do tej pory zawsze udawało mu się oddzielać Toma od Voldemorta, ale w tych dniach było to dla niego o wiele trudniejsze.
To że codziennie spotykał Lupina, nie ułatwiało mu sprawy.
Na trzecim roku wilkołak pomagał mu uporać się z przeszłością i profesor wcale się nie zmienił - niestety - pomimo wszelkich nowych ustaleń i wyroków Ministerstwa wciąż myślał tak jak wtedy i tak samo jak wtedy chciałby mu pomagać: żeby odzyskał rozum i znowu myślał o Voldemorcie tak jak myśleć powinien.
Tyle, że Harry nie tego chciał, nie był pewien, czy potrafiłby... a raczej był pewien, że nie potrafiłby zrezygnować z Toma i z tego co ich łączyło.
Wilkołak uważał, że to zdrada, że odrzucając to, o co walczyli jego rodzice obraża ich pamięć.
Tego dnia posunął się o wiele dalej i kiedy zatrzymał go po zajęciach z OPCM powiedział mu, że: sypiając z ich mordercą chłopak sam staje się takim samym potworem, jak on i że lepiej byłoby, gdyby ta klątwa piętnaście lat temu trafiła do celu...
Harry po prostu odwrócił się wtedy i wyszedł, pomimo że Lupin krzyczał coś za nim: może żałował swoich słów i chciał się tłumaczyć a może dalej chciałby go przekonywać, ale Harry nie chciał go słuchać, nie miał zamiaru z nim rozmawiać - nigdy więcej.
Od razu udał się McGonagall prosząc o pozwolenie na indywidualną naukę Obrony we własnym zakresie i dopuszczenie go do tego egzaminu jako wolnego studenta. Dyrektor nie zażądała wyjaśnień ale radziła, żeby się jeszcze nad tym zastanowił, jednak on nie miał wątpliwości - jeżeli mu na to nie pozwoli to po prostu będzie opuszczał wszystkie zajęcia z Lupinem.
McGonagall wezwała więc do nich Snape'a. Mistrz Eliksirów mimo że nie wiedział o co chodzi, poparł jego prośbę - jeżeli Harry nie chciał mieć zajęć z tym czarodziejem, on nie miał nic przeciwko: sam może go nauczyć tak samo, albo i lepiej, a przede wszystkim może go uczyć Czarny Pan (aczkolwiek nie akurat teraz - profesor wiedział, ze chłopak unikał teraz Voldemorta i doskonale go rozumiał) - chociaż o tym akurat dyrektor nie wiedziała i nie powinna się dowiedzieć.
Harry otrzymał zatem zgodę i miał dzięki temu dodatkowe wolne godziny w ciągu dnia - jakby i tak nie miał ich już aż nadto na myślenie o tym, o czym myśleć nie chciał wcale.
Nie mógł też odprężyć się w towarzystwie jedynego czarodzieja, który rozumiał go lepiej niż ktokolwiek inny do tej pory i z którym spokojnie mógł rozmawiać i milczeć - tyle że nie teraz, nie o tym...
Nie chciał / nie mógł teraz spotykać się z Tomem, ale za to mógł zrobić coś innego. Dumbledore nigdy nie pozwalał mu odwiedzić grobu rodziców - oczywiście w trosce o jego bezpieczeństwo, bo przecież Voldemort mógł mieć tam jakiś alarm, żeby go złapać.
Nawet w ubiegłym roku, po śmierci Starca, kiedy Czarny Pan zaprzestał działań i tak mu na to nie pozwolono.
Ale teraz... teraz nie było już żadnych powodów, by miał dalej omijać to miejsce.
Poszedł zatem w tej sprawie do Snape'a, który nie miał nic przeciwko jego prośbie. Profesor sam też jeszcze po tamtej nocy nie był w Dolinie Godryka i na pewno będzie im obu łatwiej, kiedy udadzą się tam razem. Obaj też postanowili, że poproszą o towarzystwo jego ojca chrzestnego.
Syriusz Black oczywiście się zgodził, zaproponował też, aby poszedł z nimi Lupin, tyle że na to Harry się nie zgodził.
Snape był tym zdziwiony, zauważył już co prawda nowy dystans między chłopakiem a jego dawniej ulubionym profesorem, nie miał jednak pojęcia, że jest to aż tak poważny konflikt, żeby nie chciał nawet w taki dzień się z nim spotkać.
Syriusz tylko pokiwał głową - po tym co Lupin wygadywał przy nim, bez problemu mógł sobie wyobrazić jego rozmowy z Harrym. - Naprawdę nic dziwnego, że chłopak wołał nie mieć z nim więcej do czynienia.
Zauważył więc tylko, że amerykańskie pomysły na Halloween stały się ostatnio bardzo popularne i wieczorem zamiast odwiedzających może być na cmentarzu sporo dzieciaków i/ lub wariatów.
Lepiej żeby udali się tam w ciągu dnia, albo nawet jeszcze lepiej - rano, zaraz po śniadaniu. W Szkole jest to dzień wolny, więc bez problemu i bez wzbudzania zainteresowania Harry może się zwolnić na tak długo, jak mu potrzeba.
Chłopak przyznał mu rację więc umówili się na następny tydzień i tak jak proponował Syriusz - po śniadaniu.
W ciągu tego tygodnia Tom przysłał mu kilka wiadomości sową, ale Harry odłożył je bez czytania, nie miał ochoty ani na spotykanie się z Tomem, ani też na tłumaczenie się przed nim, dlaczego tego nie chce.
Tak samo też nie miał chęci na wspólne wyjścia z kolegami a nawet unikał spędzania z nimi czasu na przerwach, natychmiast po dzwonku znikając ze swoimi książkami w Pokoju Życzeń.
Draco oczywiście dobrze wiedział dlaczego jego brat jest w tak ponurym i nerwowym nastroju. Od razu wyjaśnił wszystko Michaelowi, prosząc by Gryfoni uszanowali to, zostawiając Harry'ego w spokoju, tak jak tego chciał.
Normalnie Hermiona nie pozwoliłaby mu się izolować i albo oboje, albo przynajmniej Ron stale by mu towarzyszyli, teraz jednak nie mieli już z nim wspólnych zajęć, ani też nie odrabiali lekcji i nie uczyli się już razem, skoro byli na różnych poziomach, więc nikt Harry'emu nie przeszkadzał w zajmowaniu się w samotności swoimi rozterkami.
A miał ich całkiem sporo: aż do tej pory odsuwał od siebie te myśli: wysłuchał tego co Lord Voldemort mówił w wywiadzie, przeczytał relacje z procesu i zamknął całą sprawę - przynajmniej tak mu się wydawało...
Jednak to wcale nie było takie proste. Nieważne jak i dlaczego - Lord Voldemort zamordował jego rodziców - takie są fakty.
Hermiona co prawda była przeciwna ich związkowi, ale w tej sytuacji na pewno powiedziałaby, że powinien o tym z Tomem rozmawiać, zamiast go unikać. Jednak Harry wcale nie uważał, że to byłby dobry pomysł.
No bo tak naprawdę, co takiego Tom mógłby mu powiedzieć, czego jeszcze nie wiedział?
Zresztą żadne rozmowy, żadne tłumaczenia nie zmienią przeszłości. Było jak było a jest jak jest. Harry kochał Toma i nie chciał tego z nim poruszać, nie chciał żeby przeszłość stanęła między nimi psując to, co teraz było między nimi.
Po prostu nie mógł.
Tylko z Syriuszem był w stanie rozmawiać o rodzicach... i ze Snapem i tylko z nimi mógł ten pierwszy raz udać się do Doliny Godryka.
Tego wieczora, gdy Harry nie pojawił się w Komnacie Tajemnic, Tom mówił sobie, że to nic nie znaczy - to nie tak, że byli umówieni... Przesłał mu następnego dnia wiadomość, bez wypominania tej nieobecności, pisząc tylko, że ma dla niego tę księgę, o której ostatnio rozmawiali i że mógłby mu ją wieczorem przekazać...
Tylko, że i kolejnego wieczora Harry się nie pojawił. Wysłał mu zatem następną sowę, na którą także nie otrzymał odpowiedzi, ani też znowu się chłopaka nie doczekał i wreszcie zrozumiał...
Nie mógł uwierzyć, że od razu o tym nie pomyślał.
Zrozumiał i przestał naciskać: Harry miał rację, nie powinien się teraz z nim spotykać.
Tak było lepiej, on sam też nie potrafiłby o tym rozmawiać. Kiedy miał ten wywiad ze Skeeter i potem przesłuchanie w Ministerstwie nie pamiętał dokładnie tamtej nocy, ale próbując zrozumieć tę więź, która łączy go z Harrym, sięgnął do swojej pamięci i odzyskał te wspomnienie.
Teraz w każdej chwili mógł je przywołać, każdy moment, także ten, kiedy spojrzał w oczy Harry'ego a potem uniósł różdżkę i rzucił zaklęcie...
Gdyby Harry zapytał go o to wszystko, nie potrafiłby mu skłamać, więc lepiej jeżeli chłopak nie będzie miał do tego okazji. Harry poradzi sobie z tym dzięki pomocy swoich przyjaciół i przyjaciół swoich rodziców.
A kiedy już będzie na to gotowy wróci do niego... I zaczną znowu. Tam gdzie przerwali.
Wreszcie przyszedł ten dzień. Syriusz poprzedniego dnia wcześniej położył się spać i pewnie także dlatego w nocy kilkakrotnie się budził, coraz bardziej poddenerwowany. W końcu mając dość przewracania się z boku na bok wstał i wziął długi gorący prysznic.
Nałożył przygotowane dla niego wczoraj eleganckie szaty wyjściowe i udał się do kuchni. Skrzaty, które słyszały jak kręcił się po domu już tam na niego czekały, gotowe przyjąć zamówienie na śniadanie.
Syriusz nie miał ochoty jeść, ale nie mógł też tak siedzieć bez celu czekając na gości dlatego poprosił o jajecznicę i kanapki z bekonem - a na razie czarną kawę.
Może to nie był dobry pomysł, bo był już wystarczająco pobudzony, jednak paradoksalnie picie kawy uspokajało go, lubił jej zapach, smak i dotyk gorącej filiżanki.
Poszedł z nią do salonu i otworzył drzwi balkonowe, siadając przy nich na fotelu. Dla mugoli byłby to dziwny widok o tej porze roku, gdyby go widzieli... Pomimo uwolnienia od zarzutów postanowił jednak pozostawić dom pod zaklęciem Fideliusa.
Rzucił na siebie zaklęcie rozgrzewające i popijał kawę, ciesząc się tą cichą chwilą, przed porankiem, kiedy na ulicach jeszcze nie było mugoli i ich samochodów, a powietrze pachniało po nocnym deszczu, świeżością i wolnością.
Po tylu latach spędzonych w Azkabanie, a potem ukrywaniu się jako zbieg teraz wolał tak siedzieć: przy otwartych oknach, a jeszcze lepiej czuł się na rozległej przestrzeni: w Zamku Black i jego okolicach.
Od kiedy pierwszy raz udał się do niego z Harrym i Snapem, często tam wracał. W tej chwili też miałby ochotę przenieść się do Szkocji i zamiast na wąskim balkoniku usiąść na tarasie, oddychać krystalicznym górskim powietrzem.
Obawiał się jednak, że nawet to miejsce tego dnia nie pomogłoby mu się uspokoić.
Powrót do Doliny Godryka nie będzie dla niego łatwy. Ostatni raz był tam tamtej nocy, kiedy zginęli jego najlepsi przyjaciele. Nie chciał a jednak dokładnie to zapamiętał...
...Kiedy tam wszedł od razu wiedział, że stało się coś złego.
Szedł ścieżką do ich otwartych drzwi coraz wolniej, wtedy na dole w przejściu do salonu znalazł ciało Jamesa, już biegiem ruszył na górę, po kilka stopni naraz i wpadł do pokoju Harry'ego, Lilly leżała z rozrzuconymi ramionami, nawet nie miała różdżki.
Bał się zajrzeć do łóżeczka i stał tak nieruchomo, aż wyrwał go z tego otępienia płacz dziecka, jak automat ruszył do przodu znajdując chłopca, który przeżył z tą dziwną raną na czole, w kształcie błyskawicy.
Z trudem oderwał od niego wzrok i odwrócił się znajdując na przeciwległej ścianie wypalony cień zakapturzonej sylwetki a pod nim czarną szatę, opadła na podłogę w falach, jakby ciało, które okrywała wyparowało, a obok niej leżała różdżka.
To od tej różdżki zginęli jego przyjaciele, w mgnieniu oka jego otępiale myśli ruszyły i zanim w pełni zrozumiał już zbiegał po schodach, by odnaleźć zdrajcę, który wskazał drogę mordercy.
Udało mu się dopaść go, ale Szczur go przechytrzył...
Kiedy Syriusz został schwytany walczył i krzyczał o tym, jak było naprawdę, ale nikt go nie słuchał.
Na procesie mówił wszystko: specjalnie do Dumbledore'a, licząc na to, że starzec dokończy to, co jemu się nie udało. Tak się ne stało...
Teraz wiedział już dlaczego: Pettigrew działał na polecenie dyrektora, wszystko co zrobił było zaplanowane.
Syriusz przez lata obwiniał się o to, że przekonał Jamesa, aby to Petera uczynić Strażnikiem Tajemnicy, mimo że to nie był jego pomysł... To dyrektor w rozmowie zasugerował mu, że wszyscy wiedzą, że jest najbliższym przyjacielem Potterów i każdy będzie próbował od niego uzyskać tę tajemnicę.
Pomimo że później dowiedział się, że cały czas, tak jak wszyscy był tylko pionkiem szalonego starca i tak wciąż czuł się winny... Winny tego, że przeżył, kiedy ich już nie było i że nie zaopiekował się Harrym tak, jak im obiecał.
Przez cały czas w Azkabanie pocieszał się, że Harry jest bezpieczny i szczęśliwy pod opieką Dumbledore'a, ale wcale tak nie było: dyrektor nie zadbał ani o jedno ani o drugie... Zależało mu tylko, by Harry nienawidził Voldemorta i mógł z nim walczyć.
Wydawało mu się, że siedzi tak już całe godziny, zanim nie pojawił się skrzat prosząc go do stołu - minęło dopiero piętnaście minut.
Syriusz z westchnieniem wstał przenosząc się do jadalni: powoli i mechanicznie zjadł swoje śniadanie, nie czując smaku i patrząc nieobecnie w przestrzeń. Potem wziął kolejną filiżankę kawy i wrócił na swoje miejsce w salonie.
Czekał na Harry'ego i Snape'a, by razem z nimi udać się do Doliny Godryka.
Nie był na to gotowy, nigdy nie będzie na to gotowy, ale musi wreszcie to zrobić, stawić czoła swoim wspomnieniom, pożegnać swoich przyjaciół.
Szum kominka wyrwał Syriusza z zamyślenia, odstawił filiżankę robiąc dzielną minę i odwrócił się, by powitać przybyłego Harry'ego lub Snape'a, ale to nie był żaden z nich.
Przed nim stał Remus Lupin.
Przez chwilę tylko na niego patrzył, zanim odezwał się, nie ukrywając niezadowolenia z tego pojawienia się bez zaproszenia i bez zapowiedzi.
- Remusie, co tu robisz?
- Myślałem, że moglibyśmy razem udać się na cmentarz w Dolinie...
Syriusz pokręcił głową, patrząc na niego i chmurniejąc z każdą sekundą.
- Dobrze wiesz, że chcę tam iść z Harrym, a on nie życzył sobie twojej obecności. - Przez twarz przyjaciela przebiegł cień bólu i Syriusz utwardził głos.
- Nie wiem co mu takiego powiedziałeś, że nawet dzisiaj nie chce cię widzieć, ale ten dzień będzie dla niego wystarczająco ciężki, bez twoich pretensji.
Wilkołak pochylił głowę i Syriuszowi przez moment było go żal - ale nie na tyle jednak, by zrobić to Harry'emu. Niestety zanim zdążył kazać przyjacielowi wyjść, kominek znowu zaszumiał i wyszedł z niego Snape, który na widok Lupina skrzywił się, a potem spojrzał na niego z wyrzutem.
Mistrz Eliksirów odsunął się, by zrobić miejsce dla swojego podopiecznego i po chwili Harry wypadł z kominka, jak zwykle patrząc pod nogi a mimo to się potykając. Snape chwycił jego ramię i chłopiec spojrzał na niego, z uśmiechem dziękując za pomoc.
Potem Harry spojrzał przed siebie i zobaczył Remusa Lupina. Profesor mocniej ścisnął jego ramię. Harry skrzywił się boleśnie i bez słowa odwrócił się z powrotem wchodząc do kominka, Snape rzucił Blackowi jeszcze jedno rozczarowane, potępiające spojrzenie i zniknął pośpiesznie za chłopakiem.
Syriusz otrząsnął się i pobiegł za nimi do kominka, ale kiedy powiedział: Komnaty Severusa Snape'a w Hogwarcie - sieć odrzuciła go: Mistrz Eliksirów zablokował swój kominek, żeby nie mogli za nimi podążyć.
Przetarł oczy i odwrócił się zdecydowanym krokiem podchodząc do Remusa, stając przed nim i ostro zapytał.
- Co mu zrobiłeś? - Wilkołak milczał opuściwszy wzrok. - Co powiedziałeś Harry'emu? - Krzyknął, mając ochotę potrząsnąć nim, jednak obawiał się, że jeżeli go dotknie, mógłby go pobić. - Co mu zrobiłeś? - Powtórzył, cicho, ale ze wściekłością.
- Powiedziałem, że jeżeli chce być z Voldemortem, to jest taki sam jak on... - Głos Remusa był tak cichy, ze ledwo go słyszał. - ...I że lepiej byłoby, gdyby ta klątwa nie odbiła się od niego...
Syriusz zastygł nie będąc pewien, czy dobrze usłyszał, a kiedy to do niego docierało jego wściekłość na wilkołaka wróciła, tysiąckrotnie silniej. Zacisnął pięści i cicho, martwo wyszeptał.
- Wyjdź!
- Syriuszu, ja...
- Wyjdź natychmiast. Wynoś się! - Krzyknął i ponieważ Lupin się nie ruszył, powiedział głośno i wyraźnie: - Wilkołak Remus Lupin nie jest moim przyjacielem i nie pozwalam na jego wejście do mojego domu.
Poczuł drgnienie osłon, Remus próbował coś mówić, ale nie zdążył - sam nie ruszył się by opuścić dom, zatem osłony deportowały go wyrzucając na zewnątrz i zamykając się przed nim.
Wilkołak Remus Lupin nie mógł już zobaczyć jego domu i nie wiedział dłużej, gdzie się znajdował.
Harry od rana nie potrafił znaleźć sobie miejsca, denerwowali go koledzy, którzy przy śniadaniu radośnie rozprawiali o Święcie i o Balu. Nie potrafił nawet udawać, że się tym przejmuje.
Sam wziął tylko kawę i nie czekając na Snape'a poszedł na dół, do jego komnat - z jednej strony obawiał się tego, co zobaczy i poczuje w Dolinie Godryka, ale z drugiej chciał jak najszybciej już tam być i stawić czoła swoim lękom.
Zastanawiał się, jak to będzie, wreszcie zobaczyć to miejsce - odwiedzić cmentarz i dom, w którym...
Tam na pewno nie chciał pójść, ale może lepiej mieć to już za sobą. Przecież nie mógł udać się do tego miasteczka i nie obejrzeć go, nawet jeżeli tylko z zewnątrz, bo pomimo tego całego zastanawiania się i przygotowywania się psychicznie wciąż nie był pewien, czy będzie w stanie wejść do środka.
Ponieważ wszyscy jeszcze byli na śniadaniu szybko przemknął pustymi korytarzami i zamknąwszy za sobą drzwi, w salonie profesora odetchnął z ulgą. Zrzucił buty i usiadł na kanapie podciągając kolana pod brodę i obejmując nogi rękami.
Czekał.
Mistrz Eliksirów przyszedł piętnaści minut po Harrym, minę miał aż nazbyt spokojną i obojętną ale chłopak dobrze wiedział, że jest to maska, za którą kryje się zdenerwowanie takie same, jak u niego - a może nawet większe.
W tym co dla niego było tylko opowieścią z drugiej ręki, profesor brał udział, to był dla niego punkt zwrotny - Snape znał jego rodziców, kochał jego matkę i po tamtej nocy podjął najważniejszą decyzję zmieniającą całe jego życie...
A co więcej po latach dowiedział się, że był ofiarą oszustwa i manipulacji Czarodzieja, któremu zaufał i oddał wszystko.
Harry opuścił nogi i założył z powrotem buty podchodząc do niego bez słowa, miał ochotę objąć mężczyznę, ale wiedział, że dla niego byłoby to zbyt niezręczne, nie mógł jednak powstrzymać się przed ujęciem i uściśnięciem ręki profesora, kiedy stanął obok niego naprzeciw kominka.
Snape oddał uścisk i szybko zabrał rękę, przechodząc przez kominek na Grimauld Place, Harry wziął głęboki oddech i wkroczył w znowu puste palenisko. Po drugiej stronie jak zwykle się zachwiał i mężczyzna podtrzymał go, ku jego zdziwieniu tym razem nie cofając ręki.
Spojrzał na niego, uśmiechem dziękując za wsparcie, nie tylko fizyczne i spojrzał przed siebie, gdzie zobaczył Remusa Lupina. To już było dla niego zbyt wiele, natychmiast spiął się i poczuł zacieśniający się uścisk profesora.
Snape niepotrzebnie się obawiał, wcale nie miał zamiaru robić afery, po prostu odwrócił się i wrócił do Hogwartu. Mistrz Eliksirów pojawił się zaraz po nim, Harry spłoszony spojrzał w płomienie: bał się, ze to mógł być Lupin, albo Syriusz, którego też nie chciał widzieć: nie po tym, co dziś mu zrobił.
Natychmiast po wyjściu z kominka Snape odwrócił się i zablokował go, zanim podszedł do chłopaka.
- Harry, co się stało między tobą a Lupinem? - Zapytał miękko, ostrożnie, kiedy już poprowadził go na kanapę i usiadł w fotelu naprzeciwko, trzymając jego dłonie.
Harry zamknął oczy, zbierając siły i opowiedział mu... wszystko. Poczuł jak dłonie profesora sztywnieją, choć nie zacisnął uścisku, chłopak otworzył oczy patrząc w jego twarz. Twarz Snape'a była jeszcze bardziej martwa i kamienna, niż kiedykolwiek widział.
- Jeżeli zażądamy tego od McGonagall, Remus Lupin jeszcze dziś wyjedzie z Hogwartu. - Stwierdził pewnym głosem i Harry wiedział, że ma rację: nauczyciele Obrony w szkole non stop się zmieniali, ale Mistrz Eliksirów był niezastąpiony.
Pokręcił głową.
- Nie, on jest naprawdę dobrym nauczycielem i uczniowie go potrzebują - ale ja nie. Dam sobie radę bez niego, o wiele więcej daje mi twoja pomoc... i Toma...
Snape pokiwał głową, oczywiście wcale go nie zdziwiło, że Harry nie chciał zemsty na Lupinie, nieważne jak bardzo go zranił. Przecież wybaczył nawet jemu... i Voldemortowi.
Jeżeli wilkołak przestanie reagować jak szaleniec, także i jemu wszystko wybaczy.
Niby nie było żadnych przeszkód, aby Severus wcześniej udał się do Doliny Godryka, tylko, że dopóki nie zobaczył tego na własne oczy mógł sobie wyobrażać, że to nieprawda, że kiedy jutro rano otworzy oczy i przeniesie się do ich miasteczka znowu zobaczy swoją przyjaciółkę z mężem: szczęśliwych rodziców, spacerujących z małym Harrym.
Od zawsze nienawidził tego zarozumiałego dupka Pottera, ale przy nim Lilly była szczęśliwa, więc widok ich razem nie był dla niego aż tak bolesny, jak ktoś mógłby uważać. Oczywiście, że to on chciałby być tym czarodziejem, ale dopóki Potter dawał jej szczęście Severus i jego by chronił. Gdyby tylko mógł...
Próbował, naprawdę próbował, prosić o życie ich wszystkich, ale Czarny Pan był nieugięty: chłopiec musi zginąć, chociaż był gotów okazać łaskę: jeżeli rodzice nie będą z nim walczyć, pozwoli im odejść.
Tylko jacy rodzice mieliby nie walczyć, gdy chodzi o życie ich dziecka?
To była od początku stracona sprawa, oszukiwał sam siebie wierząc, że wszystko mogło skończyć się inaczej... Chociaż nie - to nie on się oszukiwał: to Dumbledore wmawiał mu, że to jest możliwe, jednocześnie sącząc jad w duszę Voldemorta.
Pomimo, że dzień był wyjątkowo ciepły i słoneczny, Severus zadrżał patrząc na bramę cmentarza w Dolinie Godryka. Czuł takie samo drżenie chłopaka, którego wciąż obejmował ramieniem. Od chwili, kiedy aportowali się w miasteczku obaj nie poruszyli się nawet o cal, patrząc na wejście.
Mocniej uścisnął ramiona chłopaka i obaj jednocześnie zrobili pierwszy krok. Nim zdążyli jednak zrobić kolejny, usłyszeli chrząknięcie i cicho z wahaniem, wypowiedziane:
- Harry...
Chłopak zesztywniał i nie odwrócił się.
- Harry, przepraszam cię. Nie zapraszałem Lupina, sam się zjawił, tuż przed tobą i nie zdążyłem go wyrzucić. Ale teraz zablokowałem przed nim osłony. Nie spotkasz go już w moim domu. - Harry trochę się rozluźnił, jednak wciąż nie odwrócił się w jego stronę, Syriusz kontynuował:
- Postawiłem też i tutaj tarczę, nie zbliży się do nas bliżej niż na sto metrów, możesz być spokojny, że dzisiaj już go nie spotkasz.
Severus spoglądał na chłopaka, czekając na jego reakcję, Harry przymknął oczy i na chwilę oparł się mocniej o niego, potem wziął oddech, prostując się.
- Dzięki, Syriuszu.
Black też odetchnął, bał się, że przekonanie chrześniaka o jego intencji nie będzie łatwe. Szybkim krokiem dołączył do nich, stając po drugiej stronie chłopaka, ale nie dotykając go. Severus też zabrał swoją rękę.
Harry wyprostowany i zdecydowany ruszył, pierwszy otwierając furtkę i wchodząc na cmentarz. Żaden z nich tu jeszcze nie był, zatem nie mieli pojęcia, w którą stronę należy iść. Mogli rzucić zaklęcie, ale Harry wybrał tradycyjny sposób, spoglądając na daty na nagrobkach i idąc w kierunku, gdzie powinny być te z 1981 roku.
Nie spieszył się, ale i nie ociągał. Wreszcie zatrzymał się: przed prostą tablicą, bez żadnych wycięć, ozdób, tylko nazwiska, daty i poniżej tekst: Śmierć, będzie ostatnim wrogiem, który zostanie pokonany.
Voldemortowi by się to spodobało, pomyślał Harry nie wiedząc czemu, bo od wielu dni próbował o nim nie myśleć. Ale ta myśl była słuszna: Tom Riddle chciał pokonać śmierć - dlatego wybrał takie właśnie nowe imię: sobie i swoim sługom.
I w pewnym sensie mu się to udało: przetrwał i zaczął nowe życie, z nim...
Nagle chłopak przestał być pewien, że robi słusznie pozwalając sobie na zbliżenie się do Toma - może jednak to Lupin miał rację?
Zachwiał się, niemal niezauważalnie, ale profesor obserwujący go czujnie od rana natychmiast zrobił krok do przodu, dotykając jego ręki i Harry ciężko osunął się, opierając plecami o niego. Snape uniósł ręce rozcierając jego przedramiona.
Harry oddychał głęboko, jego myśli wirowały szaleńczo.
Wiedział, że tak będzie, że przyjście tutaj wyciągnie wszystkie jego wątpliwości i zmusi go do stawienia im czoła.
Severus nie miał pojęcia ile czasu tak stali, zanim wreszcie Harry nie wyprostował się odsuwając od niego i rozglądając się wokół siebie. Potem machnął różdżką i na grobie pojawił się wazon - w kształcie znicza, odwrócił się i spojrzał na niego.
Profesor z westchnieniem wyczarował w nim białe lilie. Był wdzięczny chłopakowi, że mu na to pozwolił.
Syriusz od siebie dodał dwie małe białe świece, po obu stronach wazonu.
Przez chwilę jeszcze tak stali patrząc na nagrobek, a potem Harry odwrócił się i wyszedł, kierując się w stronę centrum miasteczka. Nie było w nim za wiele osób, dla mugoli to nie było święto, dlatego zapewne byli teraz w pracy, czy w szkole, a czarodzieje szykowali się do wieczornych uroczystości.
Ale wszędzie były Halloweenowe dekoracje - zabawne lub odrażające, zależnie od nastroju obserwatora.
Gdyby Harry miał inne wspomnienia związane z tym dniem, na pewno uznałby je za zabawne, teraz go tylko irytowały. Szedł powoli, nie rozglądając się dookoła, aż dotarł na główny plac i zatrzymał się gwałtownie patrząc na pomnik: to był on sam jako małe dziecko z rodzicami.
Severus, który do niego dołączył także pierwszy raz to widział na żywo, ale musiał przyznać, że Potterowie zostali doskonale przedstawieni, dokładnie tak, jak ich pamiętał: szczęśliwa rodzina, uchwycona i zatrzymana w czasie.
Tylko, że ten pomnik dobitnie uświadomił mu, że naprawdę - w życiu - już nigdy ich takich nie zobaczy. Zaczął ciężko oddychać i się trząść. Harry ponownie ujął jego dłoń, pocieszając i profesor drugą dłonią nakrył twarz, palcami zaciskając powieki.
Potem po głębokim oddechu wziął się w garść - to on miał być tutaj wsparciem dla Harry'ego, a nie odwrotnie.
- Czy chcesz zobaczyć dom? - Zapytał patrząc uważnie na chłopaka, nie wypuszczając jego ręki.
Harry przymknął oczy, zastanawiając się.
- Nie chcę... ale muszę. Inaczej cały czas będę o tym myśleć.
- Dobrze, chodźmy. - Severus skinął głową, ruszając z miejsca i kierując ich we właściwą ulicę.
Syriusz podążył za nimi, w pewnym oddaleniu - on już był w tym domu, po tragedii i na pewno drugi raz do niego nie wejdzie. Wiedział, że został on zaklęciem zamrożony i wciąż wygląda, tak samo jak wtedy. Gdyby tam wszedł bez problemu zobaczyłby w myślach ciała swoich przyjaciół.
Nie mógł znowu tego oglądać.
Wreszcie wszyscy stanęli przed budynkiem. Wyglądał na zniszczoną, rozpadającą się ruderę, także i płot był zniszczony z odrapaną farbą i odpadającymi sztachetami.
Severus obejrzał się na Blacka, ale ten pokręcił przecząco głową. Mistrz Eliksirów nie naciskał: wiedział, jak ciężkie byłoby to dla niego, jednak on nie miał wyjścia - nie zostawi Harry'ego samego.
Położył dłoń na furtkę i na chwilę zastygł zanim otworzył ją jednym zdecydowanym ruchem.
W momencie, gdy stopa Snape'a dotknęła ścieżki wszystko się zmieniło. Odpadające sztachety wróciły na miejsce: równe i białe. Sam dom wyglądał normalnie, jakby jego mieszkańcy spokojnie spali, jakby nic się nie stało.
Tylko kto zostawia w nocy otwarte drzwi wejściowe? Szczególnie jeżeli ukrywa się przed mordercą. Z małym dzieckiem... które jest jego celem!
Syriusz wpatrywał się w niego, wbrew swojej woli wyobrażając sobie jego wnętrze, tak jak widzieli to Harry ze Snapem. To były najdłuższe chwile w jego życiu i czuł się, jakby znowu znajdował się w Azkabanie.
Zaczynał już wpadać w panikę, gotowy uciec, kiedy wreszcie zobaczył chrześniaka wychodzącego z domu, Snape szedł kilka kroków za nim. Obaj byli bladzi i wyglądali, jakby mieli zaraz zemdleć albo zwymiotować.
Syriusz nie pytając o zgodę chwycił ich za rękę i przeniósł ich wszystkich do Zamku Black.
Żaden z nich trzech nie byłby w stanie teraz tak od razu wrócić do normalnego życia i udawać, że nic się nie stało.
Harry dobrze wiedział, że nie ma sensu tyle myśleć o sprawach, których nie może zmienić, pozornie doszedł do siebie i wrócił na tory codziennego życia.
Poza jedną sprawą...
Mimo najlepszych chęci i tłumaczenia sobie samemu, że przecież nic się nie zmieniło, w końcu od zawsze wiedział o tym, że Lord voldemort zabił jego rodziców i nie miało to wpływu na jego uczucia do Toma…
...Harry nie potrafił się do niego zbliżyć, tak jak wcześniej.
Owszem spotykali się, rozmawiali, czuł się dobrze w jego towarzystwie, ale tak jak jeszcze dwa tygodnie temu pragnął jego dotyku, teraz nie potrafił go znieść, po prostu nie potrafił, nawet niezamierzone zetkniecie ich rąk w czasie podawania sobie ksiąg, czy zwojów powodowało, że cały się spinał i odsuwał.
Tom patrzył tylko na niego ze smutkiem, czasem zagryzając wargi i Harry wiedział, że jego zachowanie rani ich obu, ale nie mógł tego zmienić.
Mijały kolejne dni, tygodnie i chłopak dobrze wiedział, że tak dłużej być nie może: Tom był na krawędzi wybuchu i w końcu zmusi go do rozmowy...
...i Harry drętwiał na samą myśl o tym – bo jak mógłby wytłumaczyć mu coś, czego sam nie rozumiał?
Patrzył więc tylko na niego prosząco: Daj mi czas, daj mi jeszcze czas…
