Sesja już prawie za mną, więc wrzucam nowy rozdział!
Miłego czytania!
Klaudia
###
Rozdział 36
EDWARD
Był poniedziałek i jechałem właśnie do szkoły. Z początku nie najlepiej się czułem, po tym co wydarzyło się wczoraj, ale teraz było w miarę okej. W gruncie rzeczy dobrze się stało, że przespałem całą noc. Ból był nie do zniesienia, ale na szczęście już jest po wszystkim. Nie mam pojęcia skąd tutaj wzięli się nowonarodzeni. Natknąłem się na nich przypadkiem w lesie. Chciałem poradzić sobie z nimi sam, ale nie byłem w stanie i gdyby nie Bella, prawdopodobnie bym już nie żył.
Zaparkowałem samochód na szkolnym parkingu i wysiadłem z niego. Zamierzałem od razu iść do klasy, w której miałem mieć lekcje, ale przede mną pojawiła się Bella.
– Hej. Jak się czujesz? – usłyszałem jej delikatny głos, który tak bardzo kocham. Stała na wprost mnie, zaledwie pół metra przede mną ze zmartwionym wyrazem twarzy. Niby na wyciągnięcie reki, ale jednak nie…
– Cześć Bella. Teraz już dobrze, ale przedtem nie było za ciekawie.
– Pokarz. – powiedziała i dotknęła swoją dłonią miejsce ukąszenia na mojej szyi, a potem delikatnie samymi opuszkami palców przejechała po moim policzku. Ten jej ciepły dotyk, którego tak pragnąłem. Niby była to tylko krótka chwila, ale dla mnie znaczyła bardzo wiele, tak jak nasza wczorajsza rozmowa. Dawało mi to nadzieję.
– Bella, dziękuję ci za pomoc. Właściwie za uratowanie życia.
– Nie masz za co dziękować. Zrobiłabym to znowu, gdyby zaszła taka potrzeba. Dobrze zrobiłeś, że zwróciłeś się do mnie o pomoc.
– Cześć Edward. – podszedł do nas Gabriel. – Jak się masz?
– Bywało lepiej.
– Miałeś pecha. Natrafić na trzech nowonarodzonych na tym zadupiu, na dodatek jeden oprócz jadu miał „truciznę". Rzadko się takie zdarzają.
– Co się stało, to się nie odstanie.
– Będziemy musieli pogadać z wilkami. Może natknęli się na swoim terenie na tego trzeciego, który mi zwiał. Spotkajmy się na lunchu. – zasugerowała Bella, lekko się do mnie uśmiechając.
– Jasne. Nie ma sprawy.
– A gdzie krasnoludek? – spytał Gabriel, zmieniając temat.
– Jazz zabrał ją w podróż dookoła świata.
– Na coś się jednak przydałem. – powiedział ze śmiechem, na co Bella walnęła go w głowę śmiejąc się.
– Jasne idioto. – powiedziała i zadzwonił dzwonek na lekcje. – To do lunchu.
– Do lunchu. – pożegnałem się z nimi i poszedłem do klasy.
Zajęcia mi się dzisiaj nawet tak nie dłużyły, choć może dlatego, że wcale na nich nie uważałem. Miałem coraz większą nadzieję. Nasza wczorajsza rozmowa wiele mi dała. Mogłem jej wszystko wyjaśnić, wytłumaczyć. I chyba zrozumiała co mną kierowało, ale to i tak nadal boli. Rozmowa z nią pokazała mi również, że przez całe jej życie, nie jest jej łatwo. Cierpi... Pragnie czegoś, co nigdy nie będzie jej dane. Ja nie jestem w stanie jej tego dać, choć bardzo bym chciał. Nigdy nie przypuszczałbym, że ona akurat będzie pragnąć dziecka. Zawsze wydawała mi się szalona, zwariowana, zakręcona, a okazało się, że w gruncie rzeczy to tylko nieznaczna jej część. Potrafiła bezbłędnie maskować te swoje bolesne uczucia. Były one niezauważalne, gdy byłem z nią. Tylko parę razy dostrzegłem w jej oczach takie dziwne pragnienie. Podarowałem jej miłość, ale też bardzo ją skrzywdziłem. Lecz ja się nie poddam. Będę czekać tyle ile będzie trzeba, nawet jeśli miałaby być to wieczność. Wybaczać nie jest łatwo. Ale ja będę czekać, bo warto.
ҖҖҖ
Nadeszła przerwa na lunch. Alice wyjechała, ale chyba nie będę siedzieć sam. Wszedłem na stołówkę i pierwsze co się stało, to usłyszałem głos Belli w swojej głowie.
Mam nadzieję, że się do nas dosiądziesz.
Zlokalizowałem stolik, przy którym siedziała z Gabrielem i poszedłem w ich kierunku.
– Hej.
– Hej. I co tam? – spytała nieśmiało, patrząc na mnie.
– Tak szczerze powiedziawszy, to nie jestem przyzwyczajony do słyszenia ciebie w mojej głowie.
– To zacznij się przyzwyczajać, bo potem będzie tylko "Ty idioto! Głupku! Debilu!" – odezwał się Gabriel, a Bella walnęła go w ramię.
– Tak jest tylko w stosunku do ciebie.
– No tak, zapomniałem.
– Czemu wy się tak cały czas obrażacie, co? – spytałem zaciekawiony, patrząc to na jedno to na drugie.
– Eh, bo my wyznajemy zasadę „Im więcej się obrażamy, tym bardziej się kochamy". A zmieniając temat, to gdzie ten kundel?
– Zaraz będzie i Gabryś, proszę cię, nie obrażajcie się i bez rękoczynów.
– Zobaczę co da się zrobić.
– Cześć. – nad nami stanął Jacob zaciekawiony, o co też może nam chodzić.
– Hej. Siadaj proszę i już ci wszystko tłumaczę. Nie chodzi o nas, czy o was, tylko o dobro ogółu, a że ty jesteś zastępca alfy, czy jak wy tam macie tą hierarchię, to stwierdziłam, że mogę o tym z tobą porozmawiać. – powiedziała Bella i spojrzała na niego uważnie.
– W takim razie słucham. – oznajmił, a Bella wyciągnęła mapę okolicy rozkładając ją na stole i kreśląc po niej czerwonym markerem.
– Tędy biegnie granica wyznaczona przez pakt, a tutaj Edward został wczoraj zaatakowany przez nowonarodzonych. Było ich trzech. Dwóch zabiłam, jeden mi zwiał. Cały ten teren sprawdziłam w nocy z Rosalie i Emmettem, ale ślad po nim się urwał. Natknął się może ktoś z was na jakieś wampiry na swoim terenie, albo może natknęliście się na coś niepokojącego?
– Ja nie, ale Seth wczoraj patrolował las. Czekaj zawołam go.
– Ja to zrobię, siedź! – powiedziała. Spojrzałem na Setha, który prawie zleciał z krzesła. Cóż, w sumie mu się nie dziwię, że się przestraszył, jeśli Bella wtargnęła do jego umysłu. Gdy się pozbierał i otrząsnął, przyszedł do naszego stolika.
– Przepraszam – powiedziała Bella, gdy usiadł obok Blacka.
– Spoko, nic się nie stało. A o co tak w ogóle chodzi?
– Natknąłeś się na ślady jakiś wampirów wczoraj, gdy patrolowałeś las. – odezwał się Jacob.
– Yyy… Nie, a co się stało?
– Jakimś cudem są tutaj nowonarodzeni, a jeśli przedostaną się do miasta, nie trudno przewidzieć, jak to się może skończyć.
– Co to jest jeden, czy dwa wampiry. Damy sobie z nimi radę. – oznajmił Seth.
– Ja wiem, że to nie problem, tyle, że musimy być czujni, tym bardziej, że to nie koniecznie będą najzwyklejsi nowonarodzeni. My będziemy przeszukiwać las od tej strony. Wy zajmijcie się swoja stroną i musimy być cały czas w kontakcie, okej?
– Okej, a mogę mieć do ciebie pytanie? – odezwał się Jacob, uważnie jej się przyglądając.
– Słucham.
– Skąd wiesz o pakcie i o tym jak przebiega granica?
– Wszystko jest w Internecie…
– A wy co, szykujecie sobie jakąś wycieczkę? – usłyszeliśmy wszyscy Newtona, który stał obok nas ze swoimi koleżkami.
– Nie Newton. Wybieramy miejsce na twoją mogiłę. W której części lasu wolisz? – powiedziała Bella, a potem był już tylko dzwonek na lekcję.
Po szybkim uzgodnieniu z wilkami co i jak, we trójkę poszliśmy na tą nieszczęsną chemię, na której mieliśmy projekt. Ta nauczycielka naprawdę jest wredna. Projekt projektem… Ta baba kazała usiąść mi i Gabrielowi, a Bella była przez nią maglowana na środku. Było widać, że miała ochotę ją zabić. Z niechęcią odpowiadała na pytania nauczycielki, a my we dwójkę mentalnymi rozmowami staraliśmy się ją uspokoić, ale nic to za bardzo nie dało. Oczywiście, zaczęliśmy się sprzeciwiać nauczycielce, lecz skutki okazały się marne.
Gdy lekcja się skończyła Bella wyleciała z klasy, zabijając po drodze drzwiami mnie i Gabriela. Dogoniliśmy ją dopiero w lesie. Siedziała na zwalonym pniu i wściekła paliła papierosa.
– Przy najbliższej okazji zatłukę tego cholernego babsztyla, nawet patelnią i nikt mnie przed tym nie powstrzyma. Co to w ogóle kurwa ma być? Znęca się nade mną od początku roku, przecież niczym jej do cholery nie podpadłam. To jest kurwa niesprawiedliwe… – wyrzucała z siebie to wszystko, aż w pewnym momencie zamknęła mocno oczy i dotknęła skroni. Gabriel zaniepokojony od razu kucnął obok niej.
– Bells, co się dzieje? Atak? – spytał zatroskany, a ona tylko nieznacznie kiwnęła głową. – Dasz radę! Przetrwasz to! Słyszysz?
Mówił do niej, a już po chwili to coś ją obezwładniło. Skuliła się, a on głaskał ją po plecach i szeptał. W pewnym momencie z jego ust wydobył się stłumiony krzyk i upadł na ziemię. Podszedłem przestraszony do niego. Zacząłem lekko nim potrząsać. Mówić do niego, jednak nie było z nim żadnego kontaktu. Nie wiedziałem co robić. Kim się zająć. Nim, czy Bellą, która w dalszym ciągu przeżywała katusze. Lecz na szczęście po chwili to wszystko się skończyło. Najpierw ocknęła się Bella i gdy zobaczyła swojego przyjaciela leżącego na ziemi od razu klękła przy nim i go do siebie przytuliła.
– Boże Gabryś! Ja cię tak bardzo przepraszam. Ja naprawdę nie chciałam. Wiesz, że nie umiem nad tym zapanować, gdy mam atak. Przepraszam.
– Nic się nie stało mała. Nie pierwszy raz doświadczam tych tortur a'la Jane.
– Boże! Przepraszam. – mówiła przyciągając go do siebie bardziej i była bliska łez. – Tak bardzo cię przepraszam braciszku.
Trudno mi było patrzeć na to. Tak jakby miliony igieł, jakiś niewidzialny nóż wbijał mi się prosto w serce. Przytulał ją do siebie, a ona wtedy na mnie spojrzała. Spojrzała na mnie oczami przepełnionymi miłością. Tyle, że to nie były te brązowe tęczówki, w których się zakochałem. Były zupełnie inne.
– Twoje oczy… są złote…
