Remus nie mógł spać przez całą noc. Wciąż tkwił mu w pamięci obraz Harry'ego, który trzymał ten przeklęty nóż. Uzdrowiciel miał rację, świętą rację. Wystarczyła chwila, by wytrącić Harry'ego z równowagi. Drobny gest czy też moment zawahania mógł doprowadzić do zniszczenia wszystkiego, co udało im się zbudować w ostatnim czasie. Nie żeby było tego wiele, ale...
To, co chciał zrobić Harry było dla Remusa ogromnym zaskoczeniem, choć przecież Uzdrowiciel przestrzegał go przed tym. Może po prostu nie sądził, że próby samobójcze mogą wyglądać tak... melodramatycznie i pojawiać się tak nagle? Później pluł sobie w brodę, że nie odpowiedział chłopcu od razu, że musiał się zawahać. Lecz nic - żadne książki psychologiczne, których w ostatnim czasie przeczytał aż nazbyt dużo, żadne rozmowy z Uzdrowicielami, żadne z jego dotychczasowych doświadczeń - nie mogło przygotować go na pytanie, które zadał mu Harry. I nawet kilka godzin później, kiedy leżał już w ciepłym łóżku, będąc pewnym, że chłopcu Jamesa nic nie grozi, nawet wtedy nie był pewien, co zrobiłby, jeśli Los postawiłby przed nim wybór. Z jednej strony Lily i James - najcudowniejsi ludzie, jakich kiedykolwiek poznał. Z drugiej strony Harry - jego... Nagle złapał się na fakcie, że właściwie nie ma pojęcia, kim jest dla niego Harry. Z pewnością nie mógł myśleć o Harrym, jak o synu. To nie była jego rola, to James był jego tatą i Remus nigdy nie śmiałby spróbować zająć jego miejsca.
A co jeśli chłopiec nie potrzebuje całodobowej niańki tylko ojca, ty głupi człowieku - warknął w jego głowie głos, który Remus zwykł nazywać swoim wewnętrznym wilkiem. Cóż, niektórzy mają w sobie głos sumienia, inni głos rozsądku, a on miał głos swojego wilka. Oczywiście nigdy nie powiedział o tym nikomu - życie poza oddziałem zamkniętym było mu jeszcze miłe. Ale właściwie jego wilk miał rację. Harry potrzebował nie kogoś u kogo mógłby spędzać wakacje i święta, nie. Chłopiec potrzebował kogoś znacznie ważniejszego, kogoś, kto odegra w jego życiu rolę ojca, którego tak wcześnie odebrała mu Śmierć.
Po raz kolejny tej nocy przewrócił się na drugi bok i zacisnął mocno oczy, próbując odegnać myśli. Pozostawała jeszcze sprawa tego, co zrobi jutro z Harrym. Po scenie, która rozegrała się w kuchni, Remus był pewien, że nie może zostawić chłopca samego. Nie było również opcji, by opuścił proces. Zabranie Harry'ego ze sobą nie wchodziło w grę; na procesie mieli być Petunia i Vernon, a Remus nie zamierzał narażać chłopca na tak ogromny stres. I tak zbyt wiele złego już wyrządzono temu chłopcu. Hogwart odpadał, zbyt wielu ludzi, a Harry nie był jeszcze na to gotowy. Weasleyowie mieli zeznawać tak, jak Severus i pani Pomfrey. McGonagall miała lekcje do prowadzenia. Dumbledore będzie głównym oskarżycielem. Nie miał pojęcia, co robić. Oczywiście mógłby poprosić o pomoc Syriusza, ale... ale było aż nazbyt wiele powodów, dla których ten plan nie wchodził w grę. Po pierwsze Harry nie znał prawdy, po drugie, gdyby ktoś się dowiedział i Remus, i Syriusz wylądowaliby w Azkabanie w tempie ekspresowym. A po trzecie... Wstydził się tego uczucia, ale wciąż nie do końca wierzył Syriuszowi. Bo w końcu nie łatwo jest po dwunastu latach wiary w coś, tak po prostu zmienić cały tok myślenia. Ale kiedy Syriusz złapie Petera... jeśli go złapie, wtedy Remus był pewien, że uda im się odbudować ich przyjaźń. Był pewien, że uda im się znów znaleźć wspólny język. Jeśli tylko to wszystko było prawdą. Bo fakt był faktem, że opowieść Syriusza była bardzo naciągana.
W końcu, kiedy wskazówki zegara zbliżały się ku godzinie trzeciej, sen przyszedł do mężczyzny, choć może nie do końca był on tak relaksujący, jakby sobie tego życzył. Do tej pory Remus jeszcze nigdy nie śnił o wspomnieniach...
Niedawno była pełnia i kiedy Remus wlókł się do drzwi wolnym, sennym krokiem jego mięśnie protestowały boleśnie. W głowie kołatało mu się pytanie: kto, do jasnej cholery, może dobijać się do jego drzwi o trzeciej w nocy?! Na chwilę jego serce zamarło. A jeśli to byli Śmierciożercy, którzy od jakiegoś czasu tak starannie tępili członków Zakonu Feniksa? Dopiero po chwili zorientował się jak głupia jest ta myśl. Jaki normalny Śmierciożerca pukałby do drzwi swojej ofiary? Może jeszcze miałby grzecznie zapytać, czy może może ją zabić? Bzdura. Jego serce nieco się uspokoiło, choć w zaspanych oczach nadal gościła ciekawość. Otworzył drzwi i stanął oko w oko z Albusem Dumbledore'em.
- Pan profesor - powiedział zaskoczony nocną wizytą dyrektora. - Czy coś się stało? - Cóż za wyjątkowo głupie pytanie. Gdyby się nie stało, mężczyzna nie składałby mu wizyty o tej godzinie. Ale jeśli był tu osobiście, jeśli coś się stało, to dlaczego nie powiedział mu o tym na przykład Syriusz lub James? Jedynym rozwiązaniem było... Ale to przecież niemożliwe.
- Remusie, niestety, ale mam ci do przekazania złe wieści.
- Panie profesorze? - ponaglił mężczyznę, czując, że jego serce dłużej nie wytrzyma tego napięcia.
- Lily i James - powiedział smutno staruszek. - Przykro mi Remusie.
- Lily i James - powtórzył tępo. - Co z nimi? - zapytał naiwnie.
- Nie żyją. Voldemort ich znalazł...
- Ale przecież to niemożliwe - przerwał mu mężczyzna, do którego wciąż nie docierało, że dwójka jego najlepszych przyjaciół był martwa. - To niemożliwe. Zaklęcie... Syriusz był Strażnikiem ich Tajemnicy. Voldemort nie mógł... mógł, chyba, że... Nie! Syriusz by tego nie zrobił! Nie!
- Syriusz Black aktualnie jest w drodze do Azkabanu.
Remus poczuł, że kręci mu się w głowie, jednak mimo to ruszył powoli przed siebie.
- Muszę... muszę porozmawiać z Peterem.
- Remus - powiedział delikatnie staruszek, łapiąc go za ramię. - Remus, Peter nie żyje. Syriusz...
- NIE! - krzyknął niespodziewanie młody człowiek, czując, że świat usuwa mi się spod nóg. - To nie może być prawda! Lily i James żyją! Syriusz nie zdradził! Peter żyje! Spotkamy się wszyscy w niedzielę, na obiedzie, który przygotuje Lily! Dlaczego pan kłamie?! - zapytał łamiącym się głosem, opierając się o ścianę, czując jak łzy palą jego oczy.
Dyrektor Hogwartu objął jednego ze swoich ulubionych byłych uczniów ramieniem, zaprowadził go do środka mieszkania i pomógł usiąść na drewnianym, twardym krześle. Remus czuł, że jego umysłem zawładnęło jakieś dziwne otępienie.
- Harry - powiedział nagle. - Powiedział pan, że to Lily i James... Co z Harrym?
- Harry jest bezpieczny... - odparł staruszek, a zdanie to odbiło się echem kilka razy.
Remus otworzył gwałtownie oczy, oddychając jakby przebiegł maraton. Ciężko było mu złapać powietrze. Rzadko - naprawdę rzadko - wracał myślami do tamtego Halloween, kiedy zginęli Lily i James. Starał się, jak ognia unikać myśli o tamtej nocy i przez ostatnie dwanaście lat wychodziło mu to naprawdę dobre. A teraz to wszystko wróciło, znów pamiętał, jak na początku nie docierało do niego co się stało. Od wyjścia Albusa musiała minąć dobra godzina, nim dopuścił do siebie myśl o śmierci przyjaciół, o zdradzie jednego z nich. To wtedy przyszedł czas na łzy, krzyki, a nawet rozbijanie o ścianę różnych przedmiotów.
Próbując wyrzucić z głowy tamte obrazy, znów przewrócił się na drugi bok. Remus czasem naprawdę nienawidził swojej pamięci.
Z dalszych prób snu zrezygnował, kiedy zegar wybił piątą rano. Za oknem było jeszcze całkiem ciemno, jednak nawet mimo mroku widać było sypiący zacięcie śnieg. W tym roku zima naprawdę postanowiła udowodnić na co ją stać. Remusa nagle ogarnął jakiś dziwny niepokój, który o dziwo nie był związany z procesem. Myślał natomiast o Syriuszu - jak jego przyjaciel da sobie radę w takim zimnie? Ale Syriusz był dorosłym mężczyzną i Remus miał nadzieję, że choć trochę dojrzał od czasu szkoły. Po chwili uświadomił sobie, jaką głupotę palnął. Jeśli któryś z Huncowtów, miałby być teraz dojrzały, to z pewnością zająłby to miejsce Black. Po tylu latach w Azkabanie wywołanie uśmiechu na twarzy Syriusza będzie prawdziwym cudem... Ale zaraz, o czym on znowu myśli?! Przecież jeszcze nic nie jest pewne, przecież to wszystko może być kłamstwem. Remus nie powinien nastawiać się na odzyskanie swojego przyjaciela, bo zawód, którego może doznać jest zbyt duży. Lecz widać jego umysł już postanowił, a wilk jak na złość milczał i nie dawał mu żadnej rady.
Kręcił się po kuchni i nie do końca świadomie przygotowywał śniadanie. Do rzeczywistości przywołało go dopiero oparzenie się gorącą kawą. Sycząc z bólu, zaklął szpetnie pod nosem, nagle bardzo szczęśliwy, że nie ma tu Lily. Dziewczyna ilekroć słyszała przekleństwo któregoś z Huncowtów - zwłaszcza Jamesa - zawsze sięgała po różdżkę. Nawet mimo upływu lat Remus pamiętał jak potrafiły boleć zaklęcia rudowłosej miłości Rogacza.
Koło godziny szóstej, kiedy Remus wpatrywał się uważnie w książkę - wpatrywał, bo wcale jej nie czytał - do kuchni wszedł Harry. Wyglądał jakby właśnie był świadkiem jakieś ogromnej katastrofy. Oczy miał lekko zaczerwienione i wyraźnie było widać, że płakał. Remus nie był pewien, czy jest to możliwe, ale włosy chłopca zdawały mu się jeszcze bardziej rozczochrane niż zwykle.
- Co się stało, Harry? - zapytał, odkładając książkę na bok i przyglądając się chłopcu uważnie.
- Zły sen - odparł niezbyt głośno, siadając na drugim krześle.
- Chcesz o tym porozmawiać?
- Niezbyt, ale Uzdrowiciel powiedział, że rozmowa może mi pomóc, więc...
- Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz - rzekł delikatnie Remus.
- Sam nie wiem czego chcę. To frustrujące. Z jednej strony chciałbym o tym porozmawiać, ale... ale z drugiej boję się, że kiedy powiem o tym wszystkim na głos to nie będzie już takie złe i...
- Boisz się, że cię wyśmieję? - podsunął mężczyzna.
- Chyba tak - powiedział chłopak, przygryzając wargę.
- Zdajesz sobie sprawę, jak głupia jest ta myśl, Harry? Nie wyśmieję twoich lęków, bo ja sam również je mam. Każdy je ma.
- Jesteś pewien, że są tak żałosne jak moje?
- A czego się boisz?
- Wielu rzeczy - powiedział chłopiec z zamyśleniem. - Ale najbardziej boję się, że stracę którąś z bliskich mi osób. Boję się, że któregoś dnia uświadomisz sobie, jak beznadziejny ze mnie przypadek, że dostrzegą to Ron i Hermiona.
- Harry, wiesz dobrze, że to wielka bzdura. Kocham cię i nigdy w życiu cię nie zostawię, nawet gdybyś bardzo chciał. Jesteś na mnie skazany.
- To dobrze, bo nie chcę żebyś gdziekolwiek odchodził - powiedział chłopak, spoglądając mu prosto w oczy. Mimo że Remus widział je niepierwszy raz, wciąż nie mógł nadziwić się, jak bardzo podobne są one do oczu Lily.
- Bądź spokojny, Harry, nigdzie się nie wybieram - powiedział ciepło i nastała między nimi cisza.
- Wiesz, chyba jestem głodny - oznajmił nagle Harry z nieśmiałym uśmiechem.
Remus zachichotał na tę nagłą zmianę tematu.
- Myślę, że to dobra wiadomość. Twoje zdrowie wraca do normy - rzekł, podając chłopcu talerz z kanapkami.
- Remus?
- Hmm?
- O której będziesz szedł... no wiesz... na proces?
- Och... O czternastej powinienem być w Ministerstwie.
- Chcę iść z tobą - powiedział chłopak, spoglądając na niego z dziwną determinacją.
- Wykluczone - odparł natychmiast mężczyzna. - Nie zabiorę cię ze sobą na ten przeklęty proces.
- Remus, chcę iść z tobą. Ja... ja chcę zeznawać.
- Słucham? - zapytał Remus, nie będąc pewien, czy dobrze usłyszał.
- Chcę zeznawać podczas procesu - powtórzył spokojnie chłopak, a jego spokój wydał się starszemu mężczyźnie dziwnie nienaturalny.
- Harry, chyba nie rozumiesz...
- Rozumiem znacznie więcej niż sądzisz, Remus - odparł zaskakująco ostro chłopak. - Tylko ja wiem, co wyprawiało się w tym domu. Chcę zeznawać.
- Będzie tam twoje wujostwo. Twój kuzyn, Harry. To nie jest dobry pomysł.
- Mój wuj nie może zrobić mi już nic więcej, niż to co zrobił do tej pory. Poza tym, chcę zobaczyć się z kuzynem... podziękować mu.
- Harry, proszę, to naprawdę nie jest mądre. Spotkanie z wujem nie zrobi dla ciebie nic dobrego.
- Remus, ja... ja myślałem o tym dłużej niż powinienem. Myślałem o tym, nawet kiedy byłem jeszcze na Privet Drive. Obiecałem sobie, że jeśli uda mi się przeżyć, to zrobię wszystko, żeby mój wuj nie skrzywdził już nikogo więcej. Ten proces to dla mnie szansa na spełnienie tej obietnicy.
- I bez twoich zeznań twój wuj trafi do Azkabanu. Mamy na niego mnóstwo dowodów.
- Naprawdę? I powiedz mi, ile to da? Trafi do Azkabanu na rok? Dwa? Trzy? Ta decyzja nie jest dla mnie łatwa i najchętniej zamknąłbym się w pokoju i nic nie robił. Tak byłoby najłatwiej, ale wiesz co? - zapytał chłopiec, a Remus był pewien, że jego oczy lśnią od powstrzymywanych łez. - Jeśli historia moich rodziców czegoś mnie nauczyła, to właśnie tego, żeby nigdy nie iść na łatwiznę. Może ten proces całkiem mnie dobije, może mnie złamie... Ale może coś się tam we mnie obudzi? Ktoś powiedział kiedyś, że najlepszym sposobem na zwyciężenie lęków, jest stawienie im czoła. Chcę tego spróbować. Proszę.
Harry był zdania, że Ministerstwo Magii jest zdecydowanie zbyt duże i zbyt tłoczne, jednak wolał zachować swoje pesymistyczne rozmyślania dla siebie. Remus i bez tego był zdania, że tylko głupota mogła go skłonić do zabrania ze sobą swojego podopiecznego na proces. Chłopiec sam nie wiedział, dlaczego to robi, zwłaszcza teraz, gdy jego serce biło trzy razy szybciej niż normalnie. W tym momencie najchętniej by zrezygnował, odwrócił się i opuścił to miejsce. Wiedział, że wystarczy jedno słowo, a Remus nic nie mówiąc zabierze go do domu. Ale coś go przed tym powstrzymywało. Miał w sobie jakąś dziwną determinację. Chciał doprowadzić to do końca. Coś w głębi niego chciało zemsty i choć to uczucie wprawiało go w lekkie zawstydzenie, to nie zamierzał z nim walczyć. Mógł teraz wejść na salę, w której odbędzie się proces, z wysoko uniesioną głową, mógł opowiedzieć wszystko, choć nadal nie był przekonany, czy da radę wydusić z siebie choć słowo. Zwłaszcza, gdy zobaczy tam swojego wuja. Mężczyznę, który przysporzył mu tyle bólu i upokorzeń. Ale Remus obiecał mu, że będzie cały czas przy nim, więc chyba mógł czuć się bezpieczny, prawda?
Im bliżej byli wind, tym bardziej słabo mu się robiło i coraz większe miał problemy z oddychaniem. To wtedy to poczuł - zapach wanilii i cytryny. Był tak wyraźny, że chłopak nie mógł pomylić go z niczym innym. Rozkoszne ciepło rozlało się po całym jego ciele, działając jak leczniczy balsam na skołatane nerwy. Czuł, że rodzice są tu z nim, dokładnie tak, jak obiecali - nie mógł ich zobaczyć, ale oni byli przy nim. Serce wciąż biło mu, jak oszalałe i wciąż potwornie się bał, lecz teraz ten strach był jakby łatwiejszy do zaakceptowania.
- Jesteś pewien, Harry? - zapytał Remus, kiedy drzwi windy zamknęły się za nimi.
- Tak - odparł chłopiec, a Remus przytulił go lekko do siebie.
- To już prawie koniec. Wkrótce będziemy mogli być prawdziwą rodziną.
Jak widzicie rozdział jest ze sporym opóźnieniem i nie wypowiadam się na temat jego treści. Wiem, że obiecałam wam coś innego i coś innego dodałam, ale cóż, nie dałam rady i jedyne co mogę powiedzieć, to, że wkręcę wydarzenia, które miały mieć miejsce w tym rozdziale do następnego. Jeśli macie jakieś pytania na temat opowiadania i nie tylko, to zapraszam na mojego aska:
ask . fm /EKP17 - usunąć wszystkie odstępy ;)
zlamany grosz - Możliwe, że masz rację co do postaci Harry'ego, bo jest ona chyba najbardziej złożoną i najcięższa do zrozumienia, nawet dla mnie i momentami jest piekielnie trudno opisać jej (postaci) uczucia. Myślałam nad betą, kiedyś nawet próbowałam z nią pracować, ale to chyba jednak nie dla mnie. Myślę, że przed dodaniem rozdziałów będę je przeglądać tak, żeby nie było większych błędów, a kiedy już zakończę opowiadanie, wezmę się za poprawienie całości ;)
Lisica - Też mi się wydaję, że przerysowałam próbę samobójczą Harry'ego, ale to chyba wynika z mojego "delikatnego" przemęczenia i braku weny. Teraz jest nieco lepiej, choć uważam, że ten rozdział mógł wyjść zdecydowanie lepiej i mam nadzieję, że już nie będę miała tak wielkich zastojów w pisaniu. Ale jak już wspominałam, jesień działa na mnie depresyjnie i niczego nie obiecuję. Rysujesz? Moja przyjaciółka też rysuje i chyba ją również coś ostatnio napadło, że nie może nic skończyć, więc wam obu życzę powrotu weny :)
GP - Wiem, wiem, ta próba samobójcza wyszło jako jedna, wielka kicha, ale jak już wspomniałam wyżej, w większej części zawiniło moje przemęczenie ;) Rozmowę Harry'ego z Severusem obiecuję ci w następnym rozdziale (nie trzymaj mnie za słowo, bo z moimi obietnicami różnie bywa, ale zrobię co w mojej mocy).
To do następnego - nic wam nie obiecuję, bo później widać jak to wychodzi.
EKP
