Witam ponownie wszystkich, którzy nadal śledzą tego fanficka ;). Jak zwykle mam dla was kolejny rozdział, tylko niestety tym razem muszę ostrzec, że następny być może pojawi się dopiero za miesiąc. Kolejne rozdziały są dłuższe, więc potrzebuję więcej czasu, aby je przetłumaczyć, a mam także dużo innych zajęć, którym muszę poświęcić czas. Kiedy rozdziały będę krótsze, będę je umieszczać częściej.
Zapraszam do czytania!
Rozdział 36
Próby pani Potter
,,,
Święta to okres, kiedy tęsknisz za domem – nawet wtedy kiedy jesteś w domu.
(Carol Nelson)
,,,
REMUS:
W miesiącach poprzedzających święta niewiele się działo u Huncwotów. Okropne szlabany, podczas których byli oddani pod opiekę Flichowi (co zazwyczaj oznaczało konfiskatę różdżek, najbrudniejsze toalety chłopców, szczoteczki do zębów i harówkę), spowodowały krótką przerwę w huncwockiej aktywności, nawet ze strony Jamesa i Syriusza. Miały w też swój udział dodatkowe treningi Quidditcha, które przygotowywały ich do gry z Puchonami w listopadzie.
Dzień meczu był pochmurny i szary, ale nie zmniejszyło to pogody ducha dwóch najnowszych graczy w drużynie. Nawet Syriusz, który z własnej woli nie pojawiał się na śniadaniu przed jedenastą, obudził się skoro świt, aby zaciągnąć Remusa i Petera z łóżka do Wielkiej Sali.
— Nie chcę jeszcze wstawać – narzekał Remus, kiedy Syriusz ciągnął go za rękaw przez drzwi do stołu Gryfonów.
— Ależ chcesz! - odparł mu wesoło Syriusz. — To jest pierwszy prawdziwy mecz Quidditcha twojej watahy. Chcesz tam być.
— Nie, nie chcę. Chcę nową watahę. Jakichś Puchonów, którzy nie lubią Qudditcha i przesypiają zimę.
— Jedz. - Syriusz złapał rękę Remusa i położył na niej tost oraz parówkę, a następnie zamknął mu palce. Poklepał go po głowie. — Dobry chłopiec.
Remus wpatrywał się śpiącym wzrokiem w dłoń.
— Nie jestem psem. Gdzie Hamish?
— Śpi w twojej kieszeni. - Syriusz nałożył sobie olbrzymią porcję owsianki, a potem polał ją połową słoika złotego syropu.
— Zmieniłem zdanie – ogłosił Remus. — Nie chcę nowej watahy. Chcę być jeżem. Wtedy mogę spać, kiedy chcę, być karmionym i noszonym w czyjejś ciepłej kieszeni.
— A także transmutowanym w poduszeczkę do igieł – przypomniał mu James.
— A także przeczarowywany na czerwono i złoto – dodał Peter.
Remus poddał się i śpiąco przeżuwał parówkę, którą miał w dłoni.
— Mamy świetną szansę przeciwko Puchonom – powiedział James, najwyraźniej nie mogąc nie mówić o Quiddtichu przez dłuższy czas. — Byli beznadziejni jeszcze zanim dostaliśmy się do drużyny.
— Nic nie mów – błagał Remus. — Sprawiasz, że mózg mi się przegrzewa.
— Mówiłam ci, Remus, powinieneś znaleźć sobie nowych przyjaciół.
Chłopcy podnieśli wzrok, kiedy Lily, Alice i Rebecca usiadły przy stole. Ubrane były w gryfońskie kolory specjalnie na mecz.
— Evans! - James wyglądał na zachwyconego. — Przyjdziesz zobaczyć, jak miażdżymy Puchonów? Czy tylko, aby zachwycać się moimi fantastycznymi ruchami na miotle?
Lily skrzywiła się, a Remus jęknął i uderzył głową o stół.
— Nie mów do mnie, Potter. Jest zbyt wcześnie, aby czuć taką chęć do mordowania. - Obróciła się i zaczęła nakładać sobie śniadanie.
— Myślisz, że powinniśmy dać mu lekcję, jak należy rozmawiać z dziewczynami? - wyszeptał Syriusz do Remusa, mieszając owsiankę i obserwując scenę z zainteresowaniem.
— Nie ma sensu – westchnął Remus. — Do jego gryfońskiej, grubej czaszki nie dostanie się nic, co będziesz próbować mu wbić.
— Czy szeptacię o mnie? - zapytał James.
— Dlaczego tak sądzisz? - odparł pytaniem Syriusz.
— Bo oboje macie to samo spojrzenie beznadziei i desperacji, które pojawia się u wszystkich nauczycieli, kiedy mówią o mnie – odparł z nadąsaniem James.
Pół godziny oraz wiele parówek i tostów później, wyszli z Wielkiej Sali i skierowali się w kierunku boiska Quidditcha. Nawet pomimo tego, że Remus był owinięty grubym płaszczem, który pożyczył od Jamesa, drżał pod wpływem lodowatego, listopadowego wiatru. Było ledwie kilka dni po pełni i jego odporność była teraz najgorsza.
— Wszystko w porządku, kumplu? - zapytał Peter, kiedy we dwójkę szli w kierunku trybun. — Myślę, że nie mieliby nic przeciwko, gdybyś wrócił, jeśli źle się czujesz.
Remus rzucił Peterowi spojrzenie pełne niedowierzania.
— W porządku – poprawił się Peter. — Być może będą mieć coś przeciwko, ale kiedy wyjaśnisz czemu poszedłeś, przejdzie im. Szczególnie Syriuszowi. Wiesz, jaki opiekuńczy jest w stosunku do ciebie.
— Tak – odparł Remus, przewracając oczami.
— Po prostu o ciebie dba. Po za tym – Peter spojrzał na niego kątem oka — ty zachowujesz się dokładnie tak samo.
Remus spuścił wzrok, niepewny dlaczego ta rozmowa sprawia, że czuje się tak nieswojo. Przyjaciele mogli się o siebie nawzajem troszczyć, prawda?
— Nic mi nie jest – powiedział, chcąc zmienić temat. — Tylko trochę mi zimno. — Nagle uśmiechnął się radośnie. — Trochę dobrego dopingu w stylu Huncwotów powinno temu zaradzić.
Twarz Petera rozświetliła się w uśmiechu.
— Masz jakiś pomysł? Czy to trudne? Możesz mnie nauczyć?
— Nauczę cię tych łatwiejszych części – zapewnił go Remus. — Znalazłem to w książce, kiedy szukałem zaklęć do mapy. Było tam pełno informacji o ruszających się obrazach i tak dalej. Całkiem interesujące, ale nic co mógłbym użyć. Miałem nadzieję, że znajdę zaklęcie, które będzie w stanie śledzić ruszające się schody i pokoje, aby pokazywać je na mapie we właściwym miejscu. Może ostrzegać nas, kiedy zbliżają się nauczyciele. Myślałem o zmienieniu zaklęcia, które pokazuje imię osoby na jej ubraniu, tak, aby automatycznie pokazywało imię osoby na mapie i gdziejest … - przerwał, kiedy zauważył zamarłą twarz przyjaciela. — Peter?
— Przepraszam! - odparł Peter przepraszająco. — Dotarła do mnie połowa z tego co mówiłeś. Brzmi świetnie, ale James i Syriusz zrozumieją to lepiej. Naprawdę mi przykro. Jestem trochę tępy. Wiesz o tym.
Remus poczuł falę współczucia.
— Jasne, zapomnij o tym, Pete. Myślałem na głos. A poza tym masz swoje mocne strony – jesteś lojalny, masz genialne poczucie humoru, które jest świetne dla Huncwota. Zauważasz także różne rzeczy – rzeczy, które James i Syriusz cały czas przegapiają. O ludziach i o tym co myślą i czują.
Peter gapił się na Remusa.
— Naprawdę tak myślisz? Czasem czuję, że nie należę do naszej paczki. Że pewnego dnia James i Syriusz znudzą się mną i mnie porzucą.
— Ja tak samo – wyszeptał Remus.
— Też się tak czujesz? - zapytał Peter w zdumieniu. — Nigdy by cię nie porzucili. Szczególnie Syriusz.
— Nie możesz tego wiedzieć – powiedział Remus. — To głupie, ale coś co Syriusz powiedział mi tego dnia, kiedy wieszaliśmy pajęczyny, sprawiło, że zacząłem się zastawiać. Co się stanie, kiedy ekscytacja tym, że jestem sam-wiesz-czym spowszechnieje i zaczną zauważać złe strony bycia moim przyjacielem? Wiem, jak się czujesz, Pete. Jakbyś przyczepił się do ich przyjaźni zanim nagle się nie rozejrzą i zorientują, że popełnili błąd. Wiesz, co zawsze sobie mówię, kiedy to poczuję?
— Co? - zapytał Peter z rozszerzonymi oczami.
— Mówię sobie, że oni także moją swoje wady i kompleksy. Jednią z nich jest całkowity brak tolerancji dla każdego, do kogo nie czują sympatii. Pomyśl o Ślizgonach i Slughornie i Snapie. Pomyśl o nowym nauczycielu OPCM, który wydaje się konkurować z Binnsem na najnudniejszego nauczyciela wszech czasów? Nigdy się nie cofają w swoich sposobach dręczenia ich, prawda? Więc naprawdę muszą nas lubić, aby uczynić nas członkami swojej paczki. Oni rozróżniają tylko osoby, które lubią i które nadają się do dręczenia. Niczego pośrodku. Pamiętasz, jak mnie traktowali?
— Och, Lunatyku. Przykro mi z tego powodu.
Remus uśmiechnął się i potrząsnął głową.
— Zadośćuczyniłeś za to po tysiąckroć. Nie musisz się czuć z tym źle.
We dwójkę weszli na trybuny Gryffindoru i wcisnęli się między innych uczniów z czwartego roku.
— Nauczę cię zaklęcia – powiedział Remus, a Peter posłusznie wyjął różdżkę. Kiedy mecz miał już się zacząć, Remus był całkiem pewien, że jego przyjaciel zna ruch różdżką i inkantację odpowiednio dobrze.
— Zrób to, kiedy Gryfoni zdobędą pierwsze punkty – wyszeptał do Petera, pośród radosnych okrzyków, kiedy wlecieli gracze.
— Co ty będziesz robił?
— Zobaczysz.
Nie musieli długo czekać. Mimo tego, że w drużynie Gryfonów wielu graczy było fatalnych, biedna drużyna Puchonów była jeszcze gorsza. Ich ścigający plątali się po boisku, wyglądając na zagubionych, kiedy James i Tor Patil pędzili między nimi. Ich pałkarze – wcale nie najgorsi – nie dorastali do pięt Syriuszowi, który leciał jak pocisk, posyłając tłuczki na prawo i lewo. Remus dostrzegł na chwilę jego twarz, kiedy zatrzymał się, aby popatrzeć na obrońcę Puchonów, który zaczął obracać się niekontrolowanie po uderzeniu tłuczka. Głowa Syriusza była odrzucona do tyłu. Był był rozbawiony - triumfalny śmiech lśnił na jego twarzy. Policzki miał zaczerwienione od zimnego powietrza, a włosy rozwiewał mu wiatr.
Coś w tym momencie zakuło Remusa w środku. Poczuł ciepło w dole brzucha, które rozprzestrzeniło się aż do jego klatki piersiowej. „Wspaniały" było słowem, które pierwsze przyszło mu na myśl. „Po prostu piękny".
Został przywrócony do rzeczywistości przez Petera, który szturchnął go mocno w ramię.
— Remus! Obudź się! Zdobyli gola!
Remus oderwał głowę od Syriusza i zauważył Jamesa robiącego zwycięski przelot, a trybuny aż trzęsły się pod wpływem okrzyków radości. Poczuł mocne ukucie winy, że przegapił pierwszego gola przyjaciela.
— Szybko, rzuć zaklęcie! - ponaglił go Peter, a potem wyciągnął różdżkę i wymamrotał swoją inkantację.
Strumienie czerwonych i złotych błyszczących świateł wstrzeliły z różdżki Petera, a potem opadły na widzów w postaci nieszkodliwych iskier w kształcie gwiazd. Peter wyglądał na kompletnie zaszokowanego i zachwyconego, że jego zaklęcie naprawdę zadziałało. Z różdżki Remusa wyłonił się olbrzymi, lśniący, złoty lew z płonącą, czerwoną grzywą. Wskoczył zwinnie w powietrze ponad boiskiem do Quidditcha. Remus skupił się i zrobił różdżką kolejne, lekkie machnięcie. Lew obrócił się i pokłonił drużynie Gryffindoru, a potem odrzucił triumfalnie głowę do tyłu, w sposób, który dziwnie przypominał Syriusza. Na koniec wydał z siebie głośny ryk, który zagłuszył westchnienia i okrzyki. Potem eksplodował w deszczu szkarłatnych i złotych iskier, które ponownie opadły na widzów.
Remus uśmiechnął się szeroko, kiedy całe boisko wybuchnęło jeszcze głośniejszymi okrzykami. Poczuł kolejny przypływ ciepła w swoim wnętrzu, kiedy Syriusz przeleciał koło niego, patrząc na niego w zachwycie, a potem włożył dwa palce do ust i gwizdnął z uznaniem.
Ten pokazał wydawał się dać drużynie Gryfonów nowych sił i pozostawił Puchonów motających się w swoim zmieszaniu. Po dwudziestu minutach dalszej gry szukający Puchonów dokonał desperackiego ruchu i udało mu się złapać znicz, ale do tego czasu Gryfoni pokonali ich o czterdzieści punktów.
— Pójdę poczekać na resztę przy szatniach – powiedział Peter z wzrokiem nadal promiennym i podekscytowanym. — Idziesz?
Remus otoczył się ramionami i zaczął podskakiwać w górę i dół, kiedy mocny, lodowaty wiatr owiał jego ciało.
— Chyba poczekam na dole i schowam się pod trybunami – powiedział, trzaskając zębami. — Przyjdźcie po mnie, jak będziecie wracali do pokoju wspólnego.
Peter uśmiechnął się i skinąwszy głową, pobiegł w stronę szatni.
Remus zadrżał ponownie. Krążył koło trybun aż znalazł takie miejsce, że był prawie całkiem pod nimi ukryty, aby chroniły go przed wiatrem. Był zaskoczony, kiedy zauważył małą, kulącą się postać, wpatrującą się w kierunku szatni Gryfonów. Widocznie nie tylko on szukał tutaj schronienia.
— Wszystko w porządku? - zapytał.
Postać obróciła się. Remus stał teraz naprzeciwko paru szeroko otwartych szarych oczu, które były prawie identyczne jak oczy Syriusza. Tylko, że u niego nigdy nie pojawiało się uczucie uniżonej, pełnej strachu porażki i nieszczęścia.
— Regulus?
— Nie odzywaj się do mnie – warknął chłopak. Jego spojrzenie skierowało się w kierunku trybun Ślizgonów, gdzie nadal siedzieli uczniowie ubrani w zieleń i srebro.
— Wszystko w porządku, nie widzą nas – zapewnił go Remus. — Szukałeś Syriusza?
— Nie chcę mieć nic wspólnego z tym zdrajcą krwi! - Oczy Regulusa zaprzeczały jego słowom, ponieważ skierowały się, wbrew jego woli, z wyrazem tęsknoty w kierunku szatni Gryfonów.
Remus zgryzł wargę.
— Jest twoim bratem. Twoją krwią – powiedział Regulusowi, tak delikatnie jak potrafił. — To o wiele ważniejsze niż jakiekolwiek głupie, domowe uprzedzenia. Nic nie powinno stanąć między wami. On tęskni za tobą, Regulusie. To, że z nim nie rozmawiasz rozrywa go wewnętrznie.
Oczy Regulusa skierowały się z powrotem na Remusa. Kpiąco oceniał go z góry na dół, patrząc na jego połatane, szaty i buty, a także zbyt duży płaszcz. — Krew? - warknął. — Mówi to ktoś, kto zeznawał przeciwko swojemu własnemu ojcu i wysłał go do Azkabanu!
Remus zachwiał się na jego słowa. Czuł gulę bólu za żebrami, która wydawała się puchnąć i go dusić.
— To b-było co innego – wyszeptał. — Syriusz kocha c…
— Syriusz nie kocha nikogo w naszej rodzinie – przerwał mu zimno Regulus. — Znosił mnie, ponieważ potrzebował mnie, abym chował mu świece i pergamin w piwniczce, kiedy był tam zamykany za bycie zbyt gryfońskim! Chciał tylko mnie zepsuć!
— Nie... - powiedział Remus. — On wcale taki nie jest…
— Nie? Wiesz, jak ciężko mi być Ślizgonem, kiedy on sobie biega wokół z reputacją gryfońskiego idola?
— On nie chce…
— Nie! On się nie przejmuje! Myślałem, że o to dba, ale tak naprawdę tego nie robi.
Remus wpatrywał się w niego bezradnie, kiedy Regulus podniósł brodę i znów zadrwił.
— On wybrał Gryffindor – powiedział z niechęcią. — Mówił ci o tym kiedyś? Tiara chciała umieścić go w Slytherinie, tak jak naszą resztę, ale on musiał być inny. On o ciebie nie dba. Ani o Pottera, ani o Pettigrewa. Jesteście tylko częścią jego pancerza i broni przeciwko nam. Robi to przeciwko nam, nie dla was.
Jego słowa trafiły w sedno i Remus poczuł, jak Lunatyk budzi się wewnątrz niego w obronie własnej, kiedy ból wydawał się palić w jego klatce piersiowej i gardle.
— Idź sobie! - syczał w desperacji, ponieważ nie mógł zranić małego brata Syriusza.
— Czyżbym trafiłem w czuły punkt? - szydził Regulus, nieświadom zagrożenia.
— Idź sobie! - Remus nie był już pewien, czy mówi do Regulusa, czy Lunatyka. Był świadom, że jego głos był głębszy i dzikie warkniecie próbuje przedostać się przez jego gardło. Paznokcie wbijały mu się w dłoń, kiedy zaciskał je w pięści.
Regulus w końcu wydawał się coś zauważyć i zrobił nerwowy krok w tył. Lunatyk wył triumfalnie w umyśle Remusa.
— Regulus, idź stąd.
Nagle pojawił się Syriusz, wyprowadzając brutalnie brata spod trybun, kiedy Remus stał z zamkniętymi oczami i zaciśniętymi pięściami, z całych sił starając się wyrównać swój oddech.
Czuł po zapachu, że Regulus się wycofał. Jego zapach był podobny do Syriusza i podejrzewał, że dlatego zareagował tak gwałtownie na zaczepki chłopaka. Lunatyk zareagował na nie, jakby były częścią zdrady członka watahy.
— Remus? Lunatyku? Spójrz na mnie.
Remus zmusił się do podniesienia powiek i ponownie stanął naprzeciwko burzowych, szarych oczu. Jednak tym razem pojawiło się w nich zmartwienie i troska, a także coś co wydawało się iskrzyć w ich głębinie. Przypominało to Remusowi to emocjonujące uczucie, które poczuł, kiedy patrzył na Syriusza śmiejącego się na miotle.
Oddech Remusa zaczął się wyrównywać, a Lunatyk wycofał się w tył jego umysłu. Kiedy emocje odpłynęły, Remus znów poczuł lodowaty wiatr i ponownie zaczął drżeć z zimna.
— Co on ci powiedział? - zapytał Syriusz, przyciągając Remusa w brutalnym uścisku. — Co ten dupek ci powiedział?
Remus oparł się o pierś Syriusza, wdychając znajomy niebieskoszary zapach, który był inny od zapachu Regulusa. Naprawdę był. Czuł się bezpieczny i chroniony. Nagle ta cała złość, którą czuł do brata Syriusza minęła. To było to, co Regulus stracił. To był powód dla którego ten mały, przestraszony chłopiec zaatakował jedną z osób, które zabrały mu brata. Remus nie mógł winić Regulusa, ponieważ czuł, że zrobiłby coś o wiele gorszego niż rzucił kilka zaczepek, gdyby był w podobnej sytuacji.
— Nic – westchnął. — To nie była jego wina. Był wystraszony oraz samotny i nie wiedział co zrobić, więc zaczął mnie drażnić.
— Nie powinien był.
— Tak, powinien – wyszeptał Remus. — To może pomóc im zaakceptować go jako jednego z nich.
Syriusz sapnął i zanim go wypuścił, dał Remusowi jeszcze jeden mocny uścisk.
— Myślałem, że go zaatakujesz.
— Wiem. Ja też. Cieszę się, że wtedy przyszedłeś. - Remus zadrżał na myśl, co mogło by się stać, jeśli Syriusz by nie przyszedł. — Myślę, że to dlatego, że pachnie trochę jak ty. Lunatyk kojarzy ten zapach z watahą.
— To mogło by być paskudne – zgodził się James, który razem z Peterem obserwowali ich stojąc pod trybunami.
— Chodźmy do środka – powiedział Syriusz. — Myślę, że możesz zrobić się niebieski z zimna, Lunatyku. Nie możemy pozwolić, abyś tak afiszował się kolorami Ravenclawu.
— To jest jego wewnętrzny Krukon, który próbuje się wydostać – odparł Peter. — Wiedziałem, że gdzieś tam jest.
W próbie utrzymania ciepła skierowali się do zamku truchtem.
— Tak w ogóle – powiedział Syriusz, uśmiechając się do Remusa. — Lew był genialny.
Remus odpowiedział uśmiechem, kiedy jego żołądek skręcił się z radości pod wpływem pochwały.
— Pierwszy mecz, w którym brali udział Huncwoci, musiał był godny zapamiętania – odparł. — A tak w ogóle, wasza dwójka była świetna. Potrzebujemy czegoś, aby to uczcić.
— Myślę, że potrzebujemy czegoś jeszcze – powiedział James. — Jakiejś imprezy z dużą ilością jedzenia z kuchni. I głośną muzyką.
— To był właśnie pokaz genialności Jamesa! - ogłosił Syriusz, otaczając rozczochranego chłopca ramieniem. — Prowadź, stary.
,,,
Remus czuł się dziwnie, kiedy żegnał się z przyjaciółmi na święta. Fakt, że byli teraz watahą, sprawiał, że rozstanie było jeszcze trudniejsze. Wsiadł do odrapanego auta Neila i ruszyli w drogę do małego domu Andersów w mugolskim mieście, Hempstead Green.
— Wszystko w porządku, Remusie? - zapytała Angela ze zmartwieniem, obracając się, aby zerknąć na jego wyraz twarzy. — Nie wyglądasz za dobrze.
— To nic – zapewnił ją. — Tylko za nimi tęsknię.
— Czy to z powodu tej całej watahy? - zapytał Neil, patrząc na niego w lusterku.
— Nie wiem – przyznał Remus. — To może być z powodu tej całej przyjaźni. Obie są dla mnie czymś nowym. — Uśmiechnął się do nich uspokajająco. — Czekałem cały semestr, aby wrócić do domu.
— Naprawdę? - Angela wyglądała na zachwyconą.
— Tak, naprawdę.
— Będzie cudownie – powiedziała Angela. — Będziemy mieć wielki świąteczny obiad. Będziemy jeść póki się nie pochorujemy, a potem obudzimy się rano i otworzymy razem nasze prezenty.
— Brzmi wspaniale – powiedział Remus. Jednak w chwili, kiedy to mówił, myślał o Syriuszu i o tym, że był zmuszony kłamać swojej rodzinie, aby spędzić święta z Jamesem. Remus chciałaby móc go zaprosić do Andersów, ale ich dom był mały i byli niewiele bogatsi niż, kiedy Remus mieszkał ze swoim ojcem. Remus nie rozumiał, gdzie szły ich wszystkie pieniądze – przecież oboje pracowali na pełen etat w ministerstwie -, ale nie miał odwagi zapytać.
— Możesz spotkać się z przyjaciółmi dzień po świętach – powiedział Neil, najwyraźniej znów dostrzegając w lusterku zamyśloną minę twarz Remusa. — Rozmawiałem w pracy z panem Potterem. Także jest Aurorem, chociaż trochę wyżej w hierarchii niż ja. Miły facet. Powiedział, że chcą, abyś u nich został na ostatni tydzień ferii. Chcesz?
Remus czuł, jak twarz mu się rozświetliła w uśmiechu.
— Pan Potter tak powiedział?
— Tak – odparł Neil. — Znasz go?
— Nie, ale James dużo o nim mówi. Wydaje się być w porządku. Po prostu uważam, że to miło z jego strony, że zaprosił mnie, mimo tego, że mnie nie zna.
Angela uśmiechnęła się do niego.
— Nie jesteś w stanie uwierzyć, kiedy słyszysz, że ludzie są w stanie dać ci szansę, a nie skreślać na starcie?
Remus poczuł, że uśmiech na jego twarzy lekko bladnie.
— No cóż, on nie wie, że jestem wilkołakiem.
— To nie ma znaczenia – powiedział Neil z pewnością. — Powiedział, że byłeś bardzo dobrym przyjacielem dla Jamesa. Mówił także, że James i Syriusz mówili o tobie cały czas w czasie wakacji. - Uśmiechnął się do Remusa, zatrzymując auto, dojeżdżając do celu. — Myśli, że masz bardzo źle zachowującego się królika. Najwyraźniej podsłuchał, jak James i Syriusz rozmawiali na temat twojego „małego, futrzastego problemu".
— Mojego co? - Remus nie był pewien, czy być wzruszonym, czy przerażonym. Otworzył drzwi i podszedł do bagażnika, aby wyciągnąć swój kufer. — Nie mogli wymyślić na to lepszego kodu?
Angela śmiała się tak mocno, że prawie wypadła z auta. Jedna z jej jedwabnych, wężopodobnych chustek trzymała się karoserii, aby ją przytrzymać, podczas gdy biały, wypchany gołąb, którego miała na swoim zimowym kapeluszu, gruchotał w głośnym proteście.
— To nie jest śmieszne – powiedział Remus, jednak również nie potrafił się powstrzymać od lekkiego uśmiechu.
— Ale jest! - wydyszała. — Twój futrzasty, mały problem. - Znów zaczęła się śmiać.
— Angela – powiedział Neil w udawanej powadze. — Wystraszysz biednych Mugoli, jeśli nie przestaniesz. Nie powinieneś jej zachęcać – dodał do Remusa.
— Zachęcać ją? To nie ja się z nią ożeniłem. Musiałeś wiedzieć, jaka jest.
Udając oburzenie, Angela skierowała się do drzwi wejściowych.
— Za sam ten komentarz, Remus będzie musiał dzisiaj gotować.
,,,
Posiadanie rodziny, która o niego dba, nadal pozostawała dla Remusa nowością. Święta minęły, jak bajka – w bogatych obiadach, śmiechu i cieple. Andersowie nie mieli wiele pieniędzy, ale Remus uważał, że nie mógłby być szczęśliwszy, gdyby żył w zamku i był zalewany prezentami.
Niestety sam nie był w stanie zapamiętać samego dnia świąt, ponieważ jego transformacja miała miejsce w Wigilię. Jednak Andersowie rozwiązali problem opuszczonego święta, przesuwając go kilka dni do tyłu. Dlatego ich prywatne świętowanie miało miejsce dwudziestego pierwszego i dwudziestego drugiego grudnia zamiast dwudziestego piątego. Remus był tak wzruszony za ten gest troski i miłości, że miał wrażenie, że jego serce eksploduje z miłości i szczęścia z powodu posiadania nowej rodziny.
Ostanie krople zmartwienia, czy go zaakceptują, znikły pod wpływem ciepła kominka w salonie, kiedy siedział na podłodze koło sofy w dzień prawdziwych świąt i z Angelą głaskającą jego włosy. Wiedział, że mając prawie piętnaście lat, jest już na to trochę za duży. Jednak dopóki nikt go nie widział, nie mógł być winiony za potrzebę uwagi swojej matki. Szczególnie, że był owinięty bandażami i dopiero co wyzdrowiał ze stanu swojego zdziecinnienia.
— Myślę, że powinieneś zafiukać do Potterów i powiedzieć im, że będziesz dopiero pojutrze – powiedziała Angela, odkładając książkę i pochylając, się, aby spojrzeć na twarz Remusa. — Wygląda na to, że potrzebujesz więcej czasu, aby wyzdrowieć.
— Co? - Remus usiadł gwałtownie i obrócił się, aby na nią spojrzeć. — Ten księżyc był ciężki, ponieważ nie było tam mojej watahy. Spędziłem z wami cudowny czas, naprawdę, ale bardzo, ale to bardzo chcę zobaczyć znów przyjaciół. Proszę.
— Jak masz zamiar wytłumaczyć swoje obrażenia?
— Ukryję je – odparł Remus. — Jak zawsze. James i Syriusz już im powiedzieli, że bywam często chory.
Angela oparła się na krześle i westchnęła.
— Chcę tylko się o ciebie zatroszczyć. Nie mogę znieść, że musisz przez to przechodzić.
Remus ukląkł, aby móc spojrzeć jej w oczy.
— Angela, ty i Neil zrobiliście dla mnie więcej niż ktokolwiek kiedykolwiek. Daliście mi rodzinę i komfort i nie pamiętam, kiedy byłem tak szczęśliwy. Nie możesz dla mnie zrobić nic więcej. Taki już po postu jestem.
— Wiem – wyszeptała. — Możesz, oczywiście, spotkać się jutro z przyjaciółmi, jeśli uważasz, że czujesz się wystarczająco dobrze.
Remus uśmiechnął się.
— Dziękuję.
Odpowiedziała uśmiechem i pochyliła się, aby pocałować go w czoło.
,,,
Okazało się, że posiadłość Potterów jest w Surrey, zaledwie kawałek od Londynu. Neil przytransportował tam Remusa przy pomocy aportacji wspólnej, kiedy tylko Potterowie dali im możliwość przejeść przez ich osłony. Było to doświadczenie, którego nie chciał powtarzać w najbliższej przyszłości. Było to jak przeciskanie się przez rurkę, która jest dla niego za mała.
Kiedy otworzył oczy, zachwiał się lekko z bólu, ponieważ jego rany zostały podrażnione przez podróż. Potem otworzył usta w podziwie. Stali na szerokim żwirowym wjeździe otoczonym przez zielone pola, lasy i ogrody rozciągające się w każdą stronę. Na przeciwko nich, otoczony przez kasztanowce, które rosły wzdłuż drogi, stał budynek mieszkalny posiadłości. Była to olbrzyma, blada, kamienna budowla z wysokim na pięć pięter zaokrąglonymi na górze oknami. Zawiłe, rzeźbione kolumny z piaskowca zdobiły główne wejście. Do pary wielkich, drewnianych drzwi prowadziły kamienne schody.
Remus nigdy w życiu, poza książką, nie widział tyle bogactwa należącego do jednej rodziny. Chociaż wiedział, że jego przyjaciele są bogaci, nawet nie marzył, że czystokrwiste bogactwo Jamesa jest podobnego poziomu, co arystokratów we wcześniejszych czasach. Nagle zaczął się zastanawiać, jak wygląda dom Syriusza. Wiedział, że jest w Londynie, więc prawdopodobnie nie ma tyle terenów wokół siebie, ale wyobraził go sobie również jako olbrzymi budynek. Jednak prawdopodobnie kamień będzie ciemny, a rzeźbienia bardziej złowrogie niż te na rezydencji Potterów.
— Wielki Merlinie, Remus. - Neil stał koło niego z podobnym wyrazem szoku jak jego adoptowany syn. — Naprawdę wiesz, jak wybierać przyjaciół.
— Nie wybrałem go, ponieważ był bogaty – powiedział Remus nadal wpatrując się w dom. — Źle trafiliśmy?
Neil bez słowa wskazał na rzeźbienie nad drzwiami. Był to herb, pod którym był miedzioryt z napisem „Potter". Na tarczy tłem było złote słońce, z jednej strony był ryczący lew, a na drugiej hipogryf.
— Powinniśmy zapukać? - zapytał nerwowo Remus, kiedy szli drogą w stronę domu.
— Tak podejrzewam – odpowiedział Neil. Przytrzymał Remusa za ramię, pomagając mu wejść po kamiennych schodach, ponieważ ten z bólu i zachwytu chwiał się lekko podczas drogi. — Miejmy nadzieję, że nie umieszczą cię na ostatnim piętrze, co? - Wziął do ręki kołatkę o głowie lwa i zastukał w drzwi. Mogli usłyszeć, jak dźwięk rozbrzmiewa się echem w środku budynku.
Krótko po tym rozległy się dwa identyczne okrzyki radości, po których nastąpiły krzyki „Remus tu jest", a potem świst i głośny, rozbrzmiewający huk. Następnie usłyszeli krzyczący kobiecy głos:
— Co ja wam mówiłam o ślizganiu się po poręczach! Naprawdę, myślałam, że posiadanie jednego chłopca jest wystarczająco złe! Reparo!
— Przepraszam, mamo!
— Przepraszam, pani Potter!
Drzwi frontowe gwałtownie się otworzyły i Remus został zrzucony z nóg w mieszaninie kończyn, kiedy James i Syriusz skoczyli na niego.
— Lunatyk!
Peter podążył za nimi w bardziej opanowanym tempie, schodząc po schodach, a nie zjeżdżając po poręczy.
— Ou! - westchnął Remus czując jednoczenie ból i radość. — Zejdźcie, zejdźcie! Jestem chory!
— Jesteś chory? - James usiadł i spojrzał na jego twarz. Najwyraźniej dopiero teraz zauważył ciemne cienie pod oczami i drżenie ust z bólu. — Och! Och, przepraszam, Lunatyku. Zraniliśmy cię?
— Nie, nie. Wszystko w porządku – zapewnił go Remus. — Byłoby nawet lepiej, gdyby Syriusz zszedł mi z klatki piersiowej, abym mógł oddychać, zanim znów zademonstruję swoje krukońskie kolory.
— Przepraszam. - Syriusz zeszedł z niego i pomógł mu wstać na nogi. — Nie wyglądasz dobrze, kumplu.
— Jestem zaskoczona, że w ogóle oddycha po tym okropnym powitaniu, które mu sprawiliście – powiedział surowy głos. Remus podniósł wzrok i zobaczył panią Potter: wysoką, smukłą kobietę z bardzo ciemnymi kasztanowymi włosami i orzechowymi oczami Jamesa. — Witaj, Remusie.
— Dzień dobry, pani Potter – powiedział lekko nerwowo. Był przyzwyczajany widzieć ją w otoczeniu innych matek i ojców na stacji, albo wyglądającą na zabieganą i zestresowaną, kiedy próbowała trzymać Jamesa i Syriusza pod kontrolą na ulicy Pokątnej. Tutaj w swoim żywiole, wyglądała onieśmielająco. Stała w korytarzu wejściowym otoczona portretami, ubrana w ciemno zieloną szatę, z włosami zaczesanymi elegancko wokół swojej głowy. Jednak kiedy jej twarz skrzywiła się w zmartwieniu w sposób, tak bardzo przypominający Jamesa, cała nerwowość Remusa opuściła go.
— Syriusz ma rację. Nie wyglądasz dobrze. Wszystko w porządku?
— Nic mi nie jest – zapewnił ją Remus. — Często jestem chory. Wczoraj było źle, ale już nic mi nie jest.
— Wczoraj? - zapytał Peter, wyglądając na przerażonego. — W święta?
— No – odpowiedział Remus. — Nie pamiętam z nich praktycznie nic. Jednak to nic. W tym roku przełożyliśmy święta na inny dzień. Było genialnie.
— Naprawdę nic mu nie jest? - zapytała pani Potter.
— Remus czuje się dobre – zapewnił ją Neil. — Radzi sobie z tym większość swojego życia. Wie, ile może znieść. Ma eliksiry w torbie, jakby poczuł się źle i wie, żeby się nie przeciążać. — Spojrzał na Remusa, trochę niepewny ostatniego stwierdzenia. — Wiesz o tym, prawda Remusie? Nie chcę słyszeć żadnych opowieści, jak zjeżdżasz po balustradzie albo robisz komuś kawały, albo o eksplodujących kawałkach pergaminu, które wznieciły ogień w salonie.
Remus westchnął z oburzeniem.
— To był wypadek i dobrze o ty wiesz – powiedział. — Nie chciałem, aby wybuchło. Zrobienie tego zabrało mi wieki!
— Co wybuchło? - zapytał Syriusz, wyglądając na zachwyconego.
— Nie chciałem – wyjaśnił Remus. — Próbowałem zaczarować schody na mapie.
— Co się stało z mapą?
Remus zrobił smutną minę i gestem zasugerował dramatyczną eksplozję dodając odpowiedni dźwięk, a potem skrzywił się, chwyciwszy się za bok.
— Kanapy, zasłony, dywany – dodał Neil do pani Potter, która obserwowała scenę z jednoczenie rozbawieniem i niepokojem. — Wszystko dymi, a Remus stoi pośrodku krzycząc „moja mapa! moja mapa!". Zajęło to wiele zaklęć odtwarzających, proszę mi wierzyć.
— A wyglądasz na takiego słodkiego i dobrze wychowanego chłopca – lamentowała pani Potter. — Powinnam wiedzieć, że będziesz kolejnym małym chuliganem.
— Och, Remus jest mózgiem naszych operacji – powiedział James. — Jest genialny! Jak tylko nie poprosisz go o gotowanie, albo robienie eliksirów, bo wtedy możesz spodziewać się eksplozji.
Syriusz pokiwał poważnie głową i powtórzył wcześniejszy gest Remusa naśladując eksplozję.
— Życzę pani szczęścia – powiedział Neil do pani Potter. — Połączenie tej czwórki na dłuższy czas może być jedynie przepisem na katastrofę.
— James obiecywał, że Remus ma na nich uspokajający wpływ – powiedziała pani Potter, patrząc powątpiewająco na Remusa, który uśmiechnął się do niej figlarnie.
— Kłamałem – powiedział James wesoło. — Chodź, Lunatyku. Pomożemy ci wnieść rzeczy. Mamy pokój na pierwszym piętrze. Dasz radę?
— Nic mi nie jest – odparł Remus. Obrócił się, aby pomachać Neilowi na pożegnanie i uśmiechnął się, kiedy mężczyzna rozczochrał mu włosy.
— Żadnej magii! - zawołał za nim Neil, kiedy James i Peter zaczęli ciągnąć jego kufer i koszyk Hamisha na górę, a Syriusz otoczył Remusa ramieniem, aby pomóc mu wspiąć się po schodach.
— Nie martw się! - krzyknął do niego Remus. — Muszę jeszcze raz narysować mapę, zanim będę próbował coś jeszcze!
Co dziwne, nie wydawało się to pocieszyć mężczyznę ani odrobinę.
