Przepraszam za kolejną długą przerwę. Ciężko przewidzieć kiedy wyrobimy się z kolejnym rozdziałem.

Dziękuję za komentarze :)

Betowała Morwena.

Rozdział 35

Kiedy otoczyła ją ciemność, poczuła się zagubiona. Słyszała hałas, ale nadal nie dosięgał jej cios noża. Możliwe, że śmierć oznaczała koniec bólu, ale jeśli była to prawda, dlaczego wszystko tak potwornie ją bolało? Czuła się tak, jakby pszczoły pożądliły ją na śmierć, a jej kończyny... jej kości... zdawały się płonąć. Jednak wszystko wskazywało na to, że nieubłaganie zmierzała w określonym kierunku, a wszędzie wokół słyszała pospieszny szum jakiejś cieczy, która - jak jej się wydawało - musiała być jej krwią. Ze zdziwieniem zarejestrowała krzyk Harry'ego: Muszelka, Muszelka! I to było naprawdę zabawne, bo właśnie tam mieli trafić zgodnie z planem, chociaż nie było możliwości, żeby Harry o tym wiedział. Dziwne, co dzieje się w umierającym umyśle, pomyślała. A zaraz potem: Kto powie Snape'owi?

Upadła na ziemię, wypuszczając z dłoni miecz. Słyszała odgłosy szybkich kroków i cichy głos szepczący:

- Muszelka jest położona w Kornwalii na przedmieściach Tinworth.

Zaalarmowana uniosła powieki i zobaczyła odległe światełko w ciemności, wyglądające trochę jak mały domek z otwartymi na oścież drzwiami, ale jej uwaga została odwrócona przez palące przerażenie w głosie Harry'ego, który krzyczał:

- Zgredek! Zgredku, nie! Nie... Pomocy!

Ron puścił jej dłoń, a ona przeczołgała się po twardej ziemi i zbliżyła do Harry'ego, który pochylał się nad ciałkiem skrzata - rękojeść srebrnego sztyletu wystawała z jego drobnej klatki piersiowej. To nie miało sensu... Nóż miał trafić w nią... widziała, jak się zbliżał… został wycelowany prosto w nią.

Rozejrzała się i zobaczyła biegnącą w ich stronę Lunę, ale to też nie miało sensu, skoro Luna została w lochach Malfoy Manor, bo Hermiona jej nie uratowała. Zawiodła.

Spróbowała otworzyć usta, żeby zapytać, co się dzieje, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu. Długi ceń padł na jej ciało i usłyszała szept:

- No dalej, Hermiono, ręce do góry. Właśnie tak, dobra dziewczynka... Wszystko będzie dobrze.

Silne ramiona podniosły ją i przycisnęły do klatki piersiowej, której zapachu nie rozpoznawała. Próbowała się wyrwać... Nie tej osoby oczekiwała. Gdzie była i co się działo? A jeśli umarła, to dlaczego nie było lepiej? Dlaczego wszystkie porażki paradowały przed nią niczym potworne oskarżenie... Chyba że to było piekło?

Próbowała krzyczeć, ale z jej ust wyrwał się jedyne cichy jęk, a głosy, które ledwie rozróżniała, uciszyły ją, prosząc, żeby wytrzymała jeszcze tylko chwilkę. Mówili, że jej pomogą, ale nie wiedziała, kim oni są, a jeśli to było piekło, chciała tylko wrócić do przyjaciół... Proszę...

A później nie było nic.

o-o-o

Kiedy Snape wrócił do Hogwartu, poszedł - jak często ostatnio robił - do swoich dawnych pokoi w lochach. Miał czas, nie było potrzeby pośpiechu. Zgredek zabierze ich wszystkich do Muszelki, a później do niego wróci. Nie było potrzeby, żeby biec, z rozmachem otwierać drzwi, potykać się o próg. Nie było potrzeby obserwować fioletowej kałuży eliksiru słodkiego snu, rozlanego na podłodze w miejscu, gdzie fiolka wypadła z jego drżących rąk.

Snape zmusił się do zachowania spokoju. To była okazja i tak właśnie musiał ją traktować. Mógł wziąć wszystko, czego potrzebował do uzdrowienia jej, i przy okazji uzupełnić jej zapasy składników eliksirów, jeśli będzie wystarczająco spokojny, żeby zabrać to, co niezbędne. Szczuroszczet, dyptam, eliksir słodkiego snu, eliksir wielosokowy, eliksir przeciwbólowy, środek antykoncepcyjny, mikstura na oparzenia, wszystkie możliwe eliksiry uzdrawiające. Ścisnął listę w rękach i zaczął pakować fiolki do kieszeni. Tak, mógł zanieść to jej jak prezent, żeby wiedziała, że bolało go zostawienie jej tam, żeby wiedziała, że chciałby widzieć Bellatrix Lestrange martwą, że... że on... Jakoś jej to wynagrodzi.

Chodził po laboratorium. Gdzie był Zgredek? To trwało już co najmniej godzinę. Z pewnością nie mogli wciąż być w rezydencji? Mała część jego umysłu zaczęła poszukiwać rozwiązań, podczas gdy pozostała część mamrotała uspokajające bzdury, coś o cierpliwości i o tym, że jest dużo czasu. Ale panika buzowała pod jego skórą i nie mógł przez nią usiedzieć w miejscu, nie mógł planować, nie mógł myśleć.

Kiedy minęła godzina, powiedział sobie, że już może bezpiecznie wezwać skrzata.

- Zgredku - szepnął.

Nic się nie stało.

Przełknął ślinę. Spróbował ponownie.

- Zgredku!

Kiedy nie otrzymał odpowiedzi, wybiegł z pomieszczenia. Wciąż działało jego zaklęcie kameleona - nikt nie mógł go zobaczyć, ale kilku uczniów z zaciekawieniem wpatrywało się w ściany, kiedy ich mijał. Potrącił szóstorocznego Krukona, który krzyknął, ale Snape się nie zatrzymał. Wciąż biegł, przeskakując po trzy stopnie naraz, w stronę kamiennego gargulca który natychmiast odsunął się na bok, aby go przepuścić. Wbiegł na górę po spiralnych schodach, myśląc jedynie o tym, że może żądać od Dumbledore'a zdradzenia położenia Muszelki, nawet mimo mglistej świadomości, że portret nie może być strażnikiem tajemnicy i że kiedy Albus zmarł, Weasley nie miał żony, nie wspominając nawet o domu. Jednak mimo to Albus mógł wiedzieć, Albus musiał wiedzieć. Snape zamierzał wyciągnąć to z niego choćby na torturach, jeśli będzie musiał.

Kiedy dotarł do najwyższego stopnia, usłyszał głos - jej głos, tak jak tej nocy tak dawno temu, kiedy czekała na niego ukryta na tych schodach. Niemal roześmiał się z ulgą. Wyciągnął ręce, próbując ją wyczuć, kiedy usłyszał to ponownie. Jak błaganie. Severus.

Dochodziło z jego kieszeni.

Był tak zdezorientowany... Czy naprawdę rozważał torturowanie portretu? Przez chwilę wydawało się to całkowicie logiczne. Tak, była w jego kieszeni. Merlinie, była tam cały czas? Zacisnął lewą dłoń w pięść i z całej siły uderzył nią w kamienną ścianę. Usłyszał dziwne chrupnięcie, poczuł ból w palcach promieniujący aż do łokcia i cofnął rękę, przyciskając ją do klatki piersiowej. Ale ból osiągnął cel: rozjaśnił jego umysł. Snape wsunął zdrową dłoń do kieszeni i wyjął Wygaszacz.

Znalazł nas za pomocą Wygaszacza. Dumbledore zapisał mu go w testamencie , usłyszał w myślach głos Hermiony. A zaraz potem Minerwa dodała: Usłyszałam jego głos i nacisnęłam przycisk.

Wcisnął przycisk kciukiem i nagle pojawiła się kula światła, by zawisnąć tuż przed jego twarzą. Snape zamrugał, zanim otworzył usta i wziął głęboki oddech. Poczuł ciepło, kiedy kula minęła jego gardło i poczuł nacisk jej obecności w klatce piersiowej. Światło wypełniło go swego rodzaju pewnością i spokojem, których wcześniej nie mógł w sobie znaleźć. Osłony w jego sypialni wciąż były opuszczone.

- Witaj, Albusie – powiedział łagodnie, przechodząc przed pokój. Wszedł do sypialni i teleportował się.

o-o-o

Ale to nie zadziałało. Snape wylądował w zagajniku na kamienistym wybrzeżu Kornwalii, tak jak to opisywał Zgredkowi, ale nie było tam domu ani grupy rannych nastolatków, ani skrzata domowego, ani niczego, co wskazywałoby na to, że trafił we właściwe miejsce. Może pojawił się w Tinworth, bo miał nadzieję, że właśnie tam może ją znaleźć? Ponieważ to oznaczałoby, że wydostała się z dworu żywa.

Ale ona naprawdę żyła. Żyła, bo słyszał jej głos. Była gdzieś, żywa, i wołała go. Wybrał drogę wzdłuż skalistego klifu. Słone powietrze rozjaśniało jego umysł. Nie mógł wrócić do rezydencji, nie jeśli Czarny Pan wciąż tam był, ale być może mógł schować się na zewnątrz i obserwować, co dzieje się w środku. Wtedy gdyby musiał tam wejść, mógłby wezwać...

Snape zobaczył grób, świeżo usypany i otoczony białymi muszelkami i kamieniami. Na większym kamieniu wyryto słowa „Tu leży Zgredek, Wolny Skrzat". Opadł na kolana obok kopczyka ziemi.

Nie modlił się, ale coś wyrwało się z jego ust - potok bezsensownego cierpienia i wdzięczności. Pochylił głowę nad grobem i szeptał do skrzata spoczywającego pod warstwą ziemi. Nie chciałem cię o to prosić... Bardzo dzielny... dobry skrzat... Bardzo cię kochała... Zawsze będę wdzięczny...

- Profesorze Snape?

Usłyszał czyjś głos i gwałtownie poderwał się na nogi, odwracając się w kierunku, z którego dobiegał.

Stała przed nim Luna Lovegood, w świetle księżyca wyglądając niemal jak duch.

- Panna Lovegood – powiedział ostrożnie, powoli unosząc różdżkę.

Podniosła obie ręce. Różdżka wystawała z kieszeni jej szlafroka.

- Jestem przyjaciółką, sir.

Pokiwał głową. Przez chwilę wpatrywał się w nią w milczeniu.

- Wydostałaś się z Malfoy Manor – powiedział w końcu.

- Wszyscy się wydostaliśmy – odparła.

Nie mógł ukryć westchnienia ulgi ani lekko zdławionego głosu.

- A Herm... panna Granger?

- Jest ciężko ranna. Fleur się nią zajmuje, ale cokolwiek się stało... Nie wiemy, jak ją leczyć.

- Cruciatus – powiedział ostro. – Gdzie ona jest?

- W domu – odpowiedziała Luna, machając ręką w stronę wschodu.

- Nie mogę go zobaczyć, panno Lovegood. Zaklęcie Fideliusa. Przyznaję, początkowo sądziłem, że trafiłem w złe miejsce. Aż znalazłem to. – Wskazał dłonią grób.

- Nie mogę tego znieść – powiedziała szczerze, zabawnym, cichym głosem. – Kiedy przyszedł dzisiaj i powiedział mi, że przybył nas uwolnić, wiedziałam. Wiedziałam, że widziałam pana w piwnicy. Pan Ollivander powiedział, że to przez ciemność, która po pewnym czasie może płatać figle, ale kiedy obudziłam się tamtego dnia, miałam na języku dziwny posmak... Taki sam jak w skrzydle szpitalnym, po tym jak spadłam z trybun na meczu quidditcha na pierwszym roku. Myślałam i myślałam, próbując przypomnieć sobie, dlaczego zasnęłam, skoro jeden ze śmierciożerców przyszedł i nas czymś napoił. Ale to było dobre uczucie. Od dawna nie byłam tak silna. I wciąż przypominałam sobie Zgredka, jego małą rączkę sięgającą po pańską.

Snape nie mógł mówić.

- A kiedy przyszedł dzisiaj, powiedział, że muszę być dzielna, że zabierze nas w bezpieczne miejsce. Wolałabym raczej zostać, dopóki Harry i pozostali się nie wydostaną, ale powiedział, że ma rozkazy, żeby najpierw uratować mnie. Wiedział, że tam byłam. To nie działo się tylko w mojej głowie.

- Nie, panno Lovegood – powiedział sztywno Snape.

- Umarł zaraz po tym, jak tu przybyliśmy. Myślę, że wiedział... Mam nadzieję, że wiedział, że im się udało. – Podniosła rękę i wytarła policzek. Snape nie wiedział, jak zareagować na jej łzy.

- Panno Lovegood – powiedział beznadziejnie. – Chcę uleczyć Hermionę.

- Tak. Tak sądziłam. Jest w moim pokoju, wie pan. Ona... Trochę majaczy. Powtarzała pańskie imię.

Pomyślał o Wygaszaczu. Severus, mówiła.

- Czy ktoś...

- Nie, oczywiście, że nie. Rzuciłam na pokój zaklęcie wyciszające, zanim poszłam pana szukać.

Szukała go?

Na jej twarzy pojawił się dziwny wyraz współczucia.

- Pan wysłał pomoc po mnie. A ona najwyraźniej zna pański sekret. Wiedziałam, że jej pan nie zostawi. Profesorze Snape, musi pan rzucić na siebie zaklęcie kameleona, żebym mogła pana przemycić do środka.

- Ale reszta...

- Harry jest z Gryfkiem, goblinem. Pozostali leżą w łóżkach. Fleur poczęstowała nas Ognistą. Widziałam, jak dolewa do niej czegoś fioletowego. Nie wypiłam – urwała. – Myślę, że mogę zabrać pana na górę. Przykro mi, że nie mogę zdradzić panu tajemnicy, ale nie jestem strażnikiem.

- Nie. Oczywiście, że nie – stał nieruchomo.

- Proszę rzucić zaklęcie, sir – powiedziała grzecznie.

Snape uniósł różdżkę. Uświadomił sobie mgliście, że wykonuje polecenia Luny Lovegood, ale to chyba nie miało większego znaczenia. Zamierzała zabrać go do Hermiony. Rzucił zaklęcie.

Luna podała mu swoją małą, jasną dłoń, którą złapał, i poszedł za dziewczyną, niemal ślepo krocząc wzdłuż klifu w stronę czegoś, co zdawało się być pustym wrzosowiskiem, dopóki nie dotarli do domku.

W środku było ciasno i ciepło. Wnętrze wyraźnie było przeznaczone tylko dla dwóch osób, ale nagle znalazło się w nim dużo więcej ludzi. Buty zajmowały sporą część podłogi, a w zlewie leżała góra brudnych naczyń. Najwyraźniej wszyscy w pośpiechu poszli spać. Luna przeprowadziła go przez mały salonik, gdzie w kominku płonął niewielki ogień. Kiedy przeszli do holu, usłyszał zza drzwi cichy dźwięk: głos goblina. W milczeniu przeszli przez korytarz. Luna wyjęła z kieszeni różdżkę i stuknęła nią w drzwi, które otworzyły się przed nią. Weszli do pomieszczenia. Snape obserwował, jak dziewczyna ponownie nakłada osłony. Sam dodał do nich zaklęcie wyciszające i podszedł do małego, ciasnego łóżka, na którym niespokojnie spała Hermiona.

- Ja... Chciałabym zostawić pana, żeby mógł pan pracować – powiedziała Luna - ale nie wiem, dokąd pójść i nie wiem, jak wyjaśnić, dlaczego jej stan się poprawił, chyba że powiem, że sama to zrobiłam.

Snape spojrzał na dziewczynę, jakby widział ją po raz pierwszy. Zawsze uważał, że jest... roztrzepana. Dziwna. Jej eliksiry były beznadziejne, a jednak stała tutaj, spokojna mimo stresujących okoliczności. Silna. Była doskonałym strategiem. Świetnym sojusznikiem.

- Nie ma potrzeby, żeby pani wychodziła, panno Lovegood. Jeśli chce pani odpocząć, mogę dać pani eliksir na sen. Ja... Jestem pani dłużnikiem.

Przez chwilę milczała, najwyraźniej rozważając jego słowa.

- Nie potrzebuje pan pomocy?

- Poradzę sobie. Możesz spać, jeśli chcesz.

- W takim razie wypiję eliksir. Dziękuję panu.

Snape wyjął z kieszeni szat fiolkę eliksiru słodkiego snu i wyczarował łyżkę. Odmierzył pięć kropli i podał dziewczynie, która bez wahania połknęła ciecz i położyła się na łóżku.

- Dziękuję, panno Lovegood – szepnął, ale ona już spała.

Odwrócił się do Hermiony - została rozebrana i położona w czystej, białej pościeli. Podniósł jej rękę i zbadał ją. Skóra była wyleczona, ale pod spodem wciąż tkwiło coś obcego. Wyglądało to tak, jakby Fleur Weasley dała jej eliksir uzdrawiający, ale nie oczyściła przedtem ran. W pokoju było jasno, więc Snape zgasił wszystkie lampy oprócz tej nad łóżkiem. Powiódł różdżką nad ciałem Hermiony. Natychmiast pojawiła się nad nim mgiełka. Snape obserwował, jak jej kolor przechodzi od różowego do chorobliwie zielonego i ciemnożółtego - brzydkie, oskarżające barwy. Nad jej kostką chmura przybrała głęboki fioletowy odcień.

Snape usiadł na brzegu łóżka i przyłożył fiolkę z eliksirem przeciwbólowym do ust Hermiony. Pomasował jej gardło, zmuszając do przełknięcia. Wlał kilka kropli eliksiru słodkiego snu pod jej język. Mlasnęła cicho, co uznał za dobry znak. Jej czoło wygładziło się trochę. Miał nadzieję, że ból mija. Znał rozsadzający ból głowy po Cruciatusie zbyt dobrze.

Jej włosy przykrywały część twarzy, więc podniósł rękę, żeby je odsunąć. Poczuł, jak coś ostrego wbija się w jego dłoń. Szkło. W jej włosach było pełno szkła. Co za idioci się nią zajmowali? Z pewnością to, co wyczuł pod jej skórą, też było szkłem. Wolałby tego nie robić, ale ktoś musiał. Rzucił zaklęcie tarczy pomiędzy siebie a Hermionę.

- Accio szkło! – powiedział. Setki srebrnych okruchów uderzyły w tarczę, zanim opadły na ziemię. Usunął je machnięciem różdżki i szybko podszedł do Hermiony. Szkło poraniło jej skórę w wielu miejscach. Zdjął szaty i wyjął z kieszeni składniki eliksirów. Położył je na łóżku i przesunął palcami po buteleczkach, szukając smukłej fiolki z dyptamem. Otworzył ją lewą ręką i przez chwilę zastanawiał się, czemu czuje ból. Ach, tak, ściana, pomyślał i wypił kilka kropli eliksiru przeciwbólowego. Zamierzał zająć się leczeniem swojej ręki, kiedy skończy z Hermioną. Zamoczył końcówki palców w dyptamie i przesuwał je po ciele dziewczyny za różdżką, którą leczył jej rany. Szczególnie uważnie zajął się jej twarzą, używając może odrobiny dyptamu więcej niż zwykle, żeby się upewnić, że nie pozostaną żadne blizny. Kilka krwawych łez spłynęło jej z oczu, kiedy usuwał szkło, więc delikatnie otworzył jej powieki szukając skaleczeń. Wkroplił odrobinę dyptamu do jej lewego oka. Na szczęście wyglądało na to, że skaleczony był jedynie kanalik łzowy.

Snape powoli zakończył leczenie klatki piersiowej i nóg Hermiony, po czym odwrócił ją na brzuch, żeby wyleczyć plecy, jeszcze głębiej pocięte przez szkło. Pracował nad tyłem jej nóg, kiedy pojawił się pierwszy skurcz. Mocno złapał jej łydkę obiema rękami i masował mięśnie, dopóki się nie rozluźniły. Wodził palcami w dół aż do jej stopy, rozciągając ją i naciskając, zmuszając palce do zgięcia się. Kiedy skończył z jedną nogą, zajął się drugą. Zauważył, że dziewczyna zacisnęła prawą dłoń w pięść. Rzucił na ręce czar ocieplający i powrócił do dotykania jej ciała, ugniatania i naciskania, zmuszania mięśni do rozluźnienia się.

Kiedy pracował, myślał o jej dłoniach - o tych dłoniach, które trzymał w swoich, które przesuwały się po jego ciele tak dawno, że wydawało mu się to wiecznością. Miał tylko kilka urywków wspomnień z tych długich dni i nocy, tylko podobne do snów strzępki świadomości, gdy budził się przy niej, chłód mokrej szmatki na czole, nacisk jej palców, kiedy przykładała do jego ust kostki lodu. Dumbledore ją tam zostawił. Snape pomyślał, że rozumie, dlaczego ten stary drań to zrobił. Sądził, że nie może być bardziej pewny swoich uczuć niż godzinę wcześniej, a jednak kiedy próbował przynieść jej ulgę w bólu, miał wrażenie, że jego serce pęknie z miłości do niej. Cokolwiek Dumbledore powiedział, musiał wiedzieć, co robi. Próbował być wściekły, czuć się zmanipulowany i oszukany przez niego, ale nie mógł zmusić się do uczuć innych niż wdzięczność.

Zajął się jej lewą kostką. Ostrożnie wyczuł kości. To było trudne do nastawienia. Pamiętał niesamowitą troskę, z jaką leczyła jego złamane palce i chciałby móc zrobić to samo dla niej. Ale nie mógł po prostu wcisnąć tych kości na miejsce, a poza tym wyglądało na to, że podano jej Szkiele-Wzro.

- Przepraszam – szepnął i gwałtownie pociągnął jej stopę. Poczuł, że staw się porusza i pociągnął jeszcze raz, w końcu osiągając cel. Nie miał ze sobą eliksiru dekompresyjnego, żeby zmniejszyć opuchliznę, ale z kawałka prześcieradła zrobił bandaż, którym ciasno owinął nogę. Nie chciał naprawiać kości zaklęciem, ale musiała być w stanie chodzić - nie miała czasu na dochodzenie do siebie. Kiedy wojna się skończy, będzie mogła spędzić trochę czasu w św. Mungu, gdzie kości zostaną ponownie złamane i porządnie się zrosną.

Delikatnie przewrócił ją na plecy. Z szaty wyjął kolejny słoik i podniósł jej lewą dłoń. Zdjął pierścionek z jej palca. Natychmiast poruszyła się i zaczęła jęczeć.

- Spokojnie, Hermiono – powiedział. – To ja. To zajmie tylko minutkę. – Wysmarował jej palec maścią na oparzenia, delikatnie wmasował ją w skórę i ponownie nałożył pierścień. Uspokoiła się.

W końcu Snape podniósł porozrzucane ubrania dziewczyny i oczyścił je ze szkła. Sięgnął do kieszeni dżinsów i z ulgą wyjął z niej klucz i włosy, które dał jej w Malfoy Manor. Snape stał tuż za Bellatrix, kiedy Hermiona zwaliła ją z nóg i korzystając z zamieszania, zabrał kobiecie naszyjnik i pukiel włosów. Położył je na stoliku nocnym, gdzie Hermiona z pewnością znajdzie je tuż po przebudzeniu. Porządnie złożył jej ubrania i położył w nogach łóżka, obok własnych szat. Podniósł jej torebkę z podłogi, przełożył do niej eliksiry ze swoich kieszeni i odłożył na krzesło.

Sprawdził, czy panna Lovegood wciąż mocno śpi, po czym zdjął buty i wsunął się do zbyt małego łóżka obok Hermiony. Jej kolana znowu zadrżały, więc objął ją mocno, unieruchamiając jej nogi własnymi. Delikatnie odwrócił ją w swoich ramionach i rozmasował napięte mięśnie karku. Kiedy poczuł, jak się rozluźnia, zapadając w normalny sen, położył dłoń na jej piersi, gdzie mógł poczuć bicie jej serca. Było spokojne i równe. Pokręciła głową, układając ją na jego ramieniu, a on przesunął się lekko, żeby dopasować się do tej pozycji. Niebezpieczeństwo minęło. Zdrowiała.

Snape leżał przytomnie przez kilka godzin, słuchając jej oddechu. Kilka razy jej dłonie zacisnęły się na prześcieradle. Raz gwałtownie zadrżała, ale mówił do niej, aż ponownie spokojnie zasnęła. W końcu jego oddech zwolnił i Snape zapadł w lekki sen.

- Profesorze Snape… – Niepewny głos przywoływał go ze snu. – Profesorze Snape!

Otworzył oczy i zobaczył Lunę Lovegood stojącą nerwowo przy łóżku. Spojrzał na okno. Wciąż było ciemno, ale zbliżał się świt.

- Panna Lovegood – szepnął. – Wszystko w porządku?

- Właśnie się obudziłam. Zaraz zacznie świtać, proszę pana. Myślę, że powinnam pana wyprowadzić z domu.

Snape delikatnie odsunął się od Hermiony i usiadł na brzegu łóżka. Cała lewa strona jego ciała była zdrętwiała. Wstał i otrzepał szaty. Hermiona się nie obudziła. Nie będzie mógł powiedzieć jej do widzenia, nie będzie mógł powiedzieć...

Pochylił się nad nią i ostatni raz pogładził po włosach.

- Hermiono – szepnął. – Muszę iść...

- Profesorze, szybko!

Podniósł się i złapał wyciągniętą dłoń Luny. Poprowadziła go przez dom do frontowych drzwi, a następnie niemal biegiem do granicy ogrodu.

- Przepraszam, profesorze – powiedziała. – Dziękuję panu za wszystko.

Uwolnił jej dłoń.

- To ja dziękuję pani, panno Lovegood.

- Proszę na siebie uważać – powiedziała, a on kiwnął głową. Obserwował, jak wbiega z powrotem w pustą przestrzeń i znika.

o-o-o

Hermiona obudziła się w chwili, kiedy Luna wchodziła do pokoju, bosa i brudna, z rękami pełnymi czegoś, co wyglądało na kwieciste bulwy.

- Co robisz? – zapytała, siadając na łóżku. Spięła się, czekając na falę bólu, ale nic takiego nie nastąpiło. Czuła tylko lekkie pulsowanie w głowie, a jej skóra była sucha i piekąca, ale to nie miało nic wspólnego z oślepiającą agonią, jakiej doświadczyła dzień wcześniej. – Co się dzieje? Gdzie jesteśmy? Skąd się tu wzięłaś?

Luna upuściła kwiaty na podłogę obok łóżka i usiadła obok Hermiony.

- Zgredek po mnie wrócił – powiedziała cicho. – Jak tylko przybyliście. Wziął też pana Ollivandera i Gryfka. Zabrał nas tutaj, do Muszelki. Później wrócił po was.

Muszelka... Więc Snape wysłał Zgredka. Ta część planu się udała. Ale czegoś jej brakowało, coś poszło nie tak... Zgredek...

- Nie za bardzo pamiętam, jak się tu dostaliśmy – powiedziała. – Pamiętam, że byliśmy w rezydencji... a później myślałam, że umieram... Widziałam nóż... Luna, gdzie jest Zgredek?

- Hermiono... – szepnęła Luna tak miękko i smutno, że odpowiedź była jasna.

- O nie. To się nie może dziać. Tak nie może być, Luna. Tak nie może być.

Luna objęła ją delikatnie.

- Harry pochował go w ogrodzie nad morzem, gdzie może słuchać szumu fal. Teraz jest wolny, Hermiono. Już w porządku. Zawsze będzie słyszał morze i wiedział, że jest wolny.

Hermiona zaszlochała.

- Profesor Snape przyszedł wczoraj w nocy. Znalazłam go przy grobie Zgredka. Widziałam go wcześniej w Malfoy Manor. Pan Ollivander twierdził, że mi się to przyśniło, ale wiedziałam, że to była prawda. Chociaż to wydawało się trochę dziwne, że profesor Snape przyszedł nas uratować, ale zrobił to. Wysłał Zgredka, żeby zabrał nas z lochów. Tata mówił, że możesz ocenić człowieka po tym, czy jego skrzaty mu ufają. Wydaje mi się, że Zgredek ufał profesorowi Snape'owi, prawda?

Hermiona potaknęła żałośnie, wtulona w ramię Luny. Zgredek ufał profesorowi. Ufał jej.

- A później przyszedł, żeby cię wyleczyć. Spędził tutaj całą noc. Każdą minutę. Każdą minutę – powtórzyła, a jej śpiewny głos tworzył ze słów uspokajającą melodię, gdy łagodnie kołysała Hermionę w ramionach. – Właśnie go odprowadziłam. Kiedy przyszedł, wyglądał, jakby wpadł do gniazda akromantuli. Pewnie tak wygląda miłość w połączeniu z przerażeniem.

Hermiona zaszlochała jeszcze gwałtowniej. Był tutaj, a ona o tym nie wiedziała.

- Jak on się czuje? – wykrztusiła.

- Dobrze, wszystko z nim w porządku – zanuciła Luna.

- Luna...

- Już dobrze, wszystko w porządku...

- A Harry i Ron?

- Oboje są cali. Jesteś bardzo odważna, Hermiono. Byłaś w okropnym stanie, kiedy przybyłaś. Wszyscy bardzo się baliśmy.

Fala po fali emocje popychały ją w stronę ciemności. Luna wiedziała o Snapie. W jakiś sposób wiedziała. Hermiona chciała cieszyć się przebywaniem z kimś, kto dzieli jej tajemnicę, kto zna serce jej męża, ale jej myśli ponownie zwróciły się w stronę Zgredka. Udało im się. Harry zdobył władzę nad różdżką i wszyscy wrócili żywi do Billa i Fleur. Harry dostał szansę. Ale Zgredek... Wysłała go na śmierć tak bezdusznie, jak Dumbledore zamierzał wysłać Harry'ego. Poprosiła go o pomoc, zaciągnęła do tego okropnego domu, a on przyjął na siebie nóż, który miał ugodzić w nią. Zadrżała.

- Co ja zrobiłam, Luna? Co ja zrobiłam? Nie chciałam, żeby umarł.

- Zgredek był wolnym skrzatem, Hermiono. Do niczego go nie zmusiłaś.

- Zmusiłam! Gdyby nie ja, nie poszedłby. Zaplanowałam to, przekonałam do tego Harry'ego. Poprosiłam Zgredka o pomoc.

- Jeśli prosiłaś, to miał wybór.

- Nie – odpowiedziała.

- Tak – powiedziała Luna łagodnie. – I nie wiem, po co tam szliście, Hermiono, ale bez względu na powód jesteście niesamowicie odważni. A teraz musisz być dzielna jeszcze odrobinkę dłużej.

Dzielna chwilę dłużej. Dzielna odrobinkę dłużej. Hermiona nie czuła się odważna. Chciała skulić się na białym prześcieradle, przykryć kocem i umrzeć, ale wiedziała, że Luna ma rację. Mówiła to samo do Snape'a. Wciąż zostało wiele do zrobienia. Nagle przypomniała sobie o kluczu, który Snape wsunął jej do ręki. Podniosła głowę i zauważyła go na stoliku nocnym. Harry miał władzę nad różdżką, a ona miała klucz do skrytki Bellatrix.

- Możesz wstać? – zapytała Luna.

Hermiona ostrożnie stanęła na nogach. Jej kostka piekielnie bolała, ale mogła ustać.

- Chodźmy do reszty.

Hermiona owinęła się kocem i podeszła do krzesła, żeby wyjąć z torebki ubrania. Luna odwróciła się, żeby zapewnić jej prywatność. Hermiona kątem oka zauważyła, że dziewczyna wyczarowała szklankę z wodą, a następnie różdżką zgniotła trochę kwiatów na dnie.

- Wciąż masz różdżkę? – zapytała Hermiona. Sama czuła się bez własnej mała i bezbronna.

- Nie, ta jest Fleur. Zostawiła mi ją, na wypadek gdybym musiała rzucić na ciebie w nocy jakieś zaklęcie.

- Och... Luna... Co im powiemy?

- Nie martw się, ja się tym zajmę.

o-o-o

Harry siedział przy kuchennym stole z filiżanką herbaty w dłoniach. Ron pochylał się nad blatem, mówiąc coś z powagą, gdy Hermiona weszła do pomieszczenia. Harry natychmiast zerwał się z miejsca, przeszedł przez kuchnię i mocno przytulił dziewczynę.

- Dzięki Bogu – szepnął. – Nie byłem pewien...

- Wszystko w porządku – powiedziała i wyciągnęła rękę, żeby objąć Rona. Przez chwilę stali tak wszyscy razem i Hermiona poczuła, że wracają jej siły. Kiedy się od siebie odsunęli, zobaczyła Lunę obserwującą ich z progu. Po raz pierwszy żałowała, że nie może jej powiedzieć o ich planach.

- Hermiono – powiedział Ron - Wyglądasz... Co się stało? Kiedy szliśmy spać, ciągle byłaś...

- Dałam jej dużo tykwobulwy – powiedziała pogodnie Luna. – Mam nadzieję, że Fleur nie będzie miała nic przeciwko... Musiałam trochę zniszczyć jej ogród.

Ron odwrócił się w jej stronę z wyrazem zmieszania i zdumienia na twarzy.

- Luna, przez to wszystko zapomniałem zapytać... Jak się tu dostałaś?

- Byłam w celi w Malfoy Manor - odparła. – Pan Ollivander też. Kiedy usłyszeliśmy zamieszanie na górze, pojawił się Zgredek i powiedział nam, że nas przeniesie. Nie chciałam iść, ale obiecał, że po was wróci.

- Zgredek już tam był? – zapytał nieufnie Harry. – Ale to znaczy...

Serce Hermiony zamarło.

- Ktoś nam pomaga! – Harry prawie krzyknął. – Kiedy byliśmy w lochach, wezwaliśmy Zgredka, a on zabrał Deana i Gryfka. Powiedzieliśmy mu, żeby wziął ich tutaj, że tu będzie bezpiecznie, że dom jest pod zaklęciem Fideliusa... Ale on już zdążył tu przenieść Lunę i pana Ollivandera! A jak tylko zniknął, Glizdogon zszedł na dół... i przysięgam, Hermiono, czułem się, jakbym miał na sobie jakąś tarczę, ale sam tego nie zrobiłem, prawda? Przecież wasze tarcze znikły, kiedy Bellatrix rzuciła Finite Incantatem . Glizdogon próbował mnie dotknąć tą swoją srebrną ręką, ale nie dał rady... Tak jakby... Jakby nie mógł mnie dotknąć, a zamiast tego... dusił się!

- Co? – wykrzyknęła Hermiona.

- Wtedy zabrałem mu różdżkę, pobiegliśmy na górę i pokonałem Draco. – Spojrzał na Lunę, a Hermiona pokiwała głową. – Ale on też jakby nie mógł mnie dotknąć. Klątwy... Po prostu się odbijały.

- Harry, pewnie tak to wyglądało, ale widziałam to. Naprawdę świetnie sobie radziłeś.

- Hermiono, mówię ci. Nie mógł we mnie trafić, chociaż próbował . A później pojawił się Zgredek. Ja go nie wzywałem, a ty?

- Ja też nie, byłem zajęty Narcyzą – powiedział Ron.

- Ja... Nie wiem – powiedziała Hermiona. – Nie bardzo myślałam nad tym, co robię...

- A kto skonfundował Draco? – wrzasnął Harry. – Żadne z nas nie miało wtedy różdżki! Myślę, że ktoś nam pomaga. Myślę, że mamy kogoś po naszej stronie.

Hermiona zerknęła na Lunę, ale ta wpatrywała się z rozmarzeniem w sufit.

- Ktoś jest po naszej stronie – powtórzył.