Rome: Dzięki wielkie! Mam nadzieję, że zakończenie nie rozczaruje :)
Raz na zawsze
- Auć!
- Nie ruszaj się w takim razie.
- Jesteś beznadziejnym uzdrowicielem, wiesz?
Remus roześmiał się i przejechał czubkiem różdżki wzdłuż ran na podeszwach stóp Harry'ego. Chłopiec czuł, jak jego skóra zszywa się dzięki magii, i zacisnął zęby z powodu dziwnego wrażenia, jakie to w nim wywoływało.
Remus spędził ostatnią godzinę uzdrawiając zadrapania i siniaki, jakich Harry dorobił się biegnąc na oślep przez las; rany, które mu zadano w czasie pobytu w Kwaterze Głównej Śmierciożerców, musiały poczekać na fachową pomoc.
- Jak się czujesz? - spytał mężczyzna pomagając Harry'emu usiąść i oprzeć się o pień drzewa.
- Jestem strasznie zmęczony - przyznał chłopiec z westchnieniem i przetarł ręką oczy. Spojrzał na swoje palce i widząc, jak drgają boleśnie, zastanawiał się, czy kiedykolwiek jeszcze uda mu się trzymać nieruchomo różdżkę. Remus wyciągnął ręce i złapał mocno jego dłoń tak, by przestała drżeć.
- Z czasem dojdziesz do siebie - zapewnił. Harry spróbował się uśmiechnąć, ale kąciki jego ust nie chciały się unieść. Nie będzie miał okazji, by dojść do siebie... i prędzej czy później będzie musiał powiedzieć Remusowi, co się wkrótce wydarzy.
Syriuszem trzeba się było zająć i Harry nie mógł odkładać tego w nieskończoność. Elion powiedział, że jego ojciec chrzestny przebywał w lochach, zakuty w łańcuchy... Chłopiec przywołał w pamięci trasę, którą prowadzono go każdego dnia na sesję tortur zaklęciem Cruciatusa. Za każdym razem mijał po drodze drzwi znajdujące się z dala od wszystkich innych, głęboko pod ziemią, zamknięte grubym łańcuchem i bez przerwy pilnowane przez strażnika. Przechodził obok nich wiele razy, ale nigdy nie słyszał za nimi najmniejszego nawet hałasu – podejrzewał jednak, że to właśnie tam przetrzymywano Syriusza. Miał wielką nadzieję, że jego ojciec chrzestny wciąż tam był, i że aurorzy jeszcze go nie odnaleźli.
- Chciałem pojawić się tu wcześniej - odezwał się Remus, przerywając tok myśli Harry'ego. - Wiedzieliśmy, gdzie jesteście... ale nie było nas wystarczająco dużo. Później, kiedy wyszło na jaw, że zostaliście porwani, zaczęli pojawiać się ludzie, którzy chcieli wam pomóc – niektórzy wysyłali też sowy. Wszyscy słyszeli twój wywiad dla Knota... nasz plan zadziałał, Harry! Ten postulat, by ludzie ruszyli do walki razem z tobą, przekonał mnóstwo ludzi; kiedy nadszedł czas, pojawili się, by walczyć z twoimi wrogami... W życiu nie widziałem czegoś takiego.
Harry przez dłuższą chwilę milczał, zdumiony.
- O rany... nigdy tak naprawdę nie sądziłem, że to zadziała.
- Dzięki tobie było nas wystarczająco dużo, by zupełnie unieszkodliwić Śmierciożerców. Zauważyli nas co prawda, kiedy szykowaliśmy się do ataku, ale i tak nie mieli szans; wtargnęliśmy do twierdzy i natychmiast zdobyliśmy nad nimi przewagę. Staraliśmy się przede wszystkim znaleźć ciebie i Severusa, ale Tonks zauważyła, jak wybiegasz z budynku, więc Charlie i ja podążyliśmy za tobą. Nie mam pojęcia, jak udało ci się uciec tak daleko po tym, co się stało - Remus westchnął ciężko i przeczesał palcami włosy. - Przepraszam cię, Harry, za wszystko; to w ogóle nie powinno się wydarzyć... nie powinieneś tutaj trafić!
Harry wzruszył ramionami.
- Teraz to już nie ma znaczenia - powiedział i z trudem zmusił się do uśmiechu. - Jak w ogóle udało się wam nas znaleźć?
- Avery powiedział mi, gdzie znajduje się Kwatera Główna; wygląda na to, że on i Draco od dłuższego czasu działali przeciwko Śmierciożercom... ale już o tym wiesz, prawda?
- Tak - odparł chłopiec. - Draco i ja przez jakiś czas dzieliliśmy celę. Wyszło na to, że miał w sobie o wiele więcej honoru, niż kiedykolwiek bym sądził... był bardzo odważny.
- A Avery?
- Zginęli razem – ramię w ramię.
Harry pokiwał głową i spojrzał w głąb lasu; odgłosy walki zaczęły stopniowo cichnąć. Chłopiec poczuł nagle dłoń Remusa na swoim ramieniu; ten gest uspokoił go i wyparł nieco z jego umysłu zalewające go wyobrażenia krwawej rzeźni, jaka niewątpliwie miała miejsce w twierdzy.
- Co się wydarzyło, Harry? Gdzie jest Severus? Czy został, żeby pomóc Zakonowi?
- Nie udało mu się...
Remus zamilkł.
- Poświęcił dla mnie swoje życie...
- To pewnie niewielka pociecha, ale myślę, że właśnie w taki sposób chciał odejść - odezwał się Lupin łagodnie. - Spełnił życzenie Lily i dotrzymał swojej Wieczystej Przysięgi.
Harry pokręcił jednak głową.
- Nie zrobił tego - szepnął. Wyraz twarzy Remusa niemal przyprawił go o mdłości.
- O czym ty mówisz? - spytał nauczyciel, ale ton jego głosu wyraźnie wskazywał, że już wiedział, co za chwilę usłyszy.
- Snape nie żyje - zaczął Harry i uciekł wzrokiem w bok, by nie patrzeć przyjacielowi w twarz. - Ale wciąż pozostaje do załatwienia... pewna sprawa.
- ...Syriusz.
Remus wyciągnął dłoń, delikatnie złapał chłopca za podbródek i obrócił jego głowę tak, by spojrzeć mu w oczy.
- Tym razem nie wrócisz, prawda?
Harry potrząsnął głową; jego oczy wypełniły łzy.
- To zawsze miało się tak skończyć - powiedział z trudem. - Jestem taki zmęczony, Remusie... i gotowy, żeby skończyć to wszystko raz na zawsze. Przykro mi tylko, że muszę zostawić ciebie i Ginny.
- Oddałbym za ciebie życie, wiesz o tym - szepnął Remus ściskając go mocno za ramiona. - Gdybyś tylko mi pozwolił, natychmiast zająłbym twoje miejsce.
Harry uśmiechnął się słabo.
- Wiesz, że tego nie zrobię.
- Nie uda mi się zmienić twojego zdania, prawda? - spytał Lupin głosem ciężkim od łez. Chłopiec pokręcił głową, nie będąc w stanie wydobyć z ust nawet jednego słowa. Remus szybko objął go ramionami i mocno przycisnął do swojej piersi.
- W takim razie nie bój się tego, co cię czeka.
- Nie boję się - wymamrotał Harry tuląc się do niego z całej siły. - Istnieją rzeczy gorsze od śmierci.
- Jesteś pewien... pewien, że nie ma innego wyjścia? - spytał Remus z desperacją.
- Śmierciożercy zostali wyłapani, pozostali są już w Azkabanie, a Elion nie żyje – kiedy to wszystko się skończy, w czarodziejskim świecie znów zapanuje pokój.
- Zasługujesz na to, by widzieć tę zmianę.
- Musi mi wystarczyć świadomość, że pomogłem - odparł Harry odsuwając się od przyjaciela. Kiedy stanął przed nim, Remus zauważył nieopodal Rona i Charliego. Jego serce zaczęło walić jak oszalałe, kiedy w końcu zaczęła docierać do niego świadomość tego, co miało się wkrótce stać; zaczerpnął kilka głębokich oddechów, rozpaczliwie starając się zachować spokój ze względu na Harry'ego.
- Miło cię widzieć, Charlie - odezwał się ciepło chłopiec. Wyciągnął rękę, by uścisnąć dłoń Weasleya, ale Charlie zamknął go zamiast tego w niedźwiedzim uścisku i mocno poklepał parę razy po plecach.
- Opiekuj się nim - poprosił Rona Lupin, kiedy Charlie wypuścił Harry'ego z objęć. - Nie opuszczaj go.
- Nigdy - zapewnił chłopak.
- Zajmij się Ginny - poprosił Harry, po raz ostatni obejmując przyjaciela.
- Harry...
Gromadząc w sobie wszystkie resztki determinacji, jakie mu jeszcze pozostały, chłopiec wyrwał swoją rękę z dłoni Remusa i szybko się odsunął; jego ciało drżało od stóp do głów, a umysł wrzeszczał wniebogłosy, by wrócił do swojego opiekuna i już nigdy nie wypuszczał go z objęć.
- Chodźmy - odezwał się cicho do Rona.
- Harry! Proszę...
- Żegnaj, Remusie - powiedział Harry i spojrzał na niego po raz ostatni, zanim las dookoła nich rozmył się w chaosie kolorów i dźwięków. Głos przyjaciela wciąż rozlegał się w jego uszach i rozdzierał duszę, gdy Ron aportował ich oboje z powrotem do Kwatery Głównej Śmierciożerców.
Chwilę później otoczyła ich złowroga cisza, kiedy wylądowali nieopodal prawie zupełnie zdemolowanej siedziby Śmierciożerców. W pobliżu nie było nikogo widać, nie rozbrzmiewały również żadne odgłosy walki. Wszyscy zniknęli. Zakon odniósł sukces – udało mu się wyłapać wrogów.
- Jaki masz plan? - spytał Ron, kiedy ruszyli w stronę wielkiej dziury w murze, przez którą bez problemu mogli się przecisnąć. Harry zatrzymał się w pół kroku.
- Nie wiem - przyznał, zdając sobie nagle sprawę, że nie ma najmniejszego pojęcia, jak sprawić, by on i Voldemort zginęli razem.
- Niedaleko stąd płynie rzeka, nad którą przerzucono most - odezwał się Ron wskazując palcem miejsce, w którym las się przerzedzał. - Jeśli uda ci się go tam zaciągnąć...
- Nie dam rady wziąć go ze sobą tak daleko! - przeraził się chłopiec.
- Pomogę ci – ostatecznie po to tutaj jestem - uśmiechnął się jego przyjaciel. - Gotowy?
Harry kiwnął głową i obaj ruszyli dalej, przedzierając się przez ruiny budynku; mijali pokryte plamami krwi ściany, zmasakrowane ciała przygniecione olbrzymimi kawałkami kamienia i betonu, porzucone różdżki, a nawet czyjąś oderwaną zaklęciem rękę. Minęli również celę, w której przez trzy tygodnie więziono Harry'ego. Ron zajrzał do środka; jego twarz wykrzywił surowy, pełen determinacji wyraz. Harry szybko ruszył dalej, nie chcąc już nigdy więcej widzieć wnętrza tego pomieszczenia.
- Zabrali ciało Snape'a - odezwał się Ron.
- To dobrze - odparł chłopiec. - Zasłużył na porządny pogrzeb... Tutaj nas pojmali - dodał kilka minut później wskazując palcem korytarz pełen drzwi do nieznanych sal. Uwagę chłopca zwrócił nieco mniejszy korytarz biegnący w prawo, więc skręcił w tamtą stronę. - Z tego, co mówił Elion, wynika, że właśnie tutaj przetrzymywali Syriusza.
- Skąd wiesz, który to dokładnie pokój? - spytał Ron przyglądając się uważnie ciągnącym się po obu stronach korytarza drzwiom. Harry wyciągnął rękę w kierunku najbliższego pomieszczenia, zabezpieczonego zestawem ciężkich, żelaznych łańcuchów. Drzwi do tej sali były częściowo spalone i podrapane, jakby ktoś za wszelką cenę chciał wejść do środka... albo wydostać się na zewnątrz.
Harry pochylił się i podniósł jedną z wielu porzuconych różdżek. Wyglądała na dość pokiereszowaną, więc miał wielką nadzieję, że wciąż będzie działać. Wycelował ją w oplatające drzwi łańcuchy i wyszeptał pod nosem zaklęcie; łańcuchy natychmiast ześlizgnęły się na podłogę z hukiem zwielokrotnionym echem w cichym korytarzu. Chłopiec ze zdumieniem spojrzał na różdżkę.
- Chyba ją zachowam - odezwał się i powoli otworzył drzwi.
W pomieszczeniu panowała całkowita ciemność, jeszcze głębsza, niż mrok w jego własnej celi. Wstrzymał oddech i skrzywił się, kiedy palce przyjaciela boleśnie wbiły się w jego ramię.
- Ron, przecież ty nie żyjesz - syknął.
- Ale i tak się boję!
W sali panowała wilgoć, nieznośny smród i złowroga cisza. Harry zmrużył oczy próbując dostrzec wewnątrz jakiś ślad Syriusza, gdy nagle rozległ się dziki wrzask i ułamek sekundy później jego ojciec chrzestny wyskoczył z mroku i rzucił się na niego przewracając na ziemię.
- Co jest, do cholery?! - krzyknął chłopiec próbując wyrwać się Blackowi, wściekle drapiącemu go po twarzy i ramionach. - Ron!
- Co oni mu zrobili? - odezwał się jego przyjaciel obserwując tę scenę w kompletnym zdumieniu; Syriusz wyglądał tak samo, jak wtedy, gdy Harry zobaczył go po raz pierwszy kilka tygodni wcześniej – wciąż sprawiał wrażenie dziwnie przezroczystego, a jego zapadnięta twarz nosiła wyraźne ślady przebytych cierpień, ale teraz było w nim również coś niemal zwierzęcego; jego paznokcie były dłuższe, a zęby ostrzejsze...
- Co Voldemort zrobił z jego ciałem?! - wrzasnął Harry próbując odsunąć palce Syriusza od swoich oczu. - RON – KIEDY BĘDZIESZ GOTOWY, STARY!
- A, tak! Przepraszam! - chłopak ocknął się w końcu i ruszył do akcji. Pochylił się, złapał ich obu za ramiona i zamknął oczy. Harry musiał się porządnie wysilić, by przytrzymać jednocześnie Syriusza i swojego przyjaciela. Jego płuca ogarnął znajomy, nieznośny uścisk, a głowa zawirowała wściekle, gdy Ron przeniósł ich tam, gdzie mieli się znaleźć.
Kiedy stopy Harry'ego znów stanęły na twardym podłożu, Black natychmiast złapał go za szyję i zmusił do stanięcia na baczność. W głowie wciąż mu się kręciło, a płuca dopiero próbowały znów nabrać powietrza. Ledwie zdążył przyjrzeć się okolicy, do której trafił: stali na żelaznym moście, pod którym wartkim, wzburzonym strumieniem płynęła rzeka. Na obu brzegach rosły drzewa słaniające ich przed czyimkolwiek niepowołanym wzrokiem. Harry pomyślał z dreszczem przerażenia, że jego ciało prawdopodobnie nigdy nie zostanie odnalezione. Odwrócił głowę, by spojrzeć na Rona, ale jego przyjaciel już zniknął. A więc nadszedł czas... Ron będzie czekał na niego, gdy to wszystko się skończy.
Usta Syriusza wykrzywiły się w psychopatycznym uśmiechu, który zupełnie nie pasował do jego twarzy; dał krok do przodu popychając jednocześnie Harry'ego w kierunku barierki. Chłopiec potknął się i upadł na kolana, ale Black bez problemu znów go podniósł.
- Nie znudziły ci się jeszcze próby zabicia mnie? - wycharczał Harry, z całej siły zaciskając palce na ramieniu mężczyzny i próbując go odepchnąć. - Spójrz, do czego musiałeś się posunąć – używasz ciała nieboszczyka! Nawet twoi Śmierciożercy cię opuścili!
Voldemort jeszcze mocniej zacisnął ręce na jego szyi i chłopiec poczuł, że jego mózg zaczyna ogarniać mgła. Brak powietrza sprawił, że zaczęło mu być niedobrze, nogi ugięły się z osłabienia, a serce tłukło się w piersi jak oszalałe. Palce zaczęły instynktownie drapać kurtkę Syriusza, ale mężczyzna i tak zdołał rzucić go na metalową barierkę. Coś w plecach Harry'ego chrupnęło głośno i chłopiec skrzywił się, próbując zignorować ból, który rozszedł się falą wzdłuż jego kręgosłupa.
- Nie obchodzi mnie już, co możesz mi zrobić - wydusił z trudem. - Ale jeśli mnie zabijesz, zabiorę cię ze sobą bez względu na konsekwencje.
- Odważne słowa - odparł Voldemort przyglądając się uważnie jego twarzy przez dłuższą chwilę. - Zabierz mnie ze sobą, proszę bardzo – dzięki temu będę miał pod ręką znacznie młodsze ciało, dzięki któremu będę mógł znów wydostać się zza Zasłony.
- Obawiam się, że to nie działa w ten sposób - warknął Harry z surowym uśmiechem, po czym nagle się roześmiał. - Udało ci się wykorzystać ciało Syriusza tylko dlatego, że wpadł za Zasłonę; kiedy ja zginę... nie będzie żadnego ciała.
Już czas, Harry.
Głowę chłopca przeszył nagle taki atak bólu, że na chwilę kompletnie stracił wzrok. Otoczyła go ciemność tak gęsta i ciężka, że nie był w stanie nawet racjonalnie myśleć; miał wrażenie, że się dusi. Poczuł narastającą falę paniki i przejmującą potrzebę ucieczki najdalej, jak się da... tyle, że nie miał dokąd uciec. To był koniec. To był moment, do którego zmierzało całe jego życie.
Napędzany energią i adrenaliną, których nie potrafił nawet zrozumieć, Harry złapał Syriusza i – nie zwracając uwagi na furię, jaka odbiła się na twarzy mężczyzny – pociągnął go ze sobą prosto w spienione wody rzeki.
Zamknął oczy i pozwolił, by ciężar ciała jego ojca chrzestnego pociągnął go w dół; kiedy spadał, czuł na twarzy pęd powietrza i wiatr we włosach. Nie miał pojęcia, jak długo ani jak szybko spadali – skupił się jedynie na trzymaniu ciała Syriusza w mocnym uścisku. Nie bał się i nie czuł złości, nie był nawet zasmucony tym, że za moment miał umrzeć. Jedyną myślą, która krążyła w jego głowie, było wspomnienie wszystkich ludzi, których wkrótce zobaczy: Rona, Syriusza, Dumbledore'a, Dracona, Avery'ego, Snape'a...
Wyliczanie ich imion niemal przyprawiło go o mdłości – ale to właśnie było sprawiedliwe. Śmierć ich wszystkich zagwarantowała, że Ginny, Hermiona i wszyscy pozostali uczniowie Hogwartu będą mogli żyć dalej bez strachu; Harry złapał się kurczowo tej myśli i wziął głęboki wdech.
W pewnej chwili jego umysł wypełniła tak intensywna jasność, że Harry stracił wszelkie poczucie czasu i miejsca. Świat wokół niego zawirował i pomieszał się tak bardzo, że Harry miał wrażenie, że przenosi się do innego wymiaru. Przez jego umysł przelatywały barwnym ciągiem oślepiające, postrzępione fragmenty dźwięków i obrazów; ujrzał Remusa leczącego jego rany, siebie samego przepełnionego ulgą, gdy biegł do niego przez las. Nagle poczuł, że cofa się w czasie: znów był w fortecy i znów był świadkiem śmierci Snape'a; kolejny błysk i patrzył na śmierć Malfoya i Avery'ego, następnie na atak na Hogwart, w czasie którego on i Mistrz Eliksirów zostali porwani; Snape'a wyznającego, że Syriusz został opętany; straszliwy moment, w którym Syriusz powrócił zza Zasłony. Następna w kolejności była ulica Pokątna – Harry ponownie widział wokół siebie lecące w każdym kierunku zielone i czerwone błyskawice zaklęć, a także atak w Hogsmeade i czas, który spędził w Skrzydle Szpitalnym po zwycięskiej walce z Voldemortem. Wspomnienie Remusa pomagającego mu dojść do toalety i z powrotem pojawiło się jako następne i Harry z rozpaczą próbował zatrzymać się na nim, ale po chwili poczuł kolejne pchnięcie w swoim umyśle i krzyknął w proteście – nie chciał cofać się jeszcze bardziej; mimo to bitwa w Zakazanym Lesie bez problemu wtargnęła do jego wspomnień i teraz widział, jak upada na ziemię uciekając przed Voldemortem, a Remus i Severus biegną za nim. W końcu przeszył go znajomy ból towarzyszący opętaniu, a chłopiec upadł ciężko na jakąś powierzchnię i zamknął oczy.
Harry? Spałeś już wystarczająco długo.
- Nie śpię - wymamrotał Harry próbując za wszelką cenę znaleźć w pobliżu coś – cokolwiek – co znów dałoby mu poczucie powrotu do realnego świata. Co się tak właściwie przed chwilą wydarzyło, do licha? Gdzie się znajdował? W uszach mu dzwoniło, a gardło było wysuszone i zaciśnięte.
- Nie śpię. Jestem bezpieczny.
Och, z pewnością jesteś. A teraz otwórz oczy.
W jego głowie panował jeden, wielki chaos; objął ją rękoma i wrzasnął tak głośno, że jego gardło omal nie eksplodowało. Czy nie skoczył przed chwilą z mostu razem z Voldemortem? Czy nie zakończył właśnie życia ich obu?
Wszystko w porządku, Harry. Otwórz oczy. Nie jesteś sam.
Kiedy zawroty głowy w końcu ustąpiły, chłopiec zauważył przed sobą dziwną, zamazaną plamę. Zamrugał kilka razy i rozpoznał w niej znajomą twarz. Twarz zmarłego – ale mimo to znajomą.
- Cieszę się, że w końcu mogłeś do nas dołączyć! - powitał go radośnie Albus Dumbledore. - Witaj za Zasłoną, Harry; zapewne chciałbyś się dowiedzieć, co się wydarzyło w ostatnim czasie? Spałeś naprawdę długo!
