Dokładnie o godzinie dziewiątej rano przekroczył próg sali eliksirów. Zamknął za sobą drzwi, niespiesznie przesuwając wzrokiem po klasie. Uśmiechnął się nieznacznie na widok niepewności wyraźnie odbijającej się na twarzach uczniów. Nie był tyranem, każdy mógł o tym poświadczyć. Był jedynie od zawsze wprost uczulony na objawy braku myślenia. Od początku jego edukacji było to o tyle męczące, że nie potrafił się skupić na zwykłym wkuwaniu regułek, a próbował wszystko zrozumieć i przeanalizować z każdej strony, co pozwalało mu później ulepszać zaklęcia i eliksiry. Zwłaszcza eliksiry. Problem w tym, że dla jego nauczycieli było to bardzo niewygodne i starali się ze wszystkich siły nagiąć go do swojej woli i zmusić, by przestał się „popisywać" i błyskać inteligencją. On zaś odkąd pamiętał był takim typem człowieka, że jeśli się go próbuje zmusić do czegoś, co nie do końca mu odpowiada, zaprze się jak kot wszystkimi czterema łapami i z jeszcze większym uporem będzie dążył do swojego celu. Dlatego też najważniejszą rzeczą jaką wymagał od swoich uczniów nie było pod żadnym względem wkuwanie czegokolwiek – dążył do tego, by nauczyć ich samodzielnego myślenia. I musiał przyznać, że z każdym kolejnym rokiem młodzież była coraz głupsza i leniwa.

Był już w połowie drogi do biurka, gdy za jego plecami rozległo się ciche skrzypnięcie. Zatrzymał się w pół kroku. Otaczająca go cisza, nie przerywana teraz stukaniem jego laski, pogłębiła się, jakby sama sala bała się jego reakcji. Obrócił się powoli na pięcie i zmierzył wzrokiem delikwenta, który ośmielił się wejść na zajęcia po nim. Uczniowie w pierwszych ławkach mimowolnie wykręcali szyje, by zobaczyć co się stanie. Nie odrywając wzroku od kulącego się przy drzwiach niskiego chłopaka w krzywo zapiętej koszuli i z niezawiązanym krawatem, kątem oka obserwował pozostałych, którzy pomimo strachu wręcz wiercili się na krzesłach z niecierpliwości. Pomyślał, że ludzka ciekawość to naprawdę paskudna rzecz.

- Czy jest pan świadom, że przekroczył próg tego pomieszczenia po czasie rozpoczęcia zajęć? – zapytał cicho, a jego głęboki głos wypełnił salę aż po brzegi. Echem odbił się od ścian, sprawiając wrażenie, jakby słowa były wypowiedziane dużo głośniej niż w rzeczywistości. Chłopak skulił się mocniej i nerwowo pokiwał głową. – Może mi pan to wyjaśnić?

Cisza pogłębiła się jeszcze bardziej, a napięcie w atmosferze wzrosło do krytycznego poziomu. Spóźniony rozejrzał się desperacko, spoglądając z błaganiem na kolegów. Nikt jednak nie odważył się, by powiedzieć choć jedno słowo. Gerard zmrużył niebezpiecznie oczy. Drugą rzeczą, której nienawidził, zaraz po braku myślenia, było wystawianie przyjaciół. Z satysfakcją uznał, że kiedy już z nimi skończy, Severus nie pozna swoich uczniów po powrocie do zamku.

- Mistrzu, niech pan odpuści.

Te cztery stanowcze słowa wbiły się w ciszę niczym taran, robiąc wielka dziurę w napiętej atmosferze. Wszyscy, łącznie z Gerardem, obrócili głowy, by spojrzeć na wysoką Gryfonkę o bujnej czarnej grzywie, spoglądającej bez cienia strachu na stojącego pośrodku sali mężczyznę.

Powstrzymując pchający mu się na usta delikatny uśmieszek zadowolenia, przekrzywił nieznacznie głowę, przyglądając się impertynentce przymrużonymi oczami.

- A cóż pani ma na ten temat do powiedzenia, panno Nedakh?

- Tylko to, że moim zdaniem pan przesadza – powiedziała spokojnie. – Matthew spóźnił się sekundę, a pan robi z tego wielką aferę.

Gerard prychnął kpiąco. Przemierzył powoli salę, aż stanął tuż przed ławką Gryfonki. Spojrzał na nią z góry, wyginając wargi w pobłażliwym uśmieszku, jakiego swego czasu nauczył się od swego mentora. Dziewczyna wyraźnie się speszyła.

- Panno Nedakh, na moich zajęciach obowiązują moje zasady – powiedział cicho, niemal szeptem, ale jego głęboki głos prawie huczał w małej przestrzeni sali. Gryfonka przełknęła ślinę, ale uparcie patrzyła mu w oczy. – Jeśli ktoś nie ma zamiaru przestrzegać moich zasad, równie dobrze może się tutaj więcej nie pokazywać – dodał spokojnie.

Uśmiechnął się szyderczo, w myślach śmiejąc się z jej nagle niepewnej miny. Błyskawicznym ruchem wyciągnął różdżkę i machnął nią, nie odrywając wzroku od dziewczyny. Drzwi skrzypnęły głośno, a ułamek sekundy później rozległo się głuche uderzenie, a zaraz po nim jęknięcie, gdy to spóźniony uczeń wypadł z sali z impetem, zatrzymując się dopiero na przeciwnej ścianie. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a zamek w nich szczęknął głośno. Cisza, jaka zapanowała w sali, była tak ciężka, że zdawała się ułatwić nieco pracę grawitacji, wręcz wgniatając uczniów w podłogę. Atmosfera zaś była napięta do tego stopnia, że można było spokojnie zawiesić w powietrzu siekierę bez obawy, że spadnie.

Z delikatnym uśmieszkiem złowrogiej satysfakcji przeszedł się po sali. Wściekłe spojrzenie Gryfonki wwiercało się w jego plecy z taką siłą, że był zdziwiony, że jeszcze nie przewierciło go na wylot. W tak prosty sposób sprawił, że pierwsza część planu została osiągnięta. Był ciekaw, czy z tą dziewczyną będzie tak samo jak z Kathariną. Miał nie lada wyzwanie i kupę zabawy, kiedy próbował złamać potomkinię wikingów i sprawić, by spadła na samo dno, żeby później pomóc jej się podnieść i umocnić jej charakter. Norweżka od samego początku była twarda i musiał się naprawdę wysilić, a i tak trwało to cały rok. Z Severusem na szczęście było znacznie prościej przez to, że gdy do niego przyszedł, niedaleko już było do znalezienia się na dnie. Jeśli zaś chodziło o tę Gryfonkę, musiał się jeszcze upewnić, czy jej zdolności w dziedzinie eliksirów były wystarczające. Jeśli miał rację co do niej tak, jak było to w przypadku Kathariny, z największą przyjemnością znajdzie jej Mistrza Eliksirów, pod którego okiem będzie mogła się szkolić. Sam nigdy nie chciał brać nikogo na praktyki, więc Severus i Katharina nie mieli nawet pojęcia, jakie szczęście ich spotkało, że zobaczył w nich wielki potencjał.

Zajęcia przebiegały względnie spokojnie. Uczniowie dostali polecenie z krótkim wyjaśnieniem, na czarnej tablicy lśniły litery składające się na uproszczony i nie zawierający pewnych istotnych elementów przepis i w ciszy pracowali, próbując co chwilę przypomnieć sobie, co powinni właściwie zrobić, by eliksir nie wybuchł im w twarz. Gerard nie miał najmniejszego zamiaru ułatwiać im zadania i podawać pełnej formuły. Chciał, by sami zaczęli myśleć, kombinować i zastanawiać się, które składniki można połączyć, a których nie powinno się nawet próbować zmieszać w jednym kociołku. Sukcesem nie było nauczenie tych kretynów czytania. Chodziło o to, by mieli możliwość wykorzystania zdobytej na wcześniejszych zajęciach wiedzy. Nie może się nazwać warzycielem ten, który tworzy eliksiry, trzymając nos w książce i śledząc skrupulatnie przepis.

Sądził już, że do końca zajęć nie będzie musiał interweniować. Sądził, że całe te dwie godziny miną bez problemów. Przeliczył się. Mniej więcej piętnaście minut przed końcem przy jednym ze stanowisk dostrzegł niepewną minę Gryfona. Powstrzymał złośliwy uśmieszek i podszedł niespiesznie do jego biurka. Chłopak wyraźnie przełknął ślinę, gdy go dostrzegł, a jego ręka zamarła nad miseczką ze skrzydłami nietoperza.

- Skrzydła zareagują ci z korą brzozy – poinstruował go uczynnie Gerard. – Powinieneś o tym pamiętać i najpierw dodać księżycowy pył.

Gryfon przez chwilę najwyraźniej bił się ze swoimi myślami, bo jedynie wodził wzrokiem od Gerarda do składników. Wreszcie wziął głęboki oddech i sięgnął po słoiczek, by wsypać do kociołka dwie miarki pyłu. Eliksir delikatnie zafalował, a chłopak odetchnął z ulgą. Gerard uśmiechnął się do niego pokrzepiająco.

- Teraz należy zamieszać zgodnie z ruchem wskazówek zegara trzy razy – powiedział znów, przyglądając się uważnie, jak uczeń z rosnącym entuzjazmem chwycił za chochlę. – Jeśli teraz dodasz skrzydła, eliksir będzie już prawie gotowy.

Gryfon podziękował mu szybko i niemal rzucił się do miseczki ze skrzydłami. Gerard zaś uśmiechnął się z politowaniem i nie odrywając wzroku od chłopaka, cofnął się na bezpieczną odległość. Nie minęła nawet sekunda od chwili, gdy w kociołku znalazł się ostatni wymieniony składnik, a eliksir w jednym momencie eksplodował z wręcz ogłuszającym hukiem. Sam kociołek rozpadł się na mikroskopijne kawałeczki, a jego zawartość wytrysnęła w górę niczym gejzer. Gryfon wrzasnął z przerażeniem i odskoczył gwałtownie do tyłu, by wpaść z impetem na biurko siedzącej za nim dziewczyny, której kociołek przechylił się i moment później grzmotnął o kamienną podłogę, rozlewając dookoła swoją zawartość. W sali podniósł się harmider. Zewsząd rozlegały się krzyki, dziewczyny wskakiwały na krzesła, ratując buty przed lepką mazią, jaka powstała w wyniku reakcji eliksiru z kamieniem, chłopacy odsuwali się gwałtownie, potrącając coraz to kolejne kociołki. Gerard zaś zmierzył wzrokiem salę i westchnął ciężko, zastanawiając się, czy myślenie naprawdę jest tak trudnym procesem dla obecnego młodego pokolenia. Ze stoickim spokojem obrócił się na pięcie i podszedł do biurka Severusa, by zasiąść w fotelu, skąd mógł obserwować wszystkich uczniów.

- Uroczy jest. Snape już by się na nas darł za coś takiego – doszedł go szept z okolic pierwszej ławki.

Starając się nie wzbudzać podejrzeń, kątem oka dyskretnie zerknął w tamtą stronę, by dostrzec wpatrującą się w niego z uwielbieniem niską blondynkę i krztuszącą się ze śmiechu impertynencką Gryfonkę, Amitolę Nedakh.

- Uroczy? Ja bym powiedziała, że wredny. Nie zauważyłaś, że sam podpuścił Norbiego, żeby użył złych składników?

- Wymyślasz, Ami. Myślisz, że bym mu się spodobała?

Gerard zamarł w osłupieniu na te słowa, a Amitola spojrzała na koleżankę, jakby widziała ją pierwszy raz w życiu.

- Dziewczyno, ten facet jest ze trzy razy starszy od ciebie – syknęła, łapiąc blondynkę za ramię.

- No i co z tego? Wszyscy wiedzą, że faceci w jego wieku gustują w młodych dziewczynach – odparła spokojnie jasnowłosa z porażającą logiką.

- Jesteś niepoważna, Maggie. Ale rób sobie nadzieję, jak chcesz, tylko potem nie przylatuj do mnie z płaczem, jak będzie ci kazał spadać na drzewo.

Pokręcił głową z niedowierzaniem. Przez całe życie znalazł się w różnych dziwnych sytuacjach – włączając w to czas, jaki spędził z Grindelwaldem – ale nigdy, naprawdę nigdy nie przyszło mu do głowy, że na starość młode dziewczyny uznają go za atrakcyjnego. Pomijając już zupełnie fakt, że mógłby być dziadkiem tej całej Maggie, zwyczajnie nie potrafił zrozumieć, jak mogło jej wpaść do głowy coś takiego.

W chwili gdy rozległ się dzwonek kończący zajęcia, prawie wszyscy uczniowie rzucili się do drzwi w tym samym momencie. Wystarczyło jednak jedno jego spojrzenie, by ich przyhamować. Zmierzył wzrokiem pogrążoną w chaosie salę z podłogą pokrytą gęstą, zieloną mazią. Kiedy skierował wzrok z powrotem na uczniów, odpowiedziały mu ciche westchnięcia. Z entuzjazmem godnym potępieńców, zaczęli grzecznie, bez jednego słowa sprzeciwu sprzątać bałagan. Gerard kiwnął głową z zadowoleniem, a chwilę później zaklął w myślach, gdy tuż przed nim niemal z nikąd pojawiła się blondynka z pierwszej ławki. Stanęła tuż obok niego, niemal ocierając się o jego wyprostowane i skrzyżowane w kostkach nogi. Jej krawat wisiał rozwiązany, a trzy górne guziki koszuli były rozpięte.

- Mistrzu, udało mi się skończyć eliksir i pomyślałam, że chciałby pan go ocenić – powiedziała z lekkim uśmiechem, pochylając się nisko, by postawić fiolkę na biurku.

Uniósł nieznacznie brew, zauważając ze zdziwieniem jej całkiem okazały biust, który pojawił się dokładnie na poziomie jego oczu. Przez moment wpatrywał się tępo przed siebie, zastanawiając się, jak się w to wpakował i rozważając, czy Minerwa uśmierci go na miejscu, jeśli dojdzie do niej wieść, że gapił się w biust uczennicy. Uniósł wreszcie wzrok i zdążył dostrzec pełen satysfakcji uśmieszek, nim na twarzy dziewczyny pojawił się niewinny uśmiech. Uniósł brew wyżej, gdy w głębi jego umysłu jakiś głos, niepokojąco podobny do głosu Grindelwalda, szepnął mu psotnym tonem kilka słów. Uśmiechnął się z ogładą.

- Dziękuję, bardzo chętnie obejrzę pani pracę. Wręcz nie mogę się doczekać, by odkryć jakie zdolności w pani drzemią, panno…

- Williams – odpowiedziała błyskawicznie. – Maggie Williams.

- Miło mi panią poznać, panno Williams – powiedział gładko i sięgnął po jej rękę, by pocałować lekko jej dłoń. Na policzki dziewczyny błyskawicznie wkradł się rumieniec.

Śmiejąc się w duchu, rzucił okiem na salę. Z zadowoleniem zauważył, że cały bałagan już zniknął, tak jak i większość uczniów, która wykorzystała moment jego nieuwagi i wymknęła się, z radością korzystając z faktu, że drzwi otworzyły się wraz z końcem zajęć. W pomieszczeniu pozostały już tylko dwie osoby, które właśnie zmierzały do wyjścia i wysoka brunetka w pierwszej ławce. Panna Nedakh bez skrępowania gapiła się na niego wielki oczami i z rozchylonymi ustami, jakby nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Blondynka musiała dać jej jakiś znak, bo nagle otrząsnęła się, pokręciła głową z niedowierzaniem i skinąwszy mu głową, bez słowa wyszła z sali.

- Jakie ma pani teraz zajęcia, panno Williams? – zapytał spokojnie, kierując znów uwagę na stojącą obok dziewczynę.

- Transmutację, mistrzu – odparła potulnym tonem.

Ledwie się powstrzymał przed odsunięciem, gdy przysunęła się do niego jeszcze bliżej, teraz już faktycznie ocierając się o niego lekko. Kiwnął głową i wstał, zanim przyszłoby jej do głowy wpakować mu się na kolana.

- Pozwoli pani, że ją odprowadzę – powiedział, dżentelmeńsko oferując jej ramię.

Dziewczyna z radości niemal się na nim uwiesiła. Udało mu się nie wzdrygnąć z niechęcią. Siląc się na spokój, opuścił lochy wraz z klejącą się do niego dziewczyną, zastanawiając się jednocześnie, czy to ona jest tak głupia czy całe jej pokolenie jest cofnięte w rozwoju. Starał się jednak przez cały czas uśmiechać uprzejmie, słuchając jej ciągłego trajkotania. Po dwóch pierwszych zdaniach na temat tego, jak jej się podobają prowadzone przez niego zajęcia i jak jest piekielnie inteligentny, wyłączył się i ograniczył do przytakiwania co jakiś czas. Nie spieszył się, prowadził ją specjalnie wolno korytarzem, mając pełną świadomość, że przez niego dziewczyna spóźni się na kolejne zajęcia. Gdyby czekały go teraz jakieś dalsze lekcje, na pewno by się na to nie pokusił, ale jako że miał teraz całą godzinę wolnego, mógł sobie pozwolić na coś takiego. Tak więc gdy już dotarli na pierwsze piętro, z korytarzy zdążyli zniknąć już wszyscy uczniowie. Blondynka najwyraźniej tego w ogóle nie zauważyła, bo wciąż trajkotała jak najęta. Uśmiechnął się w duchu diabelsko i bez pukania otworzył drzwi sali transmutacji, przerywają wykład w połowie zdania. Skinął głową Minerwie, która spojrzała na niego z niezadowoleniem. Ledwie się powstrzymał przed parsknięciem śmiechem, gdy na jej twarzy pojawiło się wpierw kompletne oszołomienie, później niedowierzanie, aż w końcu zmrużyła niebezpiecznie oczy i zacisnęła usta w cienką linię w wyraźnie rosnącej gwałtownie złości.

- Przyprowadziłem pani uczennicę na zajęcia, profesor McGonagall – powiedział z uprzejmym uśmiechem. Niemal widział jak żyłka jej pulsuje i nieubłaganie zbliża się do pęknięcia z hukiem.

- Dziękuję, mistrzu – wycedziła, dawkując starannie właściwą dawkę jadu do głosu. – Panno Williams, proszę zająć miejsce, panno Nedakh, proszę przypilnować porządku w sali. Mogę prosić na słowo, mistrzu von Schönfeld?

- Oczywiście, profesor McGonagall – odparł bez wahania i wskazał drzwi. – Panie przodem.

Minerwa przeszła powoli przez salę wyprostowana sztywno, wyraźnie starając się zachować resztki opanowania. Zatrzymała się na korytarzu i uprzejmie poprosiła obrazy o opuszczenie swoich stanowisk – słysząc ton jej głosu portrety błyskawicznie skoczyły do ram, uciekając z przestrzeni zagrożonej. Odczekała, aż Gerard zamknie starannie drzwi sali i dopiero wtedy wybuchła.

- CO TO MIAŁO ZNACZYĆ?

Skrzywił się mocno i potarł ucho, które ucierpiało od jej wściekłego krzyku. Przestało mu być do śmiechu, gdy uświadomił sobie ogrom furii, do jakiej ją doprowadził. Zerknął na nią ostrożnie i aż się zachłysnął powietrzem. Na jej policzkach pojawił się wściekły rumieniec, a oczy strzelały błyskawicami, jednocześnie lśniąc niesamowitym blaskiem. Oczarowany podszedł do niej powoli i objął ją szybko w talii, nim zdążyła się odsunąć. Próbowała mu się wyrwać, odepchnąć go ze złością, ale przyciągnął ją bliżej do siebie, zacieśniając objęcia.

- Gerard, przestań, do licha ciężkiego! Co ty sobie wyobrażasz? Najpierw szlajasz się gdzieś z uczennicą, a potem jakby nigdy nic przychodzisz do mnie i…

Wpił się w jej usta, uciszając ją gwałtownie. Czuł, że próbowała się odsunąć, ale objął ją mocniej jednym ramieniem i wsunął dłoń w jej włosy, niszcząc misterny kok. Wreszcie przestała się szamotać i nieco nieśmiało odpowiedziała na jego czuły pocałunek. Oderwał się od jej ust, by oprzeć swoje czoło o jej i spojrzeć jej prosto w oczy.

- Przepraszam, moja słodka Minnie – powiedział cicho, muskając palcami jej policzek. – Nie chciałem cię tak zdenerwować, uwierz mi – dodał, poruszony jej nagłą niepewnością.

- Gerard…

- Cii… Nic nie mów. Masz prawo być na mnie wściekła. Sam podpuściłem tę uczennicę, chociaż podejrzewałem, jak to się może skończyć – wyznał szczerze. Nie wiedział, co go teraz podkusiło, ale po prostu nie potrafił jej teraz w żaden sposób okłamać. Nie po tym, jak w jej oczach dostrzegł, że poczuła się zdradzona. Zdradzona przez niego. Ta myśl sprawiła, że zakuło go serce. – Jesteś skłonna mi wybaczyć moje postępowanie, kochana?

Wstrzymał na chwilę oddech, gdy Minerwa uniosła nieznacznie brew i pokręciła głową. Czuł się jak nastolatek i jednocześnie skazaniec, czekający na wyrok. Z jednej strony bał się, że mogłaby go odepchnąć, a drugiej chciał już w tej chwili dowiedzieć się, czy będzie dalej go obwiniała czy może okaże mu łaskę. Gdy więc wreszcie uśmiechnęła się lekko, kamień spadł mu z serca.

- Taki inteligentny ponoć jesteś, a jednak tak głupi – powiedziała cicho i zaraz na chwilę spoważniała. – Obiecaj mi, że nigdy więcej tego nie zrobisz.

- Daję ci moje słowo honoru – odparł błyskawicznie i pocałował obie jej dłonie.

Poczuł się znacznie lepiej, gdy na jej twarzy na powrót pojawił się delikatny uśmiech.

- A teraz, drogi panie, proszę mi dokładnie wytłumaczyć, jak doszło do tej sytuacji.

Zaśmiał się cicho, słysząc jej surowy, nauczycielski ton. Nie chciał jednak bardziej jej denerwować, więc szybko opowiedział jej ze wszystkimi szczegółami, jak to się stało, że znalazł się w jej klasie z uczennicą uwieszoną na jego ramieniu. Gdy skończył, Minerwa pokiwała głową ze zrozumieniem i spojrzała potępiająco na drzwi sali.

- Możesz być pewien, że ta panna nie będzie ci więcej zawracała głowy – wycedziła niebezpiecznym tonem.

Nie musiał pytać, co miała zamiar zrobić, domyślił się, że cokolwiek chodziło jej po głowie, nie będzie to zbyt przyjemne dla tej dziewczyny. Z jednej strony było mu trochę szkoda blondynki, ale z drugiej fakt, że Minerwa jest do tego stopnia zazdrosna o niego, jakoś podnosił go na duchu.

- Pozwolisz, że najpierw udzielę jej drobnej rady? – zapytał uprzejmie, a gdy Minerwa kiwnęła niepewnie głową, pocałował ją szybko i wszedł do klasy. Zawołał blondynkę po nazwisku, a ona wręcz zerwała się z krzesła z niecierpliwością, gdy gestem nakazał jej podejść. W dwóch susach znalazła się obok, spoglądając na niego wyczekująco. Gerard pochylił się nad nią, by tylko ona dosłyszała jego uprzejmy szept. – Radziłbym pani wyciągnąć z dzisiejszego dnia lekcję i zapamiętać, że zachowywanie się jak prymitywna kurtyzana nie zawsze przynosi wyczekiwane efekty, a czasem wręcz przeciwnie, może doprowadzić do niechcianych konsekwencji. – Odsunął się od zdębiałej i z każdą chwilą rumieniącej się coraz bardziej dziewczyny i kulturalnie skłonił się lekko, życząc jej miłego dnia, nim opuścił salę i pozwolił Minerwie wrócić do prowadzenia zajęć.

- Jesteś pewien, że nie będzie jej potrzebna druga transfuzja?

Severus westchnął cicho. Doceniał, że Alessio również zdaje się martwić o Tonks, ale jego ciągłe upewnianie się powoli stawało się już nużące.

- Całkowicie. Biorąc pod uwagę, że już wczoraj rzuciła się na mnie, jakby była psychiczna, mogę śmiało uznać, że jest na najlepszej drodze do wyzdrowienia – odparł spokojnie, nie oglądając się za siebie.

Dopił szybko kawę i opłukał kubek pod zlewem, udając, że nie dosłyszał rozbawionego prychnięcia za plecami. Zacisnął zęby i obrócił się jednak powoli, by zmierzyć wzrokiem opierającego się swobodnie o stół Włocha. Zmrużył oczy na widok szerokiego uśmiechu na jego twarzy.

- Masz ciekawy sposób na określanie zachowania swojej dziewczyny – rzucił Alessio wesoło.

Zmrużył mocniej oczy, spoglądając na niego morderczo. Wytarł powoli dłonie i podszedł do szatyna, krzyżując ręce na piersi, by powstrzymać się przed palnięciem go w tę durną mózgownicę.

- Ona nie jest moją dziewczyną – wycedził z irytacją.

Alessio, ku jego złości, roześmiał mu się w twarz i oderwał wreszcie od stołu, by stanąć w identycznej pozycji. Na twarzy Snape'a pojawił się delikatny uśmieszek satysfakcji, gdy Włoch musiał unieść głowę, by spojrzeć mu w oczy.

- Mów sobie, co chcesz, ale wyobraź sobie, że nie jestem ślepy i miałem doskonałą okazję przyjrzeć się uważnie wam obojgu – powiedział niezrażony i zaraz zapytał, nie przestając się uśmiechać. – I wiesz, co zobaczyłem? – Pokręcił głową z rozbawieniem, jako że Severus ani myślał cokolwiek odpowiedzieć. – Nie martw się, nie mam na myśli żadnych banałów w stylu „wpatrujesz się w nią jak w obrazek". Raczej traktujesz ją, jakby od niej zależało twoje życie – wyjaśnił ze zwyczajową dla siebie przesadą, wspomagając się żywą gestykulacją. – Jakby była latarnią, oświetlającą twoją ponurą egzyst…

- Zamknij się – warknął Severus, czując zalewającą go niespodziewanie złość. – Nie mam najmniejszego zamiaru wysłuchiwać takich bzdur – dodał wściekle, zaciskając pięści. Równocześnie starał się nie dopuszczać do siebie świadomości, szepczącej mu na ucho, że Gerard mówił praktycznie to samo. Zignorował również ciche pukanie podświadomości, która uparcie chciała go poinformować, że oni obaj mogą mieć przynajmniej częściową rację.

- Jak sobie chcesz – Alessio wzruszył ramionami. – Skoro wolisz żyć w upartej nieświadomości, to ja ci nie będę przeszkadzał. – Wyminął Severusa, podszedł do drzwi i przystanął na chwilę. Pogładził nieogolony podbródek w wyrazie zamyślenia. – Dawno nie rozmawiałem z Thornem – stwierdził. – Chyba czas mu przekazać najnowsze plotki.

Zatarł ręce z uciechy, a Severus drgnął gwałtownie. Zmierzył wzrokiem nieznośnego Włocha, wyobrażając sobie, jak uprzejmie daje mu do posmakowania jedną z eksperymentalnych trucizn.

- Odradzam – powiedział powoli, ściszając nieznacznie głos. – Chyba że chcesz znacząco skrócić pozostały ci czas życia. Wystarczy, że powiesz słowo tej plotkarskiej imitacji człowieka, a będę zmuszony wyciągnąć stosowne konsekwencje – dodał cicho, podchodząc powoli do stojącego w progu Alessia.

Włoch miał niebywałe szczęście, że Severus zatrzymał się za jego plecami. Gdyby bowiem dostrzegł szeroki uśmiech na jego twarzy, Alessio nie wyszedłby z tego domu w jednym kawałku. Problem w tym, że z natury Torricelli był notorycznym ryzykantem i chociaż nierzadko znał niebezpieczeństwo, najzwyczajniej w świecie nie potrafił się powstrzymać przed zrobieniem czegoś, czego normalny człowiek na jego miejscu momentalnie by pożałował. On jednak od dawna wiedział, że niekiedy naprawdę trudno nazwać go normalnym. Ta świadomość w połączeniu z paskudną ludzką ciekawością i naturą psotnego chochlika dawała wybuchową mieszankę w postaci wesołego, upierdliwego Włocha, na którego wszyscy klęli, ale którego też praktycznie wszyscy lubili.

- A skąd ty wiesz, co ja chcę mu powiedzieć? – rzucił zaczepnym tonem, odwracając się do Severusa. Odpowiedziało mu wściekłe spojrzenie.

W tym momencie należy zauważyć pewną istotną rzecz. Mianowicie każdy pospolity osobnik gatunku ludzkiego homo sapiens znajdując się w takiej sytuacji, jaka właśnie się zdarzyła, zacisnąłby mocno usta, powodując, że podobne brednie rozbiłyby się na zębach i otumanione nie ujrzałyby nigdy światła dziennego. Problem pojawiał się jednak, gdy owym osobnikiem okazywał się być niejaki Alessio Torricelli. Naukowcy badający jego mózg – jeśli w ogóle ktokolwiek kiedykolwiek by się tego podjął – natrafiliby na niezwykłe odkrycie. Otóż jak się okazuje, w tym niezwykle skomplikowanym i jakże potrzebnym do normalnego funkcjonowania narządzie czegoś brakowało. Opustoszały fragment tego pofałdowanego zbiorowiska myśli, uczuć, nerwów i różnego rodzaju niepotrzebnych elementów balastowych nakazywał sądzić, że coś kiedyś mogło zostać skradzione z głowy tegoż osobnika. Prawda jednak jest dużo prostsza, choć i w nią nie wszyscy chcą wierzyć. Wbrew wszelkiej znanej nauce instynkt samozachowawczy Alessia osiągnął stan tak skrajnego znudzenia, że wreszcie spakował manatki, wywiesił na drzwiach kartkę głoszącą „zaraz wracam" i wyjechał na bezterminowe wakacje, uprzejmie oddając swoje miejsce w mózgu pajęczynom i obowiązkowej warstwie kurzu.

Tego dnia jednak Włochowi sprzyjało niebywałe szczęście. Severus bowiem zamiast zacisnąć dłoń na jego gardle – a należy zaznaczyć, że palce aż go świerzbiły, żeby to zrobić – warknął przez zęby i ograniczył się do odsunięcia go z drogi. Rzecz jasna wykorzystując do tego stosowną wartość siły, z jaką jego ręka miała przyjemność oddziaływać na ramię Alessia, którego równowaga, korzystając z tej okazji, rzuciła mu wyzwanie i wcale nie zamierzała dać się tak szybko odzyskać. Szczęściem jednak futryna przyszła mu z pomocą i uderzyła go w twarz, zatrzymując go w pospiesznym dążeniu do zapoznania się bliżej z podłogą. Był w stanie dzięki temu stanąć stabilnie na obu nogach, sprzeciwiając się grawitacji, która zaklęła z niezadowoleniem i poszła szukać innych ofiar.

Alessio potarł obolały nos i z rozbawieniem ruszył śladem Severusa, który był już w połowie drogi do jednego z pokoi gościnnych. Jednego, gdyż rezydencja rodu Arvola składała się z więcej niż jednego piętra, więcej niż jednego salonu, niezliczonej ilości pokoi i łazienek i olbrzymiego ogrodu, który sam w sobie mógłby spokojnie robić za całkiem okazały kawałek parku. Gdy Alessio po raz pierwszy postawił nogę w tym labiryncie pomieszczeń, po dwóch dniach był na tyle zdesperowany, że chciał wynająć przewodnika. Rzecz jasna Katharina wyśmiała go głośno, ale jako uczynny gospodarz domu odłożyła na chwilę najnowszy eksperyment i oprowadziła go po rezydencji, wskazując skrupulatnie miejsca, od których powinien trzymać się z daleka. Pod koniec dnia był niezwykle zadowolony, jako iż okazało się, że wolno mu przebywać właściwie tylko w jednym skrzydle budynku, które znów nie było nawet tak olbrzymie.

Przechylił głowę z zaciekawieniem, kiedy Severus nagle stanął jak wmurowany w progu pokoju. Podszedł pospiesznie, popędzany i popychany przez rosnącą ciekawość. Zerknął mu przez ramię, co znów nie było wcale takie proste, biorąc pod uwagę jak duża różnica wzrostu ich dzieliła. Zaraz później roześmiał się głośno i klepnął Severusa w ramię. Usilnie starał się nie krzywić, gdy jego nadgarstek ugrzązł nagle w żelaznym uścisku, a ręka została brutalnie wykręcona na plecy. Jęknął, gdy kolejna futryna z entuzjazmem walnęła go w nos.

Zaalarmowana hałasem Tonks obróciła się gwałtownie, sięgając jednocześnie po różdżkę. Miast jednak rzucić obronne zaklęcia, zastygła na moment, by zaraz parsknąć śmiechem do wtóru z Kathariną. Ignorując wściekłe warknięcie Severusa, odłożyła z powrotem różdżkę i zeskoczyła z łóżka, by podejść do niego niespiesznie. Oparła dłonie na biodrach i przekrzywiła nieznacznie głowę, wpatrując się w niego z rozbawieniem.

- Myślę, że możesz go puścić – powiedziała z uśmiechem.

Severus zerknął na nią z niezadowoleniem, po czym spojrzał niechętnie na przygniecionego do wspomnianej futryny Włocha.

- Byłbym wdzięczny – wymamrotał Alessio nieco zmienionym przez potłuczony nos głosem.

Chwilę później stał już w bezpiecznej odległości od niebezpiecznego i nieprzewidywalnego Anglika, masując ostrożnie obolałe części twarzy. Katharina, krztusząc się ze śmiechu, chwyciła go za ramię i pociągnęła w stronę drzwi.

- Lepiej stąd chodź, makaroniarzu, zanim Sev wyjdzie z siebie i stanie obok. – Wszyscy prócz Severusa uśmiechnęli się szeroko na tę wizję. – A właśnie, widziałeś gdzieś Remusa?

- Ta, twój brat wyzwał go na sparing. O ile dobrze słyszałem, chodziło coś o twój honor – odparł, szczerząc się z wyraźnym rozbawieniem w przeciwieństwie do Kathariny, która spochmurniała.

- Zabiję Ericka, jak ten dureń porachuje Remusowi kości – mruknęła i praktycznie siłą wyciągnęła Alessia z pokoju, zamykając za nimi drzwi.

Tonks zaśmiała się cicho pod nosem i spojrzała znów na Severusa, który zdawał się być poirytowany jak wszyscy diabli. Była naprawdę ciekawa, cóż mogło go aż tak zeźlić, ale wolała teraz o to nie pytać. Dużo rozsądniej było odczekać trochę i dorwać Alessia, by z niego wyciągnąć całą prawdę. Uśmiechnęła się diabelsko w myślach, szykując się już na bardzo dobrą zabawę podczas przesłuchiwania Włocha.

- Ścięłaś włosy – mruknął Severus, przekrzywiając nieznacznie głowę. Oparł się plecami o ścianę i skrzyżował ręce na piersi, przyglądając się uważnie jej krótkiej, nastroszonej fryzurze.

- Właściwie to Kath mi pomogła – sprostowała z rozbrajającym uśmiechem.

Severus uśmiechnął się kpiąco.

- I całe szczęście. Wolałbym nie wiedzieć, jaką rzeź bym tu znalazł, gdyby dała ci do ręki nożyczki.

Zacisnęła zęby i również skrzyżowała ręce, wpatrując się w niego z niezadowoleniem, które kontrastowało z rozbawieniem skrytym w ciemnej toni oczu Severusa.

- Lubisz mnie wkurzać, prawda? – wycedziła z irytacją, która znacząco wzrosła, gdy na jego twarzy uśmieszek powiększył się wyraźnie.

- Owszem – przyznał nie do końca szczerze. Nie tyle lubił, co uwielbiał ją wytrącać z równowagi. Oczywiście nie zamierzał jej tego mówić, by nie ryzykować, że się obrazi. Zamiast tego więc nieco niepewnie przeczesał palcami jej włosy i zatrzymawszy dłoń na jej karku, przyciągnął ją lekko do siebie, by pocałować ją delikatnie w czoło. Uśmiechnął się złośliwie. – Lubię patrzeć, jak się denerwujesz. Chociaż bez tej rażącej po oczach czerwieni już nie jest aż tak zabawnie.

O ile w pierwszej chwili chciała go wyściskać za ten czuły gest, to teraz miała ochotę jedynie trzepnąć go solidnie po łbie. Owszem, była bardzo otwarta i pozytywnie nastawiona do świata, zawsze lubiła żarty i dowcipy, ale to nie znaczy jeszcze, że miała zamiar pozwolić, by ktokolwiek perfidnie się z niej nabijał.

Severus zacisnął zęby, gdy nieoczekiwanie wbiła mu łokieć w żebra. Kątem oka dostrzegł, jak się zamierzała po raz kolejny i na szczęście zdążył złapać ją za rękę, nim zdążyła bardziej go poobijać. Jednym, szybkim ruchem obrócił ją i przycisnął do ściany, przytrzymując jej rękę nad głową. Zaśmiał się cicho, gdy zaczęła się szarpać z nim zawzięcie i spojrzał na nią z czystym rozbawieniem. Nie potrafił nic poradzić na to, że wyglądała naprawdę… no… uroczo, gdy się denerwowała. W jej oczach pojawiały się cudowne, żywe błyski, a ona sama zdawała się jeszcze bardziej tryskać energią niż zazwyczaj. Nie do końca wiedział, jak to działa, ale ta jej energia wręcz go przyciągała. W jakiś dziwny sposób sprawiała, że bardziej chciało mu się żyć, że miał dla czego żyć. Albo dla kogo, podpowiedział cichy głosik w jego głowie.

Błyskawicznie odepchnął od siebie ten głosik. Przymknął oczy i przysunął się bliżej do Tonks, by pochylić się nad jej szyją i wciągnąć głęboko powietrze. Jej zapach działał na niego oszałamiająco. Nie potrafił powiedzieć, czym dokładnie pachniała, ale nawet woń eliksirów, którymi ją nafaszerowali, nie była w stanie przyćmić tego zapachu. Oddałby chyba wszystko, by móc codziennie wdychać ten aromat. Za każdym razem gdy czuł jej zapach, ogarniał go błogi spokój. Cała złość, która w nim buzowała, odchodziła w głąb umysłu, a w jego wyobraźni pojawiał się obraz małego domku tuż przy plaży z nieziemskim widokiem na ocean. Prawdę powiedziawszy, zawsze chciał zamieszkać w jakimś spokojnym miejscu z daleka od wszystkich. Taki domek nad wodą byłby dla niego prawdziwym błogosławieństwem.

Otworzył oczy, gdy poczuł jej dłoń, gładzącą go po włosach. Obrócił nieznacznie głowę, by dostrzec jej niebieskie tęczówki. Wpatrywała się w niego z uśmiechem, który sprawiał, że chciał rzucić wszystko i wraz z nią odszukać ten domek, gdzie mogliby zamieszkać razem. Wiedział, że przepadł całkowicie. Nie był tylko pewien, czy bardziej go to przeraża czy może jednak cieszy. Właściwie teraz go to nie obchodziło. Nie odrywając wzroku od jej oczu, ujął jej twarz w dłonie i pocałował ją. Z początku delikatnie, ale z każdą chwilą pogłębiał pocałunek. Nie wiedział, co w niego wstąpiło, ale gdy poczuł jej ręce oplatające jego szyję, przytulił ją mocno, nie chcąc nigdy wypuszczać jej z objęć. Chociaż się przed tym wzbraniał, stała się dla niego zbyt cenna, by pozwolił jej odejść…

Pogwizdując wesoło, odwinął z rolki kolejnego dropsa i z lubością wsunął go do ust, napawając się wspaniałym cytrynowym smakiem. Zawsze wiedział, że mugole w wielu dziedzinach są naprawdę utalentowani, ale ich cukierki biły na głowę wszystkie wynalazki czarodziei. Nawet czekoladowe żaby, pieprzne diabełki czy nawet musy-świstusy nie umywały się do cytrynowych dropsów.

Delektując się tym wybitnym smakiem, rozsiadł się wygodniej w fotelu i sięgnął po Proroka Codziennego. W oczy rzucił mu się artykuł na pierwszej stronie. Przeczytał go raz, drugi i zaśmiał się cicho pod nosem z niedowierzaniem. Nigdy by nie przypuszczał, że komukolwiek przyjdzie do głowy włamywać się do Malfoy Manor, nawet teraz, gdy Lucjusz siedział zamknięty w Azkabanie. Zrozumiałby jeszcze, gdyby włamywacza skusiła fortuna Malfoyów, ale przebijać się przez wszystkie zabezpieczenia, ogłuszać wszystkich obecnych akurat w rezydencji, żeby porwać Narcyzę Malfoy? Albus był bardzo ciekaw, któż okazał się być takim desperatem…