Rozdział XXXIV

Bywa i tak, że stajemy się niewolnikami własnych racji. Hermiona Granger na przykład zawsze postępowała zgodnie z podszeptami zdrowego rozsądku, nie zaprzątając sobie głowy przymiotami takimi jak intuicja czy zew serca. Na pierwszy rzut oka wydaje się to cechą pozytywną, jednak po wnikliwszej analizie dostrzegamy, że tylko czyni nas ona nieszczęśliwymi. To właśnie robiła panna Granger – unieszczęśliwiała się w imię logiki. Chwała Merlinowi, miała chociaż tyle oleju w głowie, by zdać sobie z tego sprawę!
- Ginny, źle ze mną – poskarżyła się z kwaśną miną któregoś dnia.
- No właśnie, tak cię od kilku dni obserwuję i ci powiem, że... jak zwykle masz rację, niestety – odparła ruda, ślęcząc nad wypracowaniem z zielarstwa.
- I co ja mam teraz począć niby? Przecież ja nawet nie wiem, co konkretnie jest ze mną nie tak!
- Zacznij pisać pamiętnik – zażartowała Weasleyówna, kartkując podręcznik w poszukiwaniu rozdziału o Czyrakobulwach.
Hermiona Granger zamarła z na wpół otwartymi ustami. Już miała coś odpowiedzieć, lecz zrezygnowała. Niespiesznie podniosła się z fotela w Pokoju Wspólnym i obrała kurs na swoje dormitorium.

Z pamiętnika Hermiony Granger,
Dzień Pierwszy:

Jesteś papierem. Nie mam pojęcia w czym niby masz mi pomóc, no ale obecnie gotowa jestem spróbować wszystkiego. Widzisz, zdaje mi się, że się pogubiłam... Nie, to nie do końca tak. Ja tak jakby... WIEM CO ZROBIĆ – gdzieś głęboko – tylko nie wiem JAK to zrobić. Może podejdźmy do sprawy analitycznie:
Problem nr 1 – Draco Malfoy.
Facet o niespotykanym talencie do obracania wszystkiego wniwecz, czy jest to wiara w ludzkość, projekt partnerski, czy też moje poukładane życie. To było tak:
Miałam plan równie prosty, co doskonały: wrócić do szkoły, osiągnąć Wybitne wyniki z Owutem'ów, złożyć aplikację do jakiejś prestiżowej uczelni magicznej, a po zdobyciu wszelkich możliwych licencjatów i doktoratów zaistnieć jako krytyk, ekspert lub radca. Skąd mogłam wiedzieć, że ten nienawistny, skretyniały dupek przejdzie cudowną metamorfozę w inteligentnego, pociągającego mężczyznę? Chociaż nie, inteligentny to on chyba był zawsze, tylko ja nie chciałam przyjąć tego do wiadomości... O czym ja w ogóle piszę? Merlinie, gdzie się podziała moja spójność wypowiedzi?!
No i właśnie – sam widzisz o co mi chodzi,
On po prostu sprawia, że nie jestem sobą! Z drugiej strony, moja obecność chyba tez ma na niego jakiś wpływ... Trudno nie zauważyć zmiany w jego zachowaniu, odkąd zaczęłam udzielać mu korepetycji. Nazwij mnie idiotką, ale zdaje mi się, że jest jakby... mniej wyniosły? Mniej... płytki i narcystyczny? Nie wiem, może to tylko złudzenie. Może widzę jedynie to, co chcę zobaczyć.
Może tracę rozum.
O, wpadłam na genialny pomysł! (Właściwie jest on równie głupi co pisanie „pamiętnika", ale skoro już upadłam tak nisko, to czemu nie...)
Sporządzę listę wad Draco Malfoya. Bezlitosną, krytyczną i złośliwą listę. Naga prawda.

Bezlitosna, krytyczna i złośliwa lista wad Draco Malfoya:
Wada nr 1: Jest ślizgonem. Może nie jest to wadą samą w sobie, ale skoro jest ślizgonem, oznacza to także, że jest nieuczciwy, podstępny, egocentryczny i... Przejdźmy lepiej do następnych punktów.
Wada nr 2: Jest nieuczciwy.
Wada nr 3: Jest podstępny.
Wada nr 4: Jest egocentryczny.
Wada nr 5: Naumyślnie mąci mi w głowie! Na przykład wtedy, gdy... napastował mnie po kąpieli.
Jeżeli mam być całkiem szczera (chyba na tym polega cały sens pisania pamiętnika, czyż nie?) to nie mogę powiedzieć, by to co robił szczególnie mi się nie podobało, niemniej... Uh, szczerość jest do bani!
Wada nr 6: Jest ode mnie PRAWIE lepszy w eliksirach. Jak śmie?!
Wada nr 7: Miewa te swoje idiotyczne półuśmieszki, takie sarkastyczne i sugestywne... aż coś w człowieku drga od środka. Ja sobie stanowczo NIE ŻYCZĘ, żeby on czymkolwiek we mnie drgał. (Owszem, to zdanie nie miało sensu. Ale Tobie nic do tego, jesteś tylko papierem)
Wada nr 8: Postukuje palcami o ławkę na lekcjach. Chryste Panie, doprowadza mnie to do białej gorączki! Czy on naprawdę, naprawdę nie może opanować ten swojej... NERWICY?! No jak Boga kocham, kiedyś rzucę w niego drętwotą!
Wada nr 9: Cały czas targa te swoje okropne, białe kudły, a one cały czas wyglądają idealnie! To jest... niedopuszczalne. Protestuję.
Wada nr 10: Jest stanowczo zbyt wysoki. Metr dziewięćdziesiąt? Skąd się w ogóle biorą tacy ludzie, do cholery. Moim zdaniem jest to wynaturzenie, a każde wynaturzenie to wada.
(Nie zamierzam wspominać o fakcie, że całkiem przyjemnie się do takiego wysokiego mężczyzny przytulić... Wiem coś o tym, praktykowałam. Urgh, durna szczerość! Czemu jestem taka gryfońska?!)
Wróćmy lepiej do analizy.
Problem 2. – Fred Weasley.
To jest... dobry chłopak, serio. Zdarzało mu się mnie skrzywdzić, raz, czy dwa, ale z drugiej strony przeżyliśmy wspólnie kilka naprawdę pięknych chwil. Takich, które ogólnie można by nazwać wartymi zapamiętania. Np. wtedy, gdy całe południe spędziliśmy na błoniach pod drzewem, z dala od reszty uczniów, grając w „Wymiękasz?" (Kiedy indziej opowiem ci o tej grze, teraz to nie jest istotne). Albo nasza pierwsza randka... Malfoy chyba nie jest zbyt dobry w pierwszych randkach, zważywszy na to, że pocałował mnie bezpardonowo, bez jakiejkolwiek gry wstępnej. Można wręcz powiedzieć, że się na mnie rzucił... ale CZEMU JA WRACM DO TEMATU MALFOYA, KIEDY MIAŁAM PISAĆ O FREDZIE, NA BRODĘ MERLINA?!
Cóż, to chyba mówi samo za siebie... - jestem psychiczna.
A właśnie, to jest chyba najistotniejszy ze wszystkich moich problemów. Ja po prostu CIĄGLE wracam do tego idioty myślami. Pozwalam mu zakradać się do mojej głowy w najmniej oczekiwanych momentach. Muszę z tym przespać... eee, to znaczy przestać. Stanowczo.
To destrukcyjnie wpływa na mój rozsądek.
Ojć, muszę kończyć. Lavender wróciła, czas udawać normalną. Do zobaczenia później, papierze.

***

- Myślę, że na początek drugiego semestru zrobimy sobie... mały teścik. Z teorii transmutacji. Spokojnie, spokojnie - macie czas, żeby się przygotować. Egzamin napiszecie za dwa tygodnie. Zaraz podam zakres materiału i tytuły dzieł, które mogą być dla was pomocne w nauce.
Po klasie rozległ się cichy szmer niezadowolenia, jednak jedyną reakcją profesor McGonagall było mocniejsze zaciśnięcie ust. Zawsze należała do nauczycieli w głębi serca życzliwych uczniom, jednak surowych i wymagających. Jej reputacja pozostawała nienaruszona od lat.
- Przepraszam, pani profesor... - ręka Hermiony Granger wystrzeliła w górę, czego chyba każdy doskonale się spodziewał.
- Słucham?
- Czy test będzie obejmował informacje nieobowiązkowe za dodatkowe punkty? - co najmniej połowa znajdujących się w klasie uczniów przewróciła teatralnie oczami, zaś sama Minerwa zaśmiała się w duchu. No tak, stara dobra Hermiona! Podczas kiedy reszta modli się, by zaliczyć egzamin chociaż na Zadowalający, ona dopytuje się o zadania dodatkowe!
- Naturalnie, panno Granger. Każdy z was może zdobyć punkty dla swojego domu, jeśli wykaże się wiedzą wykraczającą poza program. Natomiast obowiązkowy zakres materiału obejmuje cały pierwszy semestr, czyli pierwsze i drugie prawo Cristoffa, paradoks Gampa i teorię Waltera Whitney'a, prawo jednolitości transmutacji, podział filogenetyczny... No tak, to by chyba było na tyle. Oczywiście mogą się też pojawić podstawowe pytania kontrolne z tematów zeszłorocznych, jednak wszyscy powinniście je już świetnie znać... - czarownica potoczyła surowym wzrokiem po klasie, opuszczając okulary niemal na sam czubek nosa – radzę solidnie przygotować się do tego egzaminu. Nie życzę sobie żadnych ocen negatywnych.
Hermiona Granger żarliwie pokiwała głową, robiąc pospieszne notatki, podczas gdy reszta uczniów spoglądała po sobie z kwaśnymi minami.

W najdalszym rogu sali Draco Malfoy przetrząsał swoją pamięć w poszukiwaniu któregokolwiek z wymienionych przez panią profesor terminów, mających pojawić się na teście. Na próżno – nie pamiętał nic a nic z teorii transmutacji. Zawsze uważał, że teoria CZEGOKOLWIEK to zwyczajna strata czasu. Nie zaprzątał sobie głowy pojęciami, definicjami ani ogólnymi prawami, twierdząc iż jedyna przydatna wiedza dla czarodzieja, to wiedza dotycząca rzucania zaklęć lub warzenia eliksirów. Żadnej teorii.
Polegnę, pomyślał z rozpaczą. Zgoda, może jako ślizgon nie świecił szlachetnością ani hartem ducha, jednak zawsze zleżało mu na dobrych wynikach w nauce. Był ambitny. Nie należał do leniów, półgłówków i leserów, którzy olewali szkołę, a potem do końca życia szorowali podłogi w ministerstwie, albo zamiatali korytarze Munga za marne grosze. Co to to nie – uczył się, dbał o swój rozwój i świadomie zabezpieczał swoją przyszłość. Był zbyt inteligentny, by nie zdawać sobie sprawy, że po ukończeniu szkoły poziom wykształcenia będzie stanowił główną kartę przetargową w walce o dobre zatrudnienie.
Dlatego wiadomość o teście teoretycznym przeraziła go. Zawsze najgorzej radził sobie z transmutacją, a co dopiero z... tym wszystkim o czym mówiła McGonagall, cokolwiek by to nie było. O ile w pierwszym semestrze udało mu się wybić dzięki pomocy Granger, o tyle... NO TAK! To jest klucz! Granger! Chryste, tylko jak to rozebrać...eee, znaczy ROZEGRAĆ. Rozegrać, oczywiście, tak. Jak...to...rozegrać? Im dłużej nad tym rozmyślał, tym bardziej błogosławił fakt, że mają wspólne dziecko. Dzięki Nathanielowi, chcąc nie chcąc, muszą spędzać ze sobą więcej czasu, a to niewątpliwie sprzyja wprowadzeniu Malfoyowskiego planu w życie...
A właśnie, ciekawe jak mały się miewa. Mam nadzieję, że Wiewióra dobrze się nim opiekuje... Zaraz, czemu ja w ogóle o tym myślę? Draco, skup się. Lepiej poćwicz urzekające minki, które przekonają Granger do udzielenia ci pomocy.
Granger, która cię nienawidzi
, dodał gorzko na koniec. Jego humor nagle uległ znacznemu pogorszeniu.

***

- Jeeezu, przecież ja będę musiał cały weekend spędzić w książkach! - jęknął Ronald Weasley, gdy razem z resztą przyjaciół kroczył korytarzem w kierunku klasy od zaklęć.
- Marudzisz, Mon-Ron. Raz na jakiś czas ci nie zaszkodzi – rzekła Hermiona z uśmiechem, poklepując rudzielca po ramieniu - I uprzedzam, tym razem żadnemu z was nie robię notatek! - zastrzegła, na podkreślenie swoich słów unosząc palec do góry.
- E tam, i tak bliźniacy ci je wykradną, a potem magicznie skopiują dla każdego z nas. Już zdążyłem się z nimi o to założyć – Harry wyszczerzył się radośnie, jednak uśmiech znikł z jego twarzy gdy otrzymał od dziewczyny kuksańca prosto pod żebra.
- Oj, daj spokój, Herm! Zostawisz nas na lodzie? Twoich najlepszych przyjaciół, twoich życiowych kompanów, twoich wiernych towarzyszy, twoich kam... ała! Znowu?
Gryfonka zaśmiała się perliście. We dwóch zawsze umieli ją rozbawić.
- Ja po prostu uważam, że jesteście już dużymi chłopcami, którzy nie potrzebują mojej pomocy w nauce – rzekła z przekornym uśmiechem. Potter prychnął, Ron zaś wywinął dolną wargę, w dziwacznej parodii słodkiej, błagalnej minki. Hermiona roześmiała się na ten widok jeszcze głośniej. Już lata temu stwierdziła, że rudzielec jest całkowitym przeciwieństwem słodkości, nie ważne jak bardzo by się starał...
- Hej, dzieci! - zakrzyknęła Ginny, podbiegając do nich i dając Hermionie pospiesznego całusa w policzek – trzymaj swojego berbecia, ja porywam Harrego na przerwę! - to mówiąc dosłownie wcisnęła Nathaniela w ramiona zaskoczonej przyjaciółki, po czym chwyciła Pottera za rękę i pociągnęła go w kierunku najbliższego wyjścia ze szkoły.
I już jej nie było.
Ron i Hermiona popatrzyli na siebie, wzruszając ramionami. Po chwili oboje uśmiechnęli się w ten charakterystyczny sposób, w jaki uśmiecha się do siebie dwoje przyjaciół widząc, że ich trzeci przyjaciel jest szczęśliwy z ich czwartą przyjaciółką... tudzież siostrą (Jestem głęboko przekonana, że istnieje taki rodzaj uśmiechu ~autorka ;))
- Słodki maluch – zagadnął Ron, bawiąc się rączką Nate'a – Tylko trochę zbyt podobny do Malfoya, jak na mój gust.
- Taaaa – mruknęła Hermiona. Spojrzała głęboko w szare oczy synka, z jakimś szczególnym rodzajem żalu w sercu, jednak po chwili otrząsnęła się – Nie jest tak źle, zawsze mogłam wylądować w parze z Crabem albo Goylem. Z dwojga złego wolę, jak moje tymczasowe dziecko jest chociaż przystojne.
Westchnęła głęboko, podczas gdy Ron spojrzał na nią mrużąc oczy.
- Sugerujesz, że Malfoy jest przystojny? - jak na zawołanie gryfonka spłonęła rumieńcem.
- Pewnie, że nie... to nie tak, ja po prostu... - zająknęła się.
- Cześć – dobiegł ich czyjś nienaturalnie beznamiętny głos – mógłbym zamienić słówko z Granger?
Dwoje przyjaciół natychmiast przeniosło wzrok na osobę, która ich zaczepiła. Pech chciał, że osobą ową był akurat przedmiot ich niezręcznej rozmowy.
- Czego chcesz, Malfoy? - rzucił Ron, jakby nazwisko ślizgona było czymś wyjątkowo niestrawnym.
- Mówiłem już – porozmawiać z Granger. Czy tobie naprawdę wszystko trzeba po dwa razy tłumaczyć, czy pytasz tak dla rozrywki?
Ton jakim mówił blondyn, tak bardzo różnił się od tego, którego używał w stosunku do Hermiony gdy przebywał z nią sam na sam, że dziewczynie aż zaparło dech. Odniosła wręcz wrażenie, że obcuje z inną osobą!
- Granger ma imię – warknął rudzielec, coraz bardziej czerwieniejąc na twarzy.
- Nie rozumiem co to ma do rzeczy, Weasley – odparł Draco. Jego twarz spowijała nieprzenikniona, wyprana z wszelkich emocji maska.
- Ron, od pierwszej klasy wszyscy mówimy sobie po nazwisku. To jest najmniejszy problem, wierz mi – powiedziała szybko Hermiona, nie chcąc dopuścić do burzliwej kłótni, która wisiała w powietrzu – A ty, czego ode mnie chcesz? – tym razem zwróciła się w stronę Malfoya, z całych sił starając się nadać swojemu głosowi maksymalnie neutralne brzmienie.
- Uuu, patrzcie jaka zadziorna. Nie to krzyczałaś wczoraj w nocy, skarbie – rzekł ślizgon szyderczym, przesłodzonym do obrzydliwości tonem. Przejechał palcem po policzku dziewczyny, kątem oka zerkając na Weasleya. Wiedział, że zarówno jego wypowiedź, jak i gest, doprowadzą rudzielca do białej gorączki, a w tym momencie gotów był niemal na wszystko, by tylko wyprowadzić go z równowagi. „Granger ma imię", też mi coś! Rycerz w srebrnej zbroi się znalazł, obrońca uciśnionych. Cholerny gryfek!
- Słucham?! - wykrzyknął Ronald W. na całe gardło, czerwieniejąc z wściekłości niczym dorodny pomidor. Oczy niemal wyskoczyły mu z orbit, a uszy sprawiały wrażenie, jakby za moment miały zając się ogniem.
Hermiona czym prędzej odtrąciła rękę Malfoya, rzucając mu charakterystyczne, płomienne spojrzenie kobiety-oburzonej-zbyt-śmiałymi-impertynencjami-mężczyzny. Chociaż zrobiła to z całej siły, blondyn nawet się nie skrzywił.
- Ron, uspokój się, na Merlina, on cię tylko prowokuje, a ty jak zwykle dajesz mu się podpuścić! Poza tym dobrze wiesz, że wczoraj prawie całą noc spędziłam nad referatem z eliksirów – odezwała się na wpół zmęczonym, na wpół zirytowanym głosem. Tak jakbym nie miała nic lepszego do roboty, tylko łagodzenie konfliktów tych dwóch pacanów! - Nie wspominając już o tym, że nigdy w życiu nie przespałabym się z Malfoyem – dodała, wbrew sobie drżąc od wewnątrz na tę myśl.
W momencie gdy brew ślizgona leniwie powędrowała do góry, a na jego usta wypłynął ten szczególny, znienawidzony przez Hermionę, sugestywny uśmieszek, gryfonka zapragnęła zapaść się pod ziemię.
- Taaaa. Tchórzliwy kretyn. Nie jest ciebie wart – mruknął Weasley, jakby bardziej do siebie niż do kogokolwiek z zebranych.
- Okay, skoro kryzys zażegnany – odezwał się Draco drwiącym tonem – to mogę z tobą pogadać, Granger?
- A musisz?
- Muszę. To ważne – odparł, zupełnie niespodziewanie posyłając jej promienny uśmiech, który po chwili przeniósł się na spoczywającego w jej ramionach Nathaniela.
- No dobrze, niech ci będzie. Na razie, Ron, zajmij mi miejsce na Zaklęciach!
- Zawsze - zapewnił rudzielec żarliwie, jednak jego mina była dość niechętna.

TO BE CONTINUED...