***

Niedziela, 14 lipca 1996 roku, godzina siódma rano, Hogwart, kwatera Mistrza Eliksirów.

Hermiona zapukała do drzwi profesora Snape'a. Otworzyły się natychmiast i dłoń mężczyzny wciągnęła ją do środka. Dziewczyna spojrzała w twarz Mistrza Eliksirów. Ciemne kręgi pod oczami profesora i jego poszarzała twarz świadczyły, że nie spał tej nocy.

– Wszystko przygotowałem – powiedział szorstko. – Nie traćmy czasu... Nie zmieniłaś zdania? – spytał zimno, wpatrując się w nią uważnie.

– Nie – odpowiedziała spokojnie.

– Dobrze – skwitował krótko. Wziął ją za rękę i poprowadził do gabinetu. Na biurku stał mały złoty kociołek z przygotowanym eliksirem i leżały dwa stalowe sztylety o mieniących się błękitnawych ostrzach. Na trzonku jednego z nich był bardzo realistycznie wyrzeźbiony kruk, zaś trzonek drugiego pokrywały misterne wizerunki jednorożców. Mężczyzna podał dziewczynie sztylet z jednorożcami.

– Musisz mi przeciąć skórę na nadgarstku dość płytko, tak, żeby nie naruszyć ścięgien – poinstruował ją.

Skinęła głową i zagryzła wargi. Dwukrotnie zacisnęła dłonie i rozprostowała palce, aby się uspokoić i opanować drżenie rąk. Udało się. Wzięła sztylet i bardzo starannie nacięła lewy nadgarstek Snape'a. Po chwili z uwagą patrzyła, jak jego krew skapuje do kociołka. Wywar w kociołku ze smoliście czarnego powoli stawał się jasnobłękitny. Trwało to kilka sekund, które dla Hermiony rozciągnęły się w całą wieczność. Mężczyzna uniósł różdżkę i szybkim zaklęciem zasklepił ranę. Podniósł drugi sztylet i ujął lewą dłoń dziewczyny. Delikatnie przeciągnął ostrzem po skórze nadgarstka. Hermiona ze zdumieniem stwierdziła, że nie czuje bólu. Teraz jej krew skapywała do kociołka. Eliksir ponownie zmienił barwę i stał się prawie przezroczysty. Snape dotknął różdżką jej rany i na skórze dziewczyny nie pozostał nawet najbledszy ślad po cięciu. Mężczyzna znów uniósł różdżkę i z kociołka zaczęła się unosić bladobłękitna mgiełka. W oparach eliksiru, nad blatem biurka pojawił się mglisty zarys jakiegoś budynku, w szybkim tempie nabierający barw i coraz wyraźniejszy.

– Patrz uważnie – zażądał Mistrz Eliksirów. – To Snape Manor.

Dziewczyna wstrzymała oddech. Właściwie trudno było powiedzieć, czego się spodziewała, ale na pewno nie tego, co właśnie ukazywało się jej oczom. Cokolwiek by nie myślała wcześniej o domu profesora.

Czworokątny dwór z dziedzińcem pośrodku. Ściany z jakiegoś jasnego kamienia zdawały się świecić. Hermiona miała nieodparte wrażenie, że trafiła do świata z powieści Jane Austen. Jezioro, stawy, lasy i ogrody. Zadbany park i zabudowania gospodarcze. Jedynym dysonansem w tym sięlskim obrazie była wysoka, ponura kamienna wieża połączona z dworem niskim, długim budynkiem bez okien, krytym ciemnym łupkiem.

Widmowa makieta obracała się powoli, tak, że dziewczyna mogła dokładnie obejrzeć ze wszystkich stron zarówno sam dwór Snape Manor, jak i jego otoczenie.

– To cała posiadłość – odezwał się Snape, przerywając jej zapatrzenie. Skupiona na wpatrywaniu się w niezwykły obraz, Hermiona niemal zapomniała o obecności profesora. Uniosła głowę, koncentrując spojrzenie na jego twarzy. Podał jej pergaminową kartę.

– Masz tu zapisaną inkantację – powiedział cicho. – Przeczytaj uważnie...

Dziewczyna przebiegła wzrokiem tekst. Położyła pergamin przed sobą na biurku i uśmiechnęła się ciepło do Mistrza Eliksirów.

– Zatem muszę dodać coś od siebie – stwierdziła spokojnie.

– Tak – potwierdził zmęczonym głosem.

Hermiona podała mu obie dłonie.

– Jestem gotowa!

– Hermiono Jane Granger! Składam w twej duszy tajemnicę istnienia mego domu i tym samym bezpieczeństwo i życie moje własne i wszystkich innych mieszkańców posiadłości Snape Manor. Od tej chwili ja, Severus Augustus Snape i ty, Hermiono Jane Granger jesteśmy związani przymierzem. Czynię cię Strażniczką Snape Manor! – Snape wypowiedział pierwszą część zaklęcia Fideliusa równym, spokojnym głosem. Ale przy tym ściskał jej dłonie tak mocno, że aż ją zabolały. Pomyślała, że to świadectwo napięcia, jakie musiał odczuwać.

– Ja, Hermiona Jane Granger przyjmuję do swojej duszy tajemnicę istnienia Snape Manor i przysięgam na życie wszystkich ludzi, których kocham i na wszystko, co jest mi drogie, że będę strzec twojej tajemnicy, Severusie Augustusie Snape po kres mego życia i poza nim, tak długo, jak długo będzie to niezbędne. I nigdy nie zdradzę jej nikomu, kto będzie chciał ją posiąść siłą lub podstępem, by skrzywdzić ciebie i twoich bliskich. Tylko osoby, które mi osobiście wskażesz, otrzymają ode mnie informację o twojej tajemnicy. A nasze przymierze pieczętuję swoją krwią. I niech tak się stanie!

– Nasza krew jest gwarantem naszego przymierza – potwierdził mężczyzna. Uwolnił dłonie dziewczyny i machnął różdżką. Obraz Snape Manor zniknął. Snape sięgnął po kociołek i rozlał eliksir do dwóch przygotowanych porcelanowych kubków. Jeden z nich był ozdobiony wizerunkiem kruka, drugi jednorożca. Profesor podsunął Hermionie kubek z krukiem, a sam chwycił drugi, z jednorożcem. Oboje jednocześnie unieśli je do ust. Eliksir był słodkawy i pachniał wanilią i lawendą. Wypili po połowie zawartości i zamienili się naczyniami.

Hermiona odstawiła pusty kubek na biurko i popatrzyła w czarne oczy. Czy jej się wydawało, czy naprawdę ujrzała w nich... wdzięczność?

– Dotrzymam przymierza i będę strzec tajemnicy Snape Manor – powiedziała głośno i wyraźnie.

– Dziękuję. Wykazałaś się prawdziwie gryfońską odwagą. – Snape pochylił się i delikatnie dotknął jej włosów. Szybko cofnął dłoń. Zaskoczona dziewczyna odetchnęła głęboko. Mimo wszystko nie spodziewała się ani podziękowania, ani takiej pochwały. Poczuła, że zalewa ją fala gorąca. Snape wcale nie był nieczuły, przejawiał normalne, ludzkie uczucia!

Mężczyzna sięgnął do kieszeni i wyjął z niej dwa listy.

– Zaraz oddam je dyrektorowi i Olafowi – oznajmił rzeczowo. – Informację dla Wiktora Kruma przekażę mu osobiście, później. A ty wracaj jak najszybciej do Wieży Gryffindoru. Nałożę teraz na ciebie zaklęcie niewidzialności, żeby nikt nie widział skąd idziesz. Zaklęcie zniknie w okolicach piątego piętra. Bądź ostrożna...

– Będę! – obiecała.

Gdy weszła do pokoju wspólnego, Ron i Harry na nią czekali.

– Gdzie byłaś? – spytał szorstko rudzielec.

Odpowiedziała mu spojrzeniem pełnym politowania i znacząco popukała się w głowę.

– Daj spokój, Ron – mruknął Harry schrypniętym głosem. – Nie zadawaj głupich pytań. Sądzę, że spakowałaś się już wczoraj i jesteś gotowa do podróży – zwrócił się do dziewczyny. – Więc nie traćmy czasu i chodźmy na dół, Snape na pewno już tam jest i wścieka się, że się spóźniamy...

***

W tym samym czasie w Bretanii...

(Francja – Bretania, wioska Le Ménec opodal Carnac).

Jasnowłosy mężczyzna przytulił się do wielkiego głazu. Tym razem udało mu się uchwycić nitkę energii. Wstrzymał oddech i delikatnie ją pociągnął. Starał się włączyć w sieć, ale okazało się, że jeszcze jest na to za wcześnie. Uszczknął odrobinę mocy, wciąż jednak zbyt mało, żeby móc choćby pomyśleć o rzuceniu jakiegokolwiek zaklęcia. Mimo wszystko, był zadowolony. Po tylu dniach niepowodzeń, wreszcie odniósł sukces. Bardzo niewielki, ale jednak. Pierwszy krok zawsze jest najtrudniejszy...

Na nieco drżących nogach wrócił do pensjonatu i rzucił się na łóżko. Miał już pewność, że jego zamierzenia się powiodą, należało zatem ułożyć plany na przyszłość.

Ułożył się wygodnie i zagłębił w rozważania.

Od czego by tu zacząć...

Czarny Rogogon wrócił do gry.

***

Niedziela, 14 lipca 1996 roku, godzina siódma rano, Bułgaria, Sofia, dom Wiktora Kruma.

Igor Karkarow wyglądał jak bardzo chory brat bliźniak Anatolija Kruma, ojca Wiktora. Wszyscy sąsiedzi bez trudu uwierzyli, że jest kuzynem Krumów, Antonem Krumem, przybyłym do Sofii z głębi Rosji, dla podratowania zdrowia. Nikt się nie dziwił, powód był oczywisty. Rzekomy „Anton" był wychudzony, miał podkrążone oczy i szarą twarz. Ale znacznie gorsze było jego spojrzenie – człowieka, który stracił już wszelką nadzieję.

– Wiktorze, jestem ci naprawdę wdzięczny, ale nie powinienem tu dłużej zostać – powiedział cicho, patrząc w czarne oczy swego ulubionego ucznia. – Moja obecność naraża ciebie i twoją rodzinę na zagładę. Naprawdę nie chcę, żeby coś wam się stało!

– Do tej pory nikt nie pomyślał, że mogę pana ukrywać, dyrektorze! – zaprotestował gorąco czarnowłosy młody mężczyzna. Energicznie potarł wydatny nos. – Myśli pan, że ten facet co tu wczoraj węszył, to śmierciożerca?

– Tak – potwierdził ze znużeniem starszy mężczyzna.

– Czyli, że pan go zna? – upewnił się Wiktor Krum.

– Nie, nie znam. Nie znałem wszystkich. – Karkarow skrzywił się gniewnie. – Ale któż by inny?

***

Niedziela, 14 lipca 1996 roku, godzina ósma rano, Hogwart, Wielka Sala.

Czarne oczy Severusa Snape'a omiotły ostrym spojrzeniem wpatrzone w niego twarze.

– Zanim przeniesiemy się do mego domu udzielę wam paru informacji – oznajmił Mistrz Eliksirów lodowatym głosem. – Przede wszystkim musicie wiedzieć, że nie mieszkam sam. Pozostali mieszkańcy Snape Manor to młode małżeństwo i para nastolatków. Ale nie ma ich tam teraz i nie pojawią się, dopóki będę was gościł. Nie spotkacie ich. Pokażę wam wszystkie pomieszczenia, także ich pokoje, ale potem je zamknę i nie będziecie tam wchodzić. Musicie mi też obiecać, że nie będziecie ruszać ich rzeczy. Ani grzebać w moich tajemnicach. Jeśli ktokolwiek to zrobi, natychmiast opuści mój dom. Bez prawa powrotu. Czy to jasne?

– Oczywiście – odpowiedział spokojnie Kingsley Shacklebolt. – Wyraził się pan tak jasno, że na pewno wszyscy zrozumieli. – Auror rozejrzał się dookoła. Oczy bliźniaków podejrzanie błyszczały.

„Oni mogą sprawić kłopoty" – pomyślał z niepokojem. – „Trzeba będzie zwrócić na nich baczną uwagę..."

– Okoliczności się zmieniły na tyle, że nasze poprzednie ustalenia są nieaktualne. Za chwilę ja, Olaf i wy troje przeniesiemy się świstoklikiem do Snape Manor – powiedział Mistrz Eliksirów, patrząc na Harry'ego, Rona i Hermionę. – Pozostali przybędą jutro rano około ósmej. Świstokliki otrzymacie od pana dyrektora. – Snape odwrócił się do Dumbledore'a, który potwierdził jego słowa skinieniem głowy. – To chyba już wszystko. Będę na was czekał.

***

Świstoklik zadziałał i po kilku chwilach Harry uderzył stopami w twarde podłoże. Dłoń Snape'a podtrzymała go i tylko dlatego nie upadł. Obok niego Ron właśnie podnosił się z klęczek. Hermiona chwiała się na nogach, trzymając w ramionach wyrywającego się Krzywołapa. Ona nie upadła dzięki interwencji Olafa Goldstone'a, który obejmował ją w pasie. Snape i Goldstone stali pewnie na nogach. Mistrz Eliksirów uśmiechał się ironicznie, patrząc na Rona.

– Przykro mi panie Weasley – powiedział, krzywiąc się złośliwie. – Jeśli mocno się pan potłukł, mogę dać panu maść...

– Dziękuję, nic mi nie będzie – mruknął Ron niechętnie.

Harry rozejrzał się. Stali na dziwnej mozaice. Koło podzielone podwójną falą na dwie części w kształcie przecinków. Choć może były to dwie ryby: czarna i biała. Biała miała czarne, okrągłe oko, a czarna białe.

„Doskonała symetria." – pomyślał chłopak. Na białych i czarnych pierścieniach otaczających koło widniały dziwne znaki. Dopiero po kilku chwilach Harry uświadomił sobie, że stoi na olbrzymim chińskim znaku Yang–Ying symbolizującym Kosmiczną Harmonię. Mozaika stanowiła część posadzki najbardziej zadziwiającej budowli, jaką zdarzyło mu się widzieć. Wokół nich wznosiła się stalowa konstrukcja: skratowane słupy, zawieszone na nich szklane i metalowe panele, jakieś powyginane blachy przypominające schody, ale to nie mogły być schody, bo prowadziły znikąd donikąd... Sam krąg, na którym wylądowali zdawał się być zawieszony w powietrzu nad przepływającym poniżej strumieniem. Nie widać było żadnej podpory. Harry był w najwyższym stopniu zaintrygowany. Szybko rozejrzał się ponownie i zgadł, co się za tym kryło. Tu nie było magii, jedynie bardzo pomysłowy mechanizm. Mugolski mechanizm! Tarczę, na której stali podtrzymywała od spodu olbrzymia, stalowa dłoń.

Promienie słońca oświetliły posadzkę tarczy i wtedy chłopak dostrzegł jeszcze coś – na znaku Yang–Ying ukazał się cień jednorożca splecionego ze smokiem. Złocisty smok i biały jednorożec z czarną grzywą też tworzyły znak Kosmicznej Harmonii, ale przesunięty względem znaku tła o dziewięćdziesiąt stopni. Wyglądało to niesamowicie!

– Jak stąd zejdziemy? – spytała Hermiona.

Odpowiedź nadeszła natychmiast. Mechaniczna dłoń poruszyła się. Tarcza nieco opadła, a Harry poczuł się tak, jakby jechał windą w dół. Spod kręgu wysunęła się zwinięta jak gąsienica kładka z barierkami w kształcie nachodzących na siebie trójkątów. Chłopak usłyszał, jak Hermiona wciąga ze świstem powietrze. Na twarzy dziewczyny malował się podziw. Kładka rozwinęła się i zeszli na brzeg strumienia. Olaf Goldstone machnął różdżką i wszystkie ich bagaże zniknęły, także klatki Hedwigi i Świstoświnki, z wyjątkiem samych sów, które wyraźnie z tego zadowolone usadowiły się na ramionach swoich właścicieli.

Snape zagwizdał na palcach i na ten sygnał z szumem skrzydeł nadleciało stadko testrali.

– Polecimy do domu na testralach – oznajmił Mistrz Eliksirów. – To dość daleko stąd.

– A gdzie jesteśmy? – spytał cicho Harry.

– Punkt teleportacyjny, ale nie tylko. To Świątynia Żywiołów – odpowiedział Olaf Goldstone. – Ziemia, Metal, Woda, Drzewo, Ogień. Wszystko przenika Powietrze i Światło, a ożywia Energia! Staliśmy w centralnym punkcie Świątyni, na symbolu Kosmicznej Harmonii. Z góry będzie widać najlepiej – dodał.

„Dobrze się domyślałem." – Harry westchnął w duchu.

Tymczasem testrale wylądowały przed nimi na ścieżce wysypanej białym żwirem.

– Wsiadajcie i lecimy – poganiał Snape. – Panno Granger, co się stało? – spytał niecierpliwie, widząc, że Hermiona stoi na ścieżce niezdecydowana i wyraźnie przestraszona. – Boi się pani? Przeleciała pani na testralu przez całą Anglię od Szkocji do Londynu, a teraz nie chce pani przelecieć półtorej mili? O co chodzi? Te testrale są oswojone, nie ma się pani czego obawiać!

– Ja się nie boję – jęknęła dziewczyna. – Ja ich nie widzę!

– Co takiego?! – zdumiał się profesor. – To jak pani wsiadła na testrala w Zakazanym Lesie, w dodatku w nocy?

– Luna mi go podprowadziła... – mruknęła Hermiona ponuro. Snape zirytował się wyraźnie. Podszedł do dziewczyny i chwycił ją w pasie.

– Niech pani mocno trzyma tego swojego kocura – warknął. Podniósł ją jak piórko i wsadził na grzbiet najbliżej stojącego zwierzęcia. – A wy na co czekacie?! – odwrócił się do chłopaków. – Wskakujcie na nie, ale już! Wasze sowy polecą na własnych skrzydłach – dodał szyderczo.

Widać było, że Snape wpada w coraz gorszy humor, więc Harry wolał mu się nie narażać. Chwycił za grzywę rosłego ogiera i szybko wskoczył mu na grzbiet. Ron już siedział na stojącej obok niego klaczy.

Testrale szybko wzniosły się wysoko ponad drzewa. Zatoczyły kilka kręgów ponad miejscem z którego wystartowali, tak że jeźdźcy mogli do woli podziwiać Świątynię Żywiołów. Dziwna stalowa konstrukcja widziana z góry przypominała kwiat rozchylający płatki, bo taki kształt miał na wpół przezroczysty, mieniący się tęczowo dach. Podtrzymujące go pięć słupów wyglądało bardzo delikatnie, wręcz filigranowo, jak koronki. Oplatała je pajęczyna stalowych lin. Do słupów przymocowane były szklane i metalowe płyty, błyszczące w promieniach słońca. Po obu stronach stalowego dziwadła wznosiły się sterty olbrzymich głazów. Skalne rumowisko z prawej strony stalowego kwiatu było większe i miało dwa wyraźnie zaznaczone szczyty. Szczyt bliższy konstrukcji był czarny i matowy; na drugim oparto szarą, kamienną, wydrążoną kulę z otworami. Przypominała wielki lampion, albo ekstrawagancki kominek, bo wewnątrz niej płonął żywy ogień. Z głazów po lewej stronie stalowej konstrukcji wypływały trzy małe wodospady, łączące się w burzliwy potok wpadający do okrągłego stawu o takich samych wymiarach jak tarcza na której wylądowali. Brzegi stawu porastały trzciny i pałki wodne, a na spokojnej tafli widać było białe i różowe kwiaty. Pomiędzy stawem i skałami wznosiło się niewysokie wzgórze, na którym rósł zagajnik ze zdumiewająco różnorodną roślinnością. Każde rosnące tam drzewo było innego gatunku. Spośród drzew wypływał drugi strumień, który również wpadał do stawu. Nad tym strumieniem wznosiła się tarcza ze znakiem Yang–Ying. Staw i zagajnik były oddzielone od siebie białą żwirową drogą, prowadzącą do tarczy. Stalowa konstrukcja, czarny głaz, kula z ogniem, zagajnik i staw tworzyły wierzchołki idealnego pięciokąta, którego środek stanowiła tarcza z symbolem Kosmicznej Harmonii. A wszystko razem otaczał wał ziemny w kształcie węża. Wzdłuż wału w równych odstępach rosły brzozy. Droga przechodziła pomiędzy łbem i ogonem węża i wiła się dalej, poprzez rozległe tereny Snape Manor.

Testrale poleciały w kierunku jeziora, nad którym wybudowano dwór. Z daleka dom Snape'a przypominał teatralną dekorację. Jasne ściany, dobre proporcje, duże okna... Budynek sprawiał wrażenie dziwnie radosnego. Jedynie ponura kamienna wieża, stojąca w pewnej odległości od dworu, psuła miłe odczucia. Harry spojrzał na ciemną sylwetkę Snape'a lecącego przed nim. Właściciel Snape Manor nie pasował do tego domu zupełnie.

„Ciekawe, jak to wygląda w środku..." – pomyślał chłopak. Za chwilę miał się tego dowiedzieć.

Wylądowali na wewnętrznym dziedzińcu dworu, brukowanym płytami z jasnego kamienia. Na środku dziedzińca szemrała fontanna, wokół której stały donice z kwitnącymi krzewami. Harry ze zdumieniem stwierdził, że na każdym krzaku widać kwiaty w różnych kolorach, od prawie białych poprzez bladoróżowe, fioletowe do ciemnoniebieskich. Nie dano im się jednak zbyt długo rozglądać. Popędzani przez obu mężczyzn szybko weszli do środka.

Wnętrza były jasne, rozświetlone promieniami słońca wpadającymi przez wielkie okna. Harry miał dziwne uczucie całkowitej nierealności zdarzeń. Podświadomie spodziewał się ciemnych mebli i zaniedbania, tymczasem było dokładnie odwrotnie. Ściany pomalowane na pastelowe kolory, wesołe, żywe barwy obić foteli i kanap, jak również kolorowe dodatki tworzyły niezwykle miłą atmosferę. W powietrzu unosił się zapach damskich perfum...

A na środku holu stały cztery skrzaty głośno wykrzykujące powitania i kłaniające się tak nisko, że niemal zamiatały podłogę nosami.

***

Hermiona ze zdumieniem przyglądała się czwórce radośnie wyszczerzonych skrzatów. Zarówno obie skrzatki jak i skrzaty, młody i stary, mieli na sobie szykowne ubrania! Nie, to niemożliwe! W Snape Manor pracują wolne skrzaty?!

– Witajcie! Szanowny pan profesor! Szanowny pan Olaf!

– Jak miło poznać panicza Harry'ego!

– Witamy szanownych gości w Snape Manor!

Mistrz Eliksirów spokojnie przeczekał lawinę powitalnych okrzyków.

– Ja też się cieszę, że was widzę – odpowiedział zdumiewająco łagodnym głosem.

„Snape i łagodność?! Świat się kończy!" – pomyślała dziewczyna.

– Kiedy pani opuściła dom? – spytał Mistrz Eliksirów.

– Piętnaście minut temu – odpowiedział żywo najstarszy skrzat. – Była razem z panienką i panienka zostawiła dla pana list, sir – dodał wyjmując spod szaty mały zwój pergaminu. Snape wyciągnął rękę i wziął pergamin. Czytał list marszcząc brwi a na jego twarzy widać było coraz większe zdumienie.

– Hmm... – mruknął z zastanowieniem. – Dobrze, niech będzie. Zrobiliście wszystko tak, jak pani wam poleciła? – zapytał surowo.

– Tak, profesorze, sir! – wykrzyknęły skrzaty zgodnym chórem. – Przygotowaliśmy apartament dla panienki Granger, tak jak pani nam kazała!

– W takim razie najpierw podajcie nam śniadanie, a potem... – Snape obrzucił wzrokiem pełnym dezaprobaty porzucone na najbliższej kanapie czerwone korale i dwie złote apaszki. – Pozbieracie wszystkie rzeczy pani i panienki porozrzucane po domu i położycie w buduarku u pani na stole.

– Śniadanie jest gotowe – powiedziała starsza skrzatka kłaniając się nisko.

– Więc chodźmy do kuchni coś zjeść, na pewno jesteście głodni, skoro wyruszyliśmy z Hogwartu bez śniadania – zarządził gospodarz, zwracając się do swoich gości. – A później pokażę wam dom – obiecał, patrząc na troje młodych ludzi.

***

Dom był zdumiewający. Przede wszystkim bardzo duży. Parter, dwa piętra i poddasze zwiedzali całe przedpołudnie. Najpierw Snape pokazał im przeznaczone dla nich pokoje, a potem resztę domu. Harry przeżywał zaskoczenie za zaskoczeniem. Jego apartament – bo trudno byłoby to nazwać inaczej, składał się z gabinetu, salonika, sypialni, garderoby i pokoju kąpielowego. Lekkie mebelki, ściany obite wzorzystymi materiałami i mnóstwo kwiatów doniczkowych. Żadnych ponurych barw, jedynym ciemnym meblem było wielkie, rzeźbione w jednorożce biurko z mnóstwem szuflad. Regał w gabinecie wypełniały książki, między innymi o quidditchu!

– Zabrałem z naszej biblioteki szkolnej wszystko co tam było na temat quidditcha – poinformował go Snape. – Będziecie mieli co robić wieczorami, jak się wam znudzi nauka – obiecał złowieszczo, łypiąc na chłopaków spode łba.

Pokoje bardzo się Harry'emu podobały. Jednego był całkowicie pewny – to nie Mistrz Eliksirów je urządzał! Autorką wystroju była chyba tajemnicza „pani"...

W sypialni, oprócz całkiem nowoczesnego łóżka, małego stolika i kilku wygodnych foteli był duży kominek, przy którym stała staroświecka sofa obita czerwonym aksamitem i zarzucona mnóstwem poduszek. A na samym szczycie sterty poduszek siedział MIŚ. Harry chciwie wyciągnął rękę i chwycił sfatygowaną zabawkę. Miś nie miał jednego oka i jednego ucha. Był brązowy, z białymi końcami łapek, pod jedną łapką z tyłu widniało wyraźnie wklęśnięcie. Chociaż był idealnie czysty, to było oczywiste, że wiele przeszedł. Chłopiec delikatnie pogładził pluszowy łepek.

– Widzę, że jednak pamiętasz swoją pierwszą zabawkę. – Spokojny głos Snape'a wyrwał Harry'ego z transu.

– To jest... TEN MIŚ?! – wykrzyknął Harry. Wypełniało go w tym momencie takie kłębowisko uczuć, że nie był w stanie się w nich rozeznać.

– Tak – potwierdził spokojnie Snape. – To jest TEN MIŚ. Widocznie był ci pisany, bo trafił do moich rąk kilka dni temu. Rozpoznałem go natychmiast, pomimo że był straszliwie brudny, porwany, miał spalone ucho i brakuje mu, jak widzisz, oka. Ale nie miałem wątpliwości. Szybko zrozumiesz, dlaczego – zakończył tajemniczo. – Odłóż go teraz, będziesz miał jeszcze dość czasu, żeby poznać jego magię – dodał z powagą. – Popatrz tutaj – wskazał dłonią kominek.

Chłopiec delikatnie położył zabawkę na sofie i spojrzał we wskazanym kierunku. Nad kominkiem wisiał dziwny obraz: stolik a na nim patera z owocami i wazon z bukietem kwiatów, odbijające się w dużym lustrze, oraz wygodny fotel na tle okna przesłoniętego koronkową firanką – wyglądało to tak, jakby ktoś przed chwilą stamtąd odszedł... i rzeczywiście tak było. Tu czekała na Harry'ego największa niespodzianka.

– Lily! – zawołał Snape stając przed obrazem. – Twój syn już tu jest!

W złotych ramach nagle pojawiła się piękna rudowłosa kobieta w prostej zielonej sukni. Kolor sukni był identyczny z kolorem jej oczu.

– Harry! – wykrzyknęła. – Witaj synku!

– Witaj! Mamo... – Harry z najwyższym trudem powstrzymał cisnące mu się do oczu łzy. Portret jego matki. W Snape Manor! Nie, tego się absolutnie nie spodziewał! Lily uśmiechnęła się radośnie.

– Nareszcie! Czekałam na ciebie, synku – powiedziała z czułością. – Tak bardzo chciałam z tobą porozmawiać! O tyle rzeczy chciałabym cię zapytać...

– I ja ciebie też, mamo... – szepnął Harry zdławionym głosem.

– W takim razie porozmawiajcie sobie teraz – zaproponował Snape. – A ja z panną Granger i panem Weasleyem zajmiemy się omawianiem rozkładu zajęć na dzisiejsze popołudnie.

Mężczyzna stanowczo popchnął Hermionę i Rona w stronę drzwi. Harry ledwie to zauważył. Z zapartym tchem wpatrywał się w twarz matki.

– Przyjdziemy tu za godzinę – oznajmił Snape. Szczęknęła klamka i w pokoju zapadła cisza. Harry uśmiechnął się przez łzy i podszedł jeszcze bliżej do kominka.

***

Godzinę później...

Harry czuł się bardzo szczęśliwy. To było jak cudowny sen. Lily wypytywała go o Hogwart i jego przyjaciół, a sama opowiedziała mu o swoich szkolnych czasach. Czas mijał niepostrzeżenie...

Skrzypnięcie drzwi przerwało im rozmowę. Chłopak z żalem popatrzył na stojących w progu Snape'a, Goldstone'a i swoich przyjaciół.

– Lily, wybacz, że wam przerywam, ale mam młodzieży jeszcze sporo do pokazania w Snape Manor. Porozmawiacie sobie jeszcze wieczorem, po kolacji, a teraz chodź z nami – zaproponował Mistrz Eliksirów.

– Bardzo chętnie – zaśmiała się kobieta. – Będę na obrazie w panieńskim apartamencie – oznajmiła i zniknęła. Harry wzdrygnął się. „Panieński apartament"?!

Za niecałą minutę dowiedział się, o co chodziło.

***

Snape zaprowadził ich do sąsiedniego apartamentu.

– Te pokoje przeznaczone są dla panny Granger – poinformował. – Kiedyś mieszkała tu ciotka mojego ojca, potem moja starsza siostra, a jeszcze wcześniej inne panny z rodziny Snape. Aktualna mieszkanka jest waszą rówieśnicą, w listopadzie skończy szesnaście lat. To ona zdecydowała, że teraz ty będziesz tu mieszkać podczas pobytu w Snape Manor. – Spojrzał na Hermionę i na jego twarzy ukazał się dziwny uśmieszek. – Ten apartament zawsze należał do młodej dziewczyny i tradycją jest, że każda kolejna mieszkanka musi coś tu zostawić. Coś osobistego.

Wziął do ręki wachlarz z czarnej koronki, porzucony na sofie obitej błękitnym jedwabiem haftowanym w złote smoki.

– To należało do mojej stryjecznej prababki – oznajmił, rozkładając wachlarz.

Hermiona wyglądała tak, jakby zabrakło jej słów. Niepewnie rozglądała się po jasnym saloniku szeroko otwartymi oczami. Ron uspokajająco poklepał ją po ramieniu. Harry kręcił głową, nie wiedząc, na co najpierw patrzeć. Matka uśmiechnęła się do niego z obrazu martwej natury i filuternie przymrużyła lewe oko. Chłopak odpowiedział niepewnym uśmiechem.

– A... To? – spytała z zaciekawieniem Hermiona, wskazując na siedzącą na komodzie piękną porcelanową lalkę w bardzo strojnej sukni.

– A to ukochana lalka mojej starszej siostry – odpowiedział Mistrz Eliksirów.

Wyobraźnia Harry'ego nieoczekiwanie podsunęła mu obraz panny Snape. Czarne włosy i oczy, garbaty nos... Ciekawe, czy naprawdę tak wyglądała? Może jest tu jej portret? Pewnie tak, więc niebawem powinien się o tym przekonać. Postanowił bardzo uważnie przyjrzeć się wszystkim portretom w Snape Manor. To byli przecież jego krewni!

Mały salonik miał obite cytrynowym jedwabiem ściany, na których wisiały obrazy przedstawiające głównie owoce i kwiaty, oraz jeden pejzaż. Ten właśnie obraz przyciągnął szczególną uwagę Harry'ego. Widać było na nim dom i sad z kwitnącymi drzewami, lekko kołyszącymi się na wietrze, a przy samym domu rosły krzaki róż.

Snape zauważył zainteresowanie chłopaka i wymienił szybkie spojrzenie z Lily. Kobieta nieznacznie skinęła głową. Mężczyzna dotknął ramienia Harry'ego.

– To dom twoich rodziców w Dolinie Godryka – powiedział cicho.

Harry wzdrygnął się i obejrzał na Snape'a, a potem chciwie zapatrzył na namalowany na płótnie dom. Jego dom... Lily uśmiechnęła się smutno.

Hermiona zerknęła na przyjaciela i szybko otworzyła drzwi prowadzące do sypialni. Pokoje w apartamencie były położone w amfiladzie: z sypialni przechodziło się do małego buduarku urządzonego w czerwieni i złocie, oraz do łazienki i garderoby. Drugie drzwi z saloniku prowadziły do gabinetu pełnego książek oraz płyt gramofonowych. Na biurku stał staroświecki gramofon. Dziewczyna z niedowierzaniem patrzyła na ten przedmiot i po prostu nie mogła uwierzyć, w to, co widzi. Gramofon miał tubę i pociemniałą ze starości drewnianą obudowę, ale nie było korbki, tylko elektryczny kabel. Szybko się rozejrzała i dopiero w tym momencie uświadomiła sobie, że w Snape Manor nie ma świec, tylko elektryczne lampy! Przy drzwiach widać było włącznik światła, a nad listwami podłogowymi sprytnie zamaskowane kontakty. A to wcale nie był koniec. Mieli dokonać jeszcze całej serii zdumiewających odkryć.

***

Galeria w korytarzu na pierwszym piętrze była wypełniona obrazami. Głównie były to portrety, ale nie tylko – także pejzaże i sceny batalistyczne. Oprócz czarodziejskich malowideł wisiały na ścianach mugolskie dzieła sztuki i to bardzo... hmm... nowoczesne. Harry wpatrywał się w nie i nie mógł ochłonąć ze zdziwienia. Nie próbował jednak o nic pytać. Co ciekawe, żadnego pytania nie zadała też Hermiona. Niestety, ani Snape, ani Goldstone nie powiedzieli nic na ten temat, więc intrygująca zagadka obecności mugolskich obrazów w starym czarodziejskim dworze pozostała nierozwiązana.

Lily towarzyszyła im cały czas, przechodząc z obrazu do obrazu. Harry z niemałą przyjemnością stwierdził, że wszędzie witana jest przez rezydentów malowideł bardzo serdecznie, niekiedy wręcz z entuzjazmem. Niestety, ku wielkiemu żalowi chłopaka, najmłodsze portrety były z drugiej połowy dziewiętnastego wieku. Nie dowiedział się więc, jak wyglądała siostra Severusa Snape'a. Za to poznał swoich innych krewnych. Portrety przedstawiały przodków Mistrza Eliksirów zarówno tych żyjących bardzo dawno temu, jak i tych z czasów późniejszych, ale niestety nie wisiały w porządku chronologicznym, tak że trudno było się zorientować, kto kiedy żył. Co gorsza, dostojni antenaci i antenatki gospodarza odwiedzali się nieustannie nawzajem i chyba nikt z nich nie znajdował się w swoich własnych ramach. Olbrzymim zaskoczeniem dla Harry'ego stało się odkrycie, że przodkowie Snape'a pochodzili z różnych krajów, i to nawet bardzo odległych od Brytanii. Brodaci wikingowie w rogatych hełmach sąsiadowali z Japonkami i Francuzkami. Zabawne było ujrzeć na jednym obrazie rozmawiające ze sobą dwie damy – jedną w krynolinie, a drugą w kimonie. Gdy dołączyła do nich Lily, wszystkie trzy przeniosły się do sąsiedniego obrazu, gdzie groźnie wyglądający samuraj i rycerz w lśniącej zbroi dyskutowali o różnicach między prostym mieczem a kataną.

***

Apartamenty „młodych państwa" i „panicza" były urządzone nowocześnie i tchnęły niezwykle pogodną atmosferą, ale najciekawszym pomieszczeniem był tu gabinet „młodej pani". Pomijając koszmarny bałagan, na który składały się porozrzucane wszędzie rysunki techniczne jakichś budowli oraz linijki, ekierki, pędzelki, ołówki i inne, trudno rozpoznawalne przedmioty, czuć było tutaj twórczy nastrój. Harry miał ogromną ochotę wziąć jeden z czystych arkuszy brystolu walających się na biurku i coś namalować. Może działał tu czar inspiracji? Nieco z boku, tuż przy panoramicznym oknie, ustawiono na sztalugach olejny obraz przedstawiający Snape Manor z lotu ptaka. Kiedy Harry i Ron zbliżyli się do sztalug, malowidło ożyło. Budynek zaczął się obracać, tak że można go było obejrzeć z każdej strony. Ron wyciągnął rękę chcąc dotknąć płótna. W tym momencie okazało się, że „młoda pani" ma dość specyficzne poczucie humoru. Budynek zniknął z obrazu, a pojawiła się na nim wredna gęba trolla, który wrzasnął: „Łapy przy sobie!", a potem pokazał im język.

***

Korytarz prowadzący do prywatnych apartamentów Mistrza Eliksirów oświetlały szerokie okna, przez które widać było wypielęgnowany ogród otoczony murem. Był to niezwykły ogród, nie przypominał niczego, co Harry kiedykolwiek widział. Kojarzył się z Dalekim Wschodem – Chinami i Japonią. No, ale nic w tym nie było dziwnego, przecież wśród przodków Snape'a byli Japończycy...

Drzwi na końcu korytarza zdobił witraż z chińskim ogniomiotem. Gdy podeszli bliżej, smok poruszył się i mrugnął filuternie, jednocześnie wypuszczając z pyska strugę ognia, która uformowała się w napis: „Witajcie!"

Za drzwiami czekała kolejna niespodzianka. Wielki pokój przypominał salę kinową. Telewizor z ogromnym ekranem zajmował w nim centralne miejsce. Szerokie, rozsuwane drzwi ukazywały wnętrze kolejnego pomieszczenia. Była to sala komputerowa.

– Olaf, zajmij się panem Weasleyem – zarządził Snape, mrugając do przyjaciela. Goldstone skinął głową i gestem przywołał Rona do jednego ze stołów. Norweg wyjął z wysokiej szafki laptop i położył go na blacie.

– To jest komputer – powiedział do rudzielca. – Bardzo sympatyczna zabawka, ale nie tylko, bywa niezwykle użyteczna. Zaraz pokażę panu, do czego może posłużyć...

***

Gabinet Snape'a był dokładnie taki, jakim go Harry sobie wyobrażał. Wielki, dość mroczny pokój z olbrzymim, ciemnym biurkiem pośrodku. Wszystkie ściany przesłaniały regały i szafy biblioteczne zapchane książkami. Kilka stolików pomocniczych, na których leżały czasopisma, rozstawiono przy fotelach. Wielkie okna, przesłonięte ciemnymi kotarami z ciężkiego aksamitu i delikatnymi firankami, przepuszczały niewiele światła. Ale nieliczne promienie słoneczne przefiltrowane przez koronkowe firanki w kolorze starego złota zmiękczały kontury mebli i sprawiały, że pokój mimo wszystko sprawiał wrażenie przytulnego.

Jedynymi niepasującymi do wnętrza sprzętami były – kwietnik z barwnymi storczykami tworzącymi niezwykle jaskrawą kompozycję, i sprzęt komputerowy na stoliku ustawionym pomiędzy dwoma oknami. A jakby tego było mało, na biurku leżał laptop...

Mistrz Eliksirów włączył komputer i po chwili, gdy na ekranie monitora pojawiły się ikony programów, włożył do kasety błyszczącą płytę CD, po czym gestem zaprosił ich by podeszli bliżej. Spojrzał uważnie na Harry'ego.

– Za chwilę zobaczysz coś, co jest moim prezentem dla ciebie na urodziny – powiedział. – Myślę, że ci się spodoba. Nie dałem ci tego w Hogwarcie, bo tam nie mógłbyś tego obejrzeć.

Na płytce było mnóstwo zdjęć. Harry wpatrywał się w ekran komputera z zapartym tchem. Zdjęcia Lily... Lily w laboratorium nachylona nad kociołkiem... Lily na miotle... Lily z bukietem kwiatów... Kilka krótkich filmów z jego matką w roli głównej. Lily bawiła się z psem i dwoma kotami, huśtała się w hamaku i czytała książkę...

Chłopak oderwał spojrzenie od ekranu i popatrzył na Snape'a. Nie musiał nic mówić, by wyrazić wdzięczność, mężczyzna doskonale go zrozumiał.

Harry schował cenny kompakt do kieszeni torby, w której leżał jego laptop. Okazało się, że ten komputer już czekał na niego w gabinecie. Snape nie podarował mu go ot, tak sobie...

***

Olaf Goldstone szeptał coś do Snape'a zerkając na Harry'ego. Chłopcy i Hermiona spojrzeli po sobie nieco zaintrygowani.

– Severusie, myślę, że trzeba go o to spytać – powiedział nagle Norweg na tyle głośno, że wszyscy troje usłyszeli.

– Tak sądzisz, Olaf? – mruknął Snape z powątpiewaniem. – Wszyscy jego przyjaciele będą tutaj.

– A jeśli nie? – Norweg uśmiechnął się psotnie.

– No, dobrze. Czy chcesz zaprosić kogoś na swoje urodziny? – spytał Snape, patrząc na Harry'ego. – Oczywiście mam na myśli osoby spoza grona tych, którzy i tak będą tu obecni.

Harry zawahał się. Uświadomił sobie... Właściwie wiedział to od dawna. Tak, chciał „kogoś" zaprosić... Poczuł ku swojej wielkiej irytacji, że się czerwieni. Snape przyglądał mu się z wzrastającym zainteresowaniem, unosząc lewą brew.

– Aha... – bąknął mężczyzna, jakby tłumił śmiech. Rozbawienie Mistrza Eliksirów podziałało na chłopaka mobilizująco, jak ostroga.

– Chciałbym zaprosić Lunę Lovegood! – wypalił.

– W porządku. – Snape skinął głową. Harry był mu ogromnie wdzięczny za całkowity brak komentarza. – Jeszcze dzisiaj porozumiem się z panem Lovegoodem. Jestem pewien, że się zgodzi.

– Luna coś wspominała, że wybiera się latem z ojcem do Szwecji na obserwację chrapaków krętorogich – wtrącił się nieoczekiwanie Ron, odrobinę ironicznym tonem. – Chyba ich nie zobaczą – dodał złośliwie.

– Ron! – odezwała się ostro, karcącym tonem Hermiona, rzucając rudzielcowi gniewne spojrzenie. – Po wydarzeniach w Ministerstwie i doniesieniach „Proroka" o Knocie i goblinach, przestałam lekceważyć to, co mówi Luna!

Snape spojrzał na dziewczynę wyraźnie zaintrygowany.

– A co takiego mówiła panna Lovegood? – spytał nienaturalnie łagodnym głosem.

– Luna wiedziała o ognistych heliopatach Knota, a ja myślałam, że ona bredzi – powiedziała szorstko Hermiona. – Mówiła też o tym, że Knot morduje gobliny i chce przejąć Bank Gringotta...

– Nie, o przejęciu Banku Gringotta Luna nie mówiła, to było w „Quibblerze" – przerwał Harry.

– A owszem – zaśmiał się Ron. – Jak również o tym, że Syriusz to solista „Hobgoblinów"... Jak mu tam było?

– Stubby Boardman – podpowiedziała Hermiona.

– Interesujące – stwierdził wyraźnie zaintrygowany Olaf Goldstone. – A jaki jest związek tak dobrze poinformowanej panny Lovegood z „Quibblerem"? Czy ona pracuje w redakcji?

– Nie, jej ojciec jest wydawcą „Quibblera" oraz jego naczelnym i chyba jedynym redaktorem – odpowiedziała żywo Hermiona.

– Nigdy nie traktowaliśmy poważnie tej gazety, a teraz mam wrażenie, że to był chyba błąd... – powiedział z namysłem Goldstone. – Jak sądzisz, Sev? – spojrzał uważnie na Snape'a.

– Bardzo możliwe... – W tonie Mistrza Eliksirów słychać było jakąś ostrzegawczą nutę. Obaj mężczyźni spoważnieli. Harry zastanawiał się, czy rzeczywiście w ich oczach przez chwilę widać było niepokój.

***

Mistrz Eliksirów otworzył podwójne, rzeźbione drzwi i stanął w nich zagradzając im trojgu drogę. Harry zerknął mu przez ramię. Zobaczył kamienne schody z rzeźbioną marmurową balustradą. Olbrzymi kryształowy żyrandol, kamienne płyty na podłodze. Jasnoszare ściany. Klatka schodowa, dość ponura z wyglądu. Z lewej strony zamknięte drzwi, zapewne prowadzące do dalszych pomieszczeń. A na wprost wejścia, w którym stali – na kamiennym postumencie znajdował się duży, złociście połyskujący, metalowy posąg siedzącego Buddy. Snape odwrócił się do nich.

– Tych schodów nie będziecie używać – powiedział z naciskiem, groźnym głosem. – Zaraz zamknę te drzwi, a teraz się odsuńcie! – zażądał.

Hermiona i Ron odskoczyli od niego jak oparzeni. Harry szybko dał krok do tyłu. Cała trójka spojrzała na siebie z zaintrygowaniem. O co tu chodzi? Uważnie śledzili poczynania gospodarza. Snape wyciągnął różdżkę i lekkimi ruchami wprawił w ruch posąg. Budda popłynął w powietrzu, minął drzwi i z lekkim stukotem zatrzymał się tuż za nimi. Mistrz Eliksirów ostatni raz machnął różdżką i drzwi się zatrzasnęły, po czym zaczęły znikać. Harry z zapartym tchem patrzył, jak masywne drewniane drzwi powoli tracą ciemną barwę i wtapiają się w mur. Jeszcze przez moment wyglądały, jak namalowany na ścianie delikatny fresk, a za chwilę już ich nie było. Pozostał tylko posąg łagodnie uśmiechniętego Buddy na tle jasnej ściany.

***

Kuchnia w Snape Manor była bardzo jasna i przestronna. Krzątające się skrzaty co chwila zagadywały do nich wesoło, podsuwając różne smakołyki. Harry rozejrzał się dookoła. Podczas śniadania był zaabsorbowany czym innym, więc nie przyglądał się zbytnio otoczeniu. Teraz jednak było inaczej. Obiad jedli niespiesznie, Olaf Goldstone i Snape rozmawiali o rybach i wędkowaniu, a temat wyraźnie ich obu bardzo interesował. Zaabsorbowani konwersacją nie zwracali uwagi na pozostałych biesiadników. Młodzież zatem miała czas, żeby przyjrzeć się w skupieniu wnętrzu kuchni.

Wszystkie meble były białe. Szafki, krzesła i duży stół. Oprócz pieca z kafli malowanych w smoki, kwiaty i jednorożce, w kuchni był kominek i mnóstwo mugolskich urządzeń. Nowoczesna lodówka, mikrofalówka i kuchenka z płytą grzewczą na podczerwień, mikser i ekspres do kawy – pochowane w szafkach nie rzucały się w oczy, ale Snape pokazał im to wszystko ze zgryźliwym komentarzem skierowanym do Harry'ego i Hermiony, że niewątpliwie wiedzą jak się z tym całym chłamem obchodzić i w związku z tym on liczy na to, że niczego nie zepsują. Harry pomyślał, że to prawda, że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Snape w swoim własnym domu pokazywał im inną, zdecydowanie łagodniejszą twarz, niż w szkole, ale od czasu do czasu wyskakiwał ni stąd ni zowąd z nieoczekiwanymi złośliwościami. A może chciał podtrzymać imidża?

***

Czas między obiadem i kolacją spędzili w sali komputerowej. Harry i Ron zapamiętale grali w komputerowego quidditcha. Olaf Goldstone pokazał im, jak połączyć dwa komputery w jeden system. Ron, początkowo nastawiony nieufnie do tej dziwnej mugolskiej rozrywki, szybko zmienił zdanie, gdy okazało się, że bez problemu daje sobie radę z prowadzeniem postaci graczy. Teraz zręcznie bronił bramek przed atakującym go ścigającym, prowadzonym przez Harry'ego.

Obok szafki zawierającej płyty i kasety video wisiał obraz przedstawiający wazon z bukietem róż. Lily Potter delikatnie głaskała główki kwiatów i z nieukrywanym rozbawieniem przyglądała się swemu synowi i jego przyjacielowi rozgorączkowanym grą.

Hermiona z pogardą odmówiła udziału w zabawie i zajęła się przeglądaniem płyt kompaktowych, które Snape zostawił im „do obejrzenia".

Wreszcie chłopcom trochę znudziła się gra i dołączyli do Hermiony. To, co zobaczyli na ekranie okazało się tak fascynujące, że gdy zabrzmiał gong na kolację z trudem wrócili do rzeczywistości. Obrazy tropikalnego lasu, wspaniałe krajobrazy odległych miejsc, niezwykłe budowle, rzeźby i obrazy pobudzały im wyobraźnię i pragnienie, by zobaczyć ich jeszcze więcej.

***

Kolację zjedli prawie w całkowitym milczeniu. Po dniu pełnym wrażeń zarówno Hermiona jak i chłopcy byli tak zmęczeni, że nie mieli już ochoty rozmawiać. Tym bardziej, że obecność Snape'a wyglądającego, jakby z trudem tłumił wściekłość, odbierała resztki chęci do prowadzenia konwersacji. Olaf Goldstone opuścił ich tuż przed kolacją, wyjaśniając, że musi wracać do domu, ale pojawi się tu znów za kilka dni.

***

Hermiona poszła do swojego apartamentu z mocnym postanowieniem, że położy się jak najszybciej do łóżka. Wychodziła właśnie spod prysznica, gdy usłyszała gwałtowne stukanie do drzwi. Szybko włożyła szlafrok i mocno zaniepokojona spytała: – Kto tam?!

– Ciii... To ja, Ron! – usłyszała. Zdumiona otworzyła drzwi i chłopak wślizgnął się do środka. Ciaśniej otuliła się szlafrokiem, bo Ron nagle zachłannie zagapił się na jej dekolt. Spojrzenie mu zmętniało i przez chwilę wyglądał, jakby zapomniał o całym świecie. Hermiona wbrew woli poczuła się mile połechtana jego zainteresowaniem, ale natychmiast otrzeźwiła ją myśl, że on raczej nie przyszedł tu w celu podziwiania jej wdzięków...

– O co chodzi? – spytała.

– Eee... no, wiesz... Pomyślałem sobie... że moglibyśmy... eee... pójść na spacer po kolacji... – jąkał się Ron, wyraźnie skonfundowany. Chyba myśli mu pouciekały i miał chwilowe kłopoty z koncentracją. Hermiona błyskawicznie rozważyła propozycję. A właściwie... Dlaczego nie?

– Dobrze, poczekaj tu, zaraz się ubiorę – powiedziała stanowczo, wskazując chłopakowi fotel. Zamknęła za sobą drzwi sypialni i niepewnie zajrzała do garderoby. Nie miała wielkiego wyboru, bo nie zabrała ze sobą dużej ilości ubrań. Z westchnieniem wciągnęła dżinsy i t–shirt, a po krótkim namyśle narzuciła jeszcze sweter. Noce są chłodne.

Gdy wyszli do ogrodu Ron bez wahania skierował się w stronę dużej altany oplecionej winoroślą. Słońce właśnie zachodziło i drzewa rzucały długie cienie.

– Możemy tam trochę posiedzieć... Chciałbym z tobą porozmawiać – powiedział cicho Ron. Hermiona skinęła głową. Ona też chciała podzielić się z przyjacielem swoimi myślami. Zanim pojawi się reszta gości powinni pewne kwestie przedyskutować. Była zadowolona, że są we dwoje tylko z Ronem. Harry na pewno rozmawia z portretem matki, więc ona dziś wieczorem będzie mieć Rona tylko dla siebie... Chłopak przytulił ją, gdy weszli pod dach altany. Wsunął dłonie w jej włosy i delikatnie pocałował w usta. Właściwie trudno to było nawet nazwać pocałunkiem, bo było tylko lekkim muśnięciem warg, ale dziewczynie zrobiło się gorąco. Objęła Rona za szyję i sama mocno go pocałowała. Przez kilka następnych chwil całowali się namiętnie, zapominając o całym świecie. Od tego frapującego zajęcia oderwało ich ciche rżenie, przypominające śmiech. Oboje gwałtownie odwrócili się w stronę wejścia. Stał tam oświetlony światłem księżyca niezwykły jednorożec. Od srebrzyście białej sierści ostro odcinały się smoliście czarna grzywa i taki sam ogon. Rogaty koń machnął łbem, a na jego długim złotym rogu zamigotały iskry odbitych świateł lamp.

Hermiona ścisnęła dłoń Rona.

– Tsss... – szepnęła tak cicho, że ledwie ją usłyszał. – Nie spłoszmy go...

Chłopak nie odpowiedział, zapatrzony na cudowne zwierzę. Jednorożec jednak najwyraźniej nie należał do tak płochliwych, jak jego pobratymcy. Podszedł jeszcze bliżej i zajrzał do altany. Przez chwilę wpatrywał się w nich czarnymi jak węgiel oczami, po czym cofnął się i nieśpiesznie oddalił, znikając im z pola widzenia.

Ron objął Hermionę ramieniem i oboje usiedli na ławce przytuleni do siebie. Długo milczeli pod wrażeniem niezwykłego spotkania.

– Co chciałeś mi powiedzieć, Ron? – spytała wreszcie łagodnie dziewczyna, otrząsnąwszy się z hipnotycznego zachwytu.

– Mnóstwo rzeczy – westchnął rudzielec, przytulając ją mocniej. – Nie wiem od czego zacząć... Po pierwsze: Percy. Po drugie: Snape Manor i jego tajemnice...

– Ron! – przerwała mu z oburzeniem Hermiona. – Obiecaliśmy nie grzebać w tajemnicach Snape'a!

– Ja nie mam zamiaru grzebać w jego tajemnicach – mruknął zmieszany chłopak. – Ale to wszystko jest bardzo dziwne, nie sądzisz?

– Noo... Owszem – przyznała z ociąganiem w głosie.

– Ci ludzie, co tu z nim mieszkają... To na pewno jego krewni – oznajmił Ron tonem odkrywcy.

– To jest dla mnie oczywiste – odpowiedziała spokojnie. – Sama jestem bardzo ciekawa... – wyznała nieco niechętnie.

Rozmawiali bardzo długo. Katalog tajemnic i domysłów ciągnął się i wił jak wąż. Kim byli mieszkańcy Snape Manor? Dlaczego obraz przedstawiający dom rodziców Harry'ego w Dolinie Godryka wisiał w panieńskim apartamencie? To, że portret Lily znajdował się w Snape Manor, było dość łatwo wytłumaczyć pokrewieństwem Snape'a i mamy Harry'ego, ale inne zagadki intrygowały i drażniły, rozpalając do białości ciekawość zarówno Rona, jak i Hermiony. Wolne skrzaty, pracownia „młodej pani", mugolskie obrazy w galerii – wszystkie te „dziwności" rodziły pytania, na które oboje nie znajdowali odpowiedzi. Wszelkie domysły wydawały się szalone i nieprawdopodobne. Wreszcie dali spokój i zaczęli wałkować kwestię Percy'ego. Hermiona nie ukrywała, że podejrzewa młodego Weasleya o szpiegowanie na rzecz „tych innych czarodziejów". Ron – o dziwo! – zgadzał się z nią. Bardzo niechętnie, co prawda, ale jednak. Szczerze przyznał, że długo bronił się przed uznaniem tego za prawdopodobne, chociaż wiele na to wskazywało.

– Ale uwierzę w to całkowicie dopiero po otrzymaniu absolutnie pewnych dowodów – stwierdził chłopak. Hermiona zgodziła się z nim.

Na tym zakończyli rozmowę o tajemnicach. I zajęli się czymś znacznie przyjemniejszym...

Nie zauważyli, kiedy zapadła głęboka noc. Wrócili do dworu trzymając się za ręce.

***

Harry nie mógł zasnąć. Kręciło mu się w głowie od natłoku myśli. Rozmowa z portretem matki przeciągnęła się długo w noc. Wciąż powtarzał sobie, że to nie jest jego prawdziwa mama, tylko jej portret, ale pomimo tego nie mógł wyzbyć się wrażenia, że rozmawia z nią samą, a nie z namalowanym wyobrażeniem jej osoby. To, co usłyszał, wzburzyło go i ucieszyło jednocześnie. Lily opowiedziała mu swoją wersję walki o Snape Manor z krewnymi Severusa. Dowiedział się też, że mieszkała tutaj od ukończenia szkoły do wyjścia za mąż, a także tego, że Snape utrzymywał ją przez dwa ostatnie lata szkolne, ponieważ babka odmówiła jej pieniędzy.

– Gdyby nie Severus, umarłabym z głodu – opowiadała Lily.

Harry miał mnóstwo pytań, ale nie mógł się zdobyć na to, żeby spytać o ojca. Wreszcie Lily sama poruszyła temat. Opowiedziała mu historię swojego związku z Jamesem. Mówiła też o tym, że pokochała go w końcu, chociaż nie była to jej pierwsza miłość. Jednak nigdy nie zdołała zaakceptować lekkomyślności Jamesa, jak również jego braku intuicji w stosunkach z ludźmi.

– Twemu ojcu brakowało empatii i zbyt często mylił się w ocenie ludzi, z którymi się stykał. Bywał też brutalny i bezmyślny. I dlatego nie mogłam go szanować tak, jakbym chciała... – powiedziała z westchnieniem. – Uwierz mi, to był nieprzeciętny człowiek, miał wiele zalet, ale niestety, wad także niezmiernie dużo!

Harry uśmiechnął się w duchu. Skoro jego matka tak mówi, to znaczy, że James jednak nie był „złem wcielonym", choć na pewno nie był też bohaterem bez skazy.

Chłopak postanowił spytać o to, co nurtowało go od dawna.

– Mamo, czy wiedziałaś, kto był naprawdę waszym Strażnikiem?

– Nie, synku, nie wiedziałam – odpowiedziała Lily ze smutkiem. – Nigdy bym się na to nie zgodziła, żeby to był Peter. Nie dlatego, że mu nie ufałam, ale po prostu uważałam, że jest za słaby psychicznie i zdradziłby nas przy najlżejszym nacisku... Odbywały się na ten temat dyskusje, nie mogłam się nadziwić, że James nie chce przyjąć propozycji Dumbledore'a, ale cóż, zgodziłam się na Syriusza, bo byłam pewna, że on nie jest zdolny do zdrady. Gdy Syriusz wysunął kandydaturę Petera, uznałam to za kiepski żart. Więcej przy mnie nie podnoszono tego tematu. Zdecydowali za moimi plecami i źle się to skończyło. Niestety... I jeszcze jedno... Teraz myślę, że James nie ufał do końca dyrektorowi, może dlatego, że Dumbledore popełnił mnóstwo błędów...

– Jak to, mamo?! – zdumiał się Harry.

– Za bardzo ufał niewłaściwym ludziom – wyjaśniła Lily. – A po tym, jak Voldemort nas zamordował popełnił ich jeszcze więcej. Niestety, jednym z najpoważniejszych był ten, że nie próbował dojść prawdy odnośnie Syriusza, a drugim, którego mu nie mogę darować, to taki, że zostawił cię u Petunii bez żadnego nadzoru!

Harry pokiwał głową. On też miał pretensje do Dumbledore'a właśnie o to. No cóż, było, minęło. Teraz musiał się zastanowić, czy może dalej bez zastrzeżeń ufać dyrektorowi. Był czas, gdy ufał mu bezgranicznie, ale już rozumiał, że każdy popełnia błędy i dyrektor też nie jest nieomylny, do czego sam się przecież przyznał. No i Snape także mu nie ufał w pełni, miał przed nim wiele tajemnic!

– Mamo... Jakie Snape ma powody, żeby nie darzyć Dumbledore'a całkowitym zaufaniem? – spytał.

– Dyrektor jest Gryfonem i zawsze stawał po stronie uczniów z naszego domu, nawet wtedy, gdy na to absolutnie nie zasługiwali – odpowiedziała mu matka z wyraźnym smutkiem. – Severus ma uraz, bo dyrektor bywał niestety stronniczy i niesprawiedliwy. To przykre, Harry, ale Dumbledore zawsze faworyzował Gryfonów. A sprawa z okrutnym „żartem" Syriusza wobec Severusa była kroplą, która przepełniła czarę. Od tego czasu Severus nie ufa dyrektorowi i mam poważne obawy, że nie zaufa już nigdy. Dumbledore jest bardzo dobrym człowiekiem, ale już wiesz, że nie jest ideałem. Wierz mu i słuchaj go, ale ufaj przede wszystkim samemu sobie. Dyrektor nie zawsze ma rację. Przeważnie jednak ma i myślę, że nigdy nie chciał cię skrzywdzić. Jednak jego błędy poważnie zaważyły na twoim życiu, więc bądź ostrożny... A teraz idź już spać. – Lily uśmiechnęła się. – Dobranoc, synku! – Przesłała mu całusa i zniknęła z portretu.

Chłopak podszedł do okna. Noc była bardzo jasna. Na czystym niebie migotały gwiazdy. Harry spoglądał na ciemny las i uśmiechał się do siebie. Postanowił, że rano pójdzie tam na spacer. Ten las nie był Zakazany, w każdym razie Snape nic takiego nie mówił. Harry przytknął czoło do szyby. Pomiędzy drzewami zamajaczyły srebrzyste plamy. Po chwili kilka jednorożców wybiegło na łąkę i zaczęło baraszkować wśród kwitnących traw. Nagle wszystkie poderwały się i pomknęły z powrotem pomiędzy drzewa. Powód ich przestrachu wyjaśnił się za moment. Z cienia wieży wyszedł olbrzymi ogier. Harry zamarł ze zdumienia. Takiego jednorożca jeszcze nie widział. Jego róg był złoty, a nie perłowy, jak u innych jednorożców, a jego grzywa i ogon były smoliście czarne.

„Jak ten na mozaice..." – pomyślał chłopiec. Rogaty koń poruszał się powoli, rozglądając się uważnie dookoła. Minął łąkę, a potem jednym skokiem przesadził podjazd, lądując na trawniku przed tarasem. Zatrzymał się i uniósł łeb. W blasku lampy oświetlającej taras srebrzystobiała sierść jednorożca błyszczała wręcz oślepiająco i wydawała się posypana złotym pyłem. Iluminacja kolorowych ogrodowych lampionów mieszała się z blaskiem gwiazd i po ciele ogiera przesuwały się barwne plamy światła rzucanego przez poruszane lekkim wiatrem bibułkowe kule malowane w smoki.

Jakieś niejasne wspomnienie zamajaczyło w głowie chłopaka. Koński łeb ozdobiony złotym rogiem blisko jego twarzy... Miękkie aksamitne chrapy dotykające jego czoła... I wpatrujące się w niego uważnie, czarne jak węgiel oczy...

Po chwili do ogiera dołączyła klacz jednorożca. Była maleńka; przy olbrzymim towarzyszu wydawała się wręcz miniaturką. Otarła się delikatnie o niego i potrząsnęła grzywą. Pojawiła się jakby znikąd i dopiero po kilku sekundach Harry uświadomił sobie, że to nie jest żywa istota, tylko duch. Przez jej niematerialne ciało prześwitywały gwiazdy. Wyglądała jak wypełniona płynnym srebrem z migoczącymi wewnątrz iskierkami. Ogier najwyraźniej był świadom jej obecności. Machnął ogonem i zniżył łeb, spoglądając jej w oczy. Zarżał i oba jednorożce, żywy i duch, pokłusowały bok w bok przez trawnik i zniknęły w cieniu wieży.

Harry odsunął się od okna i opuścił zasłonę. Szybko wsunął się pod kołdrę i zamknął oczy. Na krawędzi snu pomyślał jeszcze, że nie zadał mamie bardzo ważnego pytania – jakie pokrewieństwo łączyło ją z Severusem Snape'em. No, trudno. Jutro o to spyta...

Zasnął ściskając w dłoni Misia. Śnił mu się dom i Lily pochylająca się nad nim i śpiewająca cicho kołysankę.

***

Poniedziałek, 15 lipca 1996 roku, pół do szóstej rano – Snape Manor.

Promienie słońca przedarły się z trudem przez szczelinę między zasłonami i połaskotały śpiącego chłopaka w nos.

– Harry! Obudź się! Harry! – Ron mocno potrząsnął przyjaciela za ramię.

– O sso chozi... – wymruczał sennie Harry i przewrócił się na drugi bok.

– Chodź szybko! Zanim wszyscy się zjawią, potrenujemy trochę na komputerach grę w quidditcha – powiedział rudzielec wprost do ucha Harry'ego.

Harry poderwał się gwałtownie i usiadł uderzając przyjaciela głową w twarz. Ron odskoczył od łóżka trzymając się za nos, a Harry pocierał sobie czoło.

– Ouć... – jęknęli zgodnie i po sekundzie jednocześnie wybuchnęli śmiechem.

– Zaraz wstanę – obiecał Harry chichocząc. Senność ulotniła się, teraz rozpierała go chęć, by jak najszybciej usiąść przed ekranem komputera.

Zbiegli po schodach do sali komputerowej. Ich laptopy leżały na biurkach, tak, jak je zostawili poprzedniego dnia. Niestety, oprócz Hermiony zastali tam również Snape'a. Jego czarny strój przypominał piżamę. Kilka chwil zajęło chłopakom zrozumienie, że mężczyzna ma na sobie japońskie kimono. Wyglądał w nim zaskakująco naturalnie, jak jego japońscy przodkowie. A jeden z nich właśnie pojawił się na obrazie przedstawiającym widok na Fujijamę i przywitał ich głębokim ukłonem, wykrzykując jednocześnie powitanie.

– Konnichiwa, chłopcy!

– Nam również bardzo miło, dzień dobry – odpowiedział błyskawicznie Harry, kłaniając się równie uprzejmie i jednocześnie puszczając oko do Hermiony. Niestety, obecność profesora oznaczała, że z ich planów pogrania w komputerowego quidditcha raczej nic nie wyjdzie.

– Wydaje mi się, że spodobała wam się praca z komputerem, skoro zerwaliście się tak wcześnie i tu przybiegliście – zauważył Snape z wyraźną ironią. – A więc potrenujecie komunikowanie się przez internet. Skrzaty przyniosą wam tutaj śniadanie, żebyście nie musieli odrywać się od ekranów.

Ron i Harry spojrzeli na siebie. Wzrok Harry'ego mówił wyraźnie: „Jak sobie pójdzie, to zagramy!" Ron uśmiechnął się do przyjaciela.

– Co mamy robić? – spytał Harry.

– Znakomicie, Potter – powiedział Severus Snape kwadrans później, wyraźnie bardzo zadowolony. Chłopak spojrzał na mężczyznę z niedowierzaniem. Ron i Hermiona wyglądali na zszokowanych.

– Naprawdę bardzo dobrze – powtórzył swoją pochwałę Mistrz Eliksirów, nie zwracając uwagi na miny młodych ludzi. – Spróbuj teraz wysłać jakiegoś e–maila do panny Granger, skoro już udało ci się założyć sobie adres pocztowy. Internet to wspaniała rzecz, tylko trzeba nauczyć się go używać. Szybko się przekonasz, jak wiele możesz się dowiedzieć korzystając z tego mugolskiego wynalazku – dodał mentorskim tonem. – Macie czas do obiadu. Wiecie już jak szukać informacji, więc poszukajcie witryn o czarach i magii. – Snape dziwnie uśmiechnął się przy tych słowach, potem odwrócił się na pięcie i wyszedł z komnaty.

– Informacje w intre... w internecie o czarach i magii?! – wykrzyknął Ron ze złością. – A co mugole mogą o tym wiedzieć? – popatrzył na Hermionę, szukając u niej poparcia. – Stary nietoperz sobie z nas zakpił...

– Chyba nie, Ron – Hermiona wpatrywała się zamyślona w ekran swojego laptopa. – Profesor Snape używa komputera... Przypuszczam, że nie tylko on. Jego przyjaciele przecież też... Poszukamy! – oznajmiła zdecydowanie. – Bierzcie się do roboty. Chyba już wiem, o co mu chodziło – uśmiechnęła się do siebie i szybko wpisała w rubryce „szukaj" słowo „MAGIA".

***

Gabinet Severusa Snape'a w Snape Manor, pięć minut później, godzina szósta rano.

Severus Snape wyjął z szuflady biurka telefon komórkowy w srebrnej obudowie, z czarnymi, podświetlonymi na zielono przyciskami. Wpisał tekst SMS–a w okienko, sprawdził czy nie popełnił błędu i uśmiechając się szeroko do siebie – pewny, że nikt go nie widzi – posłał wiadomość.

***

Kilka chwil później...

W Krakowie, w mieszkaniu pełnym książek i pięknych mebli, elegancka starsza pani siedziała w fotelu i przeglądała album z fotografiami. Paliła papierosa, którego co parę chwil odkładała na popielniczkę, żeby sięgnąć po filiżankę z kawą. Z magnetofonu cichutko sączyła się muzyka Albinioniego. Nagle z szuflady komódki rozległy się pierwsze takty melodii francuskiej piosenki „Plaisir d'amour". Kobieta uniosła głowę, poderwała się z fotela i szybko wyjęła z komódki komórkę. Przeczytała i na jej twarzy pojawił się zwycięski uśmiech.

– Tak. Znakomicie – szepnęła do siebie. Wykasowała otrzymaną wiadomość, włożyła telefon na poprzednie miejsce, zamknęła zdecydowanym ruchem album i usiadła przy biurku. W jej umyśle pojawił się temat na nowy wiersz.

***

W tym samym momencie...

W małym prowansalskim miasteczku, w jednym z domów na przedmieściu, młody mężczyzna ziewał rozdzierająco, wpatrując się na zmianę w otwartą książkę i w ekran komputera. Od czasu do czasu klął rozpaczliwie. W nowym programie był jakiś błąd, a on do tej pory go nie zlokalizował! Spędził przed ekranem całą noc i był potwornie zmęczony. Usiłując skupić uwagę na tekście instrukcji, bezmyślnie przewrócił kolejną kartkę książki.

„To chyba było pisane przez idiotę dla debili!" – pomyślał zniechęcony. Z zamyślenia wyrwał go nieoczekiwany dźwięk. Jego telefon komórkowy grał melodię o radości kochania. Mężczyzna sennie wyciągnął ręką i wcisnął przycisk. Przeczytał wiadomość i w mgnieniu oka oprzytomniał.

– Łaaał! – wrzasnął radośnie! – Jupiii!!! Jest! – sapnął z radością i nagle spłynęło na niego natchnienie. Strącił na podłogę nieprzydatną instrukcję do programu i szybko zaczął stukać w klawiaturę. Znalazł błąd.

***

Wysoki blondyn stał przy sterze kutra prującego wody tonącego w porannych mgłach fiordu Trondheim. Chociaż doskonale znał całe wybrzeże, roztaczające się dookoła wspaniałe widoki niezmiennie go zachwycały. Gdy patrzył na norweskie krajobrazy miał pewność, że tu jest jego miejsce na ziemi i nie mógłby żyć nigdzie indziej. Zwiedził prawie cały świat, ale im bardziej oddalał się od Norwegii, tym większa była jego tęsknota. Uśmiechnął się do siwego mężczyzny i młodej, drobnej, czarnowłosej kobiety stojących przy burcie. Oboje odpowiedzieli mu uśmiechem, ale w ich oczach był niepokój. No, tak... Gdzieś na świecie czają się psychopatyczni mordercy, zdecydowani utopić świat we krwi. A choćby tych dwóch najgroźniejszych szaleńców grasujących teraz po Europie udało się unicestwić, to ich miejsce zajmą następni... Niestety.

Z kieszeni jego kurtki zabrzmiała znana francuska melodia piosenki o miłości. Wyjmując swój telefon komórkowy, zauważył, że jego żona i ojciec jednocześnie też sięgnęli do kieszeni.

– Nareszcie! – wykrzyknął starszy mężczyzna. Kobieta oparła się o burtę i zamknęła oczy. Na jej twarzy malowała się ogromna ulga. Blondyn i siwowłosy wymienili spojrzenia pełne nadziei. Nareszcie.

***

W londyńskim mieszkaniu Jörge i Laeticii kilka osób odtańczyło dziki taniec radości.

– Super! – wrzasnął potargany blondyn, całując gwałtownie ciemnoskórą dziewczynę.

– To jest TO! – ryczał z gwałtowną uciechą drugi blondyn, potrząsając telefonem komórkowym. Rudy chłopak i dziewczyna z bujnymi, kręconymi włosami padli na kanapę, dysząc ciężko. Przed chwilą gwałtownie kręcili się w kółko, obejmując się w pasie. Pozostali podskakiwali i śmiali się klepiąc się po plecach.

– Uff! Ale mi ulżyło! – westchnęła drobna blondynka.

– Kelner! Szampana! – zawył chudy osobnik z ogoloną głową, wznosząc zwycięskim gestem kciuk do góry i wywołując huraganowy śmiech wszystkich obecnych.

– Szampana? – Czarnooka nastolatka z zastanowieniem podrapała się w nos. – Chyba gdzieś tu jest... Hej! Gospodarzu miły! Masz ten wytworny napitek? Okazja w sam raz! – skwitowała, mrużąc filuternie oczy.

– A żebyście wiedzieli, że mam! – wykrzyknął Jörge. – Accio, szampan!

***

Drobny brunet o wspaniałej sylwetce szalał na desce surfingowej wśród fal przypływu. Hawaje to doskonałe miejsce na uprawianie tego sportu. Nawet o tak późnej porze dnia. Co prawda na Hawajach godzina ósma po południu to jeszcze nie wieczór, słońce wciąż świeciło intensywnie, jednak upał już trochę zelżał. Z plaży obserwowały bruneta pełne zachwytu i podziwu kobiety, oraz pełni zazdrości mężczyźni. Wyróżniał się wśród surferów nie tylko harmonijną muskulaturą, ale przede wszystkim umiejętnościami. Poruszał się z niezwykłym wdziękiem, jak tancerz. Gdy wreszcie wylądował, podszedł do młodej szatynki i pocałował ją w usta. Kilka kobiet jęknęło z zawodem.

Mężczyzna chwycił swoją deskę surfingową i razem z szatynką odeszli z plaży, odprowadzani wieloma spojrzeniami.

Kilkanaście minut później siedzieli oboje przy stoliku w pobliskiej kawiarence, delektując się lodami. Dziewczyna wyjęła z torebki dwa telefony komórkowe wygrywające zgodnie melodię „Plaisir d'amour". Jeden podała mężczyźnie. Oboje spojrzeli jednocześnie na słowa wyświetlające się na ekranach ich komórek. Jednocześnie unieśli głowy. Spojrzeli na siebie i spontanicznie się pocałowali.

– Wracamy do domu, kochanie. Musimy to uczcić – szepnęła dziewczyna.

***

Upajający zapach kwiatów wypełniał całą przestrzeń wnętrza pawilonu zbudowanego na wzgórzu, którego stoki porastały sosny, świerki i miłorzęby. Lipiec w Japonii był jak zwykle piękny. Góry majaczące na horyzoncie wyglądały jak uśpione olbrzymy, pełne królewskiego majestatu. W południe spadł deszcz, a po nim pojawiły się chmury, spowijające teraz szczyty. Wszystkie ruchome ściany pawilonu zostały odsunięte, tak że osoby przebywające w środku mogły bez żadnych przeszkód napawać się otaczającymi budowlę widokami oraz aromatem ziół i kwiatów. Na środku pomieszczenia stał niski stolik zawalony papierami. Przy stoliku na okrągłej poduszce klęczał czarnowłosy mężczyzna ubrany w czarne, jedwabne kimono i coś czytał, a od czasu do czasu podnosił głowę i patrzył gdzieś w dal, jakby szukał natchnienia. Po przeciwnej stronie stolika leżał na kilku poduszkach jasnowłosy chłopak. Miał zamknięte oczy, zapewne spał.

Czarnowłosy mężczyzna wziął do ręki ołówek i zaczął szybko coś zapisywać w dużym zeszycie oprawionym w jedwab.

Nagle ciszę zakłócił dźwięk melodii wydobywającej się z dwóch telefonów komórkowych leżących na stoliku. Obie komórki wygrywały tę samą – „Plaisir d'amour". Złotowłosy nastolatek poderwał się gwałtownie i chwycił jeden z telefonów. Mężczyzna spokojnie sięgnął po drugi. Przeczytali wiadomość. Popatrzyli sobie w oczy. Orzechowe i błękitne tęczówki rozjarzyły się taką samą radością.

– Napijesz się sake? – spytał mężczyzna, mrużąc lekko w uśmiechu ciemnobrązowe, skośne oczy.

– Wolałbym szampana – zaśmiał się błękitnooki.

– Jesteś w Japonii, Francuzie! – skwitował jego życzenie rozbawiony Japończyk.

***

Wiadomość wysłana przez Severusa Snape'a brzmiała:

CHŁOPIEC WSZEDŁ DO SIECI."

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ