7 czerwca 2009
Jak się okazało ojciec nie miał nic przeciwko temu, żebym została u przyjaciół dwa dni dłużej. Jego odpowiedź przyszła już nad ranem. Napisał mi, żebym została w Forks, tak długo, jak wymagać tego będzie mój stan zdrowia. Dodał też, że cieszy się z odpowiedzialności Cullenów, oraz tego, że Carlisle zapewnia mi taką fachową opiekę. Prosił też, żebym więcej nie zadręczała się tym, co przydarzyło się Draconowi, ponieważ od tamtego feralnego zdarzenia, był on pod ścisłą opieką taty, a Lucjusz z jego polecenia, miał przeprosić syna, oraz złożyć ojcu przysięgę wieczystą, że nigdy więcej nie zrobi krzywdy swojemu synowi. Te słowa mnie uspokoiły. Wiedziałam, że do czasu, kiedy ojciec nie zwolni go z tego ślubowania, mój ukochany może czuć się bezpieczny. Kamień spadł mi z serca…
Moje zdrowie też już wracało do normy. Właściwie 3 stycznia czułam się już wyśmienicie, praktycznie nie pamiętając, że w ogóle coś mi było. Zostałam jednak w Forks. Za dużą sprawiało mi to radość, żebym miała z takiej możliwości, po prostu zrezygnować.
Kiedy poczułam się już lepiej, Edward i Bella zaprosili mnie, do swojego domku, który dostali od reszty rodziny, tuż po jej przeistoczeniu się w wampira. Pomijając fakt, że całą drogę do domu, spędziłam na plecach Edwarda, poruszając się w typowym dla wampirów, a przerażającym dla zwykłych ludzi (a zwłaszcza dla ludzi, którzy są w trzecim miesiącu ciąży) tempie, miejsce w którym usytuowany był ich domek, skradło mi serce… Ta okolica wyglądała, jakby żywcem była przeniesiona tam z jakiejś baśni, wszędzie dookoła leżał śnieg, wysokie drzewa delikatnie szumiały, a z komina wydobywały się szare obłoczki…
– Nessie jest ciepłolubna.- zaśmiała się Bella, widząc jak spoglądam na dym unoszący się z komina.- A poza tym, ty też raczej nie lubisz zimna, co?
– Ehh, punkt dla ciebie Bells.- zaśmiałam się.
Potem weszliśmy do środka, który okazał się jeszcze bardziej uroczy, niż okolica okalająca dom. Zmieszane było w nim wiele stylów i kultur, pozornie do siebie nie pasując, jednak w całości tworząc niesamowicie przytulną atmosferę. Dom nie był duży, na dole salon z kominkiem, jadalnia i dla niepoznaki oczywiście kuchnia, zaś na górze cztery pokoje i poddasze… Wszystko tutaj, było bardzo w stylu Belli…
– Pięknie tutaj.- westchnęłam siadając na kanapie, przed trzaskającym radośnie kominkiem.
– Istotnie, ma swój urok.- potwierdziła Bella.- I wyobraź sobie, że oni się bali, że mnie się tutaj nie spodoba.- żachnęła się, spoglądając na męża. Edward jedynie uśmiechnął się łobuzersko i mruknął:
– No, jakbyśmy nie mieli powodów.
– A mieliście?- dopytywałam. Edward już otwierał usta, żeby mi odpowiedzieć, kiedy w słowo weszła mu Bella.
– Och, nie słuchaj go! Naplecie ci bzdur, albo tego, co było dawno i…- tłumaczyła rozbawiona.
– Bella po prostu, reagowała kiedyś niemal alergicznie na każdy prezent.- zaśmiał się Ed, wtrącając się w wypowiedź swojej żony.- Pamiętam ile się musiałem nagłowić, żeby dać jej coś na urodziny, co przy okazji nic by mnie nie kosztowało.- wspomniał z uśmiechem.
– No i co? Dało się? Dało!- zaśmiała się Bella.- A tak poza tym, to do tamtych urodzin, lepiej nie wracać.- westchnęła. W moich myślach nawet nie zdążyło się do końca, skrystalizować pytanie, kiedy Edward udzielił mi odpowiedzi, opowiadając jak podczas tych urodzin, Bella niechcący zacięła się papierem, wywołując atak Jaspera. Po tym wydarzeniu, Cullenowie wyjechali z Forks, co ja akurat pamiętałam… Pamiętałam to, jak bardzo Bella przeżyła ich wyjazd, oraz to jak mnie było przykro, że nawet się nie pożegnali. Pamiętam, że też byłam zaproszona na to przyjęcie, ale z jakiegoś głupiego powodu…chyba przez jakąś obozową wycieczkę, nie mogłam iść. A potem, oni wyjechali, Bella się załamała, a ja… cóż, musiałam wracać do domu. I tak urwały się kontakty, do czasu, kiedy Emmett i Jasper nie zjawili się w Hogwarcie. Edard tymczasem opowiedział mi, jak to się stało, że wrócili i co musieli po drodze przejść, czyli dodał ten brakujący element do całości historii, co działo się u nich, podczas tych dwóch ostatnich lat…
Popołudnie spędziliśmy na pogaduchach i wspominkach. Często wybuchaliśmy śmiechem, na wspomnienie niezdarności Belli, albo jakiegoś żartu, którym w tamtym okresie raczył nas Emmett. A kiedy dochodziła dwudziesta, z ciężkim sercem znowu musiałam wskoczyć na plecy Edwarda, dzięki czemu w domu Cullenów, byliśmy już za niecałe dziesięć minut. A tam znów przez pół nocy, siedziałam z Emmettem w salonie, od niechcenia oglądając telewizor i dyskutując. Uwielbiałam tego faceta. Był dla mnie, jak starszy brat. Taki o jakim zawsze marzyłam, a jakiego nigdy nie miałam…
Trzy dodatkowe dni, szybko jednak minęły i ani się obejrzałam, a był piąty styczeń i musiałam żegnać się z przyjaciółmi i wracać do mojego, niewesołego ostatnio życia, o którym w Forks udało mi się zapomnieć…
– Będę tęsknić.- szepnęłam, kiedy stojąc na ganku, wpatrywałam się w twarze przyjaciół. Ucieszyłam się, że przyszedł nawet Jacob mimo, że Nessie, dziś spędzała dzień z Charliem. Z nią pożegnałam się poprzedniego dnia, dziękując za to, co zrobiła dla mnie wtedy nad potokiem. A ona… jedynie uśmiechnęła się do mnie i szepnęła, że będzie trzymała kciuki, żeby wszystko było dobrze…
– Ciekawe kto bardziej?!- Emmett bez wysiłku podniósł mnie z ziemi, mocno tuląc.
– Oczywiście, że ja wielkoludzie!- poczochrałam po po włosach.
– Ale ja jestem większy, więcej tęsknoty się we mnie zmieści.- przekomarzał się ze mną.
– Niech ci będzie.- spasowałam, teraz przyszła kolej na ciepłe uściski z Esmee i Carlisle'm, którzy życzyli mi wiele szczęścia i prosili o informacje, jak już zostaną tymi przyszywanymi dziadkami. Później wyściskałam się z Rose, Jasperem, Edwardem i Jackobem, który wyraził chęć przybycia do naszej szkoły i wyedukowana młodych czarodziejów, w sprawach dotyczących wilkołaków. Obiecałam mu, że sprawdzę, co da się zrobić, całując go na pożegnanie, tuż przed tym, jak wystartował niczym z procy, znikając pomiędzy drzewami już w formie wilka.
Na sam koniec zostawiłam sobie dwie najbliższe mi osóbki, czyli Bellę i Alice. I choć od początku obiecywałam sobie, że do tego nie dopuszczę, to przy uściskach z nimi i tak po moich policzkach popłynęły łzy. Już za nimi tęskniłam…
– Odwiedzaj nas częściej!- poprosili, kiedy łapiąc mocniej moją walizkę, szykowałam się do teleportacji.
– Następnym razem, przyjadę już z moją małą.- zapewniłam z uśmiechem.
– I z blondasem!- zaśmiała się Alice, jednak nie zdążyłam jej już odpowiedzieć. Rozległ się głośny huk, a ja znów zostałam wepchnięta do czasoprzestrzennego tunelu, w którym z powodu braku tlenu, pomału zaczynało mi się kręcić w głowie… Jak ja nienawidzę teleportacji. Ugh, a dwa razy bardziej odkąd jestem w ciąży! Ten cholerny tunel, wydaje się teraz jeszcze ciaśniejszy, a dyskomfort jeszcze większy!
W końcu jednak podróż się zakończyła, a ja stałam na tej samej polanie w Zakazanym Lesie, z której kilkanaście dni temu wyruszałam na spotkanie z ojcem w Malfoy Manor. Było prze siódmą rano, więc do śniadania miałam jeszcze przeszło godzinę. Czym prędzej ruszyłam do zamku, żeby dotrzeć do swojego pokoju zanim obudzi się reszta domowników. Chciałam wziąć prysznic i przebrać się, zanim zjawię się na śniadaniu, starając się robić dobrą minę do złej gry.
Mój plan, na szczęście się powiódł i kiedy weszłam do Pokoju Wspólnego Ślizgonów, istotnie nikogo tam jeszcze nie zastałam. Z czułością rozejrzałam się po pomieszczeniu… Jak dobrze być znowu w domu, bez względu na to, co miałoby się wydarzyć i jakich relacji nie miałabym mieć z Draconem. Naładowałam akumulatory i znów miałam siłę, żeby zmierzyć się z rzeczywistością. No, a poza tym, ciągle miałam w głowie, obraz z wizji Renesmee, który rozpalił we mnie iskierkę nadziei, że wszystko będzie dobrze… Najciszej, jak potrafiłam, dotarłam w końcu do mojego dormitorium, gdzie z lubością rzuciłam się na swoje miękkie łózko. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, jak bardzo tęskniłam. To chyba jednak prawda, co się mówi, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej! Kilkoma ruchami różdżki sprawiłam, że moje ciuchy same ułożyły się w szafie, ja zaś, sięgając po szkolną szatę, która pomału robiła się coraz ciaśniejsza ruszyłam do łazienki, żeby pod ciepłym strumieniem wody, przygotować się na to, co czekało mnie dzisiejszego dnia. Nie wiedzieć dlaczego, ale miałam jakieś przeczucie, że jednak nie będzie to nic dobrego…
Z głębokim westchnieniem, wyszłam w końcu spod prysznica, zerkając na zegarek. Była 7.55, czyli najwyższy czas, na to, żeby w końcu zacząć się poważnie zbierać do wyjścia. W pośpiechu zrobiłam delikatny makijaż i założyłam szatę. Wyglądałam dobrze, byłam wypoczęta, a moje oczy po spotkaniu z Cullenami, świeciły radośnie. Z nową energią, dziesięć minut po godzinie ósmej, ruszyłam na śniadanie do Wielkiej Sali. Po drodze nie spotkałam nikogo znajomego, kilku ślizgonów przywitało się ze mną, jednak z żadnym z nich nie zatrzymałam się na dłuższą rozmowę. Chciałam być już przy Jas i Diable… Dobra, przy Draconie też, choć raczej nie spodziewałam się wylewnego przywitania, niestety.
Zobaczyłam ich, ledwo weszłam do pomieszczenia. Wyglądali na zmartwionych. Cała trójka… Pierwsza zobaczyła mnie Jas, a na mój widok jej twarz nagle pojaśniała. Widziałam, jak szepcze coś chłopakom, a z ich twarzy również znika troska, wtedy mnie olśniło. Oni martwili się o mnie. Im przecież nikt nie powiedział, że zostałam w Forks kilka dni dłużej. Myśleli pewnie, że ich opuściłam.. Poczułam wyrzuty sumienia. Przecież mogłam napisać. Emmett, na pewno z przyjemnością złapałby dla mnie jeszcze jedną sowę… Widząc na sobie ich wzrok, uśmiechnęłam się lekko, a za razem przepraszająco, ruszając w ich kierunku. Gdzieś w głębi serca, cieszyłam się, że Draco też był zmartwiony. Czyżby jego uczucie względem mnie, nie wygasło tak do końca? Miałam nadzieję, jednak jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, z tyłu głowy pojawił się ten irytujący głosik, że on wcale nie przejmował się mną, a jedynie tym, że zniknęłam zabierając mu dziecko… W jednym musiałam temu głosikowi przyznać rację… istotnie miał się czego obawiać, w końcu odgrażałam mu się w ten sposób…
Pełna mieszanych uczuć, z każdym krokiem zbliżałam się do nich, aż nagle, poczułam jak ktoś łapie mnie za rękę..
– Możemy pogadać?
– Ron?- zdziwiłam się, widząc jak były przyjaciel utrudnia mi dojście do przyjaciół.- O czym chcesz rozmawiać? Coś się stało?- dopytywałam.
– Nieee, u mnie i Harrego, wszystko okey. Udało się i trzy problemy mamy za sobą.- zapewnił rozpromieniony. A więc misja poszła dobrze. To dobrze, ale czego on ode mnie chciał…
– Cieszę się, ale nie rozumiem..
– Ciałem z tobą pogadać, bo wiem, że u ciebie nie wszystko jest okey.- szepnął. Staliśmy prawie na środku sali, większość ludzi była zajęta swoim posiłkiem, więc nie zwracała na nas uwagi. Widziałam jednak, że Draco obserwuje nas bardzo uważnie.- Zerwałaś z Malfoyem, prawda?- dopytywał rudy.
– Nooo… tak, ale…- zaczęłam, ciągle nie rozumiejąc. Odkąd takie rzeczy zaczęły go interesować.
– Hermiona, ja sobie dużo przemyślałem..- wszedł mi w słowo. Umilkłam, wpatrując się w niego w zaciekawieniu.- To nawet się dobrze składa, bo skoro nie jesteś już z nim, to może…- zawahał się, a ja nagle zrozumiałam. Już wiem, czemu miałam złe przeczucia, dotyczące tego dnia.
– Ron… nie wydaje mi się, że to możliwe.- zaczęłam, chcąc dać mu do zrozumienia, że my już nigdy nie będziemy parą.
– Bo ja jestem gryfonem, a ty ślizgonką?- zapytał głupio. No jakby TO akurat miało jakieś znaczenie.- Przecież to nie problem.
– Owszem Ron, to jest problem.- odpowiedziałam.- Ale nie największy… Widzisz… ja… ja może i nie jestem teraz z Malfoyem, a może i nie będę z nim już nigdy, ale…- no i co teraz? Mam mu powiedzieć… Cholera, no!
– Ale co?- dopytywał.
– Jest coś, co już zawsze będzie mnie z nim łączyło.- zakończyłam, nie powiedziałam co, może nie będzie się dalej dopytywał. Mam nadzieję!
– Ale co? Co takiego może łączyć cię z nim, że nie możesz być ze mną?- ten chłopak pomału zaczynał mnie irytować. Czy zwykłe „nie" już mu nie wystarczy?
– Dziecko Ron!- warknęłam zrezygnowana. Sam tego chciał.
– COOOOOO?- wrzasnął odskakując ode mnie. Pod wpływem jego krzyku, ludzie zaczęli nas obserwować, świetnie jeszcze tego mi brakowało!
– Ron, błagam cię, uspokój się i zostaw to dla siebie.- prosiłam. Jednak na próżno.
– JA JESTEM SPOKOJNY!- wrzasnął. Super, jeśli był jeszcze ktoś, kto na nas nie patrzał, to teraz już takich osób nie ma…- TY MÓWISZ POWAŻNIE? JESTEŚ W CIĄŻY?!
– Ron..- szepnęłam. Ale i tak było już za późno. Wszyscy wpatrywali się we mnie, w wielkim szoku. No i tajemnica wyszła na jaw. Szkoda tylko, że w najgorszy z możliwych sposobów…
– ODPOWIEDZ!- zażądał.
– TAK!- wrzasnęłam.- TAK jestem w ciąży i TAK z Malfoyem! Lepiej ci?- wydarłam się na niego. Czułam, że za chwilę się rozpłaczę. Wszyscy wpatrywali się we mnie, jak w okaz w zoo, szepcząc pomiędzy sobą i wytykając palcami… Właśnie rozładował się cały mój cholerny akumulator, który naładowałam w Forks…
– WCALE MI NIE JEST LEPIEJ, TY…TY…TY ZWYKŁA DZIWKO!- wrzasnął, na co kilka osób jęknęło oburzonych, zaś kilka innych pokiwało głowami, na znak zgody z jego zdaniem.- ZWYKŁA ŚLIZGOŃSKA DZIW…- nie dokończył. Nie wiedząc kiedy, ani skąd pojawił się przy nas Draco, nie tracąc czasu na wyciąganie różdżki, jednym sprawnym ciosem, rozwalił Ronowi nos, powalając na zimną posadzkę Wielkiej Sali. Nie czekając na nic więcej, objął mnie mocno i tuląc do swojej piersi wyprowadził z Wielkiej Sali, odprowadzany setkami spojrzeń… Byłam w tak wielkim szoku, że nawet nie czułam, że idę… Chciałam płakać, ale jakby zapomniałam, jak to robić. Po prostu, kurczowo trzymałam się Dracona, pozwalając mu się prowadzić. A kiedy wyszliśmy z Wielkiej Sali, Draco zatrzymał się, obracając mnie tak, żeby spojrzeć mi w oczy…
– Wszystko dobrze?- szepnął czule, trzymając dłonie na moich policzkach. Wpatrując się w jego oczy, poczułam jak tama pęka. Wybuchnęłam głośnym płaczem..
– Przepraszam Draco..- wychlipałam.- Tak bardzo cię przepraszam… ja..ja…
– Ciii…- uspokajał mnie.- Nie myśl o tym, było minęło.
– A-aleee j-ja..Dr-dra-c-co..- szlochałam.- C-co ty-y prze-e-szedł-e-eś..- nie umiałam się uspokoić.
– Na własne życzenie, słonko. Na własne cholerne życzenie.- zapewnił, tuląc mnie jeszcze mocniej.- Aż dziw bierze, że po tym, co zrobiłem, ty aż tak się o mnie martwiłaś…- szepnął, ciągle spoglądając mi w oczy.
– Kocham cię…- wyszeptałam.
– Wiem, ale nie bardziej, niż ja ciebie..- uśmiechnął się do mnie, po prostu mnie całując. Nie wiem, jak długo tam staliśmy, ale wiem, że czułam się całkowicie bezpieczna. Jak zawsze, kiedy trzymał mnie w swoich objęciach… A potem zrozumiałam, to właśnie tą scenę pokazała mi Renesmee.. Zamarłam. Ta mała miała we wszystkim rację…
– Wszystko dobrze?- zapytał Draco.
– Dawno nie było lepiej.- uśmiechnęłam się blado, tuląc się do niego. Okazało się, że jednak za szybko go zapewniłam, bo już w następnej sekundzie, osunęłam się na zimną posadzkę, kurczowo trzymając się za brzuch i zwijając z bólu…
– Nasze dziecko!- zawyłam, zanim straciłam przytomność…
CDN…
