Rozdział 35
Blisko godzinę trwały rozmowy Jake'a z Swawtą. Dla młodego i niedoświadczonego wodza, jak też Toruka Makto, cała ta sytuacja była trochę absurdalna, ale jednocześnie rozumiał główne powody jej wystąpienia. Od kiedy przebywał w klanie Omatikaya, nie miał do czynienia z walkami między plemionami. Nie do końca też wiedział jak poprawnie prowadzić pertraktacje z wodzem wrogiego plemienia, no ale musiał, bo to jedna z rzeczy z którą pewnie nie raz będzie musiał się zmierzyć. I pierwsze co chciał zrobić to uwolnić Michelle, która zerkała zarówno na niego, jak i na Titee. Co do głównej przyczyny tego sporu, to w pobliżu byłej kobiety Avatar, kręciła się La'ana bawiąca się swoim nożem, patrząc z nienawiścią na nią, co zostało odwzajemnione tym samym.
Każdy z wodzów obstawiał przy swoim i w końcu Jake wyszedł z pewną propozycją. Widząc wzajemną wrogość obu kobiet do siebie, zaproponował aby Michelle wywalczyła sobie wolność, a jednocześnie pomogło to rozstrzygnąć spór o ziemię. Wiedział, że Swawta się na to zgodzi, bo widząc ją jaką słabszą i mniej zaprawioną w boju, zdecyduję się na tą propozycję. To było jednak mylące, bo Jake wraz z nią od czasu do czasu trenował swoje chwyty, z okresu kiedy był jeszcze komandosem. Jednocześnie nauczył ją parę technik samoobrony, jak i ataku, o czym reszta klanu Omatikaya nie wiedziała, bo nie chcieli zanieczyścić ich kultury.
Kiedy Titee usłyszał to co zaczął mówić jego wódz odnośnie pojedynku, chciał już coś powiedzieć, ale siedząca obok Kiyeri go powstrzymała, kładąc mu rękę na ramieniu i kręcąc głową. Wiedział, że La'ana była doświadczoną łowczynią i wojownikiem, co może zwiastować tylko kłopoty. I jak sądził, Michelle będąc w pierwszym widocznym stadium ciąży, stanie się dla niej łatwą zdobyczą. Jednak może go czekać duże zaskoczenie, jeśli wszystko potoczy po myśli Jake'a.
Gdy rozmowy między wodzami dobiegły końca, Swawta wezwał Michelle, która przyszła otoczona dwoma wojownikami uzbrojonymi w dzidy. Stając przed zgromadzonym tłumem, Jake wytłumaczył jej w angielskim, co ma zrobić.
-Czy czujesz się na siłach, żeby stanąć z nią do pojedynku. -wskazał na stojąco blisko nich La'ane, która z uśmiechnęła się w lekko diaboliczny sposób.
-Mam się bić? -zapytała nieco zdziwiona.
-Tak. Bo za nic nie mogłem się z nim dogadać i tylko na to propozycję przystał. -Jake spojrzał na przywódcę klanu Huwe, który nic nie rozumiał z ich mowy.
-Naprawdę nie było innej opcji? -zapytała, mając nadzieje na uniknięcie konfliktu z dziką łowczynią.
-Niestety Michelle, ale tak. Zrobiłem co mogłem, ale jeśli się zdecydujesz na walkę i wygrasz, to nie będzie już więcej z nimi sporu o tą rzekę, a ty zyskasz wolność. Przy okazji, możesz kogoś zaskoczyć. -miał na myśli zarówno Titee, jak obecnych tu Na'vi.
-Zrobię co w mojej mocy, aby nie zawieść Omatikaya. -zacisnęła pięści.
Zarówno Michelle, jak i Titee nie mieli z sobą bliskiego kontaktu, co mogło być odczytane za słabość. Jedynie ich wzrok na parę chwil się spotkał. Po tym wszystkim Michelle musiała się skupić na walce. Lecz nie dla zabawy, bo w tym wypadku sprawa była dość poważna, mająca mieć bezpośredni wpływ na klan w którym żyje. Sama słyszała o tym jak plemiona załatwiają między sobą spory i ten sposób był zdecydowanie najrozsądniejszy, bo oznaczał brak krwawej walki wielu wojowników. Miała tylko nadzieje, że jej umiejętności wystarczą do tego, żeby wyjść z pojedynku bez szwanku.
W środku Drzewa Domowego klanu Huwe zrobiono dużo miejsca dla walczących na kije kobiet. Arena miała kształt koła, wyznaczonego przez stojących wokół ludzi. Wszystko działo się w promieniach słońca, które wpadając do środka, napełniało je jasnością. Widać było lekki kurz w powietrzu, kiedy ludzie zaczęli się tłoczyć. Cały tłum reagował entuzjastycznie, bo mało kiedy się zdarza, żeby do walki przystępowały kobiety. Jeszcze ciekawsze było to, że jedna z nich była w ciąży, a w dodatku byłym Avatar'em.
Jake stojąc za Michelle dodawał jej otuchy, każąc się skupić tylko i wyłącznie na walce. Oczywiście ona chciała ją wygrać, bo inaczej utknie w tym klanie na resztę swojego życia, na co nie miała ochoty. Trzymając w rękach drewnianą pałkę i mierząc się wzrokiem z La'aną, która mówiła do niej w na Na'vi obraźliwe słowa, chciała ją za to jak najszybciej przykładnie ukarać. Chodziły po obrzeżach areny, przekładając kija z ręki do ręki i po którymś razie padło pierwsze uderzenie.
Titee nic nie mówiąc, obserwował to widowisko mając nadzieje, że jego Olo'eyktan wiedział co robi. Bo taka walka może oznaczać jej kalectwo, a nawet stratę przez nią noszonego dziecka. To byłoby dla niego zbyt wiele, bo kiedy usłyszał wieść, że stanie się ojcem, strasznie się ucieszył że Eywa obdarowała go takim szczęściem. Teraz wszystko od jednego złego uderzenia w brzuch, mogło legnąć w gruzach, doprowadzając do poronienia niemowlaka.
Jako pierwsza uderzyła La'ana, której cios został zablokowany przez szybką reakcję Michelle, zaskakując swą przeciwniczkę jej sprawnością, która syknęła w złości. Obie mierzyły się wzrokiem, mrużąc przy tym oczy i pokazując swe kły. Raczej zaciętości im nie brakowało, a różniły ich tylko cele tej walki. Michelle walczyła dla Omatikaya i swoją wolność, zaś La'ana o poniżenie jej przed całym swym klanem. To dla łowczyni z klanu Huwe znaczyło wiele, bo miało pokazać ją jako osobę, która nie boi się nikogo, nawet jeśli ma wiele wspólnego z Toruk'iem Makto, do którego jednak tak jak reszta Na'vi miała szacunek.
Tym razem kolejny cios wyprowadziła Michelle, uderzając ją mocno w pośladek, za co jej przeciwniczka była wściekła i od razu kijem wycelowała w jej twarz. Była kobieta avatar, szybko się schyliła, unikając w ostatniej chwili bolesnego ciosu, a nawet śmiertelnego. Bo mogła jej w ten sposób przetrącić kręgosłup. Ale tak się nie stało i po chwili posłała jej kolejny cios, tym razem w drugi pośladek, doprowadzając La'ane do furii. Ta zaś, rzuciła się w jej kierunku w trzymanym nad głową kijem, chcąc uderzyć ją w cokolwiek. Michelle w ostatniej chwili się odsunęła i podstawiła jej kij pod nogi, powodując że boleśnie upadła na ziemię.
-Chcesz jeszcze! -powiedziała głośno Michelle.
-Tylko tchórze walczą kijami. -syknęła w złości, kiedy się podnosiła, odrzucając od siebie drewnianą pałkę.
Michelle też odrzuciła swą broń za siebie, na skraj areny i stając naprzeciw niej, była gotowa na każdą ewentualność. Zaczęła patrzeć jak dłoń La'any kierowała się do jej pochwy z nożem, którego zaczęła powoli wyciągać. Teraz walka przybrała zupełnie inny obrót, a wiedziała że musi liczyć tylko na siebie, bo to już stała się jej osobista sprawa. W stosunku do niej, nie wyciągała swojego noża, bo chciała ją zaskoczyć swym ukrytym talentem. I tak jak się spodziewała, La'ana rzuciła się w jej kierunku, celując prosto w jej brzuch. Michelle widząc to, w ostatniej chwili odskoczyła i łapiąc ją za nadgarstek, mocno go chwyciła i wykręciła. La'ana krzyknęła z bólu, puszczając nóż na ziemię i po czym sama na niej ponownie wylądowała. Widząc ją bezbronną i oszołomioną, Michelle wyciągnęła swój nóż i blokując ją kolanem na karku przed wstaniem, chwyciła ją za Tsaheylu i przyłożyła do niego nóż, grożąc jej jego obcięciem.
-I jak się czujesz! -krzyknęła na tyle głośno, żeby wszyscy zgromadzeni usłyszeli.
-Nie rób tego! -przestraszyła się, straceniem swego warkocza.
-Chciałaś mi zabić dziecko! -Michelle zwróciła się do niej w złości.
-Wygrałaś! -przyznała po chwili.
Jake się trochę uśmiechnął, bo wiedział co znaczy jej wygrana. Zaś Titee jeszcze długo nie mógł zamknąć ust z wrażenia, gdyż nie wiedział, że ona potrafi się tak bronić. Obok niego stojąca Kiyeri, również była zachwycona walką, która momentami była nawet zabawna, kiedy La'ana dostawała drewnianą pałką po pośladkach. Pojedynek był na pewno sprawiedliwy i wyrównany, bo każdy z Na'vi widział, że pozornie słabsza Michelle, pokonała bardziej siebie pewną i doświadczoną łowczynie. Swawta nie mając większego wyboru, pozostało mu tylko pogratulować zwycięscy, jak i zgodzić się na wcześniej zawarte warunki.
Wódz klanu Huwe idąc, schylił się po nóż La'any, który wypadł z jej dłoni na ziemię. Mając go w ręku i stając przed Michelle, wyciągnął go w jej kierunku, zachowując przy tym kamienny wyraz twarzy. Ona nie wiedziała czy to dobrze czy źle, ale była gotowa na każdą ewentualność. Jeszcze bardziej była zaskoczona tym, że ten starszy człowiek wyciągnął do niej otwartą rękę z tym nożem.
-Co wywalczyłaś jest twoje. -zwrócił się do niej wódz.
Michelle patrząc na wodza, nie widziała na jego twarzy żadnego podstępu, ale mimo tego powoli wyciągała swą dłoń do owej nagrody. Nie do końca była przekonana czy Na'vi zawsze są honorowi i dotrzymują obiecanego słowa. Dopiero jak sztylet znalazł się w jej ręce i wódz wskazał na wyjście z Kelutral, była już pewna, że obietnica wolności została spełniona. Mimo, że wewnętrznie się cieszyła, to starała się nie wyjść na kogoś, kto nie panuje nad swoimi emocjami. Dlatego tylko lekko się ukłoniła i podziękowała w ich pierwotnym języku. Po tym udała się do Titee, któremu padła w ramiona, będąc przez niego z czułością odjęta.
Jake wiedząc, że chełpienie się zwycięstwem, byłoby nie na miejscu, zachował się stosownie jak na wodza przystało. Nie chciał w ten sposób już bardziej obrazić innego przywódcę w jego własnym Kelutral, co byłoby dla niego największą zniewagą, gdyż wszystko to obserwowali jego poddani. Kiedyś przestrzegała go przed tym Mo'at i teraz wziął to sobie do serca. Nigdy nie wiadomo, jak mogłyby wyglądać późniejsze relacje między sąsiadującymi klanami, gdy teraz Jake, nawet będąc Torukiem Makto popełniłby błąd, związany z jego postępowaniem. Nawet jeśli, tak jak dzisiaj stosunki zostały nadszarpnięte, to nie potrzebował ich jeszcze bardziej pogarszać. Doprowadzając nawet do walki między swoim, a innym klanem.
Wtedy Swawta skierował się do Jake'a, któremu kładąc rękę na ramieniu, powiedział:
-Nawet jeśli nasze klany nie są w stanie się porozumieć, to w trudnych czasach możesz na nas liczyć. Jestem rad, że ocaliłeś nas wszystkich od zagłady przed ludźmi nieba, ale mimo to każdy z nas musi osobno troszczyć się o własny klan. My jesteśmy bardzo przywiązani do naszego terytorium i nikt z moich łowców nie wychodzi poza jego obszar, a dzisiejsze wydarzenie było wynikiem nieporozumienia.
-Rozumiem i jednocześnie cieszę się, że nie skończyło się czymś znacznie gorszym. Teraz chciałbym wraz z moim ludźmi, bezpiecznie wrócić do naszego Kelutral. -odpowiedział Jake, kładąc mu tak samo rękę w dobrym geście.
-Oczywiście Toruku Makto, ty oraz twoi towarzysze możecie odejść. -odparł wódz klanu Huwe.
-Irayo. -dziękując, przywódca Omatikaya odwrócił się i udał na zewnątrz Drzewa Domowego, gdzie czekały na nich ich Ikrany oraz Txut na Kiyeri.
Rzecz jasna Swawta nie był zadowolony, że utracił część łowisk i terytorium, ale z drugiej strony Omatikaya, zachowali się uczciwie w tej walce. Teraz pretensje mógł mieć jedynie do siebie, że przyjął wcześniej zawartą umowę, myśląc że na tym zyska. Stojąc wraz z ludem własnego plemienia, widział jak Jake na czele i w otoczeniu swoich kilku uzbrojonych ludzi, skierował się ku wyjściu. Gdy opuszczali progi Kelutral, wśród jego klanu zaczęły dobiegać szmery rozmów, związanych z przegraną La'any. Wtedy odwrócił się i skierował na górę schodów, każąc jednocześnie przyprowadzić ją do siebie na małą rozmowę. Raczej nie będzie to miła wymiana zdań, zwłaszcza kiedy straciło się cenny obszar do polowań.
