36.
-„ Powinniśmy już wracać na wesele, Jack…"- zasugerowała uśmiechnięta dziewczyna, wciąż jeszcze wtulona w ramiona ukochanego.
-„ Jeszcze chwilę, kochanie!"- poprosił, dotykając czule jej policzka. –„ Pozwól mi się sobą nacieszyć, zanim wrócimy do gości i naszych obowiązków…"- powiedział przymilnie i delikatnie pocałował ją w usta.
Oddała pocałunek. Słodka, zmysłowa pieszczota jej warg sprawiała, że prawie zapominał, po co tu są…
-„ Jesteś taka piękna, Sue…"- szepnął z uczuciem. –„ I jesteś moja…"- dodał zaborczo, lecz w oczach błyszczały mu wesołe iskierki.
-„ Tak? A gdzie to jest napisane?"- zażartowała z jego ostatniej sugestii. –„ Nie przypominam sobie spisywania żadnej umowy w tej sprawie!"- zachichotała, widząc wyraz jego twarzy, który po chwili zmienił się na poważniejszy. Sparky wziął jej dłoń i przyłożył do swego serca.
-„ Tutaj…"- powiedział. –„ Tutaj mam to zapisane, wyryte od dnia, kiedy cię spotkałem…"- zapewnił z całą mocą. –„ Moje serce, moja dusza, w całości należą do ciebie, a jeśli zechcesz, oddam ci też całą resztę…"
-„ Co masz na myśli?"- zapytała niepewna, jak ma zinterpretować ostatnie słowa. Czy mówił o poważnym związku?
-„ Sue, kochanie…"- odparł. –„ Kiedy mówiłem, że chcę być z tobą, byłem śmiertelnie poważny. Chcę być z tobą, żyć z tobą i zestarzeć się z tobą patrząc, jak rosną nasze dzieci i wnuki.
-„ Czy to oświadczyny, Hudson?"- zapytała, usiłując się nie rozpłakać ze szczęścia. Nie wierzyła, że kiedyś usłyszy od niego takie słowa.
-„ Z całą pewnością, Thomas! Więc, jak? Poświęcisz się i wyjdziesz za najwolniejszego Romeo, jakiego nosiła ziemia?"
-„ Nie."- odparła krótko, a jego twarz zastygła w zdumieniu. Czyżby właśnie go odrzuciła?
-„ To niemożliwe…"- pomyślał przerażony koszmarną wizją.
Widząc zmianę na jego pogodniej dotąd twarzy, wzięła w dłonie jego policzki, spojrzała mu prosto w oczy i dodała szybko:
-„ Nie mogę wyjść za żadnego Romeo, bo zakochałam się w pewnym przystojnym, ciemnowłosym i ciemnookim agencie federalnym, który, tak się składa, stoi przede mną i tylko z nim chcę spędzić resztę mojego życia. Kocham cię, Jack! Jeśli mnie chcesz, jestem twoja…"- zapewniła i pocałowała go w usta z całą miłością, jaką nosiła w sercu. Od teraz, już nic nie mogło ich rozdzielić…
Nie wiadomo, jak długo jeszcze stali objęci i zapatrzeni w siebie, ale jakiś czas później Sue ponowiła prośbę o powrót.
-„ Ja też najchętniej bym tu została, kochanie, ale jak sam wspomniałeś, mamy obowiązki na tym weselu. W końcu jesteśmy głównymi drużbami. Jeszcze zdążymy się sobą nacieszyć w spokoju, a teraz wracajmy, Jack. Tara i Bobby muszą pokroić tort!"- powiedziała pogodnie i dała mu całusa w nos.
-„ Dla ciebie wszystko, moja śliczna!"- odparł i podał jej dłoń.
Spletli swoje palce i pocałowawszy się raz jeszcze, wrócili na wesele, gdzie pan młody, przy akompaniamencie Mojo Gogo, właśnie śpiewał dla swojej żony „ Love me tender"- Elvis'a. Publika szalała, a Tippy płakała… To był najpiękniejszy dzień jej życia…
Sue i Jack patrzyli na młodą parę i w myślach już nie mogli się doczekać, kiedy sami staną przed ołtarzem. Stracili sześć długich lat, najpierw uciekając przed prawdą, a potem bojąc się wyznać to głębokie uczucie, jakie nimi zawładnęło. Teraz jednak, to już była przeszłość. Wkrótce czekała ich wspólna przyszłość i tylko to się liczyło.
Tańczyli przytuleni, aż Bobby zakończył recital i wtedy dali znać obsłudze, że czas na tort.
Dwie minuty później, na eleganckim wózku wjechał największy, piętrowy tort jaki Tippy widziała w życiu. Śmietankowy gigant był ozdobiony masą maleńkich czerwonych różyczek i czymś jeszcze. Na samej górze, widniała marcepanowa podobizna Tary, trzymającej w jednej ręce laptopa, a drugą, ciągnącej Crash'a przed ołtarz. Ta niecodzienna ozdoba, będąca pomysłem Lucy, wywołała salwę śmiechu wśród gości, nie wspominając o nowożeńcach, którzy z lubością ukroili wspólnie pierwszy kawałek i nakarmiwszy się wzajemnie (tak starannie, że większość smakołyku widniała teraz na ich policzkach i nosach), poczęstowali resztę zaproszonych osób.
Patrząc, z jaką czułością Sparky karmi Sue, nie potrafili powstrzymać uśmiechu. Najwyraźniej, Hudson poszedł wreszcie po rozum do głowy i powiedział ich przyjaciółce to, o czym od dawna wiedzieli wszyscy w biurze, a sądząc po radości, jaka promieniała z ich twarzy, dostał od Sue odpowiedź, jakiej pragnął.
-„ Mam nadzieję, że nie będą długo czekać ze ślubem!"- powiedziała mężowi na ucho Tara. Lucy za miesiąc wychodzi za mąż i Sue będzie zupełnie sama tym dużym mieszkaniu. Dobrze byłoby, gdyby ktoś z nią zamieszkał!"- zachichotała.
-„ Och, nie martw się, kochanie!"- odparł Crash. –„ Skoro Sir Jack wreszcie zdecydował się działać, to zapewniam cię, że szybko doprowadzi akcję do końca!""- dodał i mocniej przytulił żonę.
-„ A ty to wiesz, bo?..."- zapytała zaciekawiona panna młoda.
-„ Bo mam swoje źródła, skarbie!"- roześmiał się i dał jej całusa.
Życie nie mogło potoczyć się przyjemniej. Miał śliczną żonkę, w przyszłości – sporą (miał nadzieję) rodzinę, a jego najlepszy przyjaciel i przyszywana siostrzyczka byli zakochani i szczęśliwi. Czegóż chcieć więcej?
TBC
