ROZDZIAŁ 34

Co robisz?"

Zamek – wznoszący się ku niebu, o kilku wieżyczkach. Jego grube ściany wykonane z niestarannie ociosanych bloków bronią dostępu do wnętrza. Na straży stoją dodatkowo mocne, podkute żelazem podwoje, w razie zagrożenia blokowane dębowymi blokami. Spiczaste szczyty toną w wiecznie szarych chmurach, obecna również mgła pożera cały wizerunek w swych nieprzystępnych czeluściach. Wokół panuje cisza przerywana tylko łoskotami nieustępliwej burzy, trzaskiem i hukiem potężnych grzmotów. Cały pobliski teren razem z budowlą spowił mroczny czar, pochłaniający wszelkie światło urok. Żadne zwierze nie zbliża się w te nieprzyjazne rejony, ptaki omijają je szerokim łukiem. Jedno słowo – zło – nie wystarcza do opisania ciężkiej, duszącej atmosfery jakby coś chciało wyssać z duszy wszystkie cząstki energii.

A na jednej z wieży, tej najbliższej środka, najwyższej lśnił upiornym blaskiem śnieżnobiały kamień usytuowany na marmurowym postumencie. Wystawiony na podłe warunki pogody, znieważany miliardem łęz niebios, oświetlany tysiącami rozgałęzionymi piorunami trwał niewzruszenie. Ten, kto zdołał podejść kilka metrów przed masywną bramę i przebić uporczywym wzrokiem gęste opary mógł ledwo dostrzec poświatę otaczającą minerał.

Ciche kroki drapieżnika rozbrzmiały niczym alarm u najbardziej wyczulonych osobników. Duże, wielkości dwóch rosłych mężczyzn skrzydła uchyliły się z trupim zgrzytem, a zza nich wychynął zdeformowany nienaturalnie koci pysk. Struga światła rozrzedziła nieco wszechobecną mgłę, padła na jak gdyby wypaloną ziemię u stóp bestii. Niby-lew warknął w przestrzeń, aby zaraz usłyszeć podobny odgłos. Zjeżona dotąd sierść na karku zawisła luźno po jednej stronie umięśnionej szyi. Drugi stwór, prawie taki sam, wręcz identyczny, wyszedł z martwego lasu od południowej strony i kilkoma susami dotarł do towarzysza. Za obojgiem podwoje zatrzasnęły się z hukiem.


Przyroda zbuntowała się ostatecznie, zalewając Hogwart niewyobrażalną ilością opadów. Nawet jak na tę porę roku. Żeby tego było mało, deszcz przyciągał za sobą mleczną, gęstą zasłonę nie do przebicia. Nikt nie był chętny wychodzić na zewnątrz na dłużej, niż to potrzeba do przejścia kawałka od wrót do szklarni. Nawet zawodnicy Quidditcha nie narzekali już na odwołane rozgrywki oraz zakaz latania na miotłach. Zajęcia Opieki także zostały wstrzymane do odwołania, a patrolujący granice szkoły aurorzy narzekali między sobą na okropne warunki pracy.

Mustang snuł się po korytarzach, nie tryskając optymizmem. Co prawda już dawno ulepszył swoją alchemię, aby działa również podczas deszczu, niemniej była ona wtedy zdecydowanie słabsza. Powtórzenie „pożogi" z walki z hybrydą wydawało się kompletnie niemożliwe, gdyby doszło teraz do starcia w lesie czy na błoniach. Jednak, ku zdumieniu jego podwładnych, nie gnębił nikogo bardziej niż zwykle, jak to miało miejsce za każdym razem wcześniej. Hari sceptycznie podchodził do dziwnie neutralnego nastawienia pułkownika albo w ogóle go ignorował.

Pościg za rozsianymi po Anglii potworami przedłużył się do ostatecznego ustalenia celów. Zajmowali się tym Remus oraz Maes, zaznaczając na szczegółowej mapie odpowiednie pozycje. Członkowie Zakonu mieli tylko nadzieję, iż genetyczne pomyłki, jak często mawiał na nie Raikou, nie usuną się z widoku informatora Albusa. Jak dotąd nie zapowiadało się na to, więc mieli kontrolę nad sytuacją.

Wreszcie nadszedł wyczekiwany przez młodego alchemika dzień. Dzień, w którym wyjdzie wreszcie poza obręb nużącego zamku i wyruszy na polowanie. Napięcie wręcz otępiające umysł dotknęło nawet nieświadomych uczniów, którzy całkowicie stracili zainteresowanie nauką czy też dowcipami. Młodsi siedzieli sztywno przy obiedzie, nie debatując między sobą. Niczym zastraszone zwierzaki truchlały na pierwszą lepszą oznakę kłopotów, trzymali się w grupach jak spłoszone owce. Starsi, mimo iż bardziej odporni na wojenny stres, również przyglądali się nieufnie otoczeniu w poszukiwaniu pułapki, czegoś, co im niechybnie zagrozi. Nieliczni profesorowie pozostali przy swoich surowych i obfitych w wiadomości lekcjach, większość pobłażała nieuważnym studentom. Snape, naturalnie jak na niego, wykorzystał okazję do pognębienia Gryfonów i pozbawienia ich sporej części zebranych punktów.

Wieczór nastał niesamowicie szybko, przykrywając wiekowy zamek perłową mgłą i zsyłając na niego niezliczone krople. Rozległe, zachłanne cienie wychynęły bezczelnie z kątów, sięgając swymi płaskimi mackami jak najdalej. Tylko mdłe światło pochodni, a także rozbłyski błyskawic były w stanie przegnać je na niewielką chwilę. Błonia tonęły wręcz w mroku, tafla jeziora swym wyglądem przypominała rozległą plamę wylanej ropy.

- Gotowi? – Pytanie ledwo zdołało dotrzeć do uszu zebranych przy chatce gajowego. Albus, opatulony szczelnie wielobarwną peleryną wyszywaną gwiazdkami, spoglądał poważnie na trójkę przed sobą. Różowowłosa Tonks skinęła energicznie głową, niemal szczękając zębami. Syriusz przypiął właśnie ostatni przystuł* i sprawdził popręg, aby siodło nie zsunęło się podczas jazdy. Gniady rumak prychnął niecierpliwie, jakby wyczuwając zbliżającą się przygodę.

- Gotowi! – potwierdził ostatecznie Black, klepiąc wierzchowca po szyi. Nimfadora nieco niepewnie z początku podeszła do swojego, pamiętając jak z jej winy niemal nie zginął. Na szczęście ciężko ranne zwierze wróciło do swojej krainy, gdzie wyleczyło się skutecznie. Teraz, żądne zemsty na pozostałych hybrydach, tupało raz po raz kopytem w zmoknięty grunt.

- To przeniesie was niedaleko pierwszego miasta – odezwał się poważnie Roy, wręczając młodej aurorce otoczoną magią starą gazetę. Świstoklik czekał tylko na odpowiednie polecenie, będąc w stałej gotowości do użycia. Przedmiot pokrywała cienka warstwa migotliwego blasku, który przesuwał się po szarej powierzchni niczym delikatna, płynna substancja.

Milczący dotąd Hari włożył stopę do strzemienia i bez trudu podciągnął się na koński grzbiet. Zlustrował szybkim spojrzeniem wyposażenie upewniając się, iż wszystko jest jak należy. Szarpnął jeszcze pasek trzymający plecak, a następnie odwrócił się do przełożonego. Zmrużone szmaragdowe oczy zmierzyły się z czarnymi, bezdennymi tęczówkami.

- Nie zapomniałeś o czymś, Płomyczku? – Mustang z chytrym uśmieszkiem chwycił leżący przy jego nogach pakunek. Zważył go w dłoni, w duchu dziwiąc się nad jego lekkością.

- O tym mówisz? – odparł pytaniem, po czym nie czekając na odpowiedź, rzucił pakunek młodzieńcowi. Ten złapał go zręcznie, powietrze wypełniło się odgłosem zderzenia ze sobą dwóch kawałków stali. I jeszcze jeden dźwięk – niższy, wibrujący, wręcz krystaliczny.

Nie zważając na szumiącą ulewę, Hari wydobył ze środka sierpowaty od połowy miecz. Wysunął go z pochwy, delektując się widokiem ostrej krawędzi wzmocnionej czarnym diamentem. Srebro lśniło w świetle piorunów, lecz ciemny minerał zamykał w sobie te rażące błyski. Pochłaniał je całą swoją chudą nawierzchnią. Schowawszy go do futerału, przymocował odzyskaną broń do pasa. To było krzepiące, napawało szaleńczym uczuciem władzy w dłoniach, panowania nad swoim losem. Zgniótł te uczucia natychmiast, sięgając po ocalały kieł.

Jak bardzo się zdziwił, znajdując w środku dwie sztuki tak uwielbianych przez niego ostrzy. Złożone tylko czekały na pewny chwyt i długie cięcie. Nasłuchiwały żałosnych jęków przyszłych ofiar, wyskakiwały w przyszłość na spotkanie śmierci. Rwały się do tanecznej walki, wirowania wśród tysiąca szkarłatnych istnień. Chciały tego, pragnęły. Żądały.

- Kowal naprawił tamten zepsuty. – Nonszalancki głos Płomiennego dotarł do zamroczonego umysłu Raikou jak przez grubą warstwę izolacyjną. Stłumiony, słaby, wreszcie nabrał na sile wbijając się w mentalność alchemika.

Nie znajdując żadnej kąśliwej uwagi, przypiął ulepszone nabytki do boków plecaka. Teraz całkowicie przygotowany do sprostania zadaniu czekał na sygnał, mający rozpocząć oficjalnie polowanie na hybrydy. Nimfadora porwała w dłonie lejce, jej wierzchowiec parsknął, chcąc wyruszyć w pościg. Cała trójka ustawiła się tak, aby każdy mógł sięgnąć świstoklika bez większych niewygód.

- Powodzenia, moi drodzy – odezwał się Albus, posyłając im pokrzepiający uśmiech. Mustang zasalutował, jak to było w wojskowym zwyczaju.

- Nie spartacz, Tańczący. I nie wywiń jakiegoś numeru – powiedział rozkazująco, z dawką ostrzeżenia. Raikou oddał gest niedbale, nie przywiązując do niego większej uwagi.

- Wątpisz we mnie, Zapałko? – Wokół małej grupki zgęstniało powietrze, napełniające się świszczącą energią. Drobne krople deszczu zmieniały kierunek pod wpływem dziwnego naporu przestrzeni, wiatr ogłupiał wijąc się, miotając bezwładnie. Trzy dłonie chwyciły przestarzałą makulaturę, dyrektor oraz pułkownik odsunęli się kawałek do tyłu.

Wystarczył jeden wyraz – polowanie – a zamknięty, mały świat rozpłynął się w wielu przeplatających się barwach. Odgłosy zmieszały się w jeden, ogromny szum uderzający nieustannie bębenki. Konie rżały nerwowo, lecz nie wyrywały się z objęć wirującej potęgi magii. Zakręcona tęcza kolorów krążyła wokół nich i choć trwało zaledwie parę sekund, dla nich czas wydłużył się znacznie.


Szaleńczy pęd łopotał pelerynami, kopyta wbijały się w podłoże, haratały wystające korzenie drzew. Wyrzucane w górę liście szeleściły potępieńczo, ptaki zrywały się całymi stadami ku niebu. Po niedługim czasie szybkiego galopu konary zaczęły się rozrzedzać, aż wreszcie wierzchowce wypadły na otwartą przestrzeń. Zakręciły pod naporem jeźdźców, zwolniły i wreszcie stanęły na wysokim pagórku. Stąd był doskonały widok na leżące niżej niewielkie miasteczko.

Wtedy do Syriusza, Tonks i Hari'ego dotarła metaliczna, nieprzyjemna woń. Kobieta zbladła momentalnie, jej włosy poszarzały na widok pierwszych szczątków ciał leżących niedaleko. Jesienna trawa upstrzona bordowymi plamami, rozpadające się w gruzy budynki mieszkalne, zwierzęcy ślad odciśnięty na plecach zmaltretowanego dziecka – wszystko to wydobyło z ust Blacka siarczyste przekleństwo.

- Widzicie go? – zapytał, samemu lustrując wzrokiem okolicę. Starał się ignorować nieprzyjemne uczucie w żołądku oraz dużą gulę w gardle.

Silny podmuch przywiał w ich stronę mocniejszy zapach posoki. Raikou rozejrzał się w poszukiwaniu najmniejszego śladu bestii, nie tracąc czasu na kontemplowanie wyników okrutnej rzezi. Odpiął plecak, zarzucił go na ramię i zeskoczył zgrabnie na ziemię, chcąc lepiej przyjrzeć się ewentualnym poszlakom. Choć burzowe chmury poruszały się na nieboskłonie, nie posłały na te tereny ani grama wody. Wskazywała na to zaschnięta szkarłatna ciecz, należąca z pewnością do mieszkańców. Jej zapach ciągle był intensywny, jak sami się przekonali, więc hybryda urządzała sobie regularne posiłki w postaci surowych ludzi. Młodzieniec nakazał ogierowi zostać, a sam ruszył w dół ku mieścinie.

- Ej, zaczekaj! – Nimfadora, o bladej niczym papier skórze, zsunęła się z siodła i pobiegła za czarnowłosym. Syriusz skrzywił się niechętnie, popędzając wierzchowca. Kłusem przebiegł kawałek w prawo, nie spuszczając jednak towarzyszy z oka. Odwrócił jednak spojrzenie na moment, aby wybadać inne części miasteczka. Koń okrążył je szybko, parskając niespokojnie i potrząsając bujną grzywą.

Tymczasem Hari lawirował spokojnie między ciałami trupów, trzymając jedną dłoń na rękojeści miecza. Jego instynkt narzucał ostrożność, przestrzegał przed zagrożeniem, pułapką. Aurorka podążała za nim, starając się ukryć ogarniającą jej grozę. Brała udział w wielu walkach, zraniła i zabiła sporo przeciwników. Jednak nigdy jak dotąd nie stanęła przed takim zjawiskiem, nie spotkała się z taką brutalnością. Ani nie czuła się zupełnie bezradna, jak w tej chwili. To było obezwładniające i unieruchamiające zakleszczony w rozpaczy umysł.

Wtem Raikou stanął nad zwłokami dwudziestoletniego mężczyzny. Miał on twarz naznaczoną czterema paskudnymi szramami, rozerwany bok, jedno oko wypłynęło z oczodołu, a prawa ręka została odjęta za pomocą ostrych jak brzytwa zębisk.

- Co robisz? – zapytała Tonks ochrypłym głosem, dzierżąc w dłoni różdżkę. Rozglądała się nerwowo, pilnując czy wróg nie wyszedł czasem z ukrycia.

Zignorował ją, odczepiając jeden stalowo-diamentowy kieł. Bez zbędnych ceregieli wbił go w ramię trupa, nie przejmując się sapnięciem różowowłosej.

- Co ty… - urwała, zaciskając mocniej palce na polerowanym drewnie. Szmaragdowe tęczówki wbiły się w nią chłodno, zmroziły wszelkie protesty.

- Jeszcze nie gnije, więc doskonale nada się na przynętę – odezwał się wreszcie Hari, składając z powrotem ostrze i odkładając na miejsce. Rzepy wydały charakterystyczny odgłos, który w tych warunkach brzmiał jak wybuch granatu.

- Przynętę? Chcesz wykorzystać człowieka jako ofiarę? To nieetyczne! – sprzeciwiła się Nimfadora, odzyskując pewność siebie gdy oburzenie przerosło strach oraz obawę.

- Myślisz, że jego to obchodzi? I tak już nie żyje – odparł Raikou, wykrzywiając usta w ironicznym grymasie. – Zresztą, za chwilę nie będzie potrzebny. Twoje krzyki zwabią tę genetyczną pokrakę prosto do nas – dodał z sarkazmem, podnosząc się na nogi. Kobiet otworzyła usta żeby dodać coś więcej, ale przerwał jej nadjeżdżający Syriusz.

Gniady koń wyhamował tuż przed nimi, z jego nozdrzy wydobywały nieregularnie kłęby pary. Black poklepał go po szyi, oglądając się za siebie, w stronę pierwszej linii budynków. Zaniepokojenie, a także podekscytowanie lśniące w źrenicach mówiło wyraźnie o obecności przeciwnika.

- Coś poruszyło się w tamtym miejscu – odezwał się, wskazując spory, sypiący się dom. Czerwone dachówki zjechały w dół, po czym rozbiły się na kawałeczki o bruk.

- Albo wiedział od dawna, że tu jesteśmy. Albo dopiero, co się obudził. – Przy drugim zdaniu Hari obdarzył Tonks jadowitym uśmieszkiem. Ta zarumieniła się zażenowana, zaś nierozumiejący aluzji Syriusz przewrócił oczyma na tracenie cennych sekund głupimi według niego spekulacjami.

- Musimy atakować – wyrwał się z propozycją, czując krążącą już w żyłach adrenalinę. Gorąco rozpływało się po organizmie, dodawało sił na walkę z przebrzydłym stworzeniem.

Raikou pochylił się w celu podniesienia zamordowanego przez hybrydę mężczyzny. Zarzucił sobie bezwładne ciało na barki, paraliżując tym czynem starszego kompana. Black zdębiał, zamrugał zdumiony. Ciemna krew wypłynęła z na nowo otwartej rany, plamiąc nieuchronnie brązową aba. Tańczący poprawił sobie ciężar dla lepszego komfortu, a następnie ruszył do czarnego rumaka. Tonks zadrżała niekontrolowanie, śledząc wzrokiem bordową smugę ciągnącą się za alchemikiem.

- Co on wyrabia? – wychrypiał zniesmaczony Syriusz, ukrywający nagły przypływ trwogi. Traktowanie w ten sposób ciał zabitych nie mieściło mu się w głowie. Wymienił spojrzenie z kuzynką, zanim oboje ruszyli dogonić młodzieńca.


Za sypiącym się murem poruszyła się z gracją kocia sylwetka. Długi ogon smagnął powietrze ze świstem, żółtawe ślepia zabłysły wewnętrznym blaskiem pożądania. Wargi uniosły się, odkrywając lśniące w świetle mrugającej latarni zęby. Czarne łuski zachrobotały o siebie, kiedy zmodyfikowane sztuką wschodu zwierzę zwinęło się w kłębek.

Czuło ich, doskonale wyczuwało zapach nowoprzybyłych osób. Strącona nieostrożnym posunięciem cegła sturlała się w dół, obijając o ostre kanty pobratymców. Trzaskowi towarzyszył nieludzki, obrzydliwy rechot wydobywający się spomiędzy umięśnionych szczęk.


*Przystuł - paski, do których zapina się popręg (pas zapinany pod brzuchem konia).