Lucjusz ocknął się, gdy promienie słońca dosięgły jego twarzy. W komnacie nie było do końca spokojnie i cicho. Słyszał wyraźnie jak James porusza się w swojej kołysce, więc zsunął z siebie koc i wstał jak najciszej potrafił. Podgrzewana stałym zaklęciem butelka znajdowała się w zasięgu jego ręki, ale nie zdążył jej podnieść.
- Powinieneś spać – powiedział, widząc, że Harry całkiem niepotrzebnie wstał. – Ja mogę go nakarmić – dodał, chociaż wiedział, że chłopak nie ma nic przeciwko temu.
Wciąż jednak wydawało mu się, że nie spędza dostatecznie dużo czasu z własnym dzieckiem. A minęły dopiero dwa dni. Podejrzewał, że to miało coś do czynienia z faktem, że nie mógł obserwować Harry'ego w ciąży. Nie towarzyszył im w tym czasie, a to były długie miesiące. Coś gorzkiego pojawiało się w jego ustach na samo wspomnienie tego jak blisko był Harry przez ten cały czas. Może genialnym i najbardziej odwracającym uwagę było to, że nigdy nie schował się w domu. Nie ukrywał kolejnych objawów. Wszyscy interesowali się bardziej jego problemami z magią niż przyrostem wagi czy sennością, którą Lucjusz co prawda zauważył, ale zwalił winę na długie i niepotrzebne wywody Swingwooda na mównicy.
Harry podał mu butelkę i usiadł na łóżku, przeciągając się porządnie. Wyglądał o wiele lepiej i jego ręka powędrowała instynktownie do różdżki, co Lucjusz uznał za dobry znak.
James spoglądał na niego ciekawie, więc usiadł z powrotem na fotelu, z dzieckiem w ramionach. Harry nie spuszczał go z oka, jakby to nie było coś, czego się spodziewał.
- Nie miałem ostatnio praktyki, ale to nie transmutacja – prychnął trochę zirytowany.
- Nie, nie. Świetnie ci idzie. Po prostu nie spodziewałem się, że to będzie takie… - zaczął Harry i urwał.
- Naturalne? – dopowiedział usłużnie Lucjusz. – Możesz wierzyć lub nie, ale karmienie własnego dziecka jest naturalne.
- Nie o to mi chodziło – prychnął Harry, irytując się lekko. – To po prostu jest dziwne. Wszystko jest dziwne. Dziwne jest, że tu jestem. Dziwne jest, że mamy ranek, a ty siedzisz z Jamesem na fotelu, jakby nic się nie stało. Sam nie wiem. Myślałem, że wszystko będzie bardziej skomplikowane – westchnął chłopak.
Lucjusz w zasadzie rozumiał jego punkt widzenia. Posiadanie dziecka nie było łatwym tematem i wiele wisiało między nimi niewyjaśnionych kwestii. Draco słabo przyjął wiadomość o tym, że Lucjusz nie był w tym zamieszaniu bez winy. Nie zamierzał unikać odpowiedzialności za własną głupotę, bo jeśli chodziło o Harry'ego Pottera, powinien był wiedzieć lepiej. Chłopak był chodzącą niewinnością – przynajmniej w kwestiach etyki. Nie posunąłby się do tak niskiej formy kontroli jak szantaż. Zresztą musiał przypuszczać jak bardzo silnym czarodziejem był. Inaczej nigdy nie stanąłby przed Wizengamotem – domagając się swoich praw. Pewnie nie wiedział jak odnieść wielkość swojej mocy do pozostałych czarodziejów, ale to była już całkiem inna sprawa. I Granger zapewne doskonale zdawała sobie sprawę, że próbowała ukryć pod swoimi skrzydłami maga tak potężnego, że Rada ugięła się pod jego wolą.
- Ten dom został zbudowany na silnych fundamentach. Miał zapewniać spokój i bezpieczeństwo rodzinie, która go zamieszkiwała – wyjaśnił Lucjusz spokojnie. – Świat poza nie jest już tak przyjemny i bezpieczny. Jeśli czujesz się zbyt pewnie, wyobraź sobie, co zrobi Prorok Codzienny, gdy dowie się o dziecku. Twoim dziecku – podkreślił Lucjusz, wiedząc doskonale jakie nazwisko będzie nosił James.
Dłoń nadal go świerzbiła. Potrafił sobie wyobrazić nazwisko Harry'ego obok swojego na drzewie genealogicznym Malfoyów. Złota nić – piękna i perfekcyjna – wiodłaby od nich do dziecka, które w oczach innych mogło być adoptowane, ale oni wiedzieliby, że to tylko ułuda. Podobnie jak członkowie jego rodu. Jednak to zrodziłoby zbyt wiele pytań. Zbyt wiele podejrzeń. I chociaż miał na końcu języka zaklęcie, nie mógł go rzucić. Nie, bez zgody Harry'ego.
- Nie chcę cię straszyć. To nie jest moim zamiarem – uściślił Lucjusz, widząc, że chłopak blednie. – I nawet jeśli nie zdecydujesz się zostać tutaj, pomogę ci. Mam kontakty o czym wiesz. Artykuły będą się ukazywały, ale będziesz je autoryzował. Nikt nie zbliży się do domu Blacków, zadbam o to…
- W zasadzie myślałem o tym, żeby przeprowadzić się do rodzinnej posiadłości – zaczął Harry niepewnie i wpatrywał się w niego, jakby szukał aprobaty.
- To byłby o wiele lepszy pomysł niż życie w domu, którego rodzina nie jest nijak związana z twoją poprzez krew. Wiesz, że magia obronna jest silniejsza, gdy podąża zgodnie z liniami rodu – przypomniał mu spokojnie. – W takim razie wzmocnię posiadłość Potterów. I nie masz się czego bać – zapewnił go.
Harry poruszył się niespokojnie.
- Nic się magicznie nie stało prostsze – poinformował go, nie zamierzając go okłamywać.
Nie chciał, aby chłopak żył w mylnym przeświadczeniu, że wszystko będzie łatwe.
- Ale masz mnie – dodał i spojrzał na niego, wkładając w te słowa tyle pewności, ile tylko mógł.
James zaczynał się kręcić, protestując, co tylko oznaczało, że należy odstawić butelkę. Niemowlę przez chwilę jeszcze poruszało ustami, jakby nie wierzyło, że smoczek faktycznie zniknął. Cisza zaczynała doprowadzać go do szaleństwa, a Harry po prostu siedział na łóżku i wpatrywał się w niego z mieszanką emocji, której nie potrafił rozszyfrować. Wbrew temu co sądzono, chłopak nie był wcale taką otwartą księgą. Zdążył poznać go na tyle, aby wiedzieć, że jego umysł poruszał się dziwnymi ścieżkami. Czasami wydawało mu się, że każdy przejaw zła czy niesprawiedliwości będzie dla Harry'ego szokiem, ale ten zaskakiwał go raz po raz. Jak wtedy gdy okazało się, że jego Mroczny Znak jest wyczuwalny przez chłopaka przez cały czas. A przecież Harry nigdy nie traktował go inaczej – gorzej, tylko przez to, że przeszłość Lucjusza nie była krystalicznie czysta.
Wydawało mu się wręcz, że Harry rozumiał, że podczas wojny zmuszeni byli do robienia rzeczy, które umożliwiały im przetrwanie. I nie należało ich za to winić. Każdy miał rolę do odegrania.
Z drugiej jednak strony Harry wydawał mu się również niezwykle czysty. Jakby były w nim pokłady zrozumienia i wybaczenia niedostępne dla innych. To wciąż stanowiło dla niego zagadkę i zapewne miało nie zostać już nigdy wyjaśnione.
- Dziękuję – powiedział nagle chłopak, trochę go zaskakując.
- Nie powinieneś mi dziękować – odparł Lucjusz, zaczynając kołysać dziecko.
Słońce zaczynało na dobre unosić się nad horyzontem.
- To powinno się rozumieć samo przez się. To mój obowiązek, moja powinność – powiedział całkiem poważnie, nie spuszczając Harry'ego z oka.
Chłopak powoli skinął głową, jakby chciał mu w ten sposób zakomunikować, że w końcu do niego dotarło.
ooo
Harry nie potrzebował spostrzegawczych oczu Hermiony, aby dostrzec, że Lucjusz zaczynał mieć problemy z kręgosłupem. Sam czuł się coraz lepiej, więc zmienili komnaty na gabinet Malfoya. Lucjusz upewnił się, że na jedynej w pomieszczeniu kanapie znajdzie się dostatecznie wiele koców, aby wygodnie mu się pod nimi leżało. Skrzat pojawił się z kolejną kołyską i zaczynał się poważnie zastanawiać ile mebli przeznaczonych dla dzieci Lucjusz posiadał. Wiedział, że Hermiona wciąż okupowała wschodnie skrzydło wraz z dziećmi i w salonie na parterze znajdowało się jeszcze jedno łóżeczko.
James wydawał się podstępnie przesypiać dni, aby dawać mu w kość w nocy i może to była jakaś zemsta za to, że narażał dziecko na cały ten stres.
- Kingsley przysłał notatkę wczoraj wieczorem – podjął Lucjusz, odrywając się w końcu od swojej poczty. – Będzie chciał porozmawiać z tobą jak najszybciej, o ile będziesz się dobrze czuł.
- Chce zapytać o coś konkretnego? – zainteresował się Harry.
Nie miał ochoty okłamywać aurora, który kiedyś uratował mu życie, ale powiedzenie prawdy wydawało mu się zbyt wielkim ryzykiem. Już teraz krąg osób uświadomionych był zbyt wielki. I chociaż wciąż to byli członkowie – bądź co bądź rodziny – jakoś nie potrafił przyswoić do siebie tej myśli, że nie są zdani z Hermioną na siebie.
Lucjusz wydawał się nawet bardziej niż zainteresowany Jamesem. I jeśli Harry miał być szczery – czasem przyłapywał mężczyznę na dłuższym wpatrywaniu się w niego.
- Powiedziałbym, że bardziej chce poinformować cię o efektach śledztwa. To jest cios w stronę aurorów, że pozwolono na coś takiego – odparł Lucjusz, wzruszając ramionami, jakby to było całkiem oczywiste.
- I to jest nie fair. Nigdy nie było tego włamania. Marnują czas – stwierdził Harry, ponieważ nadal go to gryzło.
Przyznawał, że nie było innego wyjścia, ale wciąż czuł się winny. Zdanie Hermiony nie zmieniło nic w tej kwestii. Nie był pragmatykiem pomimo wieloletnich starań i nacisków z kilku stron. Nawet Amelia poddała się w końcu, zostawiając go w świętym spokoju. Wiedział kiedy należało skłamać, ale to smakowało jak gorycz w jego ustach.
Wyręczanie się Lucjuszem czy Hermioną też nie było do końca odpowiednie.
- Wiem jakie śledztwo przeprowadzono podczas obu ataków na Ministerstwo – westchnął Lucjusz. – Gdyby za pierwszym razem nie zbagatelizowano sprawy nie doszłoby do sytuacji, w której Bellatriks… - zaczął mężczyzna i urwał.
Harry niemal na własnej skórze czuł jak w powietrzu pojawia się magia. Lucjusz zesztywniał, jakby samo to wspomnienie wywoływało u niego złość. I Harry doskonale to znał. Jego emocje też nie zawsze pozwalały się okiełznać. James miał jakąś dziwną zdolność do pozbywania ich zahamowani. Kiedy jeszcze Harry go nosił, nie był w stanie zapanować nad swoją magią. A nie tak dawno nawarczał na Draco jakby faktycznie mieli po czternaście lat.
Hermiona zwróciła na to uwagę jako pierwsza, gdy zaczęła płakać pierwszego dnia w jego rękaw i nie mogła przestać. A potem sam obserwował jak kolejni ludzie zaczynali poddawać się tej dziwnej aurze Jamesa. Lucjusz walczył z nią najdłużej, ale najwyraźniej była to po prostu kwestia tematu, który poruszali.
- Mam nadzieję, że rozumiesz, iż nie życzę sobie, aby podobna sytuacja się powtórzyła – powiedział mężczyzna zaskakująco spokojnie i spojrzał na niego, niemal wbijając go w fotel.
- Bellatriks nie żyje – odparł po prostu, nie wiedząc co powinien powiedzieć.
- Nie podziękuję ci za uratowanie mi życia, bo to był czysty idiotyzm – ciągnął dalej Lucjusz, jakby w ogóle go nie usłyszał.
- Snape powiedziałby to samo – prychnął Harry.
Kąciki ust mężczyzny nawet jednak nie drgnęły.
- Zginąłbyś – powiedział w końcu Harry. – Nie przeżyłbyś tego. Wiesz jak działa Avada.
Lucjusz prychnął.
- Doprawdy? A myślałem, że po oglądaniu skutków tego zaklęcia przez prawie dwadzieścia lat to czar łaskotek – zakpił mężczyzna. – Obaj wiemy jak działa to zaklęcie. I powinieneś wiedzieć, że nie staje się na jego drodze.
- Nie mogła mnie zabić – odparł Harry spokojnie.
- Nie mogłeś być pewien – stwierdził Lucjusz zimno i Harry zaśmiał się.
- Oczywiście, że mogłem być pewien. Myślisz, że On nie zabezpieczył się przed zdradą? Dał mi najlepszą broń pod słońcem – prychnął Harry. – Żadne z was nie mogło mnie nigdy tknąć. Zakazał wam, prawda? – spytał cicho i zobaczył czysty szok wymalowany na twarzy Lucjusza. – Zakazał wam używania na mnie Zaklęć Niewybaczalnych. Chroniąc siebie nie zdał sobie sprawy, że tym samym chronił największego swojego wroga i nie chciał, abym wiedział. Przestałbym się was bać, a chciał, żebym żył w ciągłej obawie na widok każdego czarnego płaszcza – ciągnął dalej. – Powiedział wam, że chce mnie zabić osobiście, ale tak naprawdę żadne z was nie mogło mnie tknąć, ponieważ to był jeden z jego trzech błędów.
- Trzech błędów? – spytał Lucjusz na wpółświadomie, wpatrując się w niego jak zahipnotyzowany.
- Po pierwsze nigdy nie powinien był próbować mnie zabić. Potem nie powinien był konstruować w ten sposób Mrocznych Znaków – wyjaśnił. – I nigdy nie powinien był ufać tobie i Severusowi – przyznał i czuł jak jego kąciki uniosły się lekko.
Lucjusz rozluźnił się nieznacznie i oparł wygodniej o swoje krzesło. Harry jednak widział ile bólu sprawił mu ten ruch. Kilka buteleczek eliksiru, którego nie użył wciąż znajdowało się w sypialni. Był na tyle silny, aby uśmierzyć ból pleców, ale stosowanie go na dłuższą metę było idiotyzmem. Jak każda mikstura – mieszał w magii. Może czarodzieje pokroju Rona mogli się takowymi zapijać po każdej akcji, ale moc Lucjusza zaczęłaby się szybko buntować przeciwko takiemu traktowaniu.
- Jak długo wiedziałeś? – spytał mężczyzna w końcu.
I w jego głosie nie było ciekawości. Może odrobina wyzwania, jakby chciał sprawdzić jak szybko Harry dodał dwa do dwóch. Jak wiele był w stanie zaobserwować w latach, gdy jeszcze nie posiadał wszystkich elementów układanki.
- Po ataku w Ministerstwie, wtedy gdy zginął Syriusz – przyznał, przełykając ślinę. – Bellatriks rzuciła na mnie Crucio. Zapewne potem została ukarana, ale to dało mi do myślenia. Kiedyś już widziałem skutki tego zaklęcia i pamiętam rodziców Neville'a – urwał. – Nie bolało aż tak bardzo. I to było dziwne – przyznał ostrożnie i wziął głębszy wdech. – Jedyną, która była w stanie rzucić tak silne zaklęcie, była Hermiona, więc poszliśmy do Wrzeszczącej Chaty pewnego wieczoru i potwierdziła moje przypuszczenia. Byliśmy złączeni z Voldemortem silniej niż sądził i dlatego w sumie przestałem bać się Snape'a, co pewnie go trochę zastanawiało. Zawsze mi się wydawało, że prędzej on mnie zabije niż Voldemort.
Lucjusz prychnął, ale nie zaprzeczył.
- To jest poufne – dodał jeszcze na wszelki wypadek, ale mężczyzna uniósł tylko brew, jakby chciał zapytać poważnie?
ooo
Nie wiedział nawet, że zasnął, ale kiedy otworzył oczy twarz Lucjusza znajdowała się dziwnie blisko. Mężczyzna niósł go opatulonego w koce. I Harry prawie się wyślizgnął, trochę przestraszony.
- Spokojnie – powiedział Lucjusz, chwytając go mocniej pod kolanami. – Zaraz będziemy w pokoju.
- James? – spytał tylko, zaczynając ziewać.
Nie mogło być zbyt późno, bo w korytarzu nie zapalono świec.
- Draco go ma – odparł Lucjusz.
- Hermiona? – spytał jeszcze.
- Pracuje – powiedział Draco, zrównując się z nimi.
Harry zesztywniał i poczuł, że zaczyna się czerwienić.
- Skoro nie śpię, mogę iść. Wiesz o tym? – spytał ostrożnie.
- Jeśli będziesz się wiercił to cię upuszczę – ostrzegł go lojalnie Lucjusz, gdy przechodzili przez drzwi sypialni.
Skrzaty musiały zmienić pościel i wszędzie pachniało lawendą, która nieprzyjemnie przypominała mu o ciotce Petunii. Sądził, że Draco zaraz wyjdzie, ale Malfoy kręcił się nad łóżeczkiem w zasadzie bez powodu. Jakby wyczekiwał chwili. I Lucjusz zerknął na swojego pierworodnego z charakterystyczną zmarszczką między brwiami, którą miał zawsze, gdy próbował przewidzieć skutki czegoś. W końcu mężczyzna zabrał jakieś przypadkowe raporty ze stoliku i przeprosił ich wymawiając się słabo pracą. Obaj wiedzieli, że skończył. Harry nigdy nie usnąłby w połowie naśmiewania się z reformy Bradleya.
Drzwi zamknęły się za Lucjuszem cicho. I Harry westchnął, czekając aż Draco w końcu powie co miał do powiedzenia. Sporej wielkości dom dawał im możliwość skutecznego unikania się i podejrzewał, że Hermiona również z tego korzystała.
- Rozmawiałem z ojcem – zaczął w końcu Draco, odwracając się w jego stronę.
Oparł się biodrami o stolik i zaplótł dłonie na piersi.
Harry uniósł brew, nie wiedząc za bardzo co ma z tego wynikać.
- Oczywiście przypuszczanie, że chciałeś od niego wyłudzić pieniądze… są tak kuriozalnie śmieszne, że nie wiem jak wpadło mu to do głowy – ciągnął dalej chłopak. – Słuchaj – dodał trochę bardziej nerwowo. – Nie jestem twoim wrogiem. Po prostu…
- Oswajasz się – wszedł mu w słowo Harry, wiedząc doskonale jak ludzie reagowali, gdy byli czymś zszokowani.
- Tak i… - zaczął Malfoy, a potem urwał.
- Masz brata, Draco – poinformowało go Harry spokojnie. – Masz brata.
Chłopak spojrzał na niego tak zagubionym wzrokiem, że Harry zastanawiał się czy te słowa usłyszał po raz pierwszy. Sam stanął przed lustrem kilka miesięcy wcześniej i mówił do siebie, że jest w ciąży, żeby jego mózg załapał. A potem długo oglądał skórę, która zaczynała się naciągać za każdym razem, gdy nabierał dodatkowych kilogramów.
- To jest magiczne dziecko, Potter… Harry – powiedział Draco, jakby to nie mieściło się w jego głowie. – Wiesz co to oznacza? – spytał.
Harry wzruszył ramionami.
- Jak zawsze, że mam przerąbane – stwierdził ze spokojem.
Już przyzwyczaił się do tej myśli, ale nie sądził, że warga Draco zacznie drgać, a potem chłopak wybuchnie głośnym śmiechem. Harry miał ochotę mu zawtórować, ale James zaczął płakać niemal od razu, wystraszony nagłym hałasem.
- Szlag, ojciec nie ponowił zaklęcia – powiedział Draco, podnosząc niemowlę z kołyski.
- Nie przeklinaj przy dziecku – skarcił go, nie mrugnąwszy nawet okiem.
ooo
Kiedy obudził się po raz kolejny, Lucjusz leżał na fotelu – tym razem z kocem na swoich kolanach. Harry westchnął podchodząc do kołyski, gdzie James właśnie zaczynał swój standardowy rytuał, który zaczynał się od nerwowego kręcenia, a kończył płaczem. Podczas wojny potrafił wychwycić kiedy Ron i Hermiona zmieniali się na warcie i teraz okazało się to bardzo przydatne. Nie budził się, gdy Lucjusz wchodził do pokoju, ale najmniejszy ruch dziecka sprawiał, że jego oczy otwierały się szeroko.
To nie była pora karmienia. James wydawał się rozbudzony jednak, więc wziął dziecko na ręce i zrobił kilka kroków po pokoju, starając się nie stawać bosymi stopami na deskach, które wydawały dźwięki. Zaczynał znać tę komnatę jak własną kieszeń. I w zasadzie dopiero teraz zdał sobie sprawę, że ubrania, które teraz nosił dziwnie zaczęły na niego pasować. I na pewno do niego nie należały. Miał pewne podejrzenie wcześniej, ale zamieniło się w pewność, gdy na spodniach piżamy pojawiła się podobizna gryfindorskiego lwa. Nie był tylko pewien czy Hermiona udała się na zakupy czy Lucjusz.
Mężczyzna zresztą kompletnie wyczerpany wpółleżał na fotelu i Harry zaczął zdawać sobie sprawę, że nie tylko on był tutaj nie do końca racjonalnym, co było dziwnie krzepiące. Lucjusz najwyraźniej nie zamierzał opuścić sypialni – powodowany poczuciem obowiązku, które trochę dławiło Harry'ego. Nie chciał, aby mężczyzna planował ich przyszłość opartą tylko o wzajemną przyjaźń, ale im dłużej o tym myślał – tym bardziej zdawał sobie sprawę z tego, że to jedyne logiczne wyjście. Gdyby byli oficjalnie razem, Lucjusz mógłby 'adoptować' Jamesa. Byliby obaj ojcami i nikt nie miałby w tej kwestii wątpliwości. Wiedział też, że Lucjusz byłby mu wierny. Obaj się przyjaźnili i darzyli szacunkiem. Mężczyzna słuchał jego rad, gdy w ciągu tych dwóch dni rozmawiali o pracy. I naprawdę rozważał jego słowa, gdy Harry miał jakąś uwagę. To mogło się udać. I Hermiona miała trochę rację, gdy mówiła mu, że czasami wybierało się nie dobro swoje, ale dziecka.
Widział to teraz doskonale.
Lucjusz był mocno związany z Jamesem. I nie mogli żyć w ten sposób. Malfoy zapewne spędzałby część nocy na jakimś krześle, a to na dłuższą metę nie sprawdziłoby się. I Harry nie wiedział za bardzo jak przerwać ten idiotyzm. Zerknął niepewnie za siebie, na łóżko, które było o wiele za duże dla jednej osoby i wziął głębszy wdech.
James zasnął w jego ramionach kilka dobrych minut wcześniej i może to było małe błogosławieństwo, które miało pewnie potrwać maksymalnie trzy godziny. Odłożył dziecko do łóżeczka i wziął kolejny wdech, gdy obrócił w palcach różdżkę. Nie używał magii cały dzień, ale był na to gotów. Oczywiście byłoby tragedią, gdyby upuścił Lucjusza, ale to w zasadzie byłby nawet przekomiczny widok. Zawsze mógł wyjaśnić, że chciał poprawić koc, ale jego magia zaszalała.
Zaklęcie lewitujące nie było trudne. Stanowiło jeden z podstawowych czarów i starał sobie przypomnieć jak Flitwick kazał traktować im piórko na pierwszym roku. Koc zsunął się na podłogę niemal bezgłośnie, a on powoli obracał się w stronę łóżka, gdy Lucjusz sunął w powietrzu. Zrobił kontrolowany wydech, pozbywając się zawartości płuc wraz z każdym centymetrem, gdy obniżał mężczyznę nad materacem, aż w końcu Lucjusz rozłożył się wygodnie na prześcieradle.
Odłożył różdżkę na stolik, upewniając się, że między nimi jest jakaś godna przestrzeń, a potem zamknął oczy.
