36.
Była panią tego domu i nie zamierzała bynajmniej bezczynnie patrzeć, jak rodzinny obiad zamienia się w mordobicie. Pete wyraźnie się martwił – zawsze stawał się zgryźliwy i przykry, kiedy coś szło nie po jego myśli. Nie przypuszczała, by to sami Amerykanie pozostawali główną przyczyną jego problemów, tym bardziej, że wcześniej już nie raz radził sobie z nimi śpiewająco. Potrafił ich pacyfikować jak nikt na świecie.
Dlatego wiedziała doskonale, że najwidoczniej to w Edynburgu jest coraz gorzej – a on zmaga się z samym sobą, jak zawsze gdy dochodziło do sytuacji, w której Torchwood musiało użyć siły.
No dobrze, ale to jeszcze nie znaczyło, że miał prawo tak po prostu wyżywać się na wszystkich dookoła!
ONA przynajmniej nie zamierzała mu na to pozwalać.
Musiała go w miarę możliwości utemperować i szczerze mówiąc miała gdzieś fakt, że ucierpi na tym jego autorytet.
Faceci i ich duma! Jakby nie było na tym świecie ważniejszych spraw.
Na przykład teraz – dużo bardziej niż na dobrym samopoczuciu męża, zależało jej na tym, by ustalić, co stało się Rose i Johnowi.
Ślepy by się zorientował, że coś jest nie tak. Na początku, kiedy weszli, myślała, że po prostu się pokłócili, ale teraz, po godzinie spędzonej w ich towarzystwie, miała już pewność, że chodzi o coś więcej niż zwykła sprzeczka.
Kiedy widziała ich razem przy okazji swojej ostatniej wizyty u córki, bez przerwy wodzili za sobą wzrokiem i wprost nie mogli się od siebie odkleić.
Teraz rzucali sobie co najwyżej ukradkowe spojrzenia, kiedy mieli pewność, że to drugie akurat nie patrzy w ich kierunku. I w ogóle się nie dotykali! To nie było normalne.
I owszem, może i nie znała zbyt dobrze Johna, ale przecież wiedziała dokładnie, jak zachowywał się Doktor, kiedy próbował się zdystansować do wszystkich dookoła. Teraz widziała dokładnie te same objawy – zaciśnięte pięści, zmarszczone brwi, na pozór nieprzenikniony wyraz twarzy. I tę irytującą postawę: „Wycofuję się teraz i dajcie mi wszyscy święty spokój".
No cóż, nie z nią te numery! Jego czas na ucieczkę dawno już minął, a poza tym – sądząc po wyrazie jego twarzy, gdy patrzył na Rose – wcale nie życzył sobie spokoju już na dobre.
Zaś co do córki – no cóż, Jackie doskonale znała swoje dzieci. Rose była jednocześnie wściekła i rozżalona. I strasznie pogubiona.
Hmm, dlatego właśnie ktoś tu powinien być mądry i pomóc jej podjąć właściwą decyzję. Niezależnie od tego, co ta para wymyśliła.
Poza tym, sprawy osobiste jej dzieci to jedno, a miła atmosfera to drugie.
Nie zamierzała dziś wysłuchiwać bezustannego zymzolenia o polityce i o pracy w ogóle. Co innego pomoc potrzebującym, a co innego technobełkot i przepychanki u steru rządów.
Skoro więc Pete tak usilnie dążył do konfrontacji, to niech ją sobie ma, proszę bardzo. Tym bardziej, że kto jak kto, ale John na pewno nie da mu się stłamsić. Na przykład już teraz mogłaby się założyć, że nie zarejestrował nawet połowy obelg, którymi obrzucił go jej mąż. Więc niech się tam spierają do woli!
Ona sama tymczasem mogła poświęcić czas, kiedy będą sobie skakać do oczu, na coś znacznie bardziej pożytecznego.
Zadowolona z siebie i uskrzydlona własnym sprytem, szybko wyprawiła z pokoju Tony'ego, a potem podniosła się zza stołu.
- No, pomóż mi – ofuknęła córkę. - Rusz się, mam wszystko robić sama?
Rose wstała niechętnie, spoglądając na nią z wyraźnym zaskoczeniem. Przez moment Jackie wydawało się, że widzi nawet w jej oczach cień irytacji.
Tym lepiej.
Łatwiej będzie wytrącić ją z równowagi i może tym razem wyjątkowo obejdzie się bez wyciągania z niej wszystkiego siłą.
Weszła do kuchni i starannie zamknęła drzwi za nimi obiema. Przez chwilę nasłuchiwała w napięciu, ale z jadalni nie dobiegał żaden głośniejszy dźwięk, co pozwalało przypuszczać, że do rękoczynów być może jednak nie dojdzie.
Jackie odstawiła na blat resztę naczyń i spojrzała wyczekująco na córkę.
- No? – przynagliła mało subtelnie, ujmując się pod boki.
- Co: no? – bąknęła wymijająco ta oporna dziewczyna. - Gdzie… gdzie ten deser?
- Chyba nie myślisz, że to po niego tu przyszłam!
- Mamo!
- Słucham? – spytała uprzejmie. – Znasz mnie i wiesz, że nigdy nie bawiłam się w subtelności. Co się dzieje?
- Nie uważasz, że to jest moja sprawa?
- Nie, bo nie będę bezczynnie patrzeć, jak się męczysz, dopóki jesteś pod tym dachem.
- Dobrze. Już wychodzę.
- Przestań! Zachowujesz się jak twój ojciec. – Instynktownie przysunęła się bliżej i dotknęła ramienia Rose. Dopiero teraz dotarło do niej, że córka cała się trzęsie. – Co was dziś ugryzło?
- Nic.
- Właśnie widzę – przytaknęła ironicznie. – I to twoja sprawa. Ale chyba Johna też, co?
Rose demonstracyjnie odwróciła się do niej tyłem. Nie było odpowiedzi.
Jackie westchnęła ciężko, podeszła bliżej i objęła córkę, opierając brodę na jej ramieniu.
- Co zrobił? – wymamrotała trochę niewyraźnie. – Hmm? Że aż tak cię to martwi…?
Rose milczała jeszcze przez chwilę, a potem odwróciła się błyskawicznie, zarzucając jej swoim zwyczajem ręce na szyję. Nadal cała się trzęsła, więc
Jackie przytuliła ją i pogłaskała uspokajająco po plecach. Nagle uświadomiła sobie, że dawniej córka – jej dziewczynka, tamta sprzed kilku lat – pewnie płakałaby teraz rozpaczliwie, oczekując pociechy.
A ta Rose, nowa Rose – po prostu stała bez ruchu, obejmując ją ze wszystkich sił.
Tkwiły tak na środku kuchni przez dłuższą chwilę, aż wreszcie Jackie usadziła ją przy kuchennym stole i usiadła naprzeciwko, przypatrując jej się z troską.
- Po prostu… - wykrztusiła córka. – Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że już jest dobrze, on… - Bezwiednie podniosła głos. - Okłamał mnie, rozumiesz? Perfidnie mnie oszukał. Myślałam… że jednak jest inny, obiecał, że będzie wreszcie do końca szczery, a on…
Jackie pytająco uniosła brwi. Brzmiało to dość typowo – zwłaszcza w ustach zakochanej kobiety, której po okresie pierwszej fascynacji spadają łuski z oczu.
- Mężczyźni czasem kłamią – stwierdziła spokojnie. – Co ty, myślisz że twój ojciec niby jest taki prawdomówny?
- To nie to samo! – warknęła Rose, wyraźnie zniecierpliwiona. – Tata i John… Oni nie są…
- Polemizowałabym – mruknęła matka, czekając z zaciekawieniem na rozwój wypadków. – Powiesz mi wreszcie, co takiego zrobił?
Milczała przez chwilę, a potem zaczęła mówić o Donnie. Wyrzucała z siebie kolejne zdania, coraz szybciej i szybciej, jakby miała nadzieję, że kiedy dobrnie wreszcie do końca, sprawi jej to ulgę.
Jackie instynktownie wyciągnęła rękę i gładziła ją lekko po rękawie; znała część tej historii z czasów, gdy córka jeszcze skakała i pewnie dlatego było jej teraz łatwiej. To, czego Pete nie chciał jej powiedzieć, wyciągnęła z niego siłą. Potem poznała Donnę osobiście. Spędziły razem w TARDIS trochę czasu sam na sam.
Polubiła ją bardzo i zabolał ją fakt, że historia tej kobiety miała takie zakończenie. I jednocześnie nie mogła całkowicie potępić Tamtego. Po prostu… była na niego wściekła, dokładnie tak jak córka. Ale przez tę złość przebijało też coś na kształt współczucia i zrozumienia.
Cholera, kiedyś, w czasach gdy sama czekała bezustannie na dźwięk nadlatującej niebieskiej budki, często marzyła o tym, by Rose w cudowny sposób zapomniała o swoich przygodach, o Doktorze i całym tym wariactwie - i zaczęła normalnie żyć.
Żeby nic jej nie groziło.
I pewnie dlatego myślała, że – skoro to był jedyny sposób, by zapewnić Donnie Noble bezpieczeństwo – to Doktor nie miał wyboru.
A potem córka dotarła do momentu, gdy John pocieszał ją w środku nocy, rozbitą i zaryczaną – i kiedy zapytany wprost zapewnił ją, że Donna nadal podróżuje.
Mówiła nieswoim głosem, wpatrzona w kuchenne okno, taka… obca. Taka kompletnie wycofana.
Jak on.
Jackie wzdrygnęła się na tę myśl i dopiero po chwili dotarło do niej, że Rose zamilkła raptownie, najwyraźniej czekając na coś w rodzaju werdyktu.
- No i? Sama widzisz.
Jackie westchnęła ciężko.
- Kochanie – zaczęła powoli, jakby zwracała się do dziecka. – A co niby on miał biedny zrobić?
- Powiedzieć prawdę!
- Prawdę – prychnęła Jackie. – Prawdę, w momencie jak ledwo trzymałaś się kupy?
- Tak!
- I co by ci to dało? Przecież chciał pomóc!
- Nie widzisz, że tak jest jeszcze gorzej? – Teraz już krzyczała, ale chyba nie zdawała sobie z tego sprawy. - Przywiązałam się do niego!
- No cóż, tak to bywa w miłości.
- A jak znowu mnie oszuka? – spytała. - Znowu coś ukryje? Będzie decydował za mnie?
- Hej, nie zagalopowałaś się przypadkiem? – przystopowała ją Jackie, coraz bardziej zirytowana. - Kiedy niby decydował? John?
- Cały czas! Choćby tydzień temu, w Norwegii!
- Tydzień temu decydował Doktor. Jeszcze nie mam sklerozy.
- John też. Wiedział już, co będzie z Donną, ale się nie odezwał. Stałam tam i… I nie miałam wyboru!
- Słabo mi, jak słyszę takie brednie! – wybuchnęła Jackie. – Przecież tam byłam, do diabła! Wszystko widziałam!
- Ale…
- Wybrałaś, Rose. I nieważne czy to były hormony, miłość czy coś jeszcze innego. Miałaś ten cholerny wybór, więc teraz bądź dorosła i ponoś konsekwencje. Nie możesz go traktować jak zabawki!
- Czy ty nie rozumiesz, że jest jak Doktor? Już nie mam siły drugi raz…
- A czy to nie Doktora przypadkiem szukałaś przez sześć lat? – wtrąciła Jackie. – Co za porażająca logika!
- Bo on… - Rose urwała i spojrzała na nią bezradnie.
- No, co? – dopytywała się matka. - Nie jest tak wspaniały, jak sobie wyobrażałaś?
- Mamo!
- Słucham? – spytała Jackie lodowatym tonem. Najchętniej przełożyłaby Rose przez kolano, a potem ponownie przytuliła. Ale to nie rozczulanie się nad nią było jej teraz potrzebne.
- Boję się, że...
- On też się boi – wtrąciła Jackie znacznie ciszej. – Przecież to ze strachu ci nie powiedział.
Gwałtownie wyprostowała się na krześle, ale po chwili znów uparcie pokręciła głową.
- Nie będę drugi raz… Nie mogę.
- Pewnie – pokiwała głową Jackie. – Najlepiej odpuścić i uciec.
- Nie rozumiesz, że nie mam siły? Nie mam już siły!
- Bzdura. – Czuła się paskudnie, negując w ten sposób każde słowo, ale nie miała wyjścia.
Rose zagryzła wargi i spuściła głowę.
- Kazałam mu się wyprowadzić – powiedziała bardzo cicho.
- Chyba do reszty zgłupiałaś! – ofuknęła ją Jackie. – Czy ty…
- Przestań, nie wiesz jak to jest. Tata nigdy by nie decydował za ciebie!
- Hm, w sumie to prawda. Chociaż czasem pozwalam mu myśleć, że tak jest.
- Nie nabijaj się ze mnie!
- Nie śmiałabym – spoważniała momentalnie. Cholera, pierwszy raz była aż tak bezradna wobec tego głupiego, ślepego uporu. Pierwszy raz tak bardzo chciała pomóc, a nie widziała zupełnie, jak to zrobić. – Ale uwierz mi, ojciec ma wiele innych wad. Jak każdy facet.
Pomyślała o jego apodyktyczności, o tym że prawie nie ma go w domu. Pomyślała o Suzie Costello i przelotnym romansie, który mieli tuż przed jej pojawieniem się w tym świecie.
I o którym sam jej powiedział.
I o ciągle dostrzegalnych śladach po tamtej żonie, które tak usilnie starała się wyplenić.
Rose nawet nie zdawała sobie sprawy, jakie ma szczęście. John widział tylko ją.
Zawsze tylko ją.
Zagryzła wargi, a potem odetchnęła głęboko.
To nie był czas i miejsce na porównania. Nie chciała truć o własnych doświadczeniach. I musiała pozwolić córce popełniać błędy. To zawsze było najtrudniejsze. To, że zrobiłaby wszystko, by oszczędzić jej cierpienia, a na niektóre wydarzenia i uczucia nie miała po prostu żadnego wpływu. I że o pewnych rzeczach Rose musiała przekonać się sama.
W jednym miała rację - była jej dzieckiem i, tak jak ona sama, nie pozwalała za nic sobą sterować.
Ciekawe tylko czy w pełni docierało do niej, jaką cenę może zapłacić za tę niezależność.
- Kochanie? – zaczęła ostrożnie, już zupełnie spokojnie. – Chcesz żeby odszedł?
- Słucham? – Wyrwana z zamyślenia, podniosła głowę.
- Zdajesz sobie sprawę, że on naprawdę odejdzie? Jest dumny. Odejdzie, skoro sama go o to prosisz. Chcesz tego?
Rose zacisnęła usta w wąską linię. A potem odetchnęła głęboko i spojrzała matce prosto w oczy.
- Nie wiem – odpowiedziała spokojnie. – Po prostu nie wiem.
