Ślub Kriazora ostatecznie sprowadził się do minimum, z Izydą podpisali urzędowe dokumenty w towarzystwie rodziców Kriaora, którzy przyjechali specjalnie z Indii. Całość trwała może z godzinę.
Jakiś czas później popijali symbolicznego szampana na opuszczonej o tej godzinie stołówce generałów. Izyda ubrana w prostą kremową suknię wtulała się w Kriazora w białym mundurze. Rozmawiali z rodzicami po angielsku.
W pewnym momencie wahadłowe drzwi zaskrzypiały i zajrzał do nich Silla, który od rana nie mógł myśleć o niczym innym. Ukłonił się gościom, po czym postawił przed sobą wiklinowy koszyk.
Spały w nim trzy szare futrzane kuleczki.
– Klara miała małe. Myślałem, że będą moje, ale są dla was, mają was pocieszyć.
– Jesteś pewien? - Kriazor spojrzał z uśmiechem na Sillę, który zagryzał wargę patrząc w koszyk.
– Przecież powiedziałem. Ale weź je szybko, bo jeszcze zmienię zdanie. Jak będziecie o nie dbać, to też będą za was myślały do waszego Ducha.
Izyda wyciągnęła rękę, żeby musnąć palcem jednego z wilczków.
– Dziękujemy. Są piękne.
Przez ostatnie wydarzenia Kasar wciąż czuł się miękki w środku, jakby dopiero dobrzał po gorączce, a Izaak ciągle był jeszcze sam przez siebie obrzydzony, będąc o krok bliższy zamawiania niesmażonych steków. Musieli się gdzieś wyrwać i wybrali oczywiście brzeg morza. Wyszli na plażę oddaloną o jeden teleport od bram Morskiego Królestwa, grecką plażę ulubioną przez syreny.
Spore głazy na wpół zanurzone w piachu i płyciźnie prowadziły znaczny kawałek w głąb morza, niczym naturalne molo. Zapadł już wieczór – generałowie zastali pomarańczowe niebo i słońce schodzące za wodny horyzont. Przy średniej dozie ostrożności mogli nie mocząc nawet butów zajść na koniec.
– Syreny uwielbiają jak się śpiewa i jak się coś świeci w ciemności – opowiadał Kasar.
– Są tutaj? – Izaak patrzył w migoczącą ostatkami słońca taflę.
– Tutaj nie. Ale w ogóle nie ma fal, a woda strasznie niesie dźwięk. Wystarczy, że...
Przerwał. Usłyszeli coś za sobą. Ktoś szedł po plaży tą samą drogą, co oni przed chwilą. Obaj padli na płask na kamienie, żeby nasłuchiwać nad wodą.
– Co? Titiska z Sorrentem? - szepnął Izaak a Kasar poruszał brwiami. – Co mogłaby w nim widzieć?
– To wszystko dzieje się tak szybko… – mówił jej głos. - Musiałam ci od razu powiedzieć. Jeśli chcesz, znajdę jakieś rozwiązanie i będzie jak dawniej, zapomnimy o wszystkim.
- Nie, Titis, poczekaj. Nie znajduj rozwiązań. Nie chcę, żeby było jak dawniej. – chyba pierwszy raz słyszeli, żeby Sorrento odezwał się do kogoś bez pretensjonalnego tonu. – a może.. Wyjdziesz za mnie?
– Chcesz wziąć ślub z powodu dziecka?
– Z tego powodu, pomimo niego i obok niego. Po prostu. A ty chcesz?
– A to by nie było za blisko po Kriazorze i Izydzie? Podkradalibyśmy im cudzą uwagę. Może jednak by im się to przydało…
– Może jednak chcesz.
Nachylił się, żeby ją pocałować...
– Uuu! Proszę, proszę, więc jednak potrafisz, chociaż wyglądasz jak John Homo – Kasar powstał, a Titis o małe wyskoczyła ze skóry wyrósł tuż za jej plecami.
– Moje gratulacje – ujawnił się też Izaak i splunął przypadkiem akurat w tym momencie. – To jak ją nazwiecie? – zapytał bez ogródek, w końcu syrenom zawsze rodziły się córki.
Titis głośno wciągnęła powietrze. Ich moment został zupełnie zrujnowany. Spojrzała na swojego towarzysza bezradnie, woląc, żeby się tym zajął.
– Może Kasjana? – odpowiedział Sorrento, podnoszą nich wzrok z wyniosłym obrzydzeniem, jakby w swoim 5-ciogwiazdkowm apartamencie znalazł martwego szczura.
– Cudne. Ale obawiam się, że niepowtarzalne – Kasar przyjął do wiadomości ripostę i zeskoczył na ich poziom. Czyli jednak znali jego ludzkie imię. Wciąż jednak rozbawiony ich tajemnicą, zmierzył Titis wzrokiem z góry na dół. – On przyfarcił. Ale ty mogłaś lepiej trafić.
– Wiesz, jakie mam przeczucie? – teraz z kolei ona założyła ręce na piersi, odzyskując animusz. – Myślę, że to nie będzie dziewczynka. Będzie chłopiec, dokładnie taki sam, jak ty. Ja to jeszcze jakoś przeżyję, a ty? Już nie będziesz wyjątkowy. I to właśnie cię zabije, a nie żaden Rycerz Zodiaku.
– To co, wyjdziesz za tego mięczaka? – spytał Izaak. – Bo nie usłyszałem.
