Napisane na miłosną akcję na Mirriel. Prompty brzmiały: rywalizujące biznesy oraz kismet.
Małe ja, jak zwykle, marudzi. Ale napraaaawdę. Nie dość, że zamiast, jak w zeszłym roku, wziąć jakiś nowy, niszowy fandom, to sobie poszłam Wiedźminem vel po linii najmniejszego oporu. Nie, jeszcze musiało mi pisanie iść jak po grudzie i mogę Wam tu wymienić milion wad tego fika (ale nie zrobię tego, bo może jednak niektóre pominiecie ;)). A w dzień wrzucania nawet przyszło mi do głowy, co trzeba było robić, żeby on zadziałał - tylko to było o 19.15. I postanowiłam jednak nie ryzykować, tylko dokończyć rzecz bezpieczną.
Rayla, Roche, Ves. Wszyscy ze wszystkimi w sensie pairingów, ale one są tylko wzmiankowane, bez żadnych opisów.
Zakładanka
Biała Rayla przybywa do Temerii, bo na północy Temerii, zajętej południem vel buntem Podgórza Mahakamskiego, szaleją Wiewiórki. Posiłki się przydadzą, a Rayla nie przepuści okazji, by odpłacić długouchym za – za wszystko, wiadomo. Hurtem.
Roche powinien być zadowolony, że będzie mógł, rebelię stłumiwszy, spokojnie wrócić do Wyzimy, odpocząć, nacieszyć się medalami i królewskim dobrym słowem, a nie gnać na drugi koniec kraju wyłapywać rozzuchwaloną drobnicę. Powinien być. W raportach i wpółprywatnych listach do stolicy zapewniał, że jest.
W listach ze stolicy Talar uprzejmie donosił, że Rayla od razu ma sukcesy, ale to przy jej reputacji nic dziwnego, wszyscy się spodziewali. Równa baba, mimo całej swojej sławy dupy wysoko nie nosi, chętnie się dzieli wiedzą, wojsko już ją uwielbia, lud także, dziadowie uliczni wyją pieśni na jej cześć po rynsztokach, dziewki się „na Raylę" czeszą. Słowem: cenne wsparcie dla temerskiej armii, doskonała królewska inwestycja.
Roche odpisywał, że się cieszy. W duchu liczył, że kolejne mahakamskie miejscowości będą stawiać zawzięty opór, usprawiedliwiający wszelkie wyjątkowe środki. Tłamszenie, jak na złość, szło już teraz bardzo dobrze – szybko, efektywnie, bez większych strat w temerskich żołnierzach, za to z nieludnością cywilną całkiem dobitą. Żołnierze, znużeni walką, dawali się namawiać nie tylko na mordy i grabieże, ale nawet gwałcenie krasnoludzkich kobiet, a nic tak dobrze nie robi na spokój w prowincji jak z ćwierć wsi mieszanych dzieciaków, upokorzenie mężczyzn i narobienie kobietom kłopotu na następne dwie dekady.
'
'
Kiedy wrócił, czekały na niego medale, wyższy stopień, łaska króla, kolejne poszerzenie jurysdykcji i na zaś opustoszałe nieludzkie getto. Opustoszałe całkiem bez powodu, bo Vernon nastrój miał dobry, z całym światem by się napił, z całym światem w karty grał i lał przyjacielsko po mordzie.
Przynajmniej do momentu, gdy, wyszedłszy od Foltesta, wysłuchawszy grzecznościowych gratulacji od tych kilku osób dość ważnych, by wysłuchać ich musiał, i wróciwszy na dziedziniec, nie dostrzegł Pasów gadających z ludźmi Białej Rayli oraz samą Raylą. Która zresztą ewidentnie go wypatrywała.
Podeszła sprężystym, miękkim krokiem.
— Nie mieliśmy jeszcze okazji. — Wyciągnęła dłoń. — Rayla.
Jedynie obecność jego chłopaków, wpatrzonych w kobietę jak w jakiś chędożony obrazek, powstrzymała Roche'a od warknięcia „wiem" i ostentacyjnego wlepienia gał w kikut ręki.
— Roche. Vernon. Miło — niemal się zakrztusił — mi.
Uśmiech Rayli był niezwykle, niezwykle uprzejmy.
— Mnie też. Właśnie gadaliśmy z chłopakami, że trzeba gdzieś skoczyć, oblać twój, wasz, sukces.
Jasne, cholera. Jasne. Tego mu tylko brakowało. Ale Pasy wyglądały na zachwycone propozycją.
— Nie chadzam do Nowego Narakortu.
Między wąskimi, suchymi wargami Rayli błysnęły zęby.
— A kto chciałby siedzieć z tymi nadętymi bucami? Myślałam o „Misiu Kudłaczu".
Jeszcze lepiej. Ale przynajmniej obsłudze i klienteli tej speluny wbiło się już do głowy, że Roche'a lepiej nie traktować jak „Vernusia". Tego blamażu się uniknie. A po drodze zerknie, czy Talar pisał prawdę o tych fryzurach „na Raylę".
'
'
Przesadzał, stwierdził Vernon z satysfakcją. „Na Raylę" zrobione było może z jedna trzecia dziwek, może ciut więcej. Na pewno mniej niż połowa.
Za to prostytutki-inwalidki, zwykle chowające się po mieszkaniach i polecane sobie drogą szeptaną między koneserami, teraz dumnie paradowały po ulicach. Mają kobiety swoje pięć minut. Dobrze, dobrze, rynek fetyszy nietypowych zwykle był płytki, trudny, niech sobie odłożą. Byleby tylko obrotni alfonsi nie zaczęli dziewkom nic urzynać. Trzeba będzie rozpuścić wici, że jak się Roche o takim procederze dowie, to ścięgno na ścięgnie z takiego skurwiela nie zostanie...
— Co tak milczkiem siedzisz? Słyszałam, że ty nie z tych, co to ich trapią wyrzuty, histerie i weltschmerze? — Rayla trąciła go ramieniem, uderzyła kuflem w kufel. — Zmęczenie po kampanii?
Skrzywił się w piwo.
— Praca mnie nie męczy. To dworskich głupot nie cierpię.
Rayla ni to się zaśmiała, ni to westchnęła.
— Tutaj się zgadzam. Chcą wyników, a rzucają kłody pod nogi. Tego nie, siamtego nie, to nieetyczne, tamto za drogie. I jeszcze wilkiem patrzą.
Wymamrotał potwierdzenie, ale nie podjął wątku. Nie da się złapać na taką prostą sztuczkę jak wspólnota doświadczeń.
Rayla pokręciła głową, rozbawiona. Spojrzała na chłopaków, swoich i Roche'a, rzucających nożami w ścianę, zagadanych, roześmianych, pijących.
— Krzyw mi jesteś — ściszyła głos do szeptu, nachyliła się konfidencjonalnie. — Jestem nie stąd, wtryniam ci się w robotę, mam reputację, wszyscy porównują. Wkurzam cię. To jasne. Dlatego wolę od razu załatwić, prosto z mostu. Nie chcę twojego stanowiska, nie zamierzam kraść królewskiej łaski ani nikogo tutaj przyćmiewać. Na niesnaskach w wojsku skorzystają tylko Wiewiórki.
— Tu się zgadzam. — Roche oderwał się na chwilę od piwa.
Po czym natychmiast do niego wrócił. Rayla zresztą też. Po długiej chwili wybuchnęła śmiechem.
— Twarda sztuka. — Zęby zadźwięczały o szklankę. — Lubię takich. To jak już musimy iść na udry, to może chociaż konstruktywnie? W walce, nie intrygach?
— Kto ma więcej kurtek z elfiej skóry? Buty krasnoludzkimi piętami podbija?
— Kto ma lepsze wyniki operacyjne. Zabici, informacje, wielkość strat... Mnie też przyda się jakaś dodatkowa motywacja. — Trzepnęła Vernona w kolano, po koleżeńsku. — A ty się po drodze do mnie przekonasz.
Rzucił jej na wpół urażone, na wpół sceptyczne spojrzenie. Znów się zaśmiała.
— Może, może. A może się zapieczesz w urazie. Mnie jednako, emerytury w Temerii nie planuję.
'
'
Wynik po pierwszym kwartale: Roche – rozbite dwie siatki, czyli pięć komand plus wspierający havekerzy i cywile. Obu dowódców wziął żywcem, trzech bogatych havekerów wsadził do aresztu, starostę sporej wsi na współpracy złapał – i wszyscy mu sypali. Wytropił rodziny kilku poszukiwanych, przydusił paru przywódców gmin, nawet nie liczył takich głupot. Straty w oddziale – sześciu chłopa. Straty w jednostkach towarzyszących – prawie dwanaście procent. Straty w cywilach – w dupie je miał, ale Rayla twierdziła, że wysokie.
Oddział Rayli nie rozbijał siatek, zajmował się nagłymi sytuacjami. Brała udział w tuzinie „kryzysów", wszystkie rozwiązała pozytywnie – większość napastników zginęła lub została wzięta do niewoli, miejsca sporne odbito, skradzione dobra odzyskano, prowodyrów przykładnie storturowano w trakcie egzekucji. Straty u Rayli – dziesięciu najemników. Straty w oddziałach towarzyszących – niecałe siedem procent. Straty wśród cywilów podobno bardzo niskie.
— Co kogo obchodzą cywile i oddziały wspierające? — Roche przewrócił oczyma. — Zwiało ci więcej napastników niż mnie, procentowo. Wygrałem.
— Cholera, Vernon, pacyfikacja się już skończyła. To są lojalne prowincje, mamy je chronić, nie rezać do gruntu! Jak wyrżniesz wioskę razem z Wiewiórkami, to kogo niby ochroniłeś?
— Króla. Wypełniam wolę króla, nie jakichś kmiotków...
— Król bez kmiotków umrze z głodu, chyba że się sam do pługa zaprzęże. Eeej, gdzie z tym nożem! — Wykręciła mu rękę, którą, faktycznie, sięgał już do pasa. — Toż własnym tyłkiem ochraniam twojego króla przed tym pługiem! — Uchyliła się przed kopniakiem. — Racja, racja, razem ochraniamy. Ty nawet pewnie lepiej.
Roche natychmiast się naprężył, zaparł mocniej nogami. I słusznie podpowiadało mu doświadczenie: Rayla zaraz wzmocniła chwyt, spróbowała pociągnąć go do przodu, przewrócić na stół. Może nawet by się udało, gdyby nie ten brak ręki. Kiedy on z kolei kopniakiem odepchnął jej krzesło, drugą ręką chwycił jej ramię, szarpnął w swoją stronę, nie miała jak się podeprzeć. Poleciała na niego – ale już z kolanem w pozycji bojowej. Vernon ledwie zdołał zewrzeć zacisnąć nogi, osłonić krocze. Kobieta wykorzystała to do nastąpnięcia mu z całej siły na stopę, puściła jego dłoń i z palcami skoczyła do twarzy, oczu, włosów, a kiedy się zasłonił – sam zasłonił sobie pole widzenia – przyrżnęła mu protezą w skroń.
Zamroczyło go na moment i w tym momencie został zrzucony z krzesła. Pociągnął Raylę za sobą i, cóż, cóż, wylądowali na ziemi. Odtoczyli się od w dwa przeciwległe kąty pokoju. Nie spuszczali z siebie wzroku. Oddychali ciężko. A potem Rayla parsknęła śmiechem. Roche zaraz do niej dołączył.
— Lubię, jak chłop ma jaja. Jak spróbuje mnie lać, to mu dwa razy tyle oddam, a jak jaj nie ma, to nic nie poradzę. — Rayla dźwignęła się na nogi. — Powinniśmy chyba ustalić jakieś kryteria porównawcze. Dla naszej rywalizacji. Inaczej możemy się przerzucać wynikami do śmierci i bez sensu.
— „Kryteria porównawcze". Trochę to za wysokie progi. — Roche w pierwszej chwili chciał się podeprzeć o stół, ale uświadomił sobie, że przecież Rayla wstała sama. — Zwłaszcza jak na zabawę, z której nic nie wynika.
Kobieta zmierzyła go spojrzeniem, nadal ubawionym.
— Masz ochotę na zakład?
— Nie — burknął. — Ja jestem żołnierzem króla, nie najemnikiem. Traktuję służbę poważnie.
Dobry nastrój w sekundę wcięło. Rayla skrzywiła się pogardliwie.
— Jakbym nie słyszała, jak się u ciebie zakładają. Ale najemników lżyć zawsze łatwo, pewnie. Wszystko nam przypisujecie. Co prawda to nie my staliśmy z boku, kiedy oddziały Nilfgaardu pustoszyły Aedirn, myśmy wtedy...
— Też zajmowałem się walką z Wiewiórkami. Wtedy. A i Redania nie ruszyła na pomoc Aedirn.
Uśmiechnęła się krzywo. Podeszła do drzwi, szarpnęła.
— To właśnie miałam na myśli. Robicie każde skurwysyństwo na rozkaz suwerena. Ale dupa zawsze wysoko, bo elitarne oddziały Foltesta, nie byle najemnicy.
Nawet w huku zatrzaskiwanych drzwi Roche rozeznał jeszcze „chuje".
'
'
Vernon próbował sobie powiedzieć, że to wcale a wcale nie była jego wina. Przecież Rayla już nie raz musiała takie rzeczy słyszeć. Zwykle pewnie nawet gorsze, bo co on niby takiego powiedział, nic wulgarnego, nie zelżył, nie kazał iść precz z Temerii, słowa o umiejętnościach nie powiedział, zresztą, głupi byłby, gdyby je negował, więc o co o ogóle...
— Ty też już nie raz „kurwi synu" słyszałeś, nie? — zauważył Talar, cokolwiek znudzonym tonem, dłubiąc nożem w pieczeni; siedzieli w zamkowej kuchni. — Mam ci przypomnieć, jak reagujesz?
Roche poczuł się w obowiązku zaprotestować.
— Nijak, kiedy je rzuca hrabia.
Talar gruchnął śmiechem, aż mu piwo poszło nosem.
— A ty myślisz, że dla Rayli jesteś hrabią?
Vernon zacisnął usta. Pił w milczeniu długą chwilę.
— Radzisz mi...
— Radziłbym ci przeprosić, ale tego nie zrobisz. Weź na przeczekanie, a potem przy spotkaniu spróbuj być w miarę... znośny.
— Znośny?
— ...Urrrwa. — Na zamku Talar się jednak pilnował. — Spytaj któregoś z chłopaków, żonatego najlepiej, jak sam z siebie nie rozumiesz. — Odstawił kufel. — Nie obrażaj jej dalej przynajmniej. Milcz, jak nie masz nic miłego do powiedzenia.
— Ja z nią w ogóle nie chciałem gadać! — prychnął obronnie Roche. — Gdyby mnie zostawiła w spokoju...
— Pogrążasz się — poinformował uprzejmie Talar. — Co, miała się niby do kolegi po fachu nie odezwać? Dopiero byś ją klął, że się wywyższa. A zresztą, pewnie ciekawa była. Po tym, jaką rolę miałeś w stłumieniu buntu, wszyscy są ciebie ciekawi. To jednak — rozejrzał się czujnie na boki, upewnił, że jedynie najniższa rangą służba kręci się po kuchni — kurewsko imponujące było.
Vernon znów prychnął, tym razem z ledwie skrywaną dumą. Talar go podchodził, zmiękczał i Roche właściwie to wiedział, ale był gotów machnąć ręką. Naprawdę świetnie sobie poradził, tym wszystkim, co to twierdzili, że Foltest sobie pieska ze slumsów przygarnął i bezsensownie łaskami obdarza, mordy zamknął. I proszę, sam z chłopakami to sprawił, a chłopaki pod jego dowództwem. Żadnych koneksji. Na wojnie zresztą koneksje można sobie wsadzić w dupę, pierwszy kontakt z wrogiem szlachetnych panów usadza.
— Próbujesz mi wmówić, że Rayla mnie...
— No, no, no. Bo już widzę, że zaczynasz galopować. Rayla była ciekawa i docenia twoje umiejętności. Tyle. Na klęczkach z podziwu to ona nie jest. Nie przesadzaj. I grzeczniej, grzeczniej do kobiety po prostu. Tobie to przecież zwykle dobrze idzie, a ona fest dziołcha jest, jak to mawiają. Nie wiem, co ty masz z nią za problem.
Roche otworzył usta. Napotkał wzrok Talara. Zamknął je i wrócił do picia.
'
'
Ale to Rayla pierwsza do niego podeszła, wróciwszy do Wyzimy po paru tygodniach w terenie. Wściekłość jej najwyraźniej przeszła, bo podeszła po prostu, z propozycją wyjścia do „Misia Kudłacza" i informacją o ostatnich wynikach jej zespołu.
— Bo nadal rywalizujemy, nie? — Rzuciła nożem w prowizoryczną tarczę z drewnianego talerza, zawieszoną nad barem.
Trafiła, oczywiście. Cały bar, nawet nieludzie, wybuchnął entuzjazmem. Nieludzie, podejrzewał Roche, raczej ze względu na instynkt samozachowawczy.
Zamiast odpowiedzi, Vernon rzucił własnym nożem. Też trafił, też oczywiście.
— Od kiedy ty rzucasz nożami? — spytał podejrzliwie.
— Od zawsze, jak wszyscy. — Na widok Roche'owej miny dodała. — Ostatnio częściej. Przypomniałeś mi, jaka to dobra broń.
Vernon przyjrzał się jej spod oka. Podziękowanie? Gest pojednawczy? Jednak podziw? Nie, zagalopował się znowu. Ale odpowiedzieć ciszą byłoby najgorzej.
— Lekka, łatwo ukryć, dobrze niesie, można użyć na krótki dystans... — urwał, dochodząc do wniosku, że taka wymienianka nie jest wiele lepsza od milczenia, i wzruszył ramionami. — To co, teraz zakładamy się, kto lepiej rzuca? — zaproponował ostrożnie.
Rayla pokręciła głową.
— Nie zakładam się, kiedy wiem, że przegram.
Roche miał ochotę spytać, czy kobieta nadal jest wściekła o to ostatnio, czy próbuje zbyć poprzednią kłótnię komplementem, czy może, jakimś cudem, nie ma żadnych ukrytych intencji, o wszystkich niesnaskach zapomniała, a teraz dokonała trzeźwej oceny swoich umiejętności. Vernon w końcu rzucał tymi nożami regularnie od dobrej dekady. W warunkach bojowych.
Miał ochotę, ale ostrzeżony przez Talara na zimne dmucha.
— Słyszałem, że w ostatniej akcji znów udało ci się uniknąć strat wśród cywilów. Winszuję.
Sądząc z poprzednich rozmów los tych kmiotków czegoś Raylę obchodził. Cóż, każdy ma jakieś idiosynkrazje, jak to ujmował słownik. Vel histerie, jak to ujmowała Vernona matka.
— Od razu widać, kiedy próbujesz być miły. — Rayla parsknęła cichym śmiechem. — Aż ciekawe, jakim cudem ci... Chociaż na przesłuchaniach pewnie się po prostu bardziej starasz.
Na takie dictum to Roche'a zatkało z oburzenia. On do niej z sercem, próbuje zapomnieć, że najemnicy to ostatnia swołocz, co to za złoto pod każdym sztandarem pójdzie – a ona jemu, proszę! z przesłuchaniami wylatuje!
Wobec czego warknął pod nosem jakieś średnio przyjazne „pierdolisz" i wrócił do picia oraz rzutów nożami. Porozumienie na tym gruncie coś im lepiej wychodziło. Po chwili nawet zapomniał, że ma być wściekły, i gwizdnął z podziwem, gdy Rayli udała się sztuczka z rzucaniem od tyłu, plecami do celu. A gdy wychodzili, rycersko – czytało się wszak te dworskie podręczniki – zaproponował kobiecie, że ją odprowadzi do kwater.
W odpowiedzi usłyszał:
— Nie mówię nie, ale ty masz większe i bardziej odosobnione. Wygodniej nam będzie.
'
'
Honor mężczyzny, oficera, syna Temerii, poddanego Foltesta, dwukrotnie odznaczonego za to i siamto, nie pozwalał tłumaczyć, że się zostało źle zrozumianym. Dziwnie by to zresztą wyglądało – a knajpa przecież nadstawiała uszu! – skoro najwyraźniej pół Wyzimy pragnęło chędożyć właśnie Raylę. Roche, chcąc nie chcąc, wyobrażając już sobie minę Talara („kto się czubi, ten się lubi, wiedziałem, stary chuju, wiedziałem"), poprowadził Białą do tych swoich dwóch wygodnych pokoi.
'
'
Rayla uważała, że Roche jest tak dobry w łóżku właśnie dlatego, że całe to chędożenie mu w gruncie rzeczy zwisa i powiewa, a jego matka się sprzedawała. Nie tracił dzięki temu głowy, pożądanie nie przyćmiewało mu techniki, wbity w łeb odruch nakazywał zaś robić wszystko, by zadowalać klienta – czyli obecnie partnera.
Może i lepiej, że chłop nie miał głowy, by się zajmować gwałtami. Po takich jeszcze by się te pierdolone elfy same w kolejki ustawiały, by wszczynać bunty i zostać ukarane.
Rayla nie zamierzała Vernonowi tego w twarz wygarniać, skądże. Ani jemu, ani nikomu. W ogóle się nie przyznawała, że wie o pochodzeniu dowódcy Pasów. Aczkolwiek wiedzieli wszyscy – Wyzima to jednak była pod pewnymi względami prawdziwie prowincjonalna dziura, plotki się rozchodziły szybciej niż zaraza – tylko co by komu przyszło z takiego wygarniania? Nie chłopa wina w końcu. A w łóżku był dobry, szkoda tracić. Nawet jeśli, przy tym swoim cholerycznym temperamencie, po dwóch godzinach by już zapomniał. Nie, nie, Rayla po prostu taka nie była.
Wpadała więc między misjami na pochędóżkę do Roche'a. Po drodze zwykle wymieniali się jeszcze tymi statystykami, nadal bez sensu, bo nadal bez ustalenia cienia kryteriów porównawczych, kłócili się o jakieś bzdety związane z traktowaniem cywilów oraz zwykłych żołnierzy, pili, rzucali nożami, wymieniali anegdoty. Dobry układ, zwłaszcza że służyli też w całkiem innych oddziałach, wysyłano ich zawsze na osobne misje, żadnej szansy na konflikt szarży. Bardzo, bardzo dobry układ. Rayla nie miałaby nic przeciwko temu, by potrwał przez jej całą służbę na Foltestowym żołdzie.
Jak to zwykle w życiu, ktoś miał do tej pięknej wizji obiekcje. Pieprzony los, konkretniej.
'
'
Rayla wybuchnęłaby śmiechem, gdyby jej ktoś wcześnie powiedział, że Roche jest się w stanie przejmować cywilem choć w połowie tak bardzo, jak teraz przejmował się Ves. Rayla znała nawet jej imię, bo też, cholera, nikt, kto miał z Vernonem jakikolwiek kontakt, nie mógł go nie znać. Dotąd chłopu z ust nie schodziła co najwyżej Temeria i Foltest, teraz jeszcze ta dziewczyna z wiewiórczej niewoli.
Rayla się cieszyła, że tamtą odbito. Szczerze. Za dobrze znała elfie obozy, za dobrze wiedziała – widziała – co tam się robi więźniom. Ludzkim kobietom. Dziewczyna miała fart, że w ogóle dożyła do tego odbicia. Rayla się naprawdę cieszyła, ale reakcja Roche'a to ją rozbrajała, to doprowadzała do szału.
Żeby chłopina tę Ves chciał przelecieć! Zakochał się! To byłoby może irytujące, bo potencjalnie odcinałoby Raylę od Vernonowego łóżka, ale jeszcze jakoś zrozumiałe. Ale Roche ewidentnie nie zamierzał tamtej tykać palcem. Obruszał się, gdy inni komentowali jej wygląd, choćby szeptem i poetyckimi eufemizmami. Kobieta podejrzewała, że gdyby ktoś spróbował głośno i nieeufemistycznie, doszłoby do bójki.
Rozczulające, cholera. Na chłopski um szło zrozumieć: Vernon traktował Ves jak młodszą siostrę, kuzynkę, matkę. Kogoś, kim honor i miłość nakazują się opiekować. Być o to zazdrosnym wydawało się samej Rayli absurdalne – pewnie, dotąd może Roche nikogo poza Temerią oraz Foltestem tak nie ubóstwiał, ale trudno mieć o to pretensje, gdy się mu samemu, dopychając łokciami i kolanem, władowało do łóżka. Całkiem na zimno, niemal w ramach strategicznej kampanii, bo się słyszało wcześniej na dworze same dobre rzeczy o jego umiejętnościach.
Wobec tego Rayla nie była zazdrosna. Rayli szkoda raczej było czasu, który Vernon mógłby poświęcić, a który spędzał teraz z tą swoją przyszywaną siostrą, pilnując, by się w Wyzimie jaka krzywda nie stała, pokazując jej miasto, na nowo ucząc radości życia.
I przy okazji zaznajamiając ją z wojaczką. Dziewczyna o to podobno prosiła – w to Rayla mogła bez trudu uwierzyć – ale nadal zrobienie z niej komandosa nie wydawało się dobrym pomysłem.
— Ona dużo przeżyła, Vernon — spróbowała mu przemówić do rozsądku jednego z tych nielicznych wieczorów, które udawało się im teraz spędzić razem. — Za dużo, żeby teraz podejmować... własne, niezależne decyzje. — Jest pod twoim wpływem, chciała powiedzieć, chce ci zaimponować, myśli, że skoro żołnierze uratowali ją z niewoli, to wojskowe życie rozwiąże też wszystkie inne problemy, a przecież oboje wiemy, że to nieprawda; ale słowa grzęzły jej w gardle. — Nie ma co wywierać na nią presji... Niech odetchnie, pomyśli, sprawdzi inne możliwości...
— Nie każdy jest znaną najemnik, Rayla — warknął Roche; kobieta nawykła do jego wybuchów, nie był pierwszym cholerykiem w jej życiu. — Nie każdy ma sławę, rodzinę, pieniądze i kolegów. Nie każdy ma czas na oddech i przemyślenia. Nie każdy jest też hrabiną, żeby móc spędzić życie jako cudza zabawka. Mogę utrzymywać Ves z własnej kieszeni choćby do mojej śmierci, ale co potem? Nie spodziewam się umrzeć pomarszczony jak śliwka, we własnym łóżku. Im szybciej Ves zacznie robić coś konkretnego, tym dla niej lepiej.
— Tym czymś nie musi być wojaczka.
— Ale może. A skoro to ją teraz interesuje i skoro ma pod ręką mnie, chłopaków i ciebie, żebyśmy ją uczyli... — Wzruszenie ramion. — Czemu nie? Ty też wróciłaś do walki.
Owszem. Rayla nie potrafiła zbić argumentu – nie bez sięgania do emocji, babrania się w intuicjach i opisywaniu duszy jak jakiś chędożony poeta. Nie sądziła, żeby jej to wyszło.
— Ves nie jest mną — bąknęła tylko.
Roche zmrużył oczy. W jego głosie pojawił się chłód.
— Mówiłaś już.
I to w fatalnych okolicznościach. Gdy prosił ją, by pogadała z Ves, „spróbowała jej pomóc", a ona mu odmówiła („byłam jeńcem wojennym, nie... nie tym, co ona. Robili mi różne rzeczy, ale nie... nie erotyczne", motała się, próbując nie urazić świeżo odkrytych uczuć mężczyzny, „ją to tylko dobije, jeśli spróbuje ze mną pogadać i się dowie, że znosiłam to..." lepiej, lżej, dzielniej, wygodniej, „...inaczej"). Wtedy też nie dała rady go przekonać, że może jednak ma rację.
— Chodziło mi... Ves mogłaby wrócić na wieś. To dobre życie. Spokojne.
— O ile znowu nie dopadną cię Wiewiórki.
Rayla chciała przewrócić oczyma. Jak dużo pecha można zdaniem Roche'a mieć w życiu? Wiewiórki przecież właśnie razem dobijali. Ale znowu, kiedy szło o Ves – o jego ludzi w ogóle – mężczyzna zachowywał się niemal jak kwoka. Zwykle kobieta to podziwiała. Teraz czuła głównie frustrację.
— Rodzinna wieś Ves i kilka okolicznych zostały spustoszone w tamtym najeździe. Jej bliscy nie żyją. Nie ma do kogo wrócić. A wiesz, jak... zamknięte i tradycyjne są wiejskie wspólnoty.
Pewnie, sama z jednej pochodziła.
— Jeszcze mnie będzie mieszczuch pouczał o wiejskim życiu!
— A nie mam racji?
Rayla zacisnęła usta. Niestety, miał. Ves byłoby bardzo, bardzo trudno znowu osiąść na prowincji, znaleźć męża i rodzinę, zostać zaakceptowaną. Nie po tym, jak przechędożyło ją całe komando.
— Nie to, że w mieście jest lepiej — dodał Roche, chyba ugodowo. — A jeśli masz inny pomysł, powiedz. Pogadaj z Ves... O, mam dziwne wrażenie, że już coś takiego mówiłem. Jak na to mówią, jak na to mówią... — deliberował; Rayla miała ochotę wejść mu w słowo, ale ugryzła się w język; Vernon wbrew pozorom lubił sporo teatru, wyraziste pointy, improwizowane przemowy. — ...déjà vu.
Spodziewała się tego, wiedziała, że jest w tym sporo racji – a jednak wypowiedziane, wypomniane wprost, zabolało. Zaczęła się odruchowo tłumaczyć, urwała w połowie, tylko po to, by nie dać mężczyźnie sobie przerwać. Widziała, że miał ochotę.
— Nie myślałem, że akurat ty będziesz tak bardzo przeciwna kobietom w armii.
— Nie mam nic przeciwko kobietom w armii. Ale Ves przeżyła traumę i...
— Wszyscy przeżyli jakąś traumę. — Roche przewrócił oczyma. — Ty, jeśli się nie mylę, zaraz po uwolnieniu nie zaczęłaś przemyśliwać, co teraz z twoim życiem, tylko rzuciłaś się ścigać Wiewióry. A jaki niby ja miałem wybór? Mogłem zostać, co, alfonsem albo przestępcą, albo umrzeć w rynsztoku po fisstechu. Albo pójść do armii, gdzie gwarantowali mi przynajmniej porządną naukę. Myślisz, że ktokolwiek w moim oddziale postanowił iść do służb specjalnych, przemyślawszy to na spokojnie i wybrawszy z tysiąca innych możliwości? Życie jest jedną wielką chędożoną traumą. Skoro Ves chce ją przeżyć w Pasach, postaram się jej pomóc.
— T y tego chcesz — zauważyła ostro Rayla.
— Pewnie, ja też. Bo mogę zapewnić Ves pracę na dworze, gdzie będzie harowała w kuchni albo sprzątała pokoje, a dworzanie, ze strachu przede mną, będą ją tylko podszczypywać, nie obmacywać po kątach. Albo może zostać bohaterką w oddziale, gdzie chłopaki przynajmniej jej nie dotkną, a ja będę miał na nią oko, będę mógł pomóc, gdyby... Gdyby cokolwiek.
Rayla mogła bez trudu wyobrazić sobie wiele pod owym „cokolwiek". Wspomnienia. Któregoś z żołnierzy płoszącego dziewczynę nieostrożnym ruchem. Niebezpieczną sytuację w boju. Złą reakcję na ponowny kontakt z Wiewiórkami. Roche pewnie wyobrażał sobie tego jeszcze więcej, Ciekawe, czy to przywiązanie nie uczyni go gorszym oficerem.
Tak czy inaczej, przy tym poziomie zaangażowania dalsza rozmowa nie miała sensu. Rayla sama sobie się dziwiła, że ją w ogóle zaczęła – Vernon nie dałby się przekonać nawet gdyby miała milion argumentów, a co dopiero, gdy miała jedynie nieco mętnych przeczuć.
— Mogę pomóc Ves w treningu. — Widząc zaskoczoną minę Roche'a, dorzuciła. — Skoro i tak nie zmienisz zdania, to chcę się chociaż na coś przydać w tej twojej kampanii. Wiesz, jak nie lubię strat wśród cywilów.
'
'
Ćwiczenia z Ves były całkiem przyjemne. Dziewczyna była nadal na poziomie początkującym, a jej specjalizacją i tak miały zostać kusze (wybór, Rayla była pewna, Roche'a, bo umieszczający poza frontową linią), więc kalectwo Rayli nie grało aż takiej roli, a do tego widoczny podziw Ves dla słynnej Białej tłumił, cóż, mniej widoczną, ale jednak niekiedy wyczuwalną zazdrość. O Roche'a. O sławę. O umiejętności. To wszystko i jeszcze więcej.
— Vernon opowiadał mi o waszym zakładzie.
Rayla powinna się tego spodziewać, ale i tak nie mogła powstrzymać złośliwej myśli, że ciekawe, czy z ich bardziej prywatnych momentów też się swojej przyszywanej siostrze spowiada. Chociaż, na dobrą sprawę, ludzie zwierzają się rodzeństwu ze wszystkiego. O ile mają znośne relacje z owym rodzeństwem. Rayla nie miała i w chwili szczerości musiała przyznać, że to też może być częścią tej dziwnego uczucia – ni to zawiści, nie tęsknoty – które ostatnio pojawiało się u niej w towarzystwie Pasów. Albo tylko ich dowódcy. Albo ich dowódcy plus Ves, bo w tym układzie ostatnio spotykali się najczęściej.
— Mówił też, że nadal żadne z nas go nie wygrało?
— Mhm. Że się spieracie o zasady. I że tobie zależy na cywilach.
Bez przesady. Aczkolwiek na tle Roche'a nietrudno było wypadać jak człowiek przejęty dobrem maluczkich. Przynajmniej tak Rayla myślała do tej pory. Cała ta sprawa z Ves nieco podkopała jej przekonanie.
Rzeczona Ves była teraz czerwona jak burak, ale patrzyła Rayli prosto w oczy, wyrzucając z siebie z prędkością dobrze wyszkolonego łucznika:
— Chciałam ci za to podziękować. Roche bywa strasznie szorstki i to dobrze, że ktoś mu przypomina, że warto czasem spróbować inaczej, łagodniej, bardziej do ludzi.
Ves zdecydowanie przeceniała Rayli wpływ.
— On się raczej zmienia ze względu na ciebie. Stara się przy tobie. On cię kocha jak siostrę — zakończyła, ocieplając ton, by złagodzić prawdę ostatnich słów.
Życie nauczyło ją, że ten typ rozczarowania lepiej przeżyć raz, ostro, brutalnie. Nie łudzić się, nie przedłużać. Ocenić sytuację, zaplanować następne kroki, wykonać.
Ves westchnęła ciężko. Cała pewność siebie zniknęła, zastąpiona przez rezygnację.
— Mhm. Wiem, wiem. Troszczy się o mnie. Bardzo. — Zawahanie. — Strasznie bardzo. Wiesz, jak to jest.
— Niespecjalnie. Nikt się o mnie nigdy tak nie troszczył. Ale rozumiem — dorzuciła, nim dziewczyna zdążyła się spłoszyć. — Chciałabyś więcej luzu?
Wzruszenie ramion.
— Jestem bardzo wdzięczna. Mam luz. Chciałabym... — znów chwila milczenia. — Nie jestem już panną, rozumiesz?
O tak, wytłumaczenie tego Roche'owi mogło być wyzwaniem. Rayla nie zamierzała się go podejmować. Wobec czego poradziła Ves, żeby pogadała o tym z Vernonem sama, koniecznie sama, a najlepiej i tak zaczęła od burdeli, najmniejsza szansa, że Roche przyrżnie potem partnerowi w zęby.
Ves wyglądała na jeszcze bardziej speszoną. Zaproponowała powrót do treningu, ale ten szedł jej raczej słabo, była już zbyt zmęczona i rozkojarzona. Rayla uważała, że niezręczne sytuacje najlepiej rozwiązywać nilfgaardzką cytrynówką albo srogą – redańskie napiwki lubiła z patriotyzmu, do cytrynówki nawykła w niewoli i chociaż próbowała, nie potrafiła się tego przyzwyczajenia pozbyć – ale pozwoliła dziewczynie pomachać trochę mieczem, poprawić sobie nastrój, nim zaoferowała swoje kwatery i swoje zapasy.
— Bo ja nie wiem, czy w ogóle potrafię. I czy się nie przestraszę — wyrzuciła z siebie wreszcie Ves.
— Nie musisz robić nic, czego nie chcesz.
— Ale ja chcę. Tylko nie wiem, czy... czy umiem. Tak... no wiesz, normalnie.
— W burdelu nie będą sprawdzać twoich umiejętności. Pokażą ci.
— A potem doniosą Roche'owi. On zna wszystkie prostytutki w Wyzimie.
Cóż, o tym drobiazgu Rayla nie pomyślała.
— Powiedz mu, że nie chcesz, żeby pytał. Roche — nie jest narzucającym się brutalem, przy wszystkich swoich licznych wadach — jest całkiem znośny pod tym względem.
W odpowiedzi Ves wychyliła dwa kolejne kieliszki wódki. Jeden za drugim, niemal równocześnie. Rozmowa z Roche'em najwyraźniej nadal stanowiła źródło problemu. Ale nie było mowy, żeby Rayla wzięła ją na siebie. Każdy ma swoje traumy, każdy je musi sam jakoś rozsupłać.
— Najchętniej spróbowałabym z kimś, komu ufam. Tak żeby się nauczyć — końcówki słów się Ves już nieco rozmywały. — Ale nie z Roche'em.
Owszem, to nie wchodziło w grę.
— I z nikim z chłopaków.
Rayla znów potaknęła. Ves nabrała powietrza:
— Myślałam, że może... — urwała. Znów się napiła. — Cholera, wcale nie jest łatwiej! — poskarżyła się z pijacką płaczliwością.
— O. — Raylę oświeciło. — Że... chcesz... żebym ja ci... pomogła?
— Jeśli to nie będzie problem — wyrzuciła z siebie Ves, po czym natychmiast wychyliła kolejny kieliszek i od razu nalała sobie kolejny. — Wiem, że ty i Roche... Znaczy, zrozumiem, jeśli nie będziesz chciała. Nie będę miała żalu i... — Kieliszek. Głęboki wdech. — Strasznie się wygłupiłam, prawda?
— Gorsze rzeczy robili ludzie po pijaku. Połowa oddziałów, w których służyłam, oświadczała się mi po wódce. — Rayla odczuwała pokusę, żeby napić się samej; najwyraźniej jednak miała już aż nadto dobrze w czubie, bo następnymi słowami, które wyszły z jej ust, były: — Cholera, czemu nie? Mogę ci pokazać parę sztuczek, pewnie. Zawsze to jakaś rozrywka.
'
'
Seks, by tak rzec, edukacyjny okazał się całkiem nowym doznaniem. Żadnego zapamiętania w rozkoszy, raczej dystans, trzymanie się ziemi i zwracanie uwagi na techniczne szczegóły. Oraz, oczywiście, stan partnera, bo Ves, wbrew swojej dziarskiej minie, bywała w łóżku autentycznie przerażona.
Może tak właśnie czuł się Roche za każdym razem, gdy sprawa temerska lub kobiece fumy zaganiały go do alkowy. Cóż, trudno. Rayla zamierzała sobie odbić z nim wszystkie te razy, gdy musiała wcielać się w nauczycielkę.
Nie było ich znowu tak wiele. Ves, jak to sama ujęła, nie była panną. Potrafiła sporo, wystarczyło dodać jej trochę pewności siebie. Po kilku tygodniach dziewczyna była już gotowa szukać przygody na mieście i w koszarach, pal sześć niezadowolone miny Roche'a. Jej kontakty z Raylą, coraz rzadsze w miarę jak miesiąca mijały i zaczynała regularnie brać udział w misjach Pasów, wróciły do treningów walki oraz popijaw w „Misiu Kudłaczu".
'
'
— Wolałem, kiedy Ves sypiała z tobą. — Roche wciągał kaftan; świtało, a dzień nie był, niestety, świąteczny.
Rayla nie zapytała, skąd to wie ani czemu mówi o tym akurat teraz, po tylu miesiącach. Mógł się domyślić, Ves mogła mu powiedzieć sama. Najnowszy amant Ves mógł go wyjątkowo zirytować. Nieistotne.
— Bo mniejsza szansa, że złapie trypra? Albo zajdzie?
— Moi ludzie mają dostęp do magii i eliksirów. Wyleczą każde cholerstwo. — Roche rzucił jej ciężkie spojrzenie.
Rayla natychmiast pożałowała swoich słów. Z niewoli u Wiewiórek ludzkie kobiety wychodziły zwykle bezpłodne. Sama przecież widziała.
Vernon był uprzejmy nie wypominać dalej Rayli jej głupoty.
— Tobie mniej nie ufam. I wiem, że ci na niej też zależy. I że... znasz tych nieludzkich skurwysynów. Mniejsza szansa, że ją skrzywdzisz. To wszystko. — Przygładził nieistniejącą zmarszczkę na mundurze. — Poczekać z ordynansem, aż się ubierzesz?
Przeciągnęła się leniwie. Dzień nie był świąteczny, ale ona była najemnikiem i nie dostała żadnej misji. Trening mógłby trochę poczekać.
— Potrzebujesz pomocy z butami? W plecach ci strzyka, staruszku?
— Są nowe i niewyrobione. Zaprojektowane przez jakiegoś modnisia z Nilfgaardu. Długie ponad kolano. Nikt tego nie może założyć. Próbuję przekonać Foltesta, że mogę ten rok przechodzić w starym galowym umundurowaniu, a w przyszłym niech postawi na stare, dobre, północne kroje.
— Jak ci idzie?
— Gorzej niż rżnięcie Wiewiór, niestety. — Rzucił jej ostre spojrzenie znad ramienia. — Chcesz się założyć, czy mi się uda?
'
'
Foltest nie dał się przekonać, że galowy mundur też powinien być chociaż trochę wygodny. Do ubrania samodzielnie i w warunkach bojowych służyły mundury zwykłe, oznajmił, a w ogóle Roche powinien być zachwycony, że ma teraz w Wyzimie forysia, na którym może się wyżywać. To poprawia jego pozycję na dworze, a poza tym sprawia, że na ów dwór przychodzi w lepszym nastroju.
Rayla suszyła zęby.
— O co się zakładaliśmy? — Roche pamiętał. Miał nadzieję, że ona zapomniała.
— Że spróbujesz w następnej akcji bojowej mieć mniejsze straty wśród cywilów — kobieta prawie śpiewała. — Ja miałam spróbować dorwać sto procent Wiewiórek, niezależnie od tego, co wciskałyby mi te prowincjonalne, wsiowe chuje. Cytując.
'
'
Słowo się rzekło, kobyłka – w tym przypadku raczej wiwerna albo inne wielkie bydlę – u płota. Honor oficera nie gorszy był od honoru rycerza, honor kurwiego syna nie gorszy... Nie, w takie bzdety to nawet Roche nie brnął. Zwłaszcza gdy był wściekły.
A był. Niemal do nieprzytomności. Ludzie z Mirmiłowa, największej wsi w okolicy, zmykali mu sprzed oczu, przydzieleni służący starali się wtapiać w ściany. Niewdzięczne ścierwa. A Roche tu dla nich życie swoje i chłopaków naraża, żeby uratować sąsiednie, nic nie warte wiochy, taką zdobycz wolno puszcza!
Następne zadanie wysłało go do południowego regionu Temerii, gdzie ostatnio widziano spore, zorganizowane bandy nieludzi. Normalnie Pasy urządziłyby sobie bazę wypadową w centrum, po cichu, zabroniły miejscowym puszczać pary z gęby, poczekały, aż Wiewióry trochę ponapadają na podróżnych i na wioski, żeby ustalić najbardziej prawdopodobne położenie ich obozowiska oraz planowaną trasę. Potem wystarczyłoby zaatakować, najlepiej nocą, albo zastawić pułapkę. W tym Roche był dobry, to zapewniało mu sukcesy operacyjne.
Ale to, oczywiście, narażało cywili. Vernon zadziałał więc jak jakiś podręcznikowy pedał o miękkim serduszku. Sanitariuszka po prostu. Przy pierwszej łunie na horyzoncie pojechali, co koń wyskoczy, dopadli Wiewiórczy oddzialik – niewielki, na pewno tylko małą część sił, podjazd właściwie – część wyrżnęli, resztę wzięli na przesłuchania, nim, z wszelkimi szykanami i torturami, zarżną skurwieli na środku Mirmiłowa.
Ludność cywilna wiwatowała. Reszta Wiewiórek się wycofała na pierwszy błysk błękitu wśród żołnierzy, chociaż Vernon modlił się, by nieludzi rozum opuścił, by spróbowali pomścić braci, zaatakować albo chociaż wysłać kogoś na przeszpiegi.
A teraz okazywało się...
— Cholera jasna! — Roche oparł głowę na dłoniach, już zbyt wyczerpany na gniew.
— Przynajmniej zmusiłeś ich do sypania. Jak zawsze. — Ves jako jedyna została z nim w pokoju, ale nawet ona nie odważyła się dotąd choćby pisnąć. — A jutro możemy ich wreszcie zabić. Chłopaki i ja wymyśliliśmy już całą masę scenariuszy, nie możemy się doczekać zabawy... — Umilkła pod jego spojrzeniem, po chwili spróbowała jednak ponownie: — I sam wczoraj mówiłeś, że to, co przy nich znaleźliśmy, pomoże w... w czymś politycznym w Wyzimie.
— W przejęciu banku Vivaldich — odruchowo doprecyzował. — Tak. Ale Golana za to raczej nie usadzimy, za dobrych ma prawników... Cholera jasna.
— Król na pewno i tak będzie zadowolony? Uratowaliśmy całą okolicę, nie? Zrobią nam fiestę!
— Królowi przyda się skarb Vivaldich — głos Roche'a brzmiał głucho nawet w jego własnych uszach. — Okolicę i fiestę mam w dupie. Wiesz, kto dowodził tymi komandami? I kto właśnie ucieka przez Brokilon na północ, na pewno na północ. — W okolice Wyzimy. — Nigdzie indziej nie może... A ja z kolei nie mogę wejść do Brokilonu! Chędożona neutralność rezerwatu!
Ves pokręciła głową. Vernon nawet nie zauważył, dopiero gdy dziewczyna powtórzyła „nie" zwrócił na nią uwagę. I chwilę zajęło mu zrozumienie, że chodzi o „nie, nie wiem, kto dowodził tymi komandami".
Sklął znowu. Przeklęty zakład. Przeklęta porażka, przeklęte nowe galowe buty.
— Yaevinn, cholera. Yaevinn.
