UWAGA! Autorką opowiadania jest Wizards-Pupil, ja tylko tłumaczę na Polski. :)

- W Paryżu? – zapytał George.

Spojrzał na Freda wyraźnie nie rozumiejąc, ale po chwili rozszerzył oczy kiedy ogarnął o co chodzi.

- Och! – krzyknął– W Paryżu!

Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.

- Jesteś genialna Hermiono.

Zarumieniłam się i spuściłam wzrok.

- Możemy się legalnie pobrać, ale wciąż unikać Ministerstwa Magii. – wykrzyknął Fred.

Od razu zaczęliśmy wszystko planować. Fred wyszedł, żeby sprowadzić Fleur, a George powiadomić resztę rodziny. Zostałam sama, w bezpiecznym domu, nadal nie wiedząc gdzie dokładnie się znajduję. Posprzątałam trochę, umyłam naczynia i wytarłam stół. Zamiotłam salon i odkurzyłam półki. Posłałam łóżko i zrobiłam porządek w komodzie.

Po dwóch godzinach bliźniacy wciąż nie wracali. Nudziłam się i trochę się spociłam podczas spotkania, więc zdecydowałam, że wezmę prysznic. Prawdopodobnie nie było to zbyt mądre ze względu na to, że byłam zbiegiem i mogłam w każdej chwili zostać zmuszona do ucieczki. Mimo to wzięłam długi, gorący prysznic i praktycznie jęknęłam z ulgi, kiedy poczułam ciepło wody na moim spoconym i zmęczonym ciele. Stały strumień wody pomógł mi się zrelaksować i poczułam jak stres, który towarzyszył mi od kilku dni, opuszcza moje ciało. Umyłam włosy i ciało rozkoszując się uczuciem czystości.

Po chwili wyłączyłam wodę i owinęłam się ręcznikiem. Chwyciłam różdżkę ze zlewu, gdzie wcześniej ją zostawiłam i podążyłam w kierunku drzwi.

Ledwie słyszalny skrzyp na zewnątrz zmusił mnie do zatrzymania się i mało brakowało a krzyknęłabym ze strachu. Wstrzymując oddech przylgnęłam do drzwi i przycisnęłam ucho do zimnego drewna, skupiając się całkowicie na odgłosach dochodzących z zewnątrz. Znowu usłyszałam skrzypnięcie, tym razem trochę głośniejsze i prawie spanikowałam.

Ktoś był w domu.

Poczułam się jak w horrorze, kiedy desperacko przekręciłam zamek i zablokowałam drzwi. Byłam w łazience i nie miałam na sobie niczego poza ręcznikiem a jakiś włamywacz, albo gorzej, właśnie wszedł do domu! Chciałam zobaczyć kto to, ale nie chciałam dać się złapać.

Co mogłam zrobić?

I potem wpadłam na pomysł. Mogłam użyć zaklęcia kameleona.

Podniosłam różdżkę i wymamrotałam zaklęcie obserwując się w lustrze podczas znikania. Po chwili zrobiłam mały, nerwowy krok do przodu i otworzyłam drzwi. Wychyliłam się i wyjrzałam na zewnątrz, uważając, żeby nie wydać z siebie nawet najmniejszego odgłosu. W salonie znajdowały się trzy osoby w czarnych szatach z różdżkami w rękach. Jednak najbardziej przerażające były emblematy znajdując się na przodzie ich szat.

Ministerstwo Magii.

Znowu poczułam przypływ paniki i szybko z powrotem zamknęłam drzwi. Jakim cudem mnie znaleźli? Gdzie znajdowali się Fred i George i co mogłam zrobić, żeby wydostać się na zewnątrz? Chwyciłam różdżkę i zrobiłam jedyną rzecz, która mi przyszła do głowy. Skupiłam się na Fredzie i deportowałam .

Wylądowałam na piasku i, nie spodziewając się tego, upadłam, a zaklęcie kameleona przestało działać. Chwyciłam ręcznik i rozejrzałam się, panikując. Fred biegł w moją stronę z Muszelki, ze zmartwionym wyrazem twarzy. Wstałam tak szybko jak tylko mogłam i mocno go uścisnęłam.

- Fred! – pisnęłam, kiedy byliśmy w uścisku. – Znaleźli mnie, znaleźli mnie! Musisz ostrzec George'a, nie może wrócić, albo zostanie złapany!

Nie mogłam już powstrzymać łez zmartwienia i ulgi. Przyciągnął mnie mocno do siebie i zapewnił, że wszystko będzie dobrze i nic złego się nie stanie. Po chwili chwycił różdżkę.

- Expecto Patronum! – krzyknął, a z jego różdżki wytrysnął srebrny cień, w kształcie lisa. Przebiegł się po piasku i zniknął, a ja znów poczułam ulgę. Pobiegnie ostrzec George'a, nie wpadnie przeze mnie w kłopoty. Fred pomógł mi dojść do domu Billa i Fleur. Weszliśmy do środka, Fred przytrzymał mi drzwi, i weszliśmy do salonu. Bill siedział na kanapie podczas gdy Fleur właśnie nalewała herbatę do trzech filiżanek. Podniosła głowę, kiedy tylko weszliśmy.

- O, 'Ermiono, co się stało? – spojrzała na mnie zszokowana, a ja przypomniałam sobie, że nie mam na sobie nic poza ręcznikiem.

O mój Boże.

Poczułam, że się rumienię, kiedy uświadomiłam sobie, jak niewielka odległość oddziela mnie od Freda.

Fred prawdopodobnie wyczuł, jak bardzo byłam zawstydzona i spiorunował Fleur wzrokiem.

- Ministerstwo znalazło naszą kryjówkę. Nie miała czasu żeby znaleźć ubranie. Dobrze, że była na tyle przytomna, żeby udało jej się tu aportować, zanim ją złapali. – Przyciągnął mnie delikatnie do siebie i, pomimo tego, jak bardzo byłam zawstydzona, też go lekko uścisnęłam.

- Fleur – zapytałam, głosem wciąż trzęsącym się z nerwów. – Mogę pożyczyć coś twojego?

Fleur uśmiechnęła się i kiwnęła głowa.

- Oczywiście 'Ermiono, chodź za mną. – powiedziała i wyszła z salonu. Poprowadziła mnie do jej sypialni i podała mi śliczną żółtą sukienkę. Była jedwabna i ładniejsza niż cokolwiek, co kiedykolwiek miałam na sobie. Miała cieniutkie ramiączka, a plecy były odsłonięte. Włożyłam ją i od razu poczułam się ładniejsza, tak jakby sukienka była zaczarowana. Fleur spięła mi włosy w kok i pomogła mi wytrzepać nogi z piasku. Kiedy już byłam gotowa zabrała mnie z powrotem do salonu.

Bill i Fred byli pogrążeni w głębokiej dyskusji, na temat, którego nie znałam. Bill uniósł wzrok, kiedy weszłyśmy, po chwili Fred także to zrobił. Otworzył szeroko oczy, kiedy mnie zobaczył i wstał.

- A niech mnie! – powiedział, będąc niewątpliwie pod wrażeniem. Podszedł do mnie i wziął mnie za rękę, sprawiając, że lekko się zarumieniłam.

– Wyglądasz pięknie Miona. – powiedział.

Uśmiechnęłam się do niego i szurnęłam nogą.

- Dziękuję za pomoc Fleur. – powiedziałam odwracając głowę do pięknej czarownicy.

- 'Owinnam niedługo dostać odpowiedź od Madame Maxime. Wysłałam jej sowę 'odzinę temu.

Uśmiechnęłam się i usiadłam na kanapie. Fred usiadł obok mnie nadal gapiąc się na mnie.

Po chwili do pokoju wleciała duża, szara sowa z dużym listem przywiązanym do nóżki. Fleur odwiązała go od nóżki sowy i podała jej smakołyk. Potem otworzyła kopertę. Przeczytała list w ciszy z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Nerwowo chwyciłam Freda za rękę szukając wsparcia w jego niebieskich oczach. Uśmiechnął się i uścisnął moją dłoń. Odwróciłam się z powrotem do Fleur i czekałam, skupiając wzrok na liście.

Kiedy wreszcie skończyła czytać podniosła głowę i uśmiechnęła się.

- Powiedziała, że 'omoże, powiedziała, że nam 'omoże!

Westchnęłam z ulgą i poczułam jak Fred unosi moją dłoń do swoich ust i delikatnie ją całuje. Uśmiechnęłam się nerwowo i poczułam jego szczęście przez naszą więź. Zrelaksowałam się i odwróciłam z powrotem do Fleur.

Fleur podała mi list i szybko go przeczytałam.

- Wszystko załatwi. Musimy pójść do kościoła św. Michała, gdzie będzie na nas czekał czarodziej, który odprawi ceremonię. Powiedziała, że możemy przyprowadzić kogo tylko chcemy, ale wszystko będzie musiało się odbyć jutro. – powiedziałam.

Kiedy tylko skończyłam mówić poczułam lekką panikę na myśl, że miałam mniej niż 24 godziny zanim zostanę mężatką.

- To świetnie! – wykrzyknął podekscytowany Fred. Uśmiechnął się i chwycił list, marszcząc czoło, kiedy próbował go odczytać.

- To po francusku. – powiedział zdenerwowany i oddał mi go z powrotem. – Jak nazywa się ten czarodziej?

Zerknęłam na list, zanim odpowiedziałam.

- Ma na imię Hasshoo.

- Na zdrowie. – powiedział, będąc całkowicie poważny. Przewróciłam oczami zanim odpowiedziałam.

- Nie nie, ma na imię Hasshoo.

- na zdrowie. – powiedział znowu, wciąż na poważnie. Pokręciłam głową, kiedy usłyszałam śmiechy Billa i Fleur.

- Nie! On ma na imi O. – powiedziałam, upewniając się, że powiedziałam to bardzo wyraźnie.

- Och, Hashoo. Odpowiedział, wreszcie rozumiejąc. Uśmiechnęłam się.

- Na zdrowie.

{}o{}o{}

Od razu rozpoczęliśmy przygotowania, Fred poszedł zawiadomić wszystkich i powiedzieć Ginny, żeby przyniosła mi wszystko co będzie mi potrzebne. Głównie sukienkę i akcesoria. Oprócz tego przyniosła mi kilka dodatkowych ubrań i książek. Minęły trzy godziny od kiedy Fred się deportował, kiedy pojawił się Harry. Siedziałam wtedy na kanapie, cierpliwie czekając na powrót Freda. Aportował się w samym środku pokoju. Szybko wstałam i podbiegłam do niego. Uścisnęłam go tak mocno, jak tylko potrafiłam. On także mocno mnie wyściskał nie mogąc powstrzymać się od śmiechu.

- Wszystko u nas w porządku. – Pogłaskał mnie po plecach i roześmiał się, kiedy uścisnęłam go jeszcze raz. W końcu puściłam go i chwyciłam za rękę.

-Jesteś cały! – powiedziałam podekscytowana. Harry roześmiał się i pokręcił głową z irytacją.

- Czemy miałbym nie być? – zapytał. – To ciebie poszukuje Ministerstwo!

Pokiwałam głową, ale uśmiechnęłam się.

- Wiem, ale przyzwyczaiłam się, że za każdym razem kiedy spuszczam cię z oczu masz kłopoty, albo wracasz poważnie ranny lub prawie martwy.

Pokręcił głową z niedowierzaniem.

- Mówię poważnie, pomyśl, za każdym razem kiedy działo się coś naprawdę złego, nie było mnie przy tobie.

Przekrzywił głowę i wyglądał jakby głęboko się nad tym zastanawiał.

- A na pierwszym roku? – zapytał.

- Kiedy byłam z tobą, miałeś tylko kilka zadrapań, nie miałeś żadnych poważniejszych ran, dopóki nie odeszłam.

- A dementorzy?

- Nie było mnie tam za pierwszym razem, byłam przy nich dopiero, kiedy wyczarowałeś patronusa.

- A co z Departamentem Tajemnic? - Uśmiechnął się, kiedy to powiedział. Wyglądał jakby myślał, że udało mu się mnie zagiąć.

- Byłam nieprzytomna, kiedy zaczęło się najgorsze. Poza tym, rozdzieliliśmy się.

Roześmiał się i pokręcił głową.

- Okej, masz rację.

Uśmiechnęłam się słysząc jego śmiech. Po chwili potrząsnął głową i uśmiechnął się do mnie, kiedy uświadomił sobie, że nigdy mnie nie zagnie, chociaż uwielbiał próbować.

- Nie przyszedłem jednak tutaj, żeby kłócić się, które z nas łatwiej wpada w kłopoty, tylko żeby porozmawiać o twoim ślubie, który odbędzie się jutro wieczorem.