Ja? Napisałam? Przecież ja nie umiem pisać!


13. Przyglądanie się wampirzemu sądowi było dość dziwnym, ale fascynującym doświadczeniem. Mówiąc krótko, wampiry pozostawione w swoim gronie (ludzcy towarzysze nie byli zaproszeni na rozprawy – weszłam na nie jako pracowniczka królowej) i nie muszące przejmować się ludzkimi sentymentami, są brutalnie szczere w opisie popełnianych czynów i bezpośrednie w wyrokach, a ich sprawiedliwość opiera się na dość drastycznych środkach. Podczas gdy siedziałam na sali jednego oskarżonego zakołkowano (i nikt nie był tym specjalnie przejęty) a drugiemu grożono ucięciem ręki. Jeśli tak wyglądała praworządna kara, to nie chciałam się zastanawiać, co dzieje się w zaciszu gabinetów niektórych szeryfów podczas mniej oficjalnych okoliczności wymagających zdyscyplinowania ich podwładnych. Pomyślałam przelotnie o Ericu, ale nie zatrzymałam się nad tym dłużej, bo nie miałam pojęcia o tym aspekcie jego obowiązków, ani specjalnej ochoty zgłębiać tematu. Wszystko, co wiedziałam, to że wampiry z moich rodzimych okolic wydawały się zadowolone z istniejącego stanu rzeczy (nawet Bill, który osobiście nie przepadał za Erikiem, nigdy nie narzekał na niego jako na przełożonego) i miały wszystkie kończyny, więc kim byłam, żeby to kwestionować? Nawet jeśli władza, jaką miał wampirzy zwierzchnik nad rezydentami swojego obszaru, wydawała się mieć czasem iście feudalny charakter. Co miało sens, jeśli pomyślało się o tym, że śmietanka towarzyska wampirów wywodziła z czasów, kiedy taki porządek był jedynym możliwym do pomyślenia.

Po skończonych obradach na salę weszła Sophie-Anne wraz ze swoją świtą i oznajmiła mi, że będzie potrzebować moich usług podczas kolejnych kilku godzin (przypuszczam, że dochodziła północ), gdy będzie rozmawiać ze swoimi kontrahentami, by zweryfikować ich uczciwość i lojalność. Okazało się, że z wampirami robiło interesy również wielu ludzi, a nawet wampirzy biznesmeni miewali ludzkich asystentów i księgowych, których mogłam słuchać. Jeśli zauważyłam coś godnego uwagi, dyskretnie dawałam znać Andre o moim odkryciu.

Andre mnie zaskoczył. Podszedł prosto do mnie i – wyraźnie pod presją królowej – złożył mi coś w rodzaju przeprosin za zmuszenie mnie do więzi krwi. „Coś w rodzaju" jest tu określeniem kluczowym.

Po jakimś czasie byłam bardzo znudzona moim zadaniem i zaczęłam się rozglądać na boki. Niedaleko stało stoisko, na którym Bill prezentował swoją bazę danych. Ku mojej uciesze, pomagała mu Pam, w swoim najbardziej czarującym wcieleniu, przy czym wyraźnie widać było, że największym źródłem jej rozrywki było denerwowanie Billa samą swoją obecnością. Domyślam się, że po jej debiucie fotoreporterki nie była jego ulubienicą. Kiedy zobaczyła, że zerkam w jej stronę, puściła do mnie oko.

Moje spojrzenie ześliznęło się na stojącego za nią kelnera, który przez sekundę popatrzył prosto na mnie, a potem nagle odwrócił szybko głowę i niezręcznie wycofał się zmieniając zupełnie kierunek, w którym poprzednio zmierzał. Zmarszczyłam brwi. Tego dnia już przy śniadaniu zauważyłam, że niektórzy kelnerzy unikają mnie i Barry'ego i ani trochę mi się to nie podobało. Wtedy nie byłam jednak pewna, czy przypadkiem coś mi się nie wydawało. Spróbowałam pochwycić umykający strumień świadomości podejrzanego kelnera, lecz udało mi się wyłapać tylko jedno zdanie: jutro będzie po wszystkim.

Błysnęła mi myśl, że może należałoby go zatrzymać i przesłuchać. Moją uwagę rozproszyło jednak przybycie Dianthy, która podeszła do naszej grupy z zafrasowaną miną. Zadała jakieś pytanie zarówno Billowi jak i Pam, ale widziałam, jak potrząsnęli kolejno głowami. Pan Cathalides, który trzymał się blisko królowej, odsunął się nieco, by porozmawiać z nią nie przeszkadzając w toczących się biznesowych negocjacjach, a ponieważ również stałam nieco na uboczu, słyszałam o czym mówili.

- Liczyłam dwa razy – zapewniała żarliwie Diantha. - Jest ich za dużo. Ktoś musiał się pomylić.

- Ale są podpisane?

- Tak, są opisane jako nasze, ale tylko regionem, nie nazwiskami. Nie wiadomo, do kogo konkretnie należą.

- Osobliwe zjawisko.

- Pytałam już prawie wszystkie wampiry z Luizjany – nikt się do nich nie przyznaje. Nie bardzo wiem, po co w ogóle ktoś miałby wozić ze sobą zapasową trumnę.

- Dodatkowe trumny? - włączyłam się dość niegrzecznie do podsłuchiwanej rozmowy. - Była też dodatkowa walizka.

Pan Catalides spojrzał na mnie bez specjalnego zainteresowania. Czyjś bezpański bagaż nie wydawał mu się szczegółem godnym większej uwagi.

Oczywiście nikt nie traktował mnie poważnie.

Tymczasem w mojej głowie huczało od hipotez. Może w trumnach coś przemycono? Broń? Clovache mówiła, że należy spodziewać się większej awantury ze strony Bractwa. Interwencja Kyle'a Perkinsa wskazywała z kolei na to, że gdzieś w tej siatce intryg mieliśmy do czynienia z wrogimi wampirami. Może zapasowych trumien użyto jako sposób na przeniknięcie przez hotelową ochronę? Może zakradł się w nich ktoś niezaproszony na zjazd? Jak choćby pechowy łucznik? Czy było ich więcej?

Nagle przypomniała mi się rozmowa, którą prowadziłam z Barrym niedługo po przyjeździe – o tym, że nikt nie nosi plakietek z identyfikatorami.

- Czy były puste? - zapytałam nagle.

Diantha posłała mi pytające spojrzenie.

- Trumny, czy są puste? - przynagliłam ją.

- Nie sprawdziłam – przyznała.

Nie winiłam jej za to, bo nie było żadnego powodu, żeby podejrzewać, że jakiś wampir przesiadywał nocami w piwnicy w swojej trumnie, ale jeśli zawierały jakiś inny ładunek, istniała szansa, że wciąż się tam znajdował, albo przynajmniej że uda się znaleźć jakieś ślady, które wskazywałyby, co w nich było, zanim zostały opróżnione.

Pan Catalides patrzył na mnie w zamyśleniu. W moim pomyśle musiało być coś, co zatrzymało go na chwilę, bo tym razem nie był tak skory do natychmiastowego zlekceważenia go.

Zerknął na Dianthę, ale widocznie zrobiło mu się jej żal, bo zamiast odesłać ją z powrotem rozejrzał się w poszukiwaniu kogoś z naszej grupy, kto wydawałby się wolny od obowiązków i jego wzrok spoczął na byłym wilkołaku. Dziwny status Jake'a Purifoy'a sprawiał, że wampiry odnosiły się do niego z pewną nieufnością, co zapewne było przyczyną, dla której powierzały mu jedynie mechaniczne zadania, przez co z kolei nie był aż tak zajęty, jak reszta zgromadzenia.

Kiedy prawnik zaczepił go z zamiarem przekazania mu polecenia, moje myśli wróciły do podejrzanego kelnera, ale nie mogłam go odnaleźć w tłumie i zdałam sobie sprawę, że dzięki identycznym uniformom nie będę w stanie go rozpoznać. Jeśli ukrywał jakiś sekret, udało mu się go unieść w tajemnicy przede mną.

Nie miałam czasu dłużej się nad tym zastanawiać, bo królowa postanowiła przenieść się do swoich apartamentów, a wraz z nią podążyli zaproszeni wybrani goście i jej świta – czyli również ja. Zaintrygowana tajemnicą trumien wypatrywałam powrotu Jake'a. Widziałam, jak wchodzi i zdaje raport panu Cathalidesowi, ale mówił zbyt cicho, bym go usłyszała. Doszłam jednak do wniosku, że niczego nie odkrył, bo demon skinął tylko głową, a Jake odsunął się i wyglądało na to, że został odprawiony. Nasze spojrzenia spotkały się i uśmiechnął się do mnie niepewnie. Skinęłam na niego ręką i podszedł, a potem usiadł obok mnie.

- Co słychać? - zapytałam.

Wzruszył ramionami.

- Spędzam noc na załatwianiu biletów na przedstawienia dla królowej i sprawdzanie, czy w trumnach w piwnicy nie czają się szpiedzy z karabinami maszynowymi.

Nie wiedział, że to ja pośrednio byłam odpowiedzialna za ostatnie zlecenie.

- Żadnych karabinów? - zagadnęłam.

- Nie, psze pani.

- Co robisz jutro?

- Teoretycznie mam wolne, ale moje życie zmieniło się ostatnio tak bardzo, że nie potrafię niczego przewidzieć. Więc nie robię planów na przyszłość. Co z tobą Sookie? Wychodzisz gdzieś jutro za dnia?

- Nie wiem. Chcę się wyspać i nie mam pojęcia, czy zostanie mi dość czasu przed zmierzchem, żeby się gdzieś wybrać.

Moja dzisiejsza wycieczka do miasta nie pozostawiła zbyt miłych wspomnień.

- Zwiedziłaś trochę okolicę? Wyrwij się stąd. Byłoby szkoda, gdybyś przez cały pobyt została w hotelu i nawet nie zobaczyła miasta. Byłaś kiedyś wcześniej w Rhodes? Nie jesteś wampirem, nie daj się przestawić na nocne godziny. Korzystaj z dnia.

Uśmiechnęłam się smutno. W jego ustach ostatni komentarz miał szczególny posmak.

- Zobaczę – powiedziałam.

- Mogłabyś też wybrać się na zakupy. Jest kilka świetnych sklepów na Widewater Drive, niedaleko jeziora. Zrób sobie wolne, wyjdź gdzieś, póki możesz. Przyda ci się trochę relaksu po wczorajszym stresie.

- Dzięki, Jake. Pomyślę o tym.

Moje zapewnienie wydało się sprawić mu przyjemność.

Przyjęcie nadal trwało, ale ku mojemu zadowoleniu w chwilę później podszedł do nas Andre i powiedział, że mogę już iść.

Dopiero kiedy byłam już na korytarzu i moja ręka sięgająca do kieszeni natrafiła na dwa klucze zdałam sobie sprawę, przed jakim dylematem właśnie stoję. Wtedy też dotarła do mnie cała przemyślność i zmysł przewidywania Erica w momencie, gdy wymógł na mnie obietnicę.

Wyraźnie wytraciłam prędkość na krótkim odcinku dzielącym mnie od windy.

Po tak długim czasie uciekania przed Erikiem wyjście mu naprzeciw wydawało się czymś dziwnym. Byłam zmęczona. I nerwowa. Ale nie mogłam się dłużej oszukiwać: tęskniłam za nim. Poza tym naprawdę nie chciałam złamać danego słowa.

Wszystko byłoby o wiele prostsze, gdybym wierzyła, że możliwy jest scenariusz, w którym rzeczy potoczyłyby się w nieco wolniejszym tempie. W idealnym świecie poszłabym powiedzieć mu dobranoc, a potem pocałowalibyśmy się i położyłabym się spać, być może nawet przytulona do niego. Ale wiedziałam dobrze, co się stanie, jeśli przekroczę znowu próg pokoju Erica i że, jak sam mnie ostrzegł, nie będzie powrotu.

Eric Northman, wzorowy szeryf, którego pokłady cierpliwości i opanowania wydawały się niewyczerpane gdy przychodziło do dyplomacji, polityki i interesów, był pod pewnymi względami równie powściągliwy co klęska żywiołowa.

Drzwi windy otworzyły się i stanął w nich Bill z plikiem zamówień na jego bazę danych. Było mi go wciąż nieco żal po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia wcześniej tego wieczoru, więc zdecydowałam dla odmiany uczynić wysiłek, by być dla niego miłą.

- Świetnie się spisałeś – powiedziałam patrząc na formularze w jego rękach.

- Tak, wygląda na to, że wszyscy sporo dziś zarobiliśmy.

Czekałam, aż się przesunie i zrobi mi miejsce, żebym weszła do windy, ale miał inne zamiary.

- Zrobiłbym wszystko, żeby to nigdy się nie wydarzyło – powiedział nagle. - Żeby cofnąć czas i wymazać wszystko złe, co między nami zaszło.

- Ale to się wydarzyło, Bill – powiedziałam. Nie byłam już tak zraniona jak kiedyś, więc mogłam powiedzieć to bez nienawiści, ale nie miałam wątpliwości, że kiedykolwiek jeszcze coś między nami będzie. Nie mogłam też oprzeć się wrażeniu, że Billowi zaczęło na mnie naprawdę zależeć dopiero wtedy, kiedy mnie nieodwołalnie stracił. - I nie da się tego wymazać.

- Czy ty go przynajmniej kochasz? - zapytał nie wiedzieć czemu wściekły.

Dlaczego wszyscy nagle chcieli poznać odpowiedź na to pytanie?

- Czy ty w ogóle kogoś teraz kochasz? Erica? Sama? Tego kretyna J.B.?

Spojrzałam na niego zaskoczona. Nie wiem, skąd mu przyszedł do głowy J.B. Wyminęłam go bez słowa i wsiadłam do windy.

- Dobranoc, Bill – powiedziałam po prostu.

Ciągle się we mnie wpatrywał, kiedy moja ręka zawisła nad panelem z przyciskami i właśnie to – owa najniższa z pobudek – pchnęło mnie, kiedy zawahałam się po raz ostatni przez ułamek sekundy podejmując decyzję, który z nich nacisnąć.

Powinnam się wstydzić.

Wstydziłam się.

Ale nie zmieniłam numeru piętra.

Kiedy, jakieś pół minuty później, w końcu otworzyłam drzwi, wybuchłam śmiechem.

W pewnym sensie moje życzenie zostało spełnione.