Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.


Rozdział 36

Ginny obudziła się ze wspaniałym uczuciem ciepłego nagiego ciała przyciśniętego do jej równie obnażonej skóry. Jej całe ciało mrowiało od tego wrażenia jeszcze zanim z niechęcią otworzyła oczy. Chciała cieszyć się tym jeszcze trochę, ale wiedziała, że prędzej czy później będą musieli wstać. Powieki Ginny uniosły się i ujrzała przystojną twarz Harry'ego, który patrzył na nią ze słodkim wyrazem zaspokojenia. To wywołało u niej uśmiech oraz palącą potrzebę pocałowania go.

- Dzień dobry, kochanku – wyszeptała, kiedy to zrobiła. Zaczęła kreślić hipogryfa na jego piersi, jednocześnie powtarzając w myślach to, co Harry powiedział na głos poprzedniej nocy: Najlepsze Gniazdo w historii.

- Kochanku? Chyba mógłbym się przyzwyczaić do takiego tytułu – wyszczerzył się Harry i zaczął kreślić niewidoczny rysunek na skórze Ginny ręką, która spoczywała na jej pośladku. Zadrżała od wywoływanej przez ten ruch przyjemności. Jej własne palce prześlizgiwały się ku miejscu, w którym naznaczyła go jako swojego partnera. Tam gdzie wcześniej skórę przebiły dwa kły, teraz znajdował się celtycki krąg ochronny otaczający ten obszar. Wewnątrz większości starożytnych run oznaczających jedność znajdowały się czarna pantera i srebrny jaguar, splecione w kształcie yin i yang. W miejscu, w którym jej kły wbiły się w jego skórę, widniała para oczu, jedno czekoladowe, drugie szmaragdowe. Zręczne palce Harry'ego przemierzyły powoli jej plecy, zostawiając za sobą gęsią skórę, aż spoczęły na bliźniaczym symbolu w miejscu, w którym on ją naznaczył.

- Filozofia zachodu i wschodu spleciona z runami, bardzo sprytnie kochanie – wyszeptała z podziwem Ginny, przesuwając palcami po runach. Wyczuła magię kryjącą się pod skórą. Bardzo jej się spodobało, że jej magia została wszczepiona pod jego skórę, a jego moc żyła w niej.

- Lubię doprowadzać sprawy do końca – uśmiechnął się, odwzajemniając gest.

- Co w nocy udało ci się kilka razy, jeśli dobrze pamiętam – zażartowała, mrugając do niego.

- Wydaje mi się, że zdetronizowałaś Hermionę w kategorii najlepszych płuc w szkole – przypomniał jej Harry unosząc brwi kilkakrotnie w górę.

- Dzięki, faktycznie są całkiem ładne – odparła i wtuliła się w niego z uśmiechem. Poczuła, jak obmywa ją fala zadowolenia i wiedziała, że nie ma miejsca, w którym wolałaby się znaleźć.

- I smaczne – wyszeptał Harry, przygryzając jej ucho w sposób, od którego znów przeszedł ją dreszcz.

- Dupek – zaśmiała się Ginny i klepnęła go lekko.

- Flirciara – odparł Harry, a jego zęby prześliznęły się po jej szyi.

- Chyba nie możemy tu zostać cały dzień? – spytała Ginny z nadzieją, bo jego manewry zaczęły ją rozpalać.

- Bardzo bym chciał, ale prędzej czy później muszę pojawić się na lekcjach – odpowiedział Harry, niechętnie odsuwając się od niej. Całym sobą pragnął znów się z nią połączyć.

- A co się stało z Jestem Huncwotem i sam ustalam zasady, bla, bla, bla? – wyszeptała mu uwodzicielsko do ucha.

- Słusznie – przyznał Harry i obwiódł symbol na jej szyi czubkiem języka. Impuls gorącej, czerwonej rozkoszy wystrzelił z tego miejsca i przemknął kaskadą przez całe jej ciało. Poczuła jak robi się wilgotna i zaczęła się zastanawiać, czy ona na niego wpływa tak samo.

- Mmmm, to było dobre. To kiedy wstałeś? – spytała żartobliwie swojego partnera.

- Nie tak dawno. Wyglądałaś tak spokojnie, że nie chciałem cię budzić.

Ginny uniosła brew i delikatnie przejechała opuszkami palców w dół jego piersi, przez brzuch, a potem stanowczo ujęła go w dłoń.

- Powtórzę: kiedy wstałeś? – spytała Ginny zmysłowym głosem. Po nocy pełnej pasji miała znacznie więcej pewności siebie. Harry również uniósł brew.

- No a czego się spodziewałaś? Mam prześliczną kompletnie nagą kocicę w łóżku – odpowiedział szczerze z seksownym uśmiechem. Ginny poczuła ciepło w sercu na jego słowa, ale potem jej oczy mało nie wyskoczyły z orbit, gdy poczuła, jak pulsuje w jej dłoni. Szybko odzyskała zimną krew i przesunęła ręką w górę i w dół. Harry odchylił głowę i jęknął z rozkoszy.

- Nie żebym zmieniała temat, ale czemu moja mała Furia mnie nie boli? – spytała Ginny, pieszcząc go równym rytmem.

- Animagowie leczą się szybciej… aaaahhhh… to było zajebiste – jęknął.

- Więc runa, którą nakreśliłeś na mojej myszce wczoraj nie ma z tym nic wspólnego?

- A więc zauważyłaś? Mogłabyś mówić konkretniej, skarbie? Użyłem ich tam na dole co najmniej kilku. I nie zauważyłem, żebyś się skarżyła. Uuchhh, mogłabyś trochę odpuścić ten uścisk?

- To odpuść sobie sarkazm – ostrzegła go.

- Uznaj to za załatwione – jęknął z ulgi, gdy poluźniła chwyt. – Dziękuję. A odpowiadając na twoje pytanie: tak.

- Nie podejrzewam żebyś dorzucił tam jakąś, która zawierała antykoncepcję?

- To i jeszcze kilka rzeczy – odpowiedział Harry, robiąc co w jego mocy, żeby powstrzymać się od jęków rozkoszy.

Nie mógł uwierzyć, że Ginny oczekuje, ze będzie z nią normalnie rozmawiał, podczas gdy ona mu to robi. Ginny doszła do zasadniczego wniosku, że Harry odpowie jej zgodnie z prawdą na każde pytanie, które mu zada, jak długo nie przestanie tego robić. Zapisała to sobie w pamięci i postanowiła zadać ostatnie pytanie, bo przez to wszystko zrobiła się bardziej napalona niż on.

- Czy to jeszcze działa? – spytała z nadzieją. Miała mocne podejrzenie co do miejsca, w którym Harry nauczył się tych run. Może wyśle Sashy liścik z podziękowaniem. Nie żeby chciała się przed nią przechwalać… no dobra, może trochę.

Harry zdołał tylko gwałtownie pokiwać głową, gdy oczy uciekły mu w głąb czaszki. Ginny spojrzała w dół na to co trzymała w dłoni. W końcu ciekawość zwyciężyła.

Wśliznęła się na Harry'ego i przejechała piersiami po jego ciele, aż jego męskość spoczęła pomiędzy nimi. Jej współlokatorka powiedziała jej kiedyś, że faceci naprawdę to lubią, więc uznała, że może spróbować. Złapała za boki piersi i zamknęła między nimi laskę Harry'ego, wywołując kolejne westchnienie rozkoszy. Była tak ciepła i twarda jak oczekiwała, ale zaskoczyło ją, że spodobało jej się to uczucie prawie tak samo jak jemu. Zaczęła go masować, przesuwając swoje piersi na wszystkie strony wokół żołędzia. Harry gwałtownie zacisnął pięści na prześcieradle, więc wiedziała, że trafiła w dziesiątkę. Uznała, że nie będzie się spieszyć i trochę się z nim podroczy. Dość szybko zorientowała się, co mu się podoba. Harry posiadał wiele cech, ale subtelność do nich nie należała.

Po chwili jego żołądź znikał w jej dekolcie, by zaraz wynurzyć się z powrotem, gdy przesuwała po nim piersiami w górę i w dół. Za każdym razem zatrzymywał się trochę bliżej jej twarzy i musiała przyznać, że zastanawiało ją, jak by to smakowało. Harry zaczynał pchać w górę, gdy ona przesuwała się w dół. Pocałowała jego czubek i poczuła jak drga. Przy następnym pchnięciu otworzyła usta i stwierdziła, że smak nie jest nieprzyjemny. Z każdym pchnięciem brała go do ust w nieco większym stopniu.

W końcu puściła swoje piersi i wzięła go zdecydowanie w dłonie. Obwiodła językiem jego żołądź, a Harry zawarczał gardłowo. Wyciągnęła go z ust, powoli przesunęła językiem od podstawy po czubek, okrążyła go dwa razy i wróciła w dół. Kontynuowała tak jeszcze kilka minut, aż widać było, że jej mężczyzna długo już nie wytrzyma.

- O ty Flirciaro – warknął Harry, a ona uśmiechnęła się, widząc jaki efekt na nim wywiera. Poczuła jak pulsuje i wiedziała, że jeśli tego nie przerwie, on zaraz eksploduje. Nie skończyła jeszcze swojej zabawy, a on tak lubił nazywać ją Flirciarą. Może czas zasłużyć na to miano? Wczołgała się na niego w taki sposób, że jej wzbudzone sutki ocierały się o niego przez całą drogę i usiadła na nim okrakiem.

- Flirciara, co? – spytała z kpiącym uśmieszkiem, gdy przeciągnęła dolnymi wargami po całej długości jego męskości. Przez całe jej ciało przebiegł prąd… czysta rozkosz. Ginny odchyliła głowy i jęknęła zachwycona. Harry ujął ją za biodra i przyspieszył tempo, aż jej oczy uciekły w tył głowy. Jej manewr obrócił się przeciwko niej, ale ekstaza ogarnęła ją tak bardzo, że przemogła niezadowolenie.

Jednym płynnym ruchem Harry przewrócił ją na plecy i ustawił się nad nią. Spodziewała się, że wbije się w nią z wigorem, który zademonstrował zeszłej nocy. Jednak zamiast tego zaczął okrążać jej koralik talizmanem na końcu swojej laski.

- Drogi Merlinie! Harry, usiłujesz doprowadzić mnie do szaleństwa? – zawołała Ginny, czując jak w jej wnętrzu narasta orgazm.

Harry wzmógł nieco presję, co wywołało u niej jeszcze głośniejszy jęk niż chwilę temu. Jego wolna dłoń przesunęła się po jej płaskim brzuchu, delikatnie połaskotała w bok, a potem chwyciła jej prawą pierś. Jej sztywne sutki błagały o jego uwagę, a on energicznie odpowiedział na to wezwanie. Stymulacja wielu punktów sprowadzała ją coraz bliżej krawędzi ekstazy. Kiedy właśnie miała skoczyć, nagle wszystko ustało. Ginny, wyrwana nagle z raju, zajęczała żałośnie. Była tak bliska spełnienia, ale tuż poza zasięgiem.

- Czyżby Flirciara potrafiła się drażnić, ale nie przyjąć drażnienie? – uśmiechnął się do niej Harry, a ona spojrzała na niego z oburzeniem.

- Ty palancie! Skończ co zacząłeś! – na pół warknęła, na pół zajęczała. Uśmiechnął się i wykonał jedno pchnięcie w lewo. Była tak bliska dojścia, ale on znów przestał. Jej pragnienie spełnienia się podwoiło.

Harry wiedział, że igra z ogniem, ale miał nadzieję, że ostatecznie mu podziękuje. Ginny, czy zdawała sobie z tego sprawę czy nie, była bardzo namiętną kobietą, ale dopiero zaczynała odkrywać tę część samej siebie. Odrobina eksperymentowania była korzystna dla duszy i dla libido.

Ginny doszła do granic wytrzymałości i miała dość jego drażnienia. Złapała jego pośladki w dłonie i wbiła w nie pazury.

- WŁAŹ WE MNIE, POTTER! ALE JUŻ! – rozkazała z obnażonymi kłami.

Harry syknął, ale dał jej to, czego chciała. Wszedł w nią znacznie łatwiej niż zeszłej nocy, ale wciąż była bardzo ciasna. Zaczął od długich, powolnych pchnięć, póki nie dostosowała się do jego wielkości. Po chwili zaczął przyspieszać, nabierając tempa, które bardziej jej się spodobało. Po chwili oboje doszli do granicy.

- Gin, ja zaraz…!

- Ja też, kochanie!

- AAAAAAHHHH! – krzyknęli wspólnie.


- W porządku, daj mi wszystkie swoje wspomnienia na temat misji, którą otrzymałaś – zażądał Draco po tym, jak wciągnął Pansy do pustej klasy, w której nikt im nie przeszkadzał. Wyczuwając oszustwo wyciągnęła różdżkę, ale Draco lekceważąco odtrącił ją na bok i wywrócił oczami. – Nie denerwuj się, Parkinson. Póki co są bezpieczniejsze u mnie niż w twojej głowie.

- Chyba będziesz to musiał rozwinąć, Malfoy – odparła Pansy, ponownie celując w niego różdżką. Draco ponownie wywrócił oczami i sapnął z frustracją. Właśnie zostali wezwani do biura Snape'a.

- Oszalałaś? Snape jest świetny w Legilimencji. Powiedziałem ci wczoraj wieczorem, że nie potrwa długo nim doda dwa do dwóch. Poza tym naprawdę myślałaś, że pozwoli nam łazić z wiedzą, że Potter właśnie skopała dupę jednemu z członków Wewnętrznego Kręgu? Nie może pozwolić, żeby ta informacja dotarła do uszu Czarnego Pana. Ten facet przede wszystkim potrafi chronić własny tyłek. Nie zapominaj o tym! – powiedział jej z naciskiem. Pansy pokiwała głową. Po raz kolejny przypomniał jej, dlaczego to właśnie jego wybrała do współpracy.

- Dziękuję, nie pomyślałam o tym – przyznała.

Usunęła wszystkie istotne wspomnienia ze swojej głowy. Kopię dwóch najważniejszych wysłała poprzedniego wieczoru do Lestrange, ale Draco nie musiał o tym wiedzieć. Nie żeby Pansy nie użyła ostatnich kilku dni dla swoich celów. Stworzyła sporą kolekcję wspomnień o młodej Lily Potter, która oddawała się haniebnym czynnościom z uczniami, nauczycielami i sama z sobą w całym Hogwarcie. Raz została przyłapana przez Filtcha i żeby wydostać się z tarapatów… no cóż, powiedzmy, że tego wspomnienia pozbywała się z radością. Z drugiej strony stawała się naprawdę dobra w wymazywaniu pamięci. Jednak w pewnym momencie uruchomiła się jej nieufna natura, nastawiona na chronienie własnej skóry.

- Skąd mam wiedzieć, że ich po prostu nie weźmiesz, żeby wykorzystać dla własnych korzyści?

- Wiesz, Parkinson, jesteś naprawdę małą, niewdzięczną suką! Włóż je do torby, schowaj w Pokoju Życzeń albo wsadź je sobie w dupę, wisi mi to! Tylko nie przyłaź do mnie z płaczem, kiedy będziesz musiała spędzić dzień w Jamie, jak to spierdolisz! Spadam stąd! – warknął Draco i zaczął wychodzić.

- Czekaj! – zawołała Pansy, kiedy Draco położył rękę na klamce. Słyszała plotki o Jamie i karze czekającej na tych, którzy zawiodą Czarnego Pana. Nie spieszyło jej się do tego. Nie mogła widzieć złośliwego uśmieszku na jego twarzy. – Przepraszam, Draco,. Masz rację, a ja głupio gadam. Wiem, że po prostu się mną opiekujesz i że nie dałeś mi żadnego powodu, żebym ci miała nie ufać.

- Czyżby? – rzucił Draco, nie odwracając się. Uśmiechał się coraz szerzej.

- Proszę Draco, ufam ci – błagała go Pansy. Strach przed Jamą ścisnął jej serce niczym żelazna obręcz. Draco to wiedział i planował to maksymalnie wykorzystać dla swojej korzyści.

- Naprawdę? – spytał, udając, że go zraniła. To wystarczyło, żeby podbiegła do niego i przycisnęła swoje ciało do jego pleców. Mocno objęła go ramionami. Już prawie. – Nie chcę, żeby cię skrzywdzili. Nie mógłbym znieść, jeśli zrobiliby ci to, co mi. Po prostu usiłuję cię chronić, kochanie – skłamał bez wysiłku Draco, po drodze pociągając jeszcze nosem dla efektu. W umyśle Pansy nie powstał nawet cień wątpliwości. Przytuliła się jeszcze mocniej, gdy usłyszała ostatnie słowo. Jemu naprawdę na niej zależało.

- Naprawdę, proszę, nie zostawiaj mnie. Nie dam rady sama – błagała go, a on wiedział, że ma ją dokładnie tam, gdzie chciał. Powoli odwrócił się i ujął jej twarz w dłonie.

- Ufasz mi na tyle, żeby wpuścić mnie do swojego umysłu, żebym mógł go dobrze chronić? – spytał z czułością. Pansy wiedziała z jakiej magii słynie Ród Blacków i wzruszyło ją, że posunie się aż do tego, żeby ją chronić.

- Całkowicie – zapewniła z uśmiechem. W jego oczach pojawił się wyraz triumfu, który ona zinterpretowała zupełnie opatrznie.

- Najpierw będę potrzebował tych wspomnień, a potem zaczniemy. Musimy się spieszyć, kochanie, czas jest najistotniejszy – polecił, a ona nawet się nie zorientowała, że przejął prowadzenie.

Po prostu skinęła głową i wykonała jego rozkaz. Draco mógłby spędzić wiele dni w jej umyśle i wciąż nie odkryć wszystkich jej sekretów. Ta dziewczyna miała haki na wszystkich. Nie tylko w Hogwarcie, ale i w Ministerstwie. Któregoś dnia mogłaby zostać użyteczną żoną szlachcica. Zapamiętał to na inną okazję i zaczął pracować nad tym, co teraz było najistotniejsze. Zajęło mu to dwadzieścia minut, ale zdobył to, po co tam wszedł.

- Wszystko gotowe. Nie będzie mógł się przebić przez moją ochronę. Została tylko jedna rzecz, którą muszę zrobić, Pansy.

- Co takiego, kochanie?

- OBLIVIATE!


Emma robiła co w jej mocy, żeby uważać na Mugoloznawstwie, ale no naprawdę, przecież żyła jak mugol ostatnie dziesięć lat. Poza tym nie mogła przestać myśleć o ostatniej nocy i uczuciu lotu pod postacią sukkuba. Zanim się zorientowała wróciła myślami do chwili, kiedy to wszystko się zaczęło.

Chciałam sprawdzić jak czuje się Harry, zanim sama pójdę spać. Tylko mnie ciocia Lily do niego wpuszczała. Oczywiście ciągle z nim nie rozmawiałam, głównie dlatego, że chyba nie mogłaby się wtedy opanować. Byłam na niego koszmarnie wściekła, że prawie dał się zabić, ale jednocześnie strasznie z niego dumna. Dziwne, co?

No proszę was, ilu znacie gości, którzy zrobiliby coś takiego dla swojej rodziny? Popatrzcie ile poświęcił, żeby mi pomóc i to zanim jeszcze okazało się, że jest moim kuzynem. Nie kuzynem. Bratem. W moim sercu jest moim bratem. Mogłam się zachowywać w danej chwili jak samolubna suka, ale nie mogłam go stracić. Ani cioci Lily, jeśli już przy tym jesteśmy.

Tego dnia prawie nazwałam ją mamą. Powstrzymałam się w ostatniej chwili. Moja mama pozwoliła, żebym ją tak nazywała, ale ja uważam, że to za wcześnie. To znaczy, przecież dopiero co umarła. Jasne, ledwo ją znałam, ale to przecież nie jej wina. Ostatecznie wiedziałam, że mnie kochała. Po prostu czuję, jakbym powinna uszanować jej pamięć czy coś takiego.

Ale ciocia Lily jest dla mnie taka dobra. Nie jest nadopiekuńcza, nie rządzi mną, nie osądza. Tak jakby stawała z boku i pozwalała mi znaleźć własną drogę. Nawet jeśli coś spieprzę, ona da mi tylko subtelną sugestię. Któregoś dnia powiem jej ile to dla mnie znaczy. Przy tym testuje mnie w ten swój chytry, genialny sposób.

Tak jak na przykład teraz. Idę sobie do Harry'ego wiedząc, że postawiła na pokoju takie osłony, żeby tylko ona mogła wejść. Pokazała mi jak to zrobiła, więc wiem, że wszystko oparte jest na jej krwi. Wiem, że pokazała mi to, żebym mogła zrobić to sama, jeśli pojawi się potrzeba. Nigdy nie powiedziała wprost, że nie mogę odwiedzić Harry'ego, jedynie to zasugerowała. Jakaś część mnie uważa, że chce, żebym spróbowała przedostać się przez osłonę. Czy testuje mój charakter albo umiejętności? To zdolna czarownica, muszę jej to przyznać. Ale potrzeba przedostania się przez tę osłonę jest jak swędzące miejsce, które po prostu trzeba podrapać.

Biorąc pod uwagę, że w moich żyłach płynie ta sama krew co u cioci Lily, spróbuję się wpasować w osłony. To podchwytliwy zestaw run i mam nadzieję, że dobrałam właściwą inkantację. No dobra, jest tylko jeden sposób, żeby się tego dowiedzieć. Jedno dotknięcie klamki i na początku nic się nie dzieje. To dobrze, biorąc pod uwagę, że spodziewałam się, że odrzuci mnie na drugi koniec korytarza. Dotykam jej różdżką jeszcze parę razy, żeby się upewnić, nim ruszę dalej. Mocno łapię za klamkę… nic.

Naciskam i pcham. Drzwi Harry'ego się otwierają i dopiero wtedy z opóźnieniem orientuję się, że powinnam była zapukać. Przy jego oknie stoi zachwycająco piękna sukkub. Jej włosy są niczym turkusowy jedwab. Porcelanowa skóra z lekkim zabarwieniem rumieńca pokrywa nieskazitelne ciało. Jeśli to właśnie ta sukkub odebrała Harry'emu dziewictwo, to już widzę czemu Ginny czuje się z tym tak niepewnie. Niezwykła, ale smutna twarz jest zwrócona w jego kierunku. Jej fioletowe oczy błyszczą od powstrzymywanych łez.

- Pomyśl proszę o tym, co powiedziałam – mówi, po czym wychodzi przez okno i leci w noc. Zwracam oczy w stronę Harry'ego, który wygląda, jakby dręczyły go jakieś demony. Czuję w głębi duszy, że jakaś część jego serca właśnie pękła. Jeśli widzi mnie stojącą w progu jego pokoju, nie okazuje tego. Jedynie obraca się na bok i ukrywa twarz w poduszce. Szeptem mówię mu dobranoc i zamykam drzwi, ale najpierw po raz ostatni patrzę za okno. Widzę ją na naszym boisku do quidditcha, jak siedzi na jednym z najwyższych słupków. Wygląda jakby kołysała się w tył i w przód z rękami zaciśniętymi na brzuchu. Wychodzę na zewnątrz, łapię moją miotłę z komórki i lecę do niej.

- Cześć! – mówię.

Musiała być naprawdę głęboko pogrążona w myślach, bo podskakuje zaskoczona i spada ze słupka. Biorąc pod uwagę, że ma skrzydła i w ogóle, powinnam się domyślić, że szybko do siebie dojdzie, ale instynktownie wykonuję nurkowanie, którego nauczył mnie Harry i pędzę w dół do niej. Ona rozkłada swoje skrzydła i spowalnia upadek w chwili, kiedy właśnie mam ją złapać. Niestety nie mogę wyhamować na czas i wpadam na nią, jednocześnie gubiąc miotłę.

I wtedy to się dzieje. Otacza mnie obronnie ramionami i usiłuje wyhamować nas z upadku ku śmierci, jaki właśnie rozpoczęłyśmy. Nasza skóra się styka i moje zdolności mimikry przejmują kontrolę. Moja skóra, oczy, twarz, włosy i ciało zaczynają ją naśladować. Tył mojej koszulki pęka, gdy potężne, nietoperzopodobne skrzydła wyrastają mi z pleców. To wyrzuca mnie z ramion Sashy w chwili, kiedy po raz drugi zaczęła nas unosić ku górze. Znowu spadam ku ziemi, która błyskawicznie się zbliża. Oczekuję bolesnego zderzenia, więc przyjemnie zaskakuje mnie, kiedy czuję jedynie ostre szarpnięcie w okolicach mojej kości ogonowej. Czy raczej… mojego ogona? Dzięki Merlinowi mam na sobie spódniczkę, choć oczywiście wiszenie do góry nogami z gaciami na wierzchu jest trochę upokarzające. Z drugiej strony nie jestem martwa, więc zawsze jakiś plus.

- Moja droga, ty musisz być Emma – mówi ze śmiechem Sasha, odstawiając mnie na ziemię. Szybko zbieram się na nogi, otrzepuję i patrzę na sukkub stojącą przede mną. Obchodzi mnie kilka razy, jakby mnie badała. To się nazywa niezręczna sytuacja!

- Przepraszam, Maleńka. Po prostu wyglądasz dokładnie jak ja w wieku dziesięciu lat – mówi mi, jakby słyszała co myślę. Taa, to w ogóle nie jest przerażające.

- Hej! Mam jedenaście lat, jakbyś nie wiedziała! – warczę, a ona z jakiegoś powodu uznaje to za bardzo zabawne.

- Oj, Harry miał rację. Masz charakter – żartuje Sasha, czochrając czubek mojej głowy. Zdenerwowana uderzam ją w dłoń. – Tylko sobie żartuję, Maleńka. Twoje zdolności mimikry są naprawdę imponujące.

Wbrew sobie uśmiecham się, słysząc ten komplement, ale od razu przypominam sobie, że przecież nie zrobiłam tego celowo

- Dzięki, ale to tak jakby samo się dzieje. Czasami to jest naprawdę wkurzające – mówię jej. Patrzę przez ramię i skrzydła na moich plecach rozkładają się, kiedy wydaję im takie polecenie. Potem patrzą na pupę i widzę, że mój ogon się kołysze. Ciocia Lily dostanie niezłeeeego szału!

- To za każdym razem kiedy kogoś dotykasz, zmieniasz się z niego? – pyta Sasha, unosząc brew.

- Nie, ale nie mogę tego zrobić świadomie. To jakby instynkt – odpowiadam, pocierając kark.

- Instynkt? Ciekawe… - stwierdza Sasha, popukując się palcem w usta.

- Czemu?

- Cóż, Maleńka, świadomie czy nie, jest coś w głębi ciebie co podjęło taką, a nie inną decyzję. Niezależnie od twoich intencji, czyn był niezwykły. Nigdy wcześniej metamorfomag nie potrafił przyjąć naszej formy tak całkowicie, a wierz mi, wielu próbowało – chwali mnie Sasha, a ja nerwowo wzruszam ramionami.

Nie rozumiem tylko czemu tak się stało?

- Spadałaś na ziemię. Po prostu wybrałaś to, co daje ci największą szansę przeżycia – wyjaśnia mi. To ma sens, ale ciągle mam wątpliwości.

- Wydaje mi się, że to za proste.

- Wszystkie istoty mają nieodłączną potrzebę przetrwania, która jest jak oddychanie. Lepiej o tym nie myśleć za dużo, po prostu ciesz się, że przeżyłeś tę noc.

- Pewnie masz rację.

- Jestem ciekawa. Masz naszą postać, ale czy masz też moce? – pyta z figlarnym uśmieszkiem.

Zanim udaje mi się odpowiedzieć, łapie mnie za biodra i wyrzuca dobre siedem metrów w górę. Szlag! Jest dużo silniejsza niż się wydaje. Zaczynam szaleńczo machać moimi nowymi skrzydłami. Nie wiem czy to zadziała, ale coś w głębi mnie mówi, żeby mieć wiarę. Na szczęście powoli opadam na ziemię.

- Jak?

- Nasze kości są puste w środku, jak u ptaków, tylko niezwykle silne. Poza tym mamy naturalny świetny metabolizm, co pozwala nam zachować naszą oszołamiającą powierzchowność. Ale dość już tego. Teraz spróbuj machnąć swoim ogonem, o tak – Sasha pokazuje, a ja naśladuję jej ruchy. – Dobrze… A teraz złap mnie nim za nadgarstek – poleca i wyciąga w moją stronę swoje ramię. Pudłuję kompletnie i uderzam sama siebie w twarz.

- W mordę! Cholernie piecze – syczę, unosząc rękę do pulsującego policzka. Czuję wielką, bolącą opuchliznę. Sasha przechyla głowę na bok, analizuje mnie i przebija kłem, który pojawił się jakby znikąd, skórę swojego małego palca u dłoni. Delikatnie szepcze inkantację nad małą kroplą krwi, która wyciekła, aż zaczyna świecić. Kiedy tylko dotyka mojego policzka, ból znika. Czuję, że rysuje jakiś kształt na mojej ranie. Pewnie jakąś runę. Cały policzek mrowieje.

- Lepiej? – spytała ze współczuciem

- Dzięki. Co to było? – pytam. Unoszę rękę, ale mój policzek jest delikatny, gładki i nie boli. To jest zarąbiste.

- Magia Krwi, tak to właśnie ona i to w swojej najczystszej postaci, Maleńka – odpowiada z ciepłym uśmiechem.

- Chyba nie jestem dobrą sukkub, co? – stwierdzam, marszcząc brwi.

- Nie, Maleńka. Po prostu niewyszkoloną. Mogę ci z tym pomóc, a ty… - patrzy przez ramię w stronę pokoju Harry'ego. W jej oczach znowu jest smutek. – A ty może również będziesz mogła mi pomóc.

- To ma coś wspólnego z tym, co zaszło między tobą i Harrym, prawda?

- To sprawa między nami, ale tak. Powiedzmy, że sukkuby patrzą na pewne sprawy inaczej niż ludzie. Obawiam się, że wynika to ze znacznie dłuższego życia. Chociaż Harry i ja zgadzamy się w wielu kwestiach, są pewne sprawy, w których się różnimy. Nie chcę, żeby wpłynęło to na twoją decyzję. Proszę cię, żebyś pomyślała nad tym. Czuję, że będziesz miała wielu nauczycieli w swoim życiu, moja droga, ale to z jakimi lekcjami postanowisz się zapoznać zależeć będzie tylko od ciebie. Wrócę do ciebie za kilka dni, gdy będziesz miała czas, żeby to przemyśleć – mówi Sasha. Odwraca się ode mnie i rozkłada skrzydła.

- Czekaj! Wtedy będę już w Hogwarcie! – wołam do niej, gdy ona wznosi się w górę. Obraca się w powietrzu i uśmiecha do mnie.

- Mój Klan i czwórka założycieli mają długą wspólną historię. Wiem, gdzie jest otwarte okno – mówi mi mrugając, a potem leci w ciemną noc.


Lily wmaszerowała do swojego gabinetu. Tuż za nią podążał Draco Malfoy. Wyciągnęła dla niego krzesło, gdy mijała swoje biurko.

- Siadaj! – warknęła na niego, gdy okrążała biurko. Użyła hałasu, żeby zamaskować, jak położyła jedno ze zdjęć na półce frontem w dół. Nie musiał go oglądać. Usiadła i spojrzała z przyganą na chłopaka siedzącego przed nią. – Daj mi jeden dobry powód, dla którego miałabym ci nie dać miesiąca szlabanu.

Nie zareagował na to. Lily poczuła smutek, ale jednocześnie była pod wrażeniem. Podejrzewała, że jej złość nie mogła się równać z wściekłością Voldemorta. Wyjrzał leniwie za drzwi, by upewnić się, że w klasie faktycznie nikt nie pozostał. Zadowolony szybko wyciągnął różdżkę i rzucił na drzwi zaklęcia zamykające i wyciszające. Odwrócił się i uśmiechnął się krzywo, gdy ujrzał, że różdżka Lily celuje mu prosto między oczy. Okręcił swoją różdżkę w palcach, tak żeby jej czubek wskazywał na niego. Potem położył ją na biurku w miejscu najbardziej od niego oddalonym i z powrotem usiadł. Lily zrozumiała jego zachowanie i zrobiła to samo. Ta rozmowa odbędzie się na zasadach Czarodziejskiego Rozejmu.

- Czy mam zakładać, że użył pan tego obrzydliwego słowa podczas lekcji, żeby zaaranżować ze mną spotkanie, panie Malfoy?

- Proszę mówić mi Draco, jeśli nie ma pani nic przeciwko – odpowiedział, schylając lekko głowę. Odwzajemniła pełen szacunku gest.

- W porządku Draco, a ja pozwolę ci mówić do mnie Lily na czas tej rozmowy.

- Dziękuję, Lily i przepraszam za brak szacunku, który okazałam ci podczas lekcji. To było zło konieczne, nic ponad to – zrobił co w jego mocy, żeby to wyjaśnić, ale wiedział, że ma małe szanse, żeby mu uwierzyła.

- Wybaczam. Brakowało ci w tym przekonania. To dość beztroska pomyłka, jak na kogoś żyjącego w gnieździe węży – odparła ostrożnie Lily.

- Słusznie. Chciałbym też podziękować ci za twoją ostatnią pomoc oraz za pozwolenie mi na zachowanie przy tym mojej godności. Czy mogę teraz odwzajemnić tę przysługę? – spytał Draco, a w jego głosie brzmiała szczerość. Lily wykorzystywała swoje zmysły animagiczne, żeby sprawdzić, czy siedzący przed nią Ślizgon mówi prawdę. Jak na razie nie kłamał.

- Słucham – zachęciła go ostrożnie.

- Wiem czemu Snape chciał cię posiąść – powiedział jej Draco bez ogródek, doceniając przebiegłość kobiety. Nie zlekceważy jej.

- Widzę, że od razu przechodzisz do rzeczy. Czy chcesz mi powiedzieć, że był pod wpływem jakiegoś eliksiru miłosnego? Możesz przekazać Opiekunowi swojego Domu, że oczekiwałam po nim czegoś bardziej kreatywnego. Skłanianie ucznia, żeby załatwiał jego sprawy jest szczerze mówiąc żałosne.

- On nie jest świadomy, że to robię i nie zrobiłbym tego dla niego, nawet gdyby poprosił. Mam wobec ciebie dług i usiłuję go spłacić, nic ponadto – rzekł do niej otwarcie, a ona nie wyczuła z jego strony nic fałszywego. Skinęła głową, żeby kontynuował. – On wierzy, że już jesteście kochankami, bo kilka dni temu przyszłaś do niego i, jak to lubią mawiać mugole, zafundowałaś mu jazdę jego życia.

- Jak śmiesz! Ja nigdy… nigdy bym! – warknęła Lily, zrywając się na nogi i chwytając różdżkę.

- Słusznie, ale ktoś z kosmykiem twoich włosów i Eliksirem Wielosokowym zdecydowanie to zrobił – odpowiedział Malfoy, kompletnie ignorując jej wybuch. Wiedział, że to głównie na pokaz. Przynajmniej miał taką nadzieję.

- To oburzające. Czemu ktoś miałby to robić? – spytała Potter. To wszystko wydawało jej się szyte strasznie grubymi nićmi.

- Wydaje mi się, że po tym co stało się z twoją rodziną będziesz często sprawdzała lojalność przyjaciół.

- Masz rację, niemniej jednak każe mi to zapytać, jakie są twoje faktyczne motywy. Co chcesz osiągnąć mówiąc mi o tym, Draco?

- Może któregoś dnia ci to powiem, ale jeszcze nie. Ale uważaj, Lily, to nie był odosobniony incydent – odparł Draco, wstając z krzesła. Wziął swoją różdżkę i rozproszył zaklęcia nałożone na drzwi gabinetu. Potem wyciągnął fiolkę z szaty i przyłożył czubek różdżki do skroni. Wyciągnął srebrzyste wspomnienie i złożył je w fiolce.

- Nie byłem pierwszy, nie będę ostatni. Wiedz, że żałuję mojego czynu i biorę za niego pełną odpowiedzialność. Poddam się każdej karze, jaką uznasz za stosowną – rzekł Draco, wręczając jej fiolkę. Lily wzięła ją zmartwiona. Podejrzewała, że jest tam coś naprawdę złego. Jednak martwiło ją, że robiąc to, odsłaniał się przed nią.

- Czemu? – spytała ostrożnie. Czy próbował zyskać jej zaufanie czy też w jakiś sposób wystawiał? Draco włożył rękę do kieszeni i dotknął zdjęcia, które teraz wszędzie ze sobą nosił niczym talizman. Zerknął przez ramię na fotografię na półce, którą Lily schowała. Oczy Lily podążyły za jego spojrzeniem. Powoli ich wzrok się spotkał. Oczy Lily przepełniało zrozumienie, oczy Draco smutek.

- Jeśli jeszcze żyje… - Draco musiał przerwać, by przełknąć narastające mu w gardle emocje i wyrównać głos. – Powiedz jej, że wschód słońca to dalej moja ulubiona pora dnia – poprosił szczerze Draco, a potem wyszedł, nim Lily się zorientowała. Zmieszana kobieta opadła z powrotem na krzesło.


Harry stał przed Huncwotami zdumiony liczbą nowych rekrutów. Ponad pięćdziesięciu uczniów stało w Gnieździe Huncwotów. Wywodzili się ze wszystkich lat, od pierwszego do siódmego, tak jak miał nadzieję. Ginny stała po jego prawej, a Daphne po lewej stronie. Za jego plecami znajdował się piedestał z wielką księgą, której strony były w większości puste. Na jej grzbiecie wytłoczono napis „Księga Huncwotów". Harry zamknął oczy, myśląc o tym, czego mu trzeba. Tuż przed nim pojawił się długi stół, wywołując pełne zaskoczenia okrzyki.

- Zrobiłeś to! Zmieniłeś Gniazdo w Pokój Życzeń! – zawołała Hanna Abbott z drugiego końca pokoju. Większość uczniów rozglądała się wokół. Myśleli o różnych przedmiotach, żeby sprawdzić, czy się pojawią. Nie zawiedli się.

- Nie! Wy wszyscy to zrobiliście. Każdy miał w tym swoją zasługę i nie mógłbym być z was bardziej dumny – pochwalił Harry za ich śmiałe i zakończone sukcesem przedsięwzięcie. Gniazdo rozbrzmiało owacją, a Harry stał i klaskał z nimi pozwalając się im nacieszyć momentem zwycięstwa. Zasłużyli.

- Mamy przed sobą mnóstwo roboty, ale najpierw chciałbym, żebyście wszyscy popatrzyli na ten piedestał za mną. Księga Huncwotów to pierwsza edycja książki, do której wszyscy dołożymy się zaklęciami, czarami, urokami, klątwami, runami, recepturami eliksirów, inkantacjami, rytuałami i osłonami. Nasza różnorodność będzie naszą siłą. Rozumiem, że niektóre rzeczy muszą pozostać tylko w waszych rodzinach. Nie prosiłbym was o to, gdybym nie był gotowy zrobić to samo. Dodałem tam już pewne rzeczy z Księgi Zaklęć Rodu Potterów i parę innych, które sam opracowałem. Zakląłem też Księgę, żeby mógł ją przeczytać tylko Huncwot.

- Dodałam tam tez wiedzę Rodu Greengrassów – wtrąciła się Daphne.

- Ja także, z mojego Rodu – dodała Ginny. Kiedy Ron rzucił jej znaczące spojrzenie, jedynie wzruszyła ramionami. Kiedy minął początkowy szok i po średnio gorącej dyskusji, pozostali również zgodzili się na dodanie tam własnej kontrybucji. Wszystkie magiczne rodziny mają swoje specjalności i dostęp do tej wiedzy z pewnością będzie dla nich korzystny na dłuższą metę.

Kiedy zostało to ustalone, Harry wyciągnął długie skórzane zawiniątko ze swojej szaty ze skóry bazyliszka i rozwinął je na stole, który przywołał wcześniej. Wewnątrz znajdowała się masa magicznych przedmiotów, których używano przy wyrabianiu rdzeni do różdżek oraz małe kawałki drewna, którego używano na ich osłonę.

- Słuchajcie, co się stanie, jeśli użyjemy naszych różdżek poza szkołą? – spytał Harry. Najpierw nikt nie odpowiedział, a potem z tyłu odezwał się Mark, który stał obok Emmy:

- Po trzecim razie wylatujesz.

- Dokładnie! Pytanie numer dwa: Co się stanie, jeśli twoja różdżka zostanie zniszczona, ukradziona albo wam ją zabiorą? – spytał ponownie. Tym razem odpowiedziała Susan Bones:

- Masz przejebane – zażartowała, co wywołało oburzone sapnięcie Hanny.

- Albo będziesz martwy i nie będzie to miało znaczenia – dodała śpiewnie Luna. Hermiona spojrzała na nią zniecierpliwiona.

- Nie patrz tak na nią, Mionko. Dziewczyna ma rację – powiedział Ron swojej dziewczynie, zanim ta zdążyła skarcić Lunę za powiedzenie czegoś, co w jego opinii było absolutną prawdą. Hermiona spojrzała na niego spode łba, ale nie cofnął się. Wiedział, że ma rację, a gdyby ona zapomniała o swojej dumie też by to zrozumiała. Skinęła głową. Widząc koniec tej bezgłośnej debaty, Harry kontynuował:

- Jeśli uda wam się przetrwać, będziecie musieli używać różdżki z drugiej ręki, w najlepszym razie jakiegoś członka rodziny, która nie działa dla was najlepiej. Mówiąc w skrócie jesteście odsłonięci i narażeni na niebezpieczeństwo.

- A jak niby mamy to naprawić, Potter? – spytał sarkastycznie Justin Finch-Fletchley. Hanna i Susan symultanicznie trzepnęły go w tył głowy za brak szacunku, który okazał Harry'emu. Kilkoro uczniów chichotało z niego. Harry postanowił, że w tym tygodniu będzie Puchonem. Chciał zobaczyć jaki to kij w dupie tak usztywniał Justina.

- Niegdyś czarodzieje i czarownice sami robili swoje różdżki, a potem używali run, żeby je do siebie przywiązać. Wówczas, nawet jeśli zostali rozbrojeni, różdżka pracowała tylko dla nich – wyjaśnił mu Harry, jakby Justin był dzieckiem. Potem popatrzył w oczy Emmie. – Albo komuś, z kim dzielili krew – zakończył mrugając, a Emma mrugnęła do niego.

- Więc będziemy robić własną różdżkę? – spytała z naciskiem Daphne.

- Różdżki. Lepiej mieć dodatkową różdżkę i jej nie potrzebować… - zaczął Harry.

- Niż potrzebować… - dodał Fred, wkraczając do Gniazda z goblinką w pełnym pancerzu u boku.

- I nie mieć – uzupełnił podążający za nimi George.

- Popażi Bill, soiree* - powiedziała Fleur do wysokiego rudzielca, który szedł u jej boku. Wszyscy stanęli za Harrym. Obrócił się i mrugnął do Promyczka. Wyglądało na to, że zrekrutowała nowego Huncwota.

- Wyglądasz oszołamiająco, jak zawsze, Greengrass – szepnął George z pewnym siebie uśmiechem, kiedy ją mijał. Daphne uniosła brew i spojrzała pytająco na Ginny. Ta wskazała głową Seamusa, który patrzył z wściekłością na George'a. Daphne uśmiechnęła się szeroko, co Ginny skomentowała szeptem: „Kokietka". Daphne tylko do niej mrugnęła. Ginny potrząsnęła głową, ale jej uśmiech był równie szeroki.

- Dobrze, właśnie przyszli wasi nauczyciele tego wieczoru. Po pierwsze chcę, żebyście przeszli wzdłuż stołu i sprawdzili co do was przemawia. W wielu krajach stworzenie własnej różdżki to egzamin dojrzałości. Potem podzielimy się na małe grupy. Bill będzie uczył osłon i łamanie klątw, Hesta* walki tradycyjnej, Fred tworzenia przedmiotów i otwierania zamków, George skradania i zaklinania przedmiotów, Fleur… uwierzcie mi dziewczyny, to wam się spodoba, Daphne polityki i zbierania informacji wywiadowczych, Ginny magicznej walki i technik przetrwania, a zajmę się runami i eliksirami. W miarę upływu czasu zajmiemy się też innymi kwestiami. Każdy w tym pokoju dysponuje jakąś cenną wiedzą i będzie uczył innych – Harry przerwał, żeby sprawdzić czy są jakieś pytania. Kiedy nic nie usłyszał, kontynuował: - Dobrze, bierzmy się do roboty.

Harry czuł, że jest znacznie więcej tematów, którymi powinni się zająć, ale wiedział, że stojące za nim osoby będą zawsze do dyspozycji, żeby ich uczyć.

- Dobra ludzie, wszyscy, którzy chcą rozerwać na kawałki dorosłego czarodzieja, za mną – zawołała głośno Hesta, jednocześnie szczypiąc Freda w pośladek.

- Ona żartuje, co? – spytał Dean głosem o oktawę wyższym niż zazwyczaj.

- Nie sądzę – odpowiedziała Lavender chichocząc, po czym podążyła za stadkiem czarownic, które zbierało się wokół Fleur.

- Widzę że razem z Ginny ochrzciliście Gniazdo. To dobrze, zwiąże się to całkiem ładnie z urokami, które tu dodaliśmy.

Harry gwałtownie obrócił się na dźwięk tych słów i ujrzał wpatrującą się w niego drobną Lunę.

- Dlaczego to mówisz? – spytał Harry, usiłując nie potwierdzać ani nie zaprzeczać. Luna przechyliła głowę na bok, jak zrobiłoby to zwierzę namyślające się nad czymś. Potem zaczęła chichotać jak chochlik.

- Oboje opuściliście poranny trening przy jeziorze, a potem śniadanie. Ginny ledwo zdążyła na pierwszą lekcję, a ty wpatrywałeś się w nią z głupkowatym uśmiechem. Ginny też to robi, tak przy okazji i chodzi nieco inaczej niż zwykle. Aury was obojga są lepiej dostrojone i pulsują w tym samym rytmie w miejscach, gdzie się naznaczyliście, a poza tym w pokoju unosi się charakterystyczny zapach seksu – wyjaśniła mu Luna, dygnęła i odbiegła w podskokach. Harry stał z otwartymi ustami i po raz pierwszy nie przychodziła mu do głowy żadna mądra odzywka. Po kilku chwilach otrząsnął się i dołączył do grupy, którą miał uczyć. Mieli mnóstwo roboty i bardzo mało czasu.


- Zrobione, mój Panie – zameldowała Bellatrix, wchodząc do Sali Tronowej Voldemorta. Czarny Pan uśmiechnął się szeroko. Wiedział, że Bella go nie zawiedzie.

- Kiedy będzie gotowy?

- W następną pełnię, mój Panie.

- A kiedy zostanie nawrócony? – spytał Voldemort chytrze. Bellatrix odpowiedziała złowieszczym uśmiechem. Dłoń w jej kieszeni dotknęła dwóch fiolek, które wysłała jej dziewczyna łudząca się poczuciem własnej ważności.

- Proszę się nie martwić, mój Panie. Trzymam rękę na pulsie – odpowiedziała z ukłonem. Szaleńczy śmiech Voldemorta rozbrzmiał w korytarzach zamku. Wszystko szło zgodnie z planem.


W następnym rozdziale:

- Harry opowiada Ginny o swoim pierwszym spotkaniu z sukkubami
- ciąg dalszy szkolenia Emmy
- Draco poznaje pewną tajemniczą sowę


Słowniczek:

Soiree – po francusku wieczorek towarzyski albo przedstawienie

Hesta – autor znów jest tu niekonsekwentny i stosuje zamiennie imię Hesta i Hestia. Pozostają przy wcześniejszej wersji.


Od tłumacza: Wspomnienie Emmy było napisane piekielnie niekonsekwentnie, to w czasie teraźniejszym to przeszłym bez jakiejkolwiek wyraźnej logiki, więc pozwoliłem sobie to ujednolicić.

Dodatkowo mam problem z tymi cholernymi sukkubami. Umówmy się od tej pory, że to rzeczownik rodzaju żeńskiego, co? Wiem, że tak nie brzmi, ale szlag mnie trafia, kiedy mam pisać w rodzaju męskim o ewidentnie kobiecej postaci. I wiem, że wcześniej nie robiłem tego konsekwentnie, ale naprawdę nie chce mi się wracać i wyszukiwać każdego takiego miejsca :)