Lewa, prawa, lewa, prawa, lewa… chodzenie wcale nie jest tak prostą sprawą, jak mogłoby się wydawać. Zwłaszcza, jeśli trzeba to robić mając w krwiobiegu wielokrotnie przekroczoną dopuszczalną normę alkoholu. Ale może to i lepiej. Na trzeźwo z przerażenia dostałaby zawału, a tak podążała za dziwnym bladym jegomościem ze względnym spokojem ducha. Gdyby zrobiono kiedyś horror o kuzynie laleczki Chucky, tylko takim dystyngowanym, o porcelanowym licu, który stał na półce z zabawkami w pokoju jakiegoś brytyjskiego rozkapryszonego hrabiątka, to tytułowa postać wyglądałby jak typ, za którym szła. Oczywiście różniliby się rozmiarem, ale… cholera, czemu wszystkie dobre pomysły rodziły się w jej mózgownicy po tym jak oficjalnie kopnęła w kalendarz? To mógłby być materiał na niezły scenariusz. Zapewne, zastanawiałaby się dłużej nad totalnym brakiem jakiejkolwiek przejawu normalności w swym życiu, ale z przyczyn zupełnie od niej niezależnych była zmuszona przestać.

- Panie arancar, teoretyzowałam, co stanie się z czymś co wpadnie w tę czarną otchłań wkoło nas, ale nie mogą wyciągnąć zbyt wiążących wniosków. Mógłbyś mnie oświecić w tej sprawie? - zapytała spoglądając w bezdenną przestrzeń, z której wyróżniała się jedynie biała droga z reiatsu powstająca przed nimi. - Wiem, że rozumiesz co mówię i że mnie słyszałeś, więc najzwyklejszy dogmat dobrego wychowania obliguje cię do odpowiedzi na moje pytanie.

Arancar przystanął i obejrzał się przez ramię z pogardą należną kupie gnoju.

- Nie jestem zobligowany do odpowiedzi na jakiekolwiek pytania.

- To znaczy, że jestem więźniem?

- Jesteś gościem Lorda Aizena króla Hueco Mundo, Shihoin hime.

- Aha - powiedziała z przekonaniem, kiwając głową. Przestała kiwać szybciej niż zaczęła, gdyż był to raczej kiepski pomysł w jej obecnym stanie. - I widzisz, mój ty kochany emo promyczku nadziei, tu dochodzimy do wagi i znaczenia słów. Od słowa gość wywodzi się inne słowo. Gościnność, czyli uprzejmość okazywana komuś, kto przybył w odwiedziny. A uprzejmość ta sugeruje byś odpowiedział na nieszkodliwe pytanie.

- Jeśli skoczysz bez problemu cię złapię - oświadczył i znów zaczął iść.

Ari stała na środku zastanawiając się co emo pusty miał na myśli, alkohol znacznie spowolnił jej umiejętność kojarzenia faktów. Kiedy w końcu pojęła co insynuował poważnie się wkurzyła.

- Myślisz, że mam ciągoty samobójcze? Mój instynkt samozachowawczy jest nastawiony na odpowiednie trajektorie, dziękuje bardzo! - zapowietrzyła się.

-Wątpię. Wiedziałaś, że obserwuje cię i tego niedorobionego shinigami od dłuższego czasu, a mimo to nic mu nie powiedziałaś. Poszłaś ze mną dobrowolnie.

Ariel zacisnęła zęby w sztucznym do granic możliwości uśmiechu. Nie miała zamiaru mu się tłumaczyć, ale nawet teraz uważała, że postąpiła słusznie. Dla większości osób to, że dała się porwać jednej z popierdółek Aizena było oznaką głupoty, tak jak wtedy, gdy nie zważając na konsekwencje wlazła do laboratorium Izanami. Naraziła się na wielkie niebezpieczeństwo, a nie licząc skoroszytu z tajnymi pieczęciami nic nie osiągnęła. Ale właśnie takie było życie. To gra, w której nigdy nie ma pewności, że uda się osiągnąć to, co się chce, a ona nie mogła sobie pozwolić na, to by spasować niektóre rozdania. Miała wewnętrzną potrzebę zrozumienia nie tylko tego jak działa świat wokół niej, ale również dlaczego działa tak, a nie inaczej. Wtedy chciała wiedzieć czemu wpakowaną ją w ten metafizyczny bajzel, w tej chwili chciała zrozumieć co Aizen ukisił w tej swojej pochrzanionej mózgownicy. I teraz przez swe zboczenie poznawcze znów wpakowała się w kłopoty.

Westchnęła wpatrując się w swe bose stopy chwiejnie idące przed siebie. Emo debil nie pozwolił jej nawet założyć butów. I wciąż nie odpowiedział na jej pytanie… Na szczęście, póki co przeszły jej nudności, ale i tak była ciekawa, czy, gdyby zwymiotowała w niebyt to z czasem zawartość jej żołądka nie spadłaby komuś na głowę. To było by interesujące. Teraz pozostawało jej już tylko posłuszne podążanie naprzód i modlenie się, by alkohol zbyt szybko nie wyparował z jej organizmu, bo niechybnie doznałaby ataku paniki.


Shinji jeszcze nigdy tak szybko nie wytrzeźwiał. Kiedy poczuł otwarcie garganty, w której sekundę później zniknęło reiatsu Ari, Vizard nie wiedział, czy jego umysł nie robi mu pijackich figli, ale, gdy bez wahania wyważył drzwi i stanął w pustym mieszkaniu wiedział, że to nie sen. To cholerny koszmar! Zniknęła. Ten skurwiel zabrał mu kolejną rzecz, tak samo, jak zabrał mu wszystko, co było dla niego kiedykolwiek drogie.

- Ari!

Tomas nie zorientował się, kiedy został przyciśnięty do ściany, a strużka krwi pociekła po ostrzu przyciśniętym do jego szyi. W jednej chwili przestraszył się widząc wyważone z zawiasów drzwi, a w kolejnej wpatrywał się w poważne orzechowe oczy. Oczy, które bez wątpienia należały do wkurwionego boga śmierci.

- Gdzie byłeś? - zapytało wcielenie zimnej furii.

Black przełknął ślinę. Ton Hirako wystarczył, aby zjeżyły mu się wszystkie włosy na głowie.

- Ari wysłała mnie po czekoladę. Zagroziła, że inaczej zacznie śpiewać, zaraz…. Gdzie ona jest?

Shinji puścił chłopaka i rozwścieczony walnął pięścią w ścianę. Teraz w końcu zrozumiał. Shihoin z tą swoją nadwrażliwością na reiatsu musiała wyczuć posłańca Aizena i postanowiła go upić na tyle, by i on go nie wyczuł. Ale po cholerę to zrobiła? Chciała, żeby ją zabrał? Jeśli tak, to po co? Czemu wybrała pewną śmierć, kiedy mógł ją ochronić? Wystarczyło jedno słowo, a rozerwałby tę miernotę na strzępy! Czemu więc…?

Tomas najwidoczniej zastanawiał się nad tym samym. Zrezygnowany rzucił się na kanapę i schował twarz w dłoniach.

- Wiedziała, że ktoś po nią przyszedł. Dlatego nas upiła. Wiedziała, że nie będziesz miał serca ciągnąć ją przez miasto w takim stanie, a mnie pozbędzie się bez większego problemu. Nigdy nie sądziłem, że tak się zmieni…

- Czyli wcześniej nie była manipulującą nieczułą zołzą? - warknął wściekły na wszystko Shinji. Był wściekły na nią, na Tomasa, na Aizena, ale najbardziej był wściekły na samego siebie.

- Rozstawiała wszystkich jak chciała, odkąd pamiętam, ale dawna Ari, gdy była w najmniejszym niebezpieczeństwie z płaczem oznajmiała to całemu światu. Nigdy nie narażała się, jeśli mogła tego uniknąć.

- Albo, po prostu nas zdradziła.

Vizard opanowany wściekłością nie zauważył nawet, kiedy chłopak wstał i walnął go z całej siły w szczękę.

- Jesteś dupkiem - mruknął brunet i wyszedł z pokoju pozostawiając w samotności zszokowanego mężczyznę.

Hirako oblizał krew z kącika ust. Należało mu się. Od samego początku tak bał się, że Ariel wbije im nóż w plecy, że w zaistniałej sytuacji jego mózg od razu wysnuł wnioski nie bacząc na protesty serca. Ale, z drugiej strony dlaczego miałby nie wierzyć w jej zdradę? Póki co wszyscy, na których mu zależało to zrobili. Cała Gotei skazała ich na śmierć, nawet ci, których znał od dziesięcioleci i uważał za przyjaciół, nie raczyli się, choćby zastanowić, czy to w porządku. Jasnowłosą dziewczynę znał zaś, zaledwie od kilku dni i wiedział, że jest jedną z najbardziej chytrych osób jakie dane mu było spotkać. Wiedział, że to najbardziej wiarygodne wytłumaczenie, ale problem polegał na tym, że nie chciał w nie uwierzyć. Przez te parę dni młoda Shihoin weszła mu pod skórę i wyryła swój znak na jego duszy. Najbardziej ostrożny z Vizardów bez wahania zaufał najmniej wartej tego osobie. Pomasował zmarszczone czoło. Ludzie mieli rację, serce to bardzo głupi doradca.

Teraz pozostawało mu jedynie czekać i wierzyć, że młoda kobieta wiedziała co robi wchodząc do jaskini lwa. Miał nadzieję, że chociaż tym razem świat nie udowodni mu, że sensem jego życia nie jest przyglądanie się, jak wszystko, na czym mu zależy znika.


Niech diabli wezmą tę kurewską posadzkę! Jeśli palce jej nie odpadną to będzie, to istny cud. Czy ten parszywiec nie mógł zainwestować w ogrzewanie podłogowe albo, chociaż w jakieś chodniki? Zamiast tego wszędzie był biały marmur, cholernie zimny biały marmur w niekończącym się korytarzu, przez który szła już z dziesięć minut. A może była to tylko iluzja? Może ten skurwysyn siedział sobie i patrzył na jej męczarnię masturbując się przed monitorem podniecony jej niedolą? Dziewczyna przygryzła wargę. Musiała skupić się na czymś innym niż odmrożone stopy, na przykład na tym, że jej przewodnik zatrzymał się przed ogromnymi drzwiami, które z niepokojącym brakiem, choćby najmniejszego dźwięku uchyliły się.

Tak zatem w koszuli Lisy, starych szortach Shinjiego i na boso Ari stanęła przed jego kurewską wysokością, samozwańczym królem Hueco Mundo, Aizenem przeklętym pierwszym, który siedział u szczytu długiego stołu popijając z porcelanowej filiżanki herbatę.

- Dobrze cię znów widzieć Ariel - powiedział z przyjaznym uśmiechem. - Cieszę się, że przyjęłaś moje zaproszenie.

- Nie wydawało mi się bym miała wybór, Sousuke - odpowiedziała wciąż stojąc w progu. Nie odważyła się podejść bliżej.

- Z tego co wiem obecność Ulquiorry nawet cię nie zdziwiła.

- Szczerze, to spodziewałam się wcześniej twego zaproszenia.

- Doprawdy? - roześmiał się. - Sądziłaś, że tak się za tobą stęsknię.

- Na Wzgórzu Sokyoku pożegnałeś się ze wszystkimi. Tylko do mnie powiedziałeś „do zobaczenia".

Aizen uśmiechnął się, ale inaczej niż wcześniej, tym razem były to szczery uśmiech satysfakcji. Wskazał jej krzesło koło siebie.

- Możesz odejść Ulquiorra - polecił Arrancarowi nie spuszczając wzroku z podchodzącej kobiety. Kiedy usiadła postawił przed nią filiżankę i nalał jej herbaty. - Jak podoba ci się Las Noches?

- Jest bardzo… białe - odpowiedziała po chwili zastanowienia. - Widzę, że twój architekt wnętrz preferował styl minimalistyczny.

- Preferuję prostotę.

- A ja sądziłam, że preferujesz zastraszanie gości.

- Gdybym chciał, aby było tu strasznie porozwieszałbym po ścianach narzędzia tortur i różne odcięte części ciała.

- Najbardziej przerażające jest to czego nie znamy - poprawiła się na krześle i ostentacyjnie założyła nogę na nogę, chcąc pokazać, że nie powinien jej lekceważyć.

- Masz rację - przyznał. - Czemu nie pijesz? Zapewniam, że herbata nie jest zatruta.

- Wiem i wiem, że wiesz, że nienawidzę herbaty. Lubisz się nade mną znęcać, co?

- Oceniasz mnie nazbyt surowo Ari, chciałem być, po prostu gościnny i wypełnić należycie obowiązki gospodarza - powiedział pokornie, kładą rękę na jej dłoni.

Wzdrygnęła się, ale nie z powodu szoku elektrycznego jakiego wcześniej zawsze doświadczała pod jego dotykiem. Tym razem było to z obrzydzenia.

- Powinieneś nauczyć, co to gościnność swego sługusa - wysyczała. Chciała zabrać rękę, ale mocno owinął palce wkoło jej przegubu.

- Ulquiorra ma trudny charakter, ale jest niezwykle oddany.

- A co taka szuja jak ty wie o oddaniu? - zapytała jadowicie. Jego zbyt bliska obecność i nadmiar promili zakłócały jej instynkt samozachowawczy. Chciała go wkurzyć przynajmniej w połowie, tak jak ona była wkurzona, nie bacząc na konsekwencje.

Uśmiech nie spełzł mu z ust, ale w spojrzeniu zdawało się pojawić coś szalonego i bezlitosnego.

- Całkiem sporo. Do tej pory szanuję swego byłego kapitana. Z tego co wiem, ty także zdążyłaś go polubić.

Zmusiła się, by rozluźnić nieco mięśnie i przysunęła się bliżej jego twarzy. Czuła na policzkach jego miarowy oddech.

- Vizardzi mogą okazać się przydatni, tak samo jak Kurosaki. Hybrydy shinigami z pustymi, czy to z quincy mają niemały potencjał.

Aizen przysunął się. Ich usta dzieliło, zaledwie kilka milimetrów.

- Nasza mała księżniczka jest niezwykle bystra, nie uważasz Gin?

- W rzeczy samej Aizen-sama - przyznał głos, który ostatnio skutecznie wpędzał ją w poczucie winy.

Ariel odskoczyła od byłego kapitana piątego oddziału z niedowierzaniem wpatrując się w stojącego w drzwiach wysokiego shinigami, który z uśmiechem podszedł do niej.

- Kopę lat, Ari-chan.

Dziewczyna nie wytrzymała. Nie potrafiła nawet zliczyć, ile godzin spędziła martwiąc się o niego, o ten jego durny uśmiech, przymknięte oczy i chudy zadek. Złapała filiżankę i chlusnęła jej zawartością w twarz Ichimaru, a przynajmniej miała taki zamiar, ale karaluch jeden miał czelność się uchylić!

- Tyyyy… - syknęła przez zaciśnięte zęby. - Zabije cię, ty skretyniały, ambiwalentny, szczurzy pysku!

Gin nie przejął się jej groźbami, wręcz przeciwnie. W pełni uradowany poklepał ją po głowie.

- Mnie też miło cię widzieć Ari-chan. Potrzebowałeś czegoś Aizen-san?

Szatyn przytaknął, niby od niechcenia obserwując ich interakcje.

- Shihoin hime nie jest w tej chwili sobą. Podziwiam, że po takiej ilości alkoholu jaki spożyła jest jeszcze w stanie koherentnie mówić. Zaprowadź ją do jej komnaty i zadbaj, by niczego jej nie brakowało.

- Haaaj Aizen-san! - przytaknął niemal śpiewnie i pociągnął za sobą zszokowaną dziewczynę. Czy on naprawdę poklepał ją po głowie?

Kiedy wyszli na korytarz blady mężczyzna objął ją ramieniem widząc, że lekko zaczyna się zataczać.

- Powinnaś ograniczyć alkohol Ari-chan, bo jeszcze się uzależnisz.

- Jestem na ciebie wściekła, więc lepiej nie zaczynaj. Jak mogłeś zrobić coś takiego? I co ważniejsze nic mi nie powiedziałeś - wybąkała pod nosem.

Potknęła się i złapała go za ręką, aby nie upaść. W chwili, w której go dotknęła poczuł dziwne reiatsu.

- Co zrobiłaś, Ari-chan? Jesteś bardziej niezgrabna niż pamiętam. - zapytał roześmiany, ale dziewczyna wiedziała, o co mu chodziło.

- To pieczęć modyfikująca dźwięk. Każdemu, kto jest ode mnie dalej niż dwa metry będzie się wydawało, że się kłócimy, więc staraj się właśnie tak wyglądać.

Gin przyjrzał się jej spod wpół otwartych powiek.

- Nie słyszałem o czymś takim.

- Wiedziałam, że zostanę tu zaproszona. Przygotowałam się.

- Świetnie, a teraz powiedz mi, skoro wiedziałaś, że Aizen kogoś po ciebie wyślę, to czemu nic nie zrobiłaś, by temu zapobiec? - zapytał mocniej ściskając jej ramię, niemal całkowicie odcinając cyrkulację krwi.

- Ponieważ wiedziałam, że jeśli chciał mnie porwać to zrobiłby, to w ten lub inny sposób. I to ja powinnam być tu wściekła na ciebie, nie odwrotnie!

- Zainteresowałaś go, a to nic dobrego. Jesteś w niebezpieczeństwie, Ariel.

- Śmiem wątpić - widząc niedowierzanie na jego twarzy kontynuowała. - Aizen nie porwał mnie tu, bo się mnie boi ani, ponieważ się za mną stęsknił. Trawi go nuda, a ja najwidoczniej jestem na nią lekarstwem. Gdyby chciał mnie zabić zrobiłby to dawno temu. W tej chwili bardziej ciekawi mnie czemu jesteś taką arogancką świnią. Myślisz, że w pojedynkę uratujesz świat? Rozczaruję cię, ale życie nie działa w ten sposób.

Gin westchnął. Odchodząc wiedział, że zrani ją, Rangiku i Kirę, ale ostatnia dwójka nie znała prawdziwego powodu jego odejścia. Ari kisiła w sobie wszystko od kilku tygodni, a to nie było łatwe ani przyjemne. Wiedział, że miała prawo być na niego wściekła.

- Przypuszczam, że przeprosiny nic nie dadzą…

- Żebyś wiedział.

- Ale może przynajmniej będę mógł ci pomóc w zdobyciu tego, po co tu przyszłaś. Wiem, że masz jakiś cel.

Jej usta wykrzywiły się w uśmiechu, który zawsze zwiastował plan.

- Muszę zobaczyć scalone Hogyoku. Nie patrz się tak na mnie. Wiem, że Aizen miał swoje wcześniej. Musiał, by stworzyć Shinjiego i resztę. Nawet ci Arrancarzy powstali pod jego wpływem, ale on planuje coś większego. Dlatego potrzebował oryginału Kisuke, które także było niekompletne. Jestem pewna, że zrobił najlogiczniejszą rzecz. Poddał je fuzji.

Ichimaru podrapał się za uchem.

- Wiesz co Ari-chan? Aizen zawsze powtarzał, że kapitan Hirako jest straszny. Ty jesteś nie mniej przerażająca.

Dziewczyna zgrzytnęła zębami. Była otoczona przez masę potworów i sadystycznego arcyinteligentnego złoczyńcę. Nie chciała myśleć o wściekłości Shinjiego, która czeka na nią po powrocie do domu… O ile uda jej się wrócić, czego wcale nie była taka pewna jak próbowała wmówić to Ginowi.

- I oto jesteśmy - zaanonsował, wyrywając ją z zamyślenia.

Ari weszła do królewskiego pokoju, który niespodziewanie był cały biały.

- Jutro będę miała takiego kaca, że będę chciała umrzeć na stojąco. Dobrze, że przynajmniej od razu będę w pokoju, który może być wzięty za kostnicę.

- Nie martw się Ari-chan. Rano podeślę ci coś na kaca. Jestem pewien, że Szayel ma coś odpowiedniego.

- Szayel? - zapytała. Ktokolwiek potrafiący pozbyć się kaca był jej mistrzem.

- Jeden z Espady. To odpowiednik Kurotsuchiego, całymi dniami siedzi w tych swoich próbówkach i coś majstruje. Podejrzany typek, ale powinien mieć jakąś magiczną miksturę dla alkoholiczki po przejściach.

Walnęła go w ramię.

- Nie jestem alkoholiczką. I dlaczego ten cały Szayel miałby coś ci dać. Jeśli jest podobny do Kurotsuchiego, to wątpię, by raczył na ciebie nawet splunąć.

- Wydaje mi się, że on mnie raczej lubi - odpowiedział zakłopotany po chwili namysłu.

Ari zaczęła się tak śmiać, że tym razem naprawdę się zatoczyła, potknęła i przewróciła na łóżko, po czym dostała pijackiej czkawki.