Stanął jak wryty w drzwiach sypialni, kiedy zobaczył Jamesa. Jego przyjaciel nie był martwy, ranny i w żaden inny sposób go nie ubyło.
Wręcz przeciwnie.
Syriusz wytrzymał dwie sekundy albo półtorej, zanim upadł na podłogę i zaczął się skręcać ze śmiechu. Obok niego Remus zrobił dokładnie to samo, hamując się może jedno uderzenie serca dłużej. Gryffindorze, pomijając wczorajszy wieczór, nie śmiał się tak chyba od pamiętnego meczu wiosną. Po jakichś pięciu minutach zaczęły go boleć mięśnie brzucha, więc zmusił się, by zapanować nad rozbawieniem.
– No bardzo się cieszę, że moja niedola poprawia ci nastrój – stwierdził wreszcie nadąsany Potter, z którego twarzy nie schodził cierpiętniczy wyraz. Black znów wybuchnął śmiechem i potrzebował trochę czasu, by móc wydać z siebie bardziej kontrolowane dźwięki.
– Domyślam się, że to nie jest efekt zamierzony? – wydusił wreszcie i teraz z kolei napadu wesołości dostał Lupin, chichocząc na dywanie jak dziewczynka na dopalaczach.
– Kurwa, chłopaki! Mnie jakoś nie jest do śmiechu – zaskomlał. Z klei Syriusz bardzo starał się skupiać wzrok na nieszczęśliwej twarzy Rogacza, walcząc z naturalną potrzebą spojrzenia nieco poniżej. Tamten jęknął i błagalnie wpatrywał się przyjaciela. – Łapo, robisz w Hogwarcie za obwoźną aptekę. Zakładam, że masz coś na to – wskazał palcem w wiadomym kierunku.
– Przykro mi, ale się zwinęliśmy. Nie ma mowy, żeby Sev uwarzył antidotum, bo Dumbledore dobierze się nam do dupy – wyjaśnił, odbierając nadzieję Potterowi. – No, chyba że coś zostało na stanie – dodał, rzucając nieszczęśnikowi ostatnią deskę ratunku.
– Syriusz, nie ma mowy, żeby Snape się o tym dowiedział – ostrzegł James z zacięciem.
– No to chyba będziesz musiał dopasować swoje szaty, zanim nie wybierzesz się na zakupy z prawdziwego zdarzenia. Może Vitalia ci coś podrzuci ze starej garderoby, bo już nie potrzebuje – uświadomił przyjaciela, usiłując zachować względną powagę.
– Szlag – wycedził Potter. – Dobra. Da się tak załatwić, żeby nie wiedział dla kogo?
– Wątpię. Sev nie da mi antidotum na ładne oczęta, a ja mu nie zełgam. Skubaniec zawsze wie, kiedy kłamię. Lepiej zaciśnij zęby i zepnij pośladki, Rogaczu – wyszczerzył się Black, porzucając na chwilę empatyczną postawę.
No dobra, James miał naprawdę spore problemy, a Syriusz ostatkiem silnej woli powstrzymywał się przed padnięciem ponownie na podłogę, by się na niej wytarzać ze śmiechu.
– Moja duma może mieć opory przed przełknięciem blamażu tego kalibru, ale kij z tym. Niech będzie, byle szybko. Mam zamiar zagrać w dzisiejszym meczu i skopać tyłki ślizgońskim kanaliom.
Black ruszył w kierunku drzwi, ale stanął w progu z szelmowskim półuśmieszkiem.
– Coś jeszcze? – dopytał z rezygnacją Potter.
– Mogę pomacać? – padło z ust Syriusza. Sekundę później Remus ponownie osunął się na podłogę, co dobitnie zasygnalizowało, że słowa Blacka zainicjowały u wilkołaka kolejny napad katatonicznego śmiechu.
– Spierdalaj – wściekł się adresat pytania, sięgnął po pelerynę i zarzucił ją sobie na ramiona, znikając im z oczu z przekleństwem na ustach.
Przekopywał się przez zawartość trzeciego regału od ściany i wykalkulował, że w takim tempie dojdzie do półek przy drzwiach za jakieś siedem do ośmiu miesięcy. Chyba, że będzie miał niebywałego farta i trafi na godne uwagi wzmianki o oklumencji, zanim dotrze do ostatniego tomiszcza. Z jego szczęściem wypadało zaakceptować myśl, że za osiem miesięcy okaże się, iż szukał w złym miejscu. Severus nie należał jednak do ludzi, którzy łatwo odpuszczali i po pięciu godzinach buszowania w dziale ksiąg z zakresu zaawansowanej magii jego determinacja została nagrodzona. Przekartkował wiekową publikację z fascynacją. W sam raz na lekturę przed snem. Albo bardziej zamiast.
– Sev? No chyba jeszcze tylko w damskiej przebieralni cię nie szukałem – usłyszał za plecami. – Jest sprawa.
– A myślałem, że skurwiele i spiskowcy też mają wolną niedzielę – wycedził z irytacją. Nawet nie chciał sobie wyobrażać, z czym przyjdzie mu się zmierzyć tym razem. Nie pił jeszcze kawy.
– Chyba ci umknęło, że dziś mecz. – Syriusz krótko wprowadził go w sytuację.
Oczywiście, naiwnością byłoby myśleć, że nikt nie wykorzysta takiej okazji do praktykowania Czarnej Magii, nie wyłączając próby zabójstwa przy jej użyciu. Ostatnio zupełnie zapomniał, że nadal byli w szkole, bo zachowanie wszystkich wokół bardziej definiowało to miejsce jako pole bitwy albo psychiatryk, a nie placówkę edukacyjną.
– Mów – zażądał, odkładając książkę na bok, by niechcący nie wróciła na półkę razem z pozostałymi, bezwartościowymi dla niego publikacjami.
– Potrzebuję antidotum – zaryzykował Black. – Nie proszę, żebyś coś uwarzył, ale może została chociaż jedna fiolka na stanie.
– Jakie? – Ślizgon chciał się upewnić, zanim odmówi.
– Na Eliksir Push-upowy – usłyszał w odpowiedzi.
Teraz Severus był już prawdziwie zaintrygowany i nie omieszkał tego okazać.
– Która białogłowa postanowiła powrócić do naturalnych kształtów? – zapytał i na wszelki wypadek dodał – Nie ma mowy, żebym dał ci antidotum, jeśli nie będę wiedział, dla kogo. To nie ma już nic wspólnego z biznesem. Chyba, że jest coś nie tak z produktem.
– Właśnie sęk w tym, że eliksir działa bez zarzutu – wydukał z zażenowaniem Syriusz, a mistrz eliksirów uniósł ze zdziwieniem brwi. – James Potter – wreszcie wydusił z siebie Gryfon.
– Co James Potter? – dopytał Severus zdezorientowany.
– To on potrzebuje antidotum.
Ślizgon nie kontrolował sadystycznego uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy. O cholera, czekał na to jakieś sześć lat z hakiem.
– Północne skrzydło, za kwadrans – powiedział tylko, sięgając po odłożoną księgę. Syriusz wyczuwalnie się rozluźnił i głębiej odetchnął. O naiwności. – Osobiście – dodał Severus z nieskrywaną satysfakcją i skierował się na siódme piętro.
Czekał cierpliwie w ciemnym korytarzu, jakże znajomym, dając się ponieść sentymentalnej stronie swojej osobowości. Jedynym niecodziennym elementem krajobrazu było przebijające się przez liście bluszczu, oplatającego ścianę z zewnątrz, słoneczne światło, rozjaśniające kamienne ściany i wysokie sklepienie o wiele mocniej, niż blask księżyca i gwiazd, który towarzyszył mu w czasie nocnych transakcji. Od tygodni już tu nie zachodził i bardzo mu tego brakowało, odkąd Dumbledore zakazał im kontynuowania eliksirowej działalności.
– Syriusz, chyba się nie zrozumieliśmy. Nie ma Pottera – nie ma antidotum.
Na końcu korytarza zobaczył Seva, który niespiesznie zbliżał się do jedynego okna na tej kondygnacji północnego skrzydła zamku.
– Dwadzieścia centymetrów w lewo, Snape – odezwał się głos obok Syriusza.
James kategorycznie odmówił stanięcia twarzą w twarz ze Ślizgonem w swojej obecnej… ehm… kondycji fizycznej. Szczęśliwie Syriusz wyłapał lukę. Osobiście to nie to samo co twarzą w twarz. Użycie peleryny nie było złamaniem narzuconych warunków.
Snape spojrzał nieco na lewo od głowy Blacka, ale utrzymał maskę. Nawet w jego spojrzeniu nic się nie zmieniło.
– Nie ma mowy, żebym pokazał się w moim aktualnym… stanie – zastrzegł James głośno. – Masz antidotum?
– Moje zamiłowanie do estetyki nie zniosłoby takiego widoku – zadeklarował Sev, wyciągając przed siebie fiolkę z panaceum na teraźniejsze problemy Pottera.
– Cena? – Głos nad ramieniem Syriusza odbijał napięcie.
Cała trójka wiedziała, że nie szło o pieniądze.
– Magiczne słowo.
Żądanie Ślizgona zadziwiło nie tylko Syriusza. Gryfon miał podstawy podejrzewać, że stojący przy jego boku przyjaciel także spodziewał się czegoś zupełnie innego.
– Avada kedavra? – zapytał zjadliwie James, wywołując ironiczny uśmiech na zimnej dotąd twarzy Seva.
– Umieram ze śmiechu – wycedził Ślizgon. – Do Pomfrey schodami w dół, pierwsze piętro, trzecie drzwi…
– Dobra, czego chcesz? – przerwał mu Potter ze zniecierpliwieniem.
– Usłyszałem już dziękuję i przepraszam. Brakuje mi jednego słowa do tego zestawu – objaśnił Ślizgon, a w jego ciemnych oczach Black dostrzegł jakąś zimną satysfakcję. – Domyśl się.
Syriusz próbował się w tym wszystkim odnaleźć. Spodziewał się, że Sev zażąda w zamian od Jamesa czegoś upokarzającego i właściwie się z tym godził. Kurwa, im wszystkim się należało. Teraz zdał sobie jednak sprawę, że zmuszenie Huncwota do przebiegnięcia się nago po korytarzu, założenia balowej sukni albo publicznego zadeklarowania płomiennego uczucia do Filcha było zupełnie nie w stylu Snape'a. Nic by dla niego nie znaczyło. Syriusz powinien się domyślić wcześniej, bazując na doświadczeniu z polerowaniem mioteł i warunkiem oznajmienia tego całemu światu. Taka kara za przegranie zakładu miała godzić w dumę Blacka i dotknąć jego paniczykowatej strony, która nie pozwoliła mu nawet zdobyć przez szesnaście lat wiedzy, że miotły nie polerują się same.
W tej chwili, w ciemnym korytarzu, absolutnie zrozumiał pokręconą logikę Seva, którego prawdopodobnie bardziej dotknęło nazwanie śmierciożercą w czasie kłótni przy Ealing Road niż akty znęcania fizycznego, ciągnące się latami. Nad tym drugim nie miał kontroli, ale pierwsze dotykało jego poczucia honoru i systemu wartości. Na swój sposób Snape był nieślizgońsko dumnym padalcem.
Najwyraźniej coś z tego zrozumiał także James, chociaż Syriusz nie mógł zobaczyć świadczących o tym zmian na twarzy, magicznie ukrytej przed ludzkim wzrokiem, tak jak reszta ciała. Wszystko wyraził ton jego głosu.
– Uprzejmie proszę – powiedział z naciskiem, bez złośliwości i irytacji – o udostępnienie mi antidotum na zniwelowanie skutków tej pieprzonej mikstury.
Sev zmrużył lekko oczy, absolutnie zimny i zdystansowany, przekładając między palcami szklaną ampułę. Na moment zupełnie znieruchomiał, by następnie rzucić antidotum w stronę Pottera. Powieki rozszerzyły się, ukazując onyksowe tęczówki, na widok ręki, która pojawiła się znikąd i chwyciła w locie fiolkę ze zwinnością szukającego.
– Zaklęcie niewidzialności, taa? – rzucił z sarkazmem, kiedy kończyna, ściskająca trofeum znów zniknęła pod peleryną.
James prychnął z irytacją, niewątpliwie zły, że jego sekret się poniekąd wydał. Nigdy nawet nie zaprzątał sobie głowy, by nauczyć się któregoś z zaklęć niewidzialności, skoro – aby uzyskać ten sam efekt – miał inne, bezwysiłkowe sposoby.
Sev odczekał chwilę przypatrując się w milczeniu przestrzeni, którą powinna zajmować niewidzialna sylwetka Pottera. Po upływie jakichś trzech minut zwyczajnie się odwrócił i bez słowa ruszył w stronę schodów.
– Ile czasu potrzebuje antidotum? – zawołał za nim James. – Bo jak na razie jakoś nie działa.
Ślizgon zatrzymał się w pół kroku i powoli, bardzo powoli odwrócił w ich stronę.
– Jak to nie działa?
To było zwyczajnie niemożliwe. Nie istniała ewentualność, w której jego antidotum mogłoby zawieść przy próbie zniwelowania działania jego eliksiru. To nasuwało wiele wniosków, które należało przeanalizować.
– Snape? Co jest do cholery z tym antidotum? – padło z ust Pottera, którego wyraźnie zaczęła ogarniać panika.
– Antidotum jest bez zarzutu. Nie działa, bo nie zostałeś nafaszerowany czystym Eliksirem Push-upowym – wyjaśnił krótko, cały czas zmuszając umysł do wytężonej aktywności.
– Co ty chrzanisz?!
– Składniki antidotum neutralizują składniki bazowej mikstury. Jeśli nie ma oczekiwanego skutku, to znaczy, że masz w organizmie jakieś inne substancje, których nie powinno być w eliksirze.
– Sev – wtrącił się Syriusz – więc…
– Delikwent majstrował przy oryginalnym produkcie, jakoś go modyfikując – dokończył mistrz eliksirów.
– Kurwa, to znaczy, że tak zostanie? Permanentnie?!
Potter panikował. I miał ku temu podstawy.
– Jeśli o mnie chodzi, to mogłyby ci wyrosnąć skrzydła, ogonek i przez resztę życia mógłbyś chrumkać – odpowiedział zjadliwie – ale nie podaruję sukinsynowi, który miał czelność skazić mój eliksir.
– A żebyś wiedział – warknął poszkodowany w przestrzeń. – Jeśli dorwę to ślizgońskie ścierwo, nie będzie czego zbierać ze ścian.
– To nie Ślizgon – stwierdził Severus z przekonaniem.
– A niby kto? – Syriusz wyręczył pytaniem kolegę, pozostającego najwyraźniej w stanie pogłębionego szoku.
– Receptura Eliksiru Push-upowego jest unikalna, stworzyła ją moja matka. Nikt poza mną – i może tobą – nie zna nawet składu. A już na pewno nie uwarzy tego jakiś niedorobiony samouk. Ślizgoni mieli embargo na nasze mikstury. To musi być oryginalny eliksir, jakoś zmodyfikowany, a sprawcą nie jest nikt ze Slytherinu.
– A skąd pewność, że zwyczajnie tego nie kupił od was incognito albo nie zlecił tego komuś spoza grona Węży? – dopytał Potter.
– James, kiedy zdecydowaliśmy nie obsługiwać Slytherinu, wprowadziliśmy nowe zasady – zaczął wyjaśniać zamiast Snape'a Black. – Każdy klient, chociaż pod Incognitusem, musiał złożyć magiczną przysięgę, że nie jest Ślizgonem i nie udostępni żadnemu zakupionych u nas produktów. Nawet, jeśli mikstura trafiłaby bez woli klienta w łapy któregoś Węża, magiczna sygnatura by nam dała znać. Wiedzielibyśmy, który eliksir jest w niepowołanych rękach. Sev ma rację, jeśli to świństwo, które wypiłeś, jest zmodyfikowanym Eliksirem Push-upowym, to winowajcą nie może być Ślizgon. A przynajmniej żaden Ślizgon nie miał go w rękach.
– W takim razie któraś żmija sama uwarzyła specyfik. Mogła odtworzyć recepturę – upierał się Potter.
– Niemożliwe. Żaden z tych półdebili, nawet ze Ślimaków Slughorna, nie byłby w stanie uwarzyć tego eliksiru z gotowego przepisu, a już tym bardziej go rozgryźć. W Hogwarcie nikt poza mną nie potrafi przygotować Eliksiru Push-upowego – doinformował Gryfona, zniecierpliwiony, że musi takie oczywistości tłumaczyć.
Syriusz przynajmniej sprawiał wrażenie, jakby już to pojął.
– To ciekawe, komu było na rękę mnie struć kilka godzin przed meczem ze Slytherinem? – wściekał się Huncwot, a Snape tylko się złośliwie uśmiechnął. Lwy były takie naiwne.
– Jakiemuś nie-Ślizgonowi, który miał dostęp do twojego jedzenia albo napoju i interes w tym, żebyś grzał ławę, geniuszu – nie wytrzymał Severus.
– Ej, chyba nie myślisz, że to ktoś z gryfońskiej drużyny? – dopytał Syriusz, nadążając za tokiem myślenia Ślizgona. – Nie wierzę.
– Bo to debilne założenie – poparł go szukający Gryffindoru.
– Pozostawiam temat waszej mądrości – Severus spojrzał na Syriusza z lekkim politowaniem.
– Utłukę gnoja, ale teraz mam bardziej palący problem – przypomniał Potter.
– James, musimy znaleźć sprawcę, bo tak najszybciej dowiemy się, co za gówno ci podał. Bez tego nawet Pomfrey i Slughorn będą polegać na gdybaniach i cały Hogwart będzie miał ubaw.
– No kurwa, dobrze, żeś mi przypomniał, bo prawie mi to umknęło – tamten znowu wybuchnął.
Severus uznał, że tutaj już skończył. Odwrócił się w stronę schodów.
– Sev? – zatrzymał go głos Syriusza. – Nie nastawiaj się. I tak znajdziemy go pierwsi – dodał z wyzwaniem.
Ślizgon uśmiechnął się w duchu. Tja. Powodzenia amatorzy, pomyślał tylko i ruszył w stronę błoni, by zająć na trybunach miejsce jak najbliżej gryfońskiej szatni.
Syriusz odpychał od siebie myśl, że takie sukinsyństwo mógł wykręcić któryś z Gryfonów. Z tego też powodu skupili się z Rogaczem, nadal pod pelerynką, na bacznym obserwowaniu poczynań po drugiej stronie boiska. Jedno było pewne – to musiał być któryś z zawodników jednej z drużyn, bo – poza wspólnym treningiem – w ciągu ostatniej doby James spędził czas z nim, Remusem, Lily i Vitalią, a to grono pozostawało poza wszelkimi podejrzeniami.
Potter, jako kapitan i szukający, musiał niezwłocznie zgłosić swoje niedysponowanie, co też uczynił, ujawniając przed McGonagall prawdziwy powód zrezygnowania z udziału w spotkaniu. Stara czarownica omal nie spadła z krzesła, kiedy Potter ukazał się jej oczom w całej okazałości, czerwony jak gryfońskie barwy klubowe, a kiedy obaj wychodzili z jej gabinetu, Syriusz dostrzegł kątem oka lekki uśmiech satysfakcji za wszystkie siwe włosy, jakich przysporzyli jej Huncwoci przez ostatnie sześć lat.
Tak więc siedzieli teraz na trybunach i skupiali się na graczach w zielono-srebrnych szatach. Sprawcą nie mógł być nikt z Gryffindoru. Po prostu nie było takiej opcji.
Dzięki niezmiennie za komentarze. Miło, że wciąż przybywa nowych czytelników (oczko w stronę Miyuki ;)
I tego... nie krępujcie się.
