Rozdział dwudziesty dziewiąty: Eksplozje
Harry śnił.
– Witaj w domu, mój panie. – Głos Bellatrix był miękki i uradowany, kiedy stawiała mały tron na ziemi. – Och, witaj nareszcie w domu.
Sykliwy śmiech Voldemorta dobiegł ze środka krzesła. Harry wciąż nie był w stanie go zobaczyć, ale wschodziło już słońce, więc przynajmniej był w stanie zobaczyć Bellatrix znacznie lepiej niż podczas ostatniej wizji. Przemknął się obok, okrążając ich ostrożnie. Wciąż nie sądził, żeby faktycznie, fizycznie tam przebywał, ale to miejsce było znacznie bardziej otwartą przestrzenią niż las, w którym ich widział ostatnim razem. Harry był w stanie zobaczyć długą, pustą plażę, z jednej strony statecznie przykrywanej powracającymi regularnie falami, a z drugiej wychodzącą na całe morze wydm.
Nagini owinęła się wokół krzesła i syknęła.
– Wygodnie ci, drogi mistrzu? – przetłumaczyły uszy Harry'ego.
– Przy tobie zawsze – syknął w odpowiedzi Voldemort. Wężomowa nigdy nie wydawała się Harry'emu specjalnie różnić od angielskiego, przynajmniej kiedy sam nią mówił, ale głos Voldemorta zdołał sprawić, że ten niewinny język węży brzmiał parszywie i perwersyjnie. Zadrżał, od czego nastroszyło mu się futerko, i oglądał dalej.
– Nie możemy się tu zatrzymywać – powiedział Voldemort do Bellatrix. – Nagini potrzebuje ciepłego miejsca i ja również. A potem… potem słońce. – Znowu się śmiał, a Harry spuścił wzrok na ziemię, miękki piasek pod jego łapkami, po prostu po to, żeby nie widzieć wyrazu twarzy Bellatrix, kiedy ta słuchała tego śmiechu. Wyglądała, jakby to dla niej była najsłodsza muzyka na świecie.
– Tak, mój panie – powiedziała śmierciożerczyni i podniosła krzesełko. Harry mimowolnie zagapił się na jej prawy nadgarstek. Był zakończony… czymś. Miał wrażenia, że to nie była ręka, ale lśniła i zmieniała kształt niczym światło księżyca na wodzie i w dość wyraźny sposób była w stanie coś złapać, niczym prawdziwa dłoń, nawet jeśli nią nie była.
Sen ciągnął się dalej, a Harry śledził Voldemorta i Bellatrix, biegnąc między wydmami. Ból w jego bliźnie pogłębiał się, ale nie był pewien, czemu. Ta scena była niemal spokojna.
Aż do chwili, kiedy nie zeszli z plaży, oczywiście, i nie spotkali idącego samotnie mugola, pogwizdującego rytmicznie. Ten zamarł i zagapił się na Bellatrix z otwartymi ustami.
Nagini go zabiła, bo Bellatrix akurat miała zajęte ręce. Harry podejrzewał, że jeśli wziąć pod uwagę manię Bellatrix dotyczącą torturowania jej ofiar, ale to nie miało większego znaczenia, kiedy patrzył jak Nagini wgryza się i owija się wokół mugola, a potem jego krótki wrzask tuż przed zmiażdżeniem. A kiedy Bellatrix wyrwała kawałek z jego ciała i przyniosła go do krzesełka, żeby nakarmić to niewidoczne coś siedzące w środku, to Harry się niemal porzygał.
– Witaj w domu, mój panie – wymamrotała znowu Bellatrix, wykonując gest, jakby wycierała mleko z dziecięcego policzka. Harry szczerze wątpił, żeby to było coś tak niewinnego jak mleko. – Witaj nareszcie w domu.
Harry poczuł, że ból w jego bliźnie robi się na tyle intensywny, że aż zaczyna go czuć w rzeczywistości, a potem nagle wrócił gwałtownie do siebie, dysząc ciężko i łapiąc się za czoło ze świadomością, że Voldemort powrócił do Brytanii.
Draco otworzył gwałtownie oczy. Nie wiedział, czemu. W jednej chwili śnił, siedział w miejscu, które miało w sobie najlepsze elementy rezydencji Malfoyów i lodziarni Fortescue, a w następnej był w swoim łóżku i czoło go swędziało…
Czoło.
Draco przełknął ślinę i ostrożnie odciągnął zasłony swojego baldachimu. W ciągu kilku ostatnich dni odkrył, że jest w stanie zignorować większość emocji jako swego rodzaju echa gdzieś w tyle jego głowy, o ile nie były naprawdę silne, albo nie pochodziły od Harry'ego. Miał pewne podejrzenia względem tego, czemu czoło miałoby go teraz świerzbić.
Podszedł na palcach do łóżka Harry'ego, ponieważ szybkie Tempus podpowiedziało mu, że była dopiero szósta rano, i złapał za brzeg jego zasłonki. Usłyszał szybki, zaskoczony oddech, a potem szelest pościeli, który świadczył o tym, że Harry przewrócił się z boku na bok, udając że wciąż śpi.
Draco zajrzał do środka i łypnął złowrogo na swojego przyjaciela. Twarz Harry'ego była zrelaksowana, a jego usta lekko otwarte, jakby w podziwie dla swojego snu. Nawet przypilnował, żeby jego oczy się poruszały lekko pod zamkniętymi powiekami. Nie pomyślał jednak o tym, żeby umyć ślad krwi, która ciekła z jego blizny.
– Harry – syknął na niego Draco. – Niech cię cholera, wiem przecież, że nie śpisz. Otwórz oczy i porozmawiaj ze mną.
Harry wciąż jeszcze przez chwilę próbował udawać, aż wreszcie nie przewrócił się na plecy i zamrugał na Dracona, przesłaniając ręką ziewające usta – jak również, niewątpliwie zupełnym przypadkiem, cieknącą krew.
– Hej Draco – powiedział. – Co ty robisz tak wcześnie na nogach? Miałeś zły sen?
– Och na litość Merlina. – Draco wlazł na łóżko Harry'ego i pozwolił zasłonce opaść z powrotem. – Słuchaj. To jest głupie. Mieliśmy już kilka dni na przyzwyczajenie się do tego, a to oznacza, że zdajesz sobie sprawę z tego, że mam empatię, ja wiem, że ją mam, a do tego zapamiętałem wszystko, co mi wtedy powiedziałeś. I między innymi mówiłeś, że nie przeszkadza ci, że ktoś widzi twoje emocje tak długo jak tym kimś jestem ja. Czy to miało być kłamstwo? – Czuł się wyjątkowo niemiło na tę myśl, ale odsunął to od siebie na rzecz złości. Okazywanie bólu przed Harrym zwykle skłaniało go do wykręcania się i kłamstw.
– Nie – powiedział Harry, mrugając, jakby nie rozumiał, czemu ich rozmowa przyjęła nagle taki zwrot. – Naprawdę ci ufam, Draco, wiesz przecież. Ufam ci bardziej niż komukolwiek na świecie.
Draco aż zagruchać ze szczęścia, ale zamiast tego odłożył te słowa do późniejszego rozważenia i zachwytu.
– No to może się wreszcie zaczniesz, kurwa, zachowywać jakby tak naprawdę było? – mruknął, skubiąc pościel. – Ufasz mi i wiesz, że jestem w stanie wyczuć twoje sny. No to po co to całe udawanie, że ich nie masz?
Harry podniósł ramiona, przez co zaczął wyglądać jak żółw. Albo tchórz. Draco pomyślał o tym przez chwilę, po czym mu o tym powiedział.
Harry zagapił się na niego w kompletnym zdumieniu. Draco przymrużył oczy i sięgnął poprzez swoje tarcze, co wciąż było wyjątkowo mozolnym procesem, trochę jak szukanie różdżki po ciemku. Tak, czuł na twarzy delikatny powiew zimnego powietrza. Harry naprawdę był zaskoczony.
– Ja nie… nie spodziewałem się, że mi powiesz coś takiego – wymamrotał Harry.
– I dobrze – powiedział Draco. – W takim razie może wysłuchasz też innych rzeczy, które mam ci do powiedzenia. To się już robi niedorzeczne. Złożyłem ci pewne obietnice i robię co w mojej mocy, żeby ich dotrzymać, Harry, ale potrzebuję w zamian też pewnych zobowiązań. Oczekujesz, że będę się bawił z tobą w te podchody za każdym razem, kiedy śnisz, co potrafię wyczuć, czy zaczniesz się po prostu przyznawać do nich, ilekroć będziesz je miał?
– Będę ci mówił jeśli cię obudzą – próbował się targować Harry.
– Za każdym razem – upierał się Draco.
Harry zmarszczył brwi. Draco podniósł jedną ze swoich i czekał. Harry ostatnio zachowywał się, jakby ktoś powiedział mu coś, co musiał wziąć pod uwagę, ale teraz aż w nazbyt oczywisty sposób kombinował jak się z tego wykręcić. Draco to rozumiał. Też wolałby wrócić do ich nieskomplikowanej przyjaźni, którą dzielili kilka miesięcy temu, ale niestety, popełnił od tamtego czasu zbyt wiele błędów.
Draco jednak nie miał zamiaru pozwolić Harry'emu się z tego wykręcić. Zmienił się. Harry też. Draco zrozumiał to, kiedy Harry po raz pierwszy odsunął się spod jego dotyku, ale miał wrażenie, że wiedział już o tym wcześniej. Jeśli pozwoli Harry'emu tak dalej postępować, to ten nieszczęsny dureń po prostu znajdzie jakiś sposób na wyciszenie swojego bólu, który odczuwał w czasie snów, albo nałoży Draconowi znacznie grubsze tarcze, żeby ten nie był w stanie go już w ogóle wyczuć.
A już najbardziej wkurzające było to, że zrobiłby to po prostu przez wzgląd na dobro Dracona. Tego rodzaju brak samolubności był głównym fundamentem większości jego powodów. Dracona to jednak nie interesowało. Mimo wszystko to wciąż było wkurzające.
– No dobra – powiedział wreszcie Harry, opadając z powrotem na poduszki i wzdychając ciężko. – Merlinie, ty się nie poddajesz, co?
– Nigdy – powiedział Draco i uznał, że może uśmiechnąć się bezczelnie do Harry'ego, co ten zwrócił z nawiązką, krzywiąc się do niego niechętnie. – Naprawdę, Harry, gdybyś tylko spojrzał czasem na tę żmiję, którą ci dałem, to byś…
Zamilkł, kiedy do jego uszu dobiegł cichy syk, przemierzający lochy. Wzdrygnął się. Tylko raz w życiu słyszał wcześniej ten dźwięk, ale wiedział, co on zapowiada. Ciężko było to zapomnieć.
– Och nie – wymamrotał.
– Draco? – Harry momentalnie usiadł, rozglądając się, jakby chciał się znaleźć pomiędzy nim a niebezpieczeństwem. – Co się dzieje?
– Moja matka postanowiła wreszcie jak mnie ukarać za to, że wezwałem Julię wbrew jej woli – powiedział głucho Draco. Syczący dźwięk był już tuż obok łóżka i nawet świadomość, że poboli tylko przez chwilę, nie powstrzymała go od skrzywienia się i skulenia. Harry naciskał, że Draco powinien napisać do Narcyzy i powiedzieć jej prawdę, ale wydawało mu się pewnie, że w najgorszym przypadku skończy się na wyjcu. Draco wiedział lepiej. – Już kiedyś to zrobiła.
– Kiedy? – zapytał Harry kiedy zasłony otworzyły się i srebrny kształt przemknął zygzakiem po łóżku w kierunku Dracona. Harry miał w ręku różdżkę, która pojawiła się po zaledwie lekkim poruszeniu nadgarstkiem, po czym syknął, jakby myślał, że będzie w stanie przemówić do węża i odwrócić jego uwagę od tego, co przyszedł tutaj zrobić. Draco pokręcił głową w jego kierunku.
– Kiedy próbowałem ćwiczyć zaklęcie wybuchające na naszych skrzatach domowych – powiedział Draco, wzdrygając się na to wspomnienie – i przez przypadek zniszczyłem jedną z pamiątek rodzinnych mojej matki. – Wyciągnął dłoń przed siebie, kładąc dłoń płasko na pościeli. Wąż owinął się wokół jego nadgarstka. Był znacznie większy od tej maleńkiej żmii, która go zaatakowała w zeszłym roku, ale równie sztuczny co ona, stworzony z lśniącego metalu. Nie przestawał syczeć, kiedy wbił lśniące, zielone oczy w twarz Dracona, ale jego szczęki otworzyły się i spomiędzy nich wyłonił się głos Narcyzy.
– Draconie Lucjuszu Malfoyu – powiedziała.
Draco spuścił głowę.
– Bardzo się na tobie zawiodłam.
To samo powiedziała o tej skrzynce, którą kiedyś zniszczył. Draco musiał się zmusić do nie zamknięcia dłoni. Wąż tylko rozwarłby ją z powrotem siłą i tak czy inaczej go ukąsił. W ten sposób przynajmniej będzie mniej bolało.
– Zawiodłam się tak bardzo, że postanowiłam użyć węża dziedzicznego – powiedziała Narcyza. – To, co zrobiłeś, było niegodne twojego nazwiska, niegodne dumy, w której cię wychowaliśmy. Żeby błagać zmarłych, Draco. Wydawało mi się, że już tak dawno wyrosłeś z tak dziecinnych zagrywek, że już nigdy nie przyszłoby ci do głowy nawet je rozważyć. W dodatku złamałeś daną mi obietnicę. Nie jesteś dorosłym, tak długo jak będziesz w ten sposób postępował. Jesteś dzieckiem.
Draco przełknął ślinę.
– Wąż dziedziczny? – Harry szturchnął go łokciem w żebra.
– Zaraz wyjaśnię – wymamrotał Draco. – Nie wiem, czy już skończyła.
Jak się okazało, Narcyza jeszcze nie skończyła.
– Twój ojciec powiedział, że pogratuluje ci zostania magicznym dziedzicem rodu Malfoyów, ale dopiero wtedy, kiedy pokażesz mu, że potrafisz się zachowywać jak dorosły. Na razie jednak potrzebujesz przypomnienia tego, kim byłeś i z czego musisz wyrosnąć.
Wąż wierzgnął głową i ukąsił go w sam środek dłoni. Draco wciągnął powietrze z syknięciem, ale nie krzyknął. Żmija byłaby w stanie to usłyszeć i zaniosłaby dźwięk z powrotem do jego rodziców.
Chwilę później wąż z gracją zsunął mu się z ręki i spełzł z łóżka. Wróci do rezydencji Malfoyów, gdzie ponownie znieruchomieje, przynajmniej aż do momentu, w którym Narcyza znowu nie będzie miała powodu do ukarania go.
Draco patrzył ze zgrozą, jak ślady kłów na jego dłoni nabierają koloru, po czym zmieniają się w obraz jego samego, tylko że w wieku mniej więcej dwóch lat, beczącego i ocierającego oczy. Na szczęście obrazek nie wydawał z siebie dźwięku, nie był gorszy od magicznej fotografii, ale każdy, kto by na to spojrzał, zobaczyłby jego zarumienioną twarz i jego usta otwierające się w rykach rozpieszczonego dzieciaka. Draco zaczął zamykać dłoń.
– Pokaż.
Harry złapał go za nadgarstek, łagodnie odwrócił mu dłoń i zmarszczył brwi na widok obrazka.
– Chcesz, żebym to wyleczył? – zapytał.
Draco poczuł, że się uśmiecha, chociaż wiedział, że to musiała być wyjątkowo roztrzęsiona mina.
– Nie. Wąż dziedziczny po prostu by wrócił i znowu mnie ukąsił.
– No dobra, w takim razie co to właściwie miało być? – Harry w dalszym ciągu delikatnie trzymał rękę Dracona, pozornie nieświadomy tego, że to robi – a może zdawał sobie z tego sprawę i sam też potrzebował jakiegoś fizycznego kontaktu. Od czasu Halloween Harry cokolwiek niechętnie poddawał się wszelkiemu dotykowi, którego on sam nie zainicjował. Draco ostrożnie zamknął palce, po części dlatego, że chciał się cieszyć tą chwilą, a po części po to, żeby załagodzić ból.
– To jest pamiątka rodzinna malfoyowskich matek – wyjaśnił – każda z nich, nawet te, które dołączyły do rodu poprzez małżeństwo, go dziedziczy. Używa się go do karania dzieci, które naprawdę powinny być rozsądniejsze. Przypomina im o tym, kim byli, łamiąc daną obietnicę, albo kiedy zrobią coś, co w ich wieku jest już po prostu niedopuszczalne. – Zerknął na płaczący wizerunek na swoje dłoni i uznał go, choć sam nie był pewien jak to możliwe, za jeszcze bardziej obrzydliwy niż wcześniej. Uśmiechnął się do Harry'ego z wysiłkiem. – Wiedziałem, że do tego dojdzie. Złamałem daną jej obietnicę. Nie zrobiłem tego od lat, w dodatku nigdy tak, że w rezultacie naraziłem w jakiś sposób swoje życie.
Harry prychnął.
– Dobrze przynajmniej, że chociaż zdałeś sobie z tego sprawę. Wracaj do łóżka, Draco. Jest sobota. Nie musimy jeszcze wstawać.
Draco kiwnął głową, ale zaczekał aż Harry sam się od niego odsunął i położył, zanim wrócił do siebie. A nawet wtedy wymamrotał niepewnie:
– Żadnych więcej koszmarów bez mówienia mi o nich, Harry, pamiętaj.
Cisza, po czym Harry westchnął.
– Żadnych więcej koszmarów. Spokojnych snów, Draco.
Usatysfakcjonowany Draco okrył się szczelnie kołdrą, zadowolony pomimo bólu w dłoni. Wiedział, że jest irytujący, ale tylko w ten sposób był w stanie powstrzymać Harry'ego przed ucieczką do swojej muszli i póki co działało.
Poza tym wiedział, że jego matka nie jest tak naprawdę na niego wściekła. Gdyby była, wysłałaby węża dziedzicznego z poleceniem, żeby ten ukąsił go w miejscu publicznym.
– Naprawdę chcielibyśmy, żebyś pozwolił nam go ukąsić.
Harry wywrócił oczami, wchodząc razem z Draconem do Wielkiej Sali na śniadanie. Ten komentarz od Wielu przeszedł już do regularnej rutyny i właściwie sam nie wiedział, czemu. Draco nie zrobił w ostatnim tygodniu niczego specjalnie wkurzającego; co więcej, zachowywał się znacznie lepiej niż kiedyś, zwłaszcza teraz kiedy przymuszenie opadło z jego umysłu i serca.
– Nie – odpowiedział, tak jak zawsze, po czym usiadł przy stole Slytherinu.
Wielu syknęło na niego z irytacją, ale zapach jedzenia skutecznie odwrócił uwagę małego węża, który szybko podpełzł w stronę krawędzi jego rękawa i elegancko jadł to, czym Harry uznał, że może go nakarmić. Harry rozejrzał się po sali mniej więcej w połowie śniadania i z lekkim zaciekawieniem zauważył, że większość uczniów z Durmstrangu i Beauxbatons siedziało razem z nimi. No jasne, ostatecznie to była sobota, ale miał wrażenie, że zwykle nie jedli wszyscy razem, nawet w poprzedni weekend.
Serio? Jak bardzo możesz być tego pewny? Przecież w zeszły weekend miałeś inne sprawy na głowie.
Harry skrzywił się na nic i pokręcił głową. Starał się… no, pójść na kompromis z tym, co usłyszał od Very. Pozwalał jej słowom unosić się zaraz pod powierzchnią jego umysłu i zerkał na nie ilekroć już nie mógł tego dłużej znieść. W każdych innych okolicznościach ignorował je tak jak to tylko było możliwe. Powiedziała wiele krzywdzących rzeczy, rzeczy, które mogłyby powstrzymać go od pomagania innym, jeśli spędzi za dużo czasu myśląc o nich. Więc tego nie robił.
Zauważył, że Connor się patrzy w jego kierunku i uśmiechnął się lekko. Jego brat ziewał, przyciskając rękę do ust i marszcząc nos. Wyprostował się, kiedy zobaczył, że Harry go zauważył, jakby chciał mu udowodnić, że jest za dorosły na ziewanie. Harry podniósł nadzianą na widelec kiełbaskę w pozdrowieniu i Connor kiwnął mu na powitanie.
– Uwaga, uczniowie.
Harry podskoczył lekko. Jeszcze chwilę temu Dumbledore'a nie było za stołem prezydialnym, ale teraz już tam był, razem z większością profesorów – z wyłączeniem Snape'a, a jak Harry zwrócił na to uwagę, to musiał zamknąć na chwilę oczy. Dumbledore, oczywiście, uśmiechał się i trzymał jedną rękę wyciągniętą przed siebie, jakby chciał udzielić wszystkim błogosławieństwa.
– Jak wiecie – ciągnął dalej uroczyście Dumbledore – Czara Ognia stała u nas już od tygodnia – wystarczająco długo, żeby wszyscy uczniowie, którzy czuli się na siłach, zdążyli wrzucić swoje imię w nadziei zostania wylosowanym do udziału w Turnieju Trójmagicznym.
Och, no tak, ten nonsens. Harry wiedział, że kilku Ślizgonów ze starszych roczników wrzuciło tam swoje imiona, ale większość ludzi z jego roku zdawała się być ponad to. Jedyne, co go tak naprawdę w tym wszystkim cieszyło był fakt, że przynajmniej miał pewność, że Draco tego nie zrobił, bo najpierw był zajęty eliksirem, a potem mocowaniem się z konsekwencjami daru empatii.
– Au – powiedział siedzący obok niego Draco, jakby wyczuwając jego myśli.
– Kto tym razem? – mruknął Harry kącikiem ust, nie odrywając wzroku od Dumbledore'a.
– Znowu Blaise – szepnął Draco. Blaise siedział zaledwie dwa miejsca za Harrym, po drugiej stronie Milicenty. – Rozdygotany. Płaczliwy. Kotłująca się, czarna burza melancholii. – Zamilkł na moment. – No weź, Harry, pozwól mi się z niego ponabijać.
– Będziesz musiał mu wyjaśnić, skąd to wiesz – powiedział Harry, siąpiąc owsiankę prosto z miski.
– Wcale nie. Jestem Ślizgonem. Po prostu pomyśli, że o tym, że dostał kosza, wywnioskowałem z własnych obserwacji.
– Może dostał złe wieści z domu – powiedział Harry, kręcąc głową. Jasne, nie był empatą, ale nie rozumiał, skąd Draco miałby niby wiedzieć, że rozpacz Blaise'a koniecznie musiała mieć źródło w czymś romantycznym. Może wydarzyła się jakaś tragedia? – A ty powinieneś popracować nad swoimi tarczami.
– Cicho bądź, Potter – wypaliła Pansy, przechylając się ponad ramieniem Dracona i marszcząc na niego brwi. – Zaraz ogłoszą imiona tych, którzy wezmą udział w turnieju.
Harry przymrużył oczy. Pansy była przyrumieniona, a jej oczy lśniły jaśniej niż zazwyczaj.
– No nie mów, że też wrzuciłaś swoje imię do Czary – powiedział.
Pansy zarumieniła się jeszcze mocniej, po czym odwróciła się z powrotem w kierunku Dumbledore'a.
Harry wywrócił oczami. Merlinie, czego ona chce? Przecież to nie tak, że jej rodzinie brakuje pieniędzy. Żeby wszyscy zwrócili na nią uwagę? Serio, komu to potrzebne?
– Czara Ognia zawiera magiczny kontrakt z czarodziejami, których imiona wybierze – mówił Dumbledore. – To oznacza, że jeśli czyjeś imię pojawi się ponad Czarą, to ta osoba będzie musiała wziąć udział w turnieju. – Zamilkł na moment, ale Harry odniósł wrażenie, że Dumbledore odwalił kawał dobrej roboty promując turniej jako coś ekscytującego i tylko trochę niebezpiecznego. Większość uczniów patrzyła z podekscytowaniem, kiedy Dumbledore trzykrotnie zastukał różdżką w wielką skrzynię, która przed nim stała i wyjął z niej drewniany, grubo ciosany kielich.
Nad jego krawędzią unosił się błękitny płomień i Harry, mrużąc oczy na widok niespodziewanego rozbłysku magii, którą Czara wlała do sali, musiał przyznać, że to naprawdę wynagradzało jego ordynarny wygląd. Dumbledore wyciągnął rękę. Z płomieni wyskoczył kawałek papieru i wylądował na jego dłoni.
– Reprezentantem Durmstrangu – powiedział głośnym i pewnym siebie głosem – jest Viktor Krum.
Uczniowie Durmstrangu zaczęli bić brawo i krzyczeć z radości, a Harry zamrugał, kiedy gracz w quidditcha, którego pamiętał z mistrzostw świata, wstał i przepchnął się do stołu prezydialnego. Dumbledore rozmawiał z nim cicho przez chwilę, Krum kiwnął głową i przeszedł przez drzwi prowadzące do niewielkiego pokoju.
Czara wyrzuciła z siebie kolejne imię, które wylądowało lekko na dłoni Dumbledore'a i ten się tym razem uśmiechnął, zupełnie jakby miał jakiś własny wkład w to, jaka kartka wyleci.
– Reprezentantką Beauxbatons – ogłosił – jest Fleur Delacour.
Harry zobaczył jak jedna z półwili podnosi się, otoczona chmurą błyszczących, srebrnych włosów. Pokorne, lekkie niczym stado motyli brawa towarzyszyły jej, kiedy szła do stołu prezydialnego. Harry zdołał przez ułamek sekundy zobaczyć jej twarz i przypomniała mu się Narcyza w czasie ich pierwszego spotkania. Fleur jednak pozwoliła, żeby poddenerwowane podekscytowanie zaróżowiło jej policzki. Dumbledore rozmawiał z nią odrobinę dłużej niż z Krumem, po czym posłał ją do pokoju z boku Sali.
Harry zauważył, że większość uczniów wokół niego pochyla się do przodu. Draco pocierał czoło i mamrotał coś o "przeklętej migrenie ekscytacji".
– Jeszcze nie ogłosił reprezentanta Hogwartu – wymamrotała Pansy. – Wciąż mam szansę.
– No na litość Merlina – powiedział Harry, ale wystarczyło się rozejrzeć, żeby stwierdzić, że nikt go nie słucha. Pokręcił głową i skończył swoją owsiankę, ponieważ Czara zdawała się długo rozważać ostatnie nazwisko zanim wyrzuciła kolejny kawałek pergaminu na dłoń Dumbledore'a.
– A reprezentantem Hogwartu – powiedział Dumbledore – jest Connor Potter.
Harry był w takim szoku, że się zakrztusił owsianką. Usłyszał okrzyki zainteresowania, krzyki wściekłości i przynajmniej jedno, pełne zawodu tupnięcie, które doszło go od strony Pansy. Obok niego Milicenta zamarła intensywnie, a Draco obejrzał się ze zdumieniem na Connora.
– Wydawało mi się, że nie wrzucił swojego nazwiska do Czary – powiedział.
Harry wreszcie opanował atak kaszlu i obrócił się gwałtownie w stronę swojego brata, czując jak serce szybko wali mu w piersi. Connor był blady jak ściana. Patrzył się na dyrektora z miną, która świadczyła o tym, że wcale mu nie zależało ani na sławie, ani na fortunie. Wyglądał jak ktoś, kto nie ma bladego pojęcia co się w ogóle dzieje.
– Proszę do nas, panie Potter – mówił Dumbledore. – Kiedy Czara wyrzuci czyjeś imię, to ta osoba jest zobowiązana do wzięcia udziału w Turnieju Trójmagicznym.
Jedno spojrzenie na twarz Dumbledore'a, który uśmiechał się wesoło, kompletnie nie przejęty faktem, że jego Chłopiec, Który Przeżył znajdzie się zaraz w koszmarnym niebezpieczeństwie, przekonał Harry'ego, że Dumbledore to wszystko zaplanował.
Co za cholerny drań.
Kiedy jego bliźniak niepewnie wstał i ruszył w kierunku stołu prezydialnego, Harry powoli zaczął wypuszczać swoją magię. Dumbledore obejrzał się gwałtownie na Harry'ego tuż przed tym jak Connor do niego dotarł. Harry przymrużył oczy i pochylił głowę. Pod jego ręką resztki owsianki zmieniły się w kawałki lodu.
Mamy do pogadania, Dumbledore.
Zupełnie, jakby usłyszał myśli Harry'ego, Dumbledore kiwnął głową i przez chwilę łagodnie rozmawiał z Connorem, ignorując to jak brat Harry'ego z desperacją kręci głową. W końcu Connor zwiesił głowę z rezygnacją i podreptał do pokoju, wyglądając jak kupka znerwicowanego nieszczęścia.
– Porozmawiam teraz z naszymi reprezentantami i powiem im, czego powinni się spodziewać – ogłosił Dumbledore sali, a kiedy płomienie Czary Ognia wygasły, schował ją z powrotem do stojącej przed nim skrzyni. – Potem będę w moim gabinecie, gdyby ktoś chciał ze mną porozmawiać. – Jego spojrzenie zawisło przez moment na Harrym, po czym obrócił się i przeszedł do pokoju.
Harry odprowadził go morderczym spojrzeniem, ale chwilę potem Draco pociągnął go za ramię.
– No już, Harry, uspokój się – wymamrotał. – Głowa mnie zaczyna przez ciebie boleć.
Harry zamrugał, tak zaskoczony, że na moment przestał się wściekać.
– Wydawało mi się, że moja magia już cię nie przysparza o ból głowy – powiedział, oglądając się na swojego przyjaciela.
– Nie twoja magia, twoja furia– powiedział Draco ponuro. – No chodź. Już nic na to teraz nie poradzisz. Pójdę z tobą do gabinetu dyrektora. – Pociągnął Harry'ego znowu za ramię.
Harry kiwnął głową i wstał. Zabawnym mu się wydawało, kiedy wychodzili pośród szumu zaciekawionych, zainteresowanych i zaniepokojonych głosów, że tylko jedyną osobą, która zdawała się podzielać jego nastrój, był Moody. Właśnie zniszczył swój puchar jakimś zmodyfikowanym zaklęciem wybuchającym, jakby był naprawdę wściekły o to, że to imię Connora wypadło z Czary.
Harry spiął się, kiedy zobaczył, że Dumbledore idzie w ich kierunku korytarzem. Draco, który był tuż koło niego, nie powiedział nic, ale też się spiął i położył swoją nieoznaczoną dłoń na ramieniu Harry'ego.
– Tylko spokojnie – szepnął.
Harry jednak nie mógł być spokojny. Jego wzrok skupiony był na dyrektorze i nie wyglądało na to, żeby był w stanie go oderwać. Furia odsunęła się na bok i zrobiła miejsce czemuś znacznie groźniejszemu, mieszaninie błyszczącego lodu i mrocznej, wzburzonej wody. Podejrzliwość i obrzydzenie były jej przodującymi emocjami, ale wmieszały się w nie inne, a pośród nich znajdowało się niezłomne przekonanie, że czego jak czego, ale tego błędu Dumbledore'owi nigdy nie wybaczy.
– Ach, Harry – powiedział Dumbledore. – Wydaje mi się, że powinieneś pocieszyć swojego brata po tym wywiadzie. Wydawał się być naprawdę zdenerwowany tym, że będzie musiał wziąć udział w turnieju, ale przynajmniej teraz już rozumie, że nie jest w stanie się z tego wycofać. – Uśmiechnął się do Harry'ego.
Przeklęta łajza. Nawet nie próbuje udawać, że nie miał z tym nic wspólnego! Ja po prostu…! Nie rozumiem…!
– Dlaczego? – szepnął Harry, zdając sobie sprawę z tego, że głos mu się trzęsie.
– Ponieważ – powiedział łagodnie Dumbledore – Connor potrzebuje własnego testu, pola do popisu na którym może zabłysnąć. W tym roku zwraca na niego jeszcze mniej ludzi niż kiedykolwiek. Przynajmniej w zeszłym roku i rok wcześniej, kiedy musiał się zmagać ze sztormem oskarżeń związanych z twoją osobą, uczył się przy okazji jak znosić sławę i oczekiwania związane z pozycją Chłopca, Który Przeżył. Ale teraz, Harry? Czyje imię stale pojawia się w gazetach? Kto z twojej rodziny znajduje się w centrum zainteresowania?
Harry nie zdołał ukryć wzdrygnięcia się. Jego najstarsze instynkty wyły, że to jest złe, że nie powinien odciągać uwagi i czasu innych od Connora. Jego trening magii defensywnej skupiał się głównie wokół zaklęć, które mogłyby ochronić jego brata bez zwracania na siebie uwagi. A teraz nie dość, że zwracał na siebie uwagę wszystkich, to jeszcze nawet nie zwrócił na to uwagi.
Wziął głęboki oddech. Poczucie winy ciążyło mu okrutnie, ale przynajmniej zdawał sobie z tego sprawę. Zajmie się tym później. Teraz miał inne słowa do powiedzenia.
– Jego życie będzie w czasie turnieju narażone na niebezpieczeństwo. Może w nim zginąć.
– Wydaje mi się, że ma mniej więcej takie same szanse co pozostali reprezentanci – mruknął Dumbledore. – I większe od innych ludzi. Czemu nie miałby mieć? W końcu jest Chłopcem, Który Przeżył, a większość ludzi przyjmuje, że musi być niesłychanie potężnym czarodziejem, skoro pokonał Voldemorta.
Harry otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale po raz kolejny nie był w stanie znaleźć słów. Jego trening sprawił, że Harry czuł się koszmarnie nieprzyjemnie nawet na myśl o tym, że jest potężniejszy od Connora, więc wymawianie tego na głos byłoby niewykonalne. A stwierdzenie, że Connor jest od niego potężniejszy byłoby zwykłym kłamstwem.
Ostatecznie tylko syknął na Dumbledore'a, a Wielu zasyczało kojąco w odpowiedzi.
– Czy możemy ukąsić chociaż tego?
– Nie – powiedział z uporem Harry, po czym zwrócił się do dyrektora, żeby nie musieć słuchać dąsów Wielu. – Nie rozumiem, po co pan to robi – wypluł. – Zdaje pan sobie przecież sprawę z tego, że pańska ulubiona interpretacja przepowiedni będzie zagrożona.
– Ufam, że go ochronisz, Harry – powiedział Dumbledore. – Przeżył już gorsze sytuacje dzięki swojemu bratu.
Harry zamknął oczy.
– Próbuje mnie pan czymś zająć – powiedział. – Odwrócić moją uwagę od innych spraw.
– Dokładnie tak – szepnął mu Draco w kark tak cicho, że Harry prawie go nie słyszał. – Jego emocje tak mówią. Był nieco zaskoczony, że się tego domyśliłeś.
Harry szybko otworzył oczy, ale jeśli Dumbledore dał po sobie w jakikolwiek sposób znać, że był zaskoczony, to już nie było tego po nim widać.
– Czara podjęła decyzję – powiedział. – Turniej musi się rozpocząć. Connorowi się powiedzie, Harry. Zobaczysz. A dzięki temu zdobędzie okazję do wyjścia z długiego cienia swojego brata.
Harry był wtedy bardzo bliski znienawidzenia Dumbledore'a. Patrzył w cichej furii jak dyrektor szepcze gargulcowi hasło i czeka aż ten odskoczy na bok. Dumbledore postawił stopę na ukrytych za nim schodach i zatrzymał się.
– Och, prawie bym zapomniał – powiedział, po czym wyciągnął z kieszeni kopertę. – Przyleciał dzisiaj rano, Harry. To jest ten list, na który chciałem, żebyś odpisał. – Rzucił go Harry'emu, który go odruchowo złapał.
– Niby czemu miałbym to robić? – Harry musiał zapytać, bo jego magia drżała, równie chętna co Wielu, do spuszczenia jej ze smyczy i zaatakowania Dumbledore'a. – Czemu niby miałbym cokolwiek zrobić, skoro złamał pan nasze przymierze wciągając Connora w tej przeklęty turniej?
Dumbledore podniósł brew.
– Ależ, Harry – powiedział – przecież ten list nie ma nic wspólnego z naszym zawieszeniem broni. To tylko zwieńczenie obietnicy, którą mi dałeś z kompletnie innego powodu, pamiętasz?
Harry pamiętał. Minister zniknie, a Snape będzie wolny. Jeśli Dumbledore zagłosuje za zatrzymaniem Knota na stanowisku i posłaniu Snape'a do więzienia, to Harry był niemal pewien, że reszta Wizengamotu by się go posłuchała.
Gdyby tylko wiedzieli...
Ale gdyby mieli zdobyć dowody na to, co zrobił Dumbledore, to najpierw musieliby się dowiedzieć skąd Harry o tym wszystkim wie, a to odkopałoby tę całą żałosną historię, co skrzywdziłoby wielu ludzi i ściągnęłoby uwagę wszystkich na te części jego życia, które wolał zatrzymać w tajemnicy.
– Nienawidzę pana – szepnął Dumbledore'owi, po czym schował list do kieszeni i poszedł znaleźć Connora. Draco szedł tuż za nim.
Albus odprowadził Harry'ego wzrokiem, marszcząc lekko brwi. Chłopiec zareagował znacznie bardziej agresywnie niż miał na to nadzieję, czy też po nim oczekiwał, na wieść o włączeniu jego brata do Turnieju Trójmagicznego.
Wydawało mi się, że zrozumie, myślał, kiedy wchodził po schodach do swojego gabinetu. W końcu to on chciał się bawić w politykę. To on wylądował w Slytherinie. Powinien się już przyzwyczaić do faktu, że każdego trzeba czasem poddać testowi. A ponieważ to nie Connor tak naprawdę pokonał Toma, zarówno jako niemowlę, jak i w zeszłym roku, do tego szczerze wątpię, żeby dokonał tego tak naprawdę w Komnacie, to musi nabrać sił. Musi się wreszcie przebudzić jako przywódca. Przynajmniej tym razem jego życie nie będzie w prawdziwym zagrożeniu. A Harry powinien był przewidzieć, że w ten sposób mu odpowiem.
Harry musi się nauczyć miłości i przebaczenia, to oczywiste. Ale czasami zachowuje się, jakby miał w sobie ich aż nadmiar. Tego nie rozumiem.
Ach, no cóż. W końcu to jego brat. Wystarczająco długo go trenowaliśmy z Lily, żeby kochał Connora ponad wszystko inne. Albus kiwnął głową, przyjmując do wiadomości, że nie przewidział tej okoliczności po prostu dlatego, że zapomniał o tej więzi bliźniąt. Powinienem był przewidzieć, że tak się wścieknie.
Ale Harry dotrzyma obietnicy, inaczej zniszczyłby list w chwili, w której ten dostałby się do jego rąk. Przeczyta go. Odpisze na niego. A to będzie oznaczało, że uczyni pierwszy krok na długiej, bardzo długiej ścieżce, która sprawi, że zostanie przywódcą, którego naprawdę potrzebują, skoro poinformował Albusa o tym, że jego rola nie jest jednak ustalona w przepowiedni.
Harry zrozumie jak tylko przeczyta to, co mu napisała.
Harry nie musiał nawet czekać przed wejściem do wieży Gryffindoru. Ron już go wypatrywał i wpuścił do środka, tylko rzucając tylko przelotnie spojrzenie pełne odrazy Draconowi.
– Gdzie on jest? – zapytał Harry, rozglądając się po pokoju wspólnym i nie widząc nigdzie Connora.
– Na górze – Ron wskazał głową. – Zamknął drzwi i nie chce z nikim rozmawiać. Jest naprawdę źle, stary.
Harry kiwnął głową i odwrócił się w kierunku schodów.
– Harry?
Harry obejrzał się na Rona i zobaczył, że ten marszczy brwi, przygryzając knykieć. Ron czekał. Harry czekał.
W końcu Ron się złamał.
– Jesteś pewien, że on nie włożył swojego imienia do Czary? Powiedział, że nie, ale… – Wzruszył ramionami, jakby chcąc przez to powiedzieć, że sam by nie poddał okazji zdobycia sławy i fortuny, bez względu na niebezpieczeństwo.
Harry stłamsił w sobie pokusę do warknięcia. Ron był Ronem, chciał się po prostu jakoś wyróżnić. To miało sens, jeśli wziąć pod uwagę jego rodzinę i blokadę na jego magii, którą Harry wciąż wyczuwał w czasie lekcji zaklęć, które im dawał. Jeśli wydawało mu się, że Connor go okłamuje, to nic dziwnego, że jest poddenerwowany.
– Jestem pewien – powiedział cicho Harry. – Był zajęty czymś innym, kłótnią, którą wciąż listownie prowadzi z naszym ojcem.
Twarz Rona zachmurzyła się, po czym ten kiwnął głową.
– To akurat mogę zrozumieć – powiedział ponuro. – Percy wciąż zachowuje się jak debil, cały czas się upiera, że nie chce pracować z naszym tatą.
Harry zawahał się, ale uznał, że Percy sam powinien im to wyjaśnić. Kiwnął więc tylko głową i ruszył w stronę schodów. Draco położył mu dłoń na ramieniu kiedy wchodzili na górę i Harry musiał się zmusić, żeby jej z siebie nie strząsnąć. Wrażenie nie było złe, wręcz przeciwnie, bardzo kusiło, a on po prostu nie mógł sobie w tej chwili pozwolić poddać tej pokusie.
Zapukał do drzwi sypialni chłopców z czwartego roku i w odpowiedzi usłyszał tylko zza nich wściekły wrzask.
– Przecież powiedziałem, że nie chcę z nikim teraz rozmawiać!
– No trudno – mruknął Harry i kilkoma drgnięciami woli zdjął wszystkie zaklęcia zamykające jakie Connor rzucił na drzwi. Wszedł do środka, po czym zrobił szybki unik przed poduszką, którą Connor w niego cisnął. Ta trafiła więc Dracona. Prosto w twarz.
– Merlinie, Potter – powiedział Draco, ocierając kurz z policzków. – Przeganiasz skrzaty domowe od swojego łóżka, żebyś miał więcej okazji do nurzania się we własnym brudzie?
Twarz Connora zalała się rumieńcem. Widać było na niej wyraźne ślady płaczu, a teraz jeszcze zaczął szukać w skołtunionej pościeli swojej różdżki.
– Draco, przysięgam ci – powiedział półgłosem Harry – odezwij się do niego ponownie a zrobię ci krzywdę. – Ruszył przed siebie zanim Draco zdążył jakkolwiek na to zareagować i złapał swojego brata za nadgarstek. Connor spróbował się od niego odsunąć.
Harry mu na to nie pozwolił, zamiast tego przyciągnął go do siebie i przytulił. Connor zamknął mocno oczy i objął go z siłą, którą Harry rozpoznał jako desperację. To mu nie przeszkadzało. Wręcz po raz pierwszy od tygodnia poczuł, że się zaczyna odprężać. Tego nie musiał wyszukiwać, przeprowadzać badań, jak to robił w przypadku książki napisanej w wężomowie, którą dostał od Arabelli, czy o sieciach skrzatów domowych. W tym przypadku mógł zrobić coś od razu, pomóc komuś. Tylko w takich momentach czuł odprężenie.
– Wszystko będzie dobrze, Connor – szepnął we włosy swojego brata. – Pomogę ci. Pomogę ci znaleźć zaklęcia, dzięki którym przeżyjesz zadania, czymkolwiek by one nie były. Wiem, że nie wrzuciłeś swojego imienia do Czary, wiem, że wcale nie chciałeś sławy i chwały. – I naprawdę był o tym przekonany. Connor wciąż próbował się pozbierać po śmierci Syriusza, nie miał głowy do czegoś takiego. – Nie dam ci umrzeć.
Connor złapał go kurczowo za ramiona.
– Nie myślisz, że jestem tchórzem dlatego, że się tego boję? – szepnął.
– Przecież tego nie chciałeś – powiedział Harry. – W jaki sposób to miałoby robić z ciebie tchórza?
– A bo mi nagadali – wymamrotał Connor, odsuwając się od niego, żeby otrzeć twarz. – Starsze roczniki, zwłaszcza taki jeden, McLaggen. Mam okazywać odwagę, czego się tak mażę, przeze mnie wszyscy będą myśleć, że dom Gryffindora to banda mazgajów i tak dalej.
Harry westchnął.
– No wiesz, wszyscy będą oczekiwać, że pojawisz się na turnieju razem z innymi reprezentantami, będziesz się uśmiechać i wyglądał, jakbyś się dobrze bawił – powiedział. Oczy Connora były już mniej przeszklone, a on sam wydawał się bardziej zrelaksowany. Oba te fakty sprawiły, że Harry nabrał humoru. – Ale tyle chyba jeszcze potrafisz, nie? Znaczy, poradziłeś sobie z tym kiedy na pierwszym roku wybrano cię do drużyny quidditcha, a to przecież samo w sobie było niezwykłe.
– Ale wtedy tak o tym nie myślałem – powiedział Connor. – Serio, bycie Chłopcem, Który Przeżył przez cały czas bywa czasem cholernie męczące.
Harry poczuł, że Draco przestępuje z nogi na nogę, jakby chciał coś powiedzieć, ale na szczęście jednak tego nie zrobił, bo Harry naprawdę by go wtedy skrzywdził. Uśmiechnął się za to łagodnie do swojego brata i przeczesał mu włosy, odgarniając grzywkę z jego blizny w kształcie serca.
– Wiem – szepnął. – Ale zawsze możesz na mnie polegać, przyjść do mnie i się wygadać, jeśli to brzemię zacznie ci za bardzo ciążyć. Naprawdę, Connor. Kocham cię i zawsze jestem gotów ci pomóc.
Oczy Connora już całkiem się oczyściły z łez, a on sam kiwnął powoli głową, jakby czuł potrzebę odseparowania każdego elementu tego ruchu.
– To właśnie ciągle powtarzam tacie – powiedział. – O to się tak ciągle kłócimy. Ja mu mówię, że się zachowuje jak idiota, bo ci nie ufa, że znasz wystarczająco dobrze własny umysł i wciąż się czepia Snape'a, a on mi odpisuje… och, przeróżne bzdury, że Snape cię skorumpował, że powinieneś być bardziej lojalny swojej własnej rodzinie i takie tam. – Connor wzruszył ramionami. Jego mina robiła się coraz bardziej zniechęcona, ale na szczęście już nie zamknięta w sposób, w jaki była do tej pory ilekroć Harry starał się z nim porozmawiać o Jamesie. – Jest idiotą. Szkoda, że go tu nie ma, bo jakby cię usłyszał, to by się udławił własnymi słowami. Ale nie martw się. Napiszę mu o tym, chyba, że wolałbyś, żebym tego nie robił?
Harry uśmiechnął się wbrew sobie.
– Pisz sobie, nie przeszkadza mi to. Dzięki, Connor. – Złapał ramiona swojego brata i ścisnął je, po czym odsunął się, klepiąc go w plecy. – I pamiętaj, żeby przyjść do mnie, jeśli będziesz potrzebował jakiejś pomocy, dobra?
Connor kiwnął głową.
– Obiecuję.
– Super. – Harry znowu się odwrócił i zobaczył, że Draco obserwuje ich z dziwnym wyrazem twarzy. Harry zamrugał i przyjrzał mu się. To wyglądało jak zazdrość. Harry pokręcił głową. Przecież Draco musiał wiedzieć, że gdyby był w podobnej sytuacji, to Harry udzieliłby mu dokładnie takiej samej pomocy. W dodatku był teraz empatą, więc był w stanie wyczuć szczery ból i przerażenie Connora.
– Daj mi znać jak tylko się o czymś dowiesz – powiedział Connorowi i otrzymał w zamian uśmiech od swojego bliźniaka, więc wyszedł stamtąd szczęśliwy…
A przynajmniej tak szczęśliwy jak to było możliwe z listem, który zdawał się wypalać mu dziurę w kieszeni.
Harry wziął głęboki oddech i powoli otworzył kopertę. Miał pewne podejrzenia względem tego, od kogo ona mogłaby być. Właśnie dlatego, jak to ujął Draco, "promieniował nerwicą, w której mogłaby się utopić wielka kałamarnica" i z tego samego powodu powiedział stanowczo, że nie życzy sobie towarzystwa w czasie czytania listu. Draco się ewentualnie, choć niechętnie, wycofał i pozwolił Harry'emu udać się samemu do sowiarni.
Tam, pośród cichych szelestów piór i poprawiających się na żerdziach ptaków, z pergaminem zaczarowanym tak, by dało się na nim pisać wyłącznie szczerze, który pożyczył wcześniej tego tygodnia od Dumbledore'a, Harry spojrzał w dół i przeczytał list, którego się, w pewnym głębokim zakątku swojej głowy, prędzej czy później spodziewał.
Drogi synu,
Domyślam się, że nie spodziewałeś się tego, że jeszcze kiedyś spróbuję nawiązać z tobą kontakt. Co jeszcze pozostało do powiedzenia między nami. Odbierając mi moją magię, wyraziłeś swoje uczucia bardzo wyraźnie. Tobie też pewnie wydawało się, że ja przedstawiłam wyraźnie swoje stanowisko w chwili, w której tak podle cię zdradziłam.
Nie, to nie jest urok, ani żadne oszustwo. Jedyny czar nałożony na ten pergamin zapewnia wyłącznie moją absolutną szczerość. To była zdrada i teraz wreszcie jestem w stanie ją zobaczyć w odpowiednim świetle. Miałam wiele czasu do namysłu, Harry – niemal rok.
Przez wiele miesięcy, tak, wściekałam się i kombinowałam jakby cię z powrotem uwięzić. Właśnie dlatego powiedziałam Connorowi, żeby spróbował cię przymusić, jeśli nie zareagujesz na nic innego. Około maja jednak mi to przeszło. Wieści o śmierci Syriusza i o tym, jak po raz kolejny uratowałeś swojego brata, wszystko to o czym dowiedziałam się od Albusa, pomogły mi otworzyć oczy na to, że nie tylko mój ból istnieje na tym świecie.
Albus poinformował mnie również, że twoja pozycja w przepowiedni uległa zmianie.
Harry, nie mogę powiedzieć, że żałuję wszystkiego, co zrobiłam w przeszłości, ponieważ ten pergamin zmusza mnie do szczerości. Powiem jednak, że teraz zrobiłabym to wszystko inaczej. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się tak naprawdę stało w noc ataku. Gdybym to wiedziała, to pomogłabym ci trenować swoją magię, tak żebyś był gotów do walki z Voldemortem, zamiast ją więzić i pętać. Pomogłabym ci się stać Chłopem, Który Przeżył, a nie opiekunem tego, którego uważałam za Chłopca, Który Przeżył. Pomogłabym ci przyjąć do wiadomości, że pewnego dnia możesz umrzeć jako bohater, a nie jako ofiara poświęcenia.
Stało się jednak tak, jak się stało, a ja już przyjęłam do wiadomości, że nie mogę odzyskać z powrotem swojej magii. Chciałabym jednak znowu poznać swoich synów – którzy, jak mi Albus pisał, ostatniego maja stali się młodymi mężczyznami. Czytam o tobie tylko w gazetach i czuję przerażenie i podekscytowanie, że synowie, których wychowałam, stali się takimi niezłomnymi ludźmi.
Harry, czy pozwolisz mi się spotkać z tobą i zacząć wszystko od nowa, gdzie będę wiedzieć, czym jesteś i co potrafisz? Wyrazisz zgodę na to, żeby się znowu ze mną zobaczyć? Rytuał sprawiedliwości zakazuje nam ponownego spotkania, ponieważ powiedziałeś podczas niego, że nie chcesz mnie więcej widzieć, ale ten fragment można odwrócić, nawet jeśli tego dotyczącego mojej magii już nie. To ty potrzebowałeś się znaleźć z daleka ode mnie, ale ja chcę ci to wszystko jakoś wynagrodzić, a ta odległość mi na to nie pozwala. Jeśli zmienisz kiedyś zdanie pod tym względem, to moglibyśmy się znowu zobaczyć.
Proszę, odpisz.
Kocham cię,
Lily
Harry zamknął oczy. Przez długi czas siedział w ciszy, poza cichym szelestem wylatujących i powracających ponad nim sów.
Wreszcie wyciągnął pergamin szczerości – naprawdę był w tym momencie zadowolony, że miał go już ze sobą, że nie musiał iść po niego do gabinetu Dumbledore'a – i skomponował swoją odpowiedź, a ręka tak mu się trzęsła, że był naprawdę rad, że nikt go nie widzi.
To dla Snape'a, powtarzał sobie bez przerwy.
Tylko dzięki temu zdołał ukończyć list.
