Rozdział 36

Mały raj… na hiveship.

Otworzyła powoli oczy.

Czuła się obolała i kręciło się jej w głowie.

A potem nagle zauważyła to coś nad sobą i pomyślała, że chyba ma deja vu. To samo urządzenie widziała po przebudzeniu w jaskini Wildfire.

Usiadła powoli na twardym blacie i rozejrzała się wokół. Chociaż panował niemal półmrok, spokojnie była w stanie zauważyć, że pomieszczenie także wyglądało podobnie do tamtego laboratorium… Chyba nie zabrał jej specjalnie na Vallen, zaczęła się zastanawiać i stanęła na podłodze. Nogi natychmiast ugięły się pod nią. Podparła się szybko o blat skanera i odczekała chwilę.

Rozejrzała się ponownie. Liczne półki i blaty na których ustawione były najróżniejsze naczynia oraz urządzenia wyraźnie wskazywały na rodzaj laboratorium. Super, pomyślała zgryźliwie. Została królikiem doświadczalnym w laboratorium Wraith.

Ruszyła powoli przez pokój, uważnie przyglądając się jego wyposażeniu. Niektóre urządzenia wydawały się jej być znajome… jak te przypominające mikroskop, zauważyła. Inne natomiast były dla niej zagadką. O dziwo tylko nieliczna cześć sprzętu pokryte była tym skóropodobnym tworzywem, zauważyła. Tak, jak ukazywano to w filmie na przykładzie laboratorium Michaela. Nie była jednak pewna czy to kolejne odstępstwo od filmowych realiów, czy też było to bardziej spowodowane przeznaczeniem tego pomieszczenia… które, swoja drogą, wydawało się być wyjątkowo sterylne jak na warunki tutaj panujące, które dotychczas zaobserwowała.

Podwójne skrzydło drzwi rozstąpiło się przed nią, ukazując kolejne, chociaż znacznie mniejsze pomieszczenie przypominające przedsionek. Po bokach odbiegały od niego dwa szerokie korytarze: na prawo i na lewo. Jednak to co przykuło teraz jej uwagę, znajdowało się na wprost: kolejne przejście, tym razem większe i nie zamykane, prowadzące na swoisty taras. A dalej… sama nie mogła w to uwierzyć, ruszając powoli w tamtym kierunku. Dalej znajdował się potężny, wielokondygnacyjny hangar porośnięty bujną roślinnością.

Podeszła powoli do balustrady, przyglądając się temu wszystkiemu z niedowierzaniem i jednocześnie zachwytem.

Pomieszczenie było rozległe i wysokie na kilkanaście pięter… i najwyraźniej nie było jedynym takim, gdyż po bokach zauważyła spore przejścia do sąsiednich komór ogrodu. Przecinały ja liczne pomosty znajdujące się na każdym z poziomów i biegnące do centralnej, potężnej kolumny. Wiły się wokół niej kręte schody, pozwalające na poruszanie się między piętrami. Podobna konstrukcja, lecz tym razem w postaci chodnika, oplatała cały hangar, umożliwiając spokojny spacer. Co jakiś czas od ściany wystawały większe lub mniejsze tarasy, podobne do tego, na którym ona stała. A wszystko to porastała bujna roślinność o najróżniejszych kształtach i barwach, pnąc się po ścianach lub zwisając z pomostów i tarasów, ozdobiona wodnymi kaskadami, strumykami i nawet fontannami.

- Ja pierdole - rzuciła cicho po polsku.

W tej chwili było to jedyne, chociaż zdecydowanie niezbyt elokwentne określenie, jakie przyszło jej do głowy. Miała wrażenie, że znajduje się w jakiejś tajemniczej, rajskiej jaskini - niczym w bajce, pomyślała z zachwytem i ruszyła z entuzjazmem szerokim, delikatnie pochyłym chodnikiem. Chropowata powierzchnia twardych, organicznych ścian, pełna zagłębień, była wprost idealna dla porastających ją mchów czy niewielkich roślin. Poza tym pozwalało to na gromadzenie się wody, co znacznie ułatwiało nawadnianie całego tego gigantycznego ogrodu.

Coś przeleciał nagle tuz obok niej. Odwróciła się, by zobaczyć niedużego, samotnego motyla. I chociaż wszędzie panował półmrok, to jednak jego skrzydła zdawały się połyskiwać delikatnie. Uśmiechnęła się lekko na jego widok. A więc są tutaj także zwierzęta, pomyślała… i zaraz upomniała samą siebie w myślach: no tak, to logiczne. Każdy taki ekosystem potrzebuje zarówno flory jak i fauny. Organizmów, które pożywiają się gnijącymi już roślinami, pomagając w ich nawożeniu. Lub takimi, które zapylają kwiaty. Bez tej współpracy utrzymanie tak wielkiego ogrodu byłoby bardzo trudne… o ile w ogóle możliwe.

Motyl pofrunął powoli w stronę kolejnego tarasu.

Ruszyła za nim niczym zahipnotyzowana, z wyrazem twarzy małego dziecka, które właśnie odkryło coś niesamowitego. I tak właściwie się czuła… niczym Mary Lennox odkrywająca właśnie tajemniczy ogród.

Ktoś zatrzymał się na pomoście poziom wyżej, obserwując ją uważnie.

Na ustach Sunwind pojawił się lekki grymas niezadowolenia, że ta ludzka samica własnowolnie opuściła

pomieszczenia medyczne. Z tego co o niej do tej pory słyszał wynika, że będą z nią tylko same kłopoty. Niesubordynowany New Lanteans na pokładzie hive… to zdecydowanie nie wróżyło niczego dobrego, stwierdził. Bez względu na to jak duże są jej umiejętności techniczne, nie rozumiał dlaczego Dowódca i Pierwszy Oficer chcą aż tak ryzykować, dając jej dostęp do wszystkich kluczowych systemów statku.

Kolejny taras, na który zaprowadził ją motyl, był większy od poprzedniego, a w jego wnęce znajdował się zbiornik wody - rodzaj sadzawki do której powoli spływała ze ściany woda. Część jej wysokiego na około metr brzegu, wyraźnie służącego także jako siedzisko, była przeszklona… a przynajmniej tak to wyglądało, uznała, kucając, aby przyjrzeć się pływającym w środku wśród roślin i kamieni stworzeniom. Nie były duże. Cześć z nich wyglądała jak ryby, inne jak skorupiaki. Chociaż niektóre z nich przywodziły jej bardziej na myśl prehistoryczne stworzenia niż te obecnie żyjące na Ziemi.

Przyglądała się im uważnie przez chwilę. Sadzawka połączona była z częściowo odsłoniętymi kanałami biegnącymi wewnątrz ściany, co najwyraźniej pozwalało stworzeniom przemieszczać się między innymi takimi zbiornikami, zauważyła. Ciekawy pomysł, przyznała… i nagle jej uwagę przyciągnęły małe, blade światełka unoszące się nad wodą.

Podniosła się i uniosło nieco brwi na widok całej gromadki świetlików sfruwających powoli gdzieś z góry. Pochyliła się do przodu, opierając o ścianę i spojrzała do góry, by zobaczyć szeroki komin pełen roślin. Wyraźnie prowadził na kolejny poziom, a o ile się nie myliła to także i wyżej.

Znów spojrzała na świetliki, przyglądając się im z zainteresowaniem… i nagle zamarła w bezruchu, zaskoczona, kiedy kilka z nich zaczęło wytwarzać pomiędzy czułkami delikatne wyładowania elektryczne. Przechyliła nieco głowę na ten widok i uśmiechnęła się, nieco rozbawiona. Zdawało się jej, że stworzenia porozumiewają się w ten sposób między sobą, gdyż impulsy wyraźnie wpływały na zachowanie innych świetlików… A potem przysunęła otwartą dłoń bliżej nich, tworząc między swoimi palcami drobne, elektryczne wyładowania.

Teraz to owady sprawiały wrażenie zaskoczonych, przerywając swoja "rozmowę", aby w licznej grupie podfrunąć bliżej nowego zjawiska. Kate powtórzyła czynność, starając się dostosować do intensywności ładunku, jakie wytwarzały świetliki. Odpowiedź przekroczyła jej najśmielsze oczekiwania. Wszystkie zgromadzone wokół jej dłoni stworzenia nagle zaiskrzyły się w tym samym czasie od elektrycznych impulsów. Na dodatek przyciągnęło to uwagę pozostałych owadów i teraz cała ich grupa unosiła się wokoło jej ręki, naśladując rytm, który ona wytwarzała.

Stojący wciąż wysoko na pomoście Sunwind podszedł bliżej tarasu, z niedowierzaniem przyglądając się temu zjawisku. Nigdy wcześniej nie spotkał się z czymś takim. W prawdzie już wielokrotnie próbował czegoś podobnego przy użyciu urządzeń wytwarzających elektryczność, ale jak do tej pory tylko na chwile przyciągało to uwagę owadów. Teraz natomiast wydawały się być wyraźnie… zauroczone tym, co robiła ta ludzka samica. Czyżby jej impulsy były inne, pomyślał. Może miało to związek z faktem, że są wytwarzane przez żywy organizm, a nie maszynę?

- Widzę, że znalazłaś sobie towarzystwo - odezwał się niespodziewanie z tyłu lekko ironiczny, gardłowy głos.

Odwróciła się gwałtownie, zaskoczona, by zobaczyć wysoką postać Dowódcy. Nawet nie słyszała kiedy się zbliżał.

Uśmiechnęła się nieco szyderczo i zabrała powoli dłoń, aby wstać.

- Czyżbyś właśnie zażartował? - odcięła.

- Dowódcy nie żartują - odparł, już bardziej poważnie.

Stanął tuż przed nią z założonymi za plecami dłońmi. Nie lubiła kiedy to robił. Czuła się wtedy bardzo nieswojo. Jakby samą swoją posturą sprawiał, że stawała się nikim.

- Zdążyłam zauważyła - niemal mruknęła.

- Chyba czujesz się już lepiej, skoro tu jesteś - dodał.

- Poza tym, że cholernie burczy mi w brzuchu? Chyba tak - przyznała i spojrzała w głąb hangaru. - To miejsce jest niesamowite. Nie przypuszczałam, że macie na hive ogrody.

- Ten jest największy, o ile wiem… Podobno założyli go jeszcze Avatars dla Pierwszych Wraith - dodał, a ona spojrzała na niego nieco zaskoczona. - To pierwszy hive, jaki powstał. Został skonstruowany przez Avatars, aby służyć za schronienie Pierwszych Wraith zanim znaleźli dla nich odpowiednią planetę.

- Twórcy - szepnęła, nagle pojmując o czym mówiła Nebula.

- Twórcy? - powtórzył.

Tym razem spojrzała na niego jakby zmieszana.

- Nic takiego. Tylko głośno myślę - rzuciła i znów skierowała wzrok na hangar. - Czyli każdy hiveship ma taki ogród? - spytała, próbując zmienić temat.

Wildfire przyglądał się jej jeszcze przez krótki moment, jakby zdając sobie z tego sprawę, że próbuje coś przed nim ukryć. Postanowił jednak nie drążyć tematu. Przynajmniej nie w tej chwili i także spojrzał w dal.

- Większość… Bywają jednak hive, na których uważa się to za zbędny dodatek - wyjaśnił. - Jak chociażby Łowcy… Nie zabrania się jednak Czcicielom tworzyć niewielkich ogrodów w obrębie ich sektora.

- I każdy może tu przyjść? - ponownie spojrzała na niego.

- Tak… Ta ludzka samica z Atlantydy także była zauroczona tym miejscem - dodał.

- Dziwisz się. Jest niesamowite. W życiu nie widziałam czegoś podobnego - odparła i wskazała ręką na hangar. - Nawet najlepsze ogrody botaniczne na Ziemi nie umywają się do tego… Zawsze jest tutaj tak ciemno? - spytała nagle.

- Nie… Oświetlenie dostosowane jest tak, aby symulować dzienny cykl panujący na hive.

- No to chyba właśnie mamy noc.

- Nawet późną… Byłaś nieprzytomna ponad sześć godzin… I prawdę powiedziawszy powinnaś wrócić do pomieszczeń medycznych. Miałaś mikrowylew krwi do mózgu. Trzeba to sprawdzić.

- Ooo - mruknęła, jakby zastanawiając się nad czymś i nagle uśmiechnęła się lekko. - Nie trzeba, naprawię to… Już to kiedyś robiłam… Jak miałam wypadek i lekarze nie zauważyli tego - wyjaśniła.

- Ale wtedy był to skutek urazu mechanicznego, jak się domyślam. A tym razem wywołało go zbyt intensywne użycie twoich zdolności. To rozsądne próbować zniwelować skutek za pomocą przyczyny?

Harrigan uniosła nieco brwi z wyrazem twarzy, jakby zbita z tropu.

- Yyyy… hmm, a długo to potrwa? - mruknęła. - Nie cierpię szpitali.

- To zależy czy uszkodzenie wciąż tam jest… Być może twój organizm sam się z tym uporał, skoro tak szybko wróciłaś do pełni sił - zauważył. - A tak przy okazji. Chyba powinienem ci podziękować za uratowanie mojego nowego oficera… I schwytanie tego Łowcy - dodał.

- Nie trzeba. Bynajmniej nie zrobiłam tego dla ciebie.

- Domyślam się… Lubisz go, prawda? Inaczej nie pomogłabyś mu - zauważył. - Nie narażałabyś siebie.

- A co? To zabronione?

- Nie… Tylko pytam… Zastanawia mnie bardziej dlaczego go lubisz, skoro na ciebie polował.

Kate wzruszyła lekko ramionami.

- Sama nie wiem… Już tak jest, że jednych lubisz bez powodu a innych nie… Poza tym toleruje mój sarkazm - dodała z szerokim uśmiechem. - Zresztą Maxa też lubię…

- Maxa?

- Twojego wuja… Nie przedstawiacie się, to jakoś muszę was nazywać - wyjaśniła.

- A ja słyszałem, że podobno potrafisz odczytać nasze imiona.

W pierwszej chwili kobieta zamarła na moment w bezruchu, a potem wykrzywiła usta w grymasie niezadowolenia.

- Zgubek ci powiedział? - mruknęła. - Papla - dodała po polsku.

- Jako członek mojej załogi nie powinien niczego przede mną ukrywać - oznajmił spokojnie.

- Dobrze wiedzieć… Przynajmniej wiem, że mam mu za dużo nie mówić - nie zmieniła tonu.

Dowódca uśmiechnął się nieznacznie kącikiem ust.

- Wiec to jednak prawda? - drążył temat.

Kate uśmiechnęła się szerzej, zakłopotana.

- Potrafię… Jakby to powiedzieć? - zaczęła powoli, zastanawiając się nad doborem słów. - Potrafię… wyszukać niektóre informacje w umyśle Wraith bez jego wiedzy… W tym jego imię… Ale to ile informacji mogę uzyskac, zależy już od tego jak silny jest dany umysł… Chociaż, jeśli chodzi o samo imię, to do tej pory udawało mi się to bez większego trudu - dodała zaraz, widząc rosnące zaintrygowanie na twarzy Dowódcy.

- W moim umyśle także już grzebałaś? - rzekł niezadowolony, spoglądając na nią surowo.

Ale w jego przypadku to zupełnie wystarczyło, aby poczuła się nieswojo.

- Tylko imię… Słowo - zapewniła, unosząc nieco dłoń jak do przysięgi. - …W filmie nie było mowy jakie macie imiona. To było jak jakaś wielka tajemnica, więc byłam ciekawa… No, a że akurat byłeś pierwszym Wraith, jaki się napatoczył… - specjalnie nie dokończyła, próbując się wytłumaczyć i uśmiechnęła się szeroko. - Poza tym potrafisz dobrze blokować swoje myśli… Jak Max… Nie wiem czy jest to jakaś zależność, ale zauważyłam, że im starszy Wraith, tym trudniej jest mi… zajrzeć do jego umysłu… Zapewne to kwestia wprawy, jak się domyślam.

- Tak, to również - przyznał. - Ale nie zawsze. Niektórzy sami w swej istocie posiadają większe zdolności… a niektórzy mniejsze… Można rzecz, że jest to kwestia genów.

- Cecha dziedziczna.

- Dokładnie.

- Moje zdolności są raczej jednym wielkim wybrykiem natury, niż kwestią dziedziczną, gdyż nikt w mojej rodzinie nie przejawiał takich zdolności - zażartowała ironicznie. - Jako dziecko nawet zastanawiałam się, czy nie jestem adoptowana - parsknęła lekko.

- Powiedział bym raczej, że jest to interesująca mutacja.

- Tak, to prawda… chociaż słowo: mutant, źle mi się kojarzy - parsknęła.

Wraith uśmiechnął się kącikiem ust.

- Od dawna posiadasz takie umiejętności? - zainteresował się.

- Jeśli pytasz o tą konkretną, to nie. Nauczyłam się tego jako Biegacz - wyjaśniła. - Żeby wiedzieć co planują Łowcy.

- Sprytne - przyznał i zaraz zerknął na nią znów lekko podejrzliwie. - A pozostałe?

Wzruszyła lekko ramionami.

- Odkąd pamiętam… Moi rodzice mówili, że jako dziecko umysłowo rozwijałam się znacznie szybciej niż moi rówieśnicy - wyjaśniła. - …Potem pojawiły się pierwsze oznaki telekinezy… przesuwanie przedmiotów siła woli… Nie wiem jak wy to nazywacie.

- Ludzka terminologia w kwestiach naukowych jest mi dobrze znana - odparł. - Ludzka samica, która uczyła mnie twojego języka, zapoznała mnie z nią.

- Ludzka samica? - parsknęła pod nosem. - Ale w zasadzie z biologicznego punktu widzenia jest to poprawne określenie - przyznała, rozbawiona i zerknęła na niego. Był poważny. - Przepraszam… nie chciałam cię urazić…

- Nie uraziłaś mnie - przerwał jej spokojnie. - Rozumiem kwestię… różnic kulturowych… I uwierz mi, że wasze słownictwo jest dla nas czasami równie zabawne… i niejasne, jak dla was nasze.

- Jak różnice między polskim a czeskim - parsknęła znowu. - …Mniejsza o to - machnęła ręka, widząc wyraz zapytania na jego twarzy.

- A wracając do twoich… zdolności - rzekł. - Co było następne?... To interesujące, że pojawiały się kolejno, a nie wszystkie na raz.

- Telepatia… Także stosunkowo wcześnie… Miałam zaledwie kilka lat… Najpierw było to jak wieczny szum w uszach - wyjaśniła. - Ale szybko zaczęło się przekształcać w szepty… a potem w rozmowy, jakby ktoś stał tuż obok mnie… Wtedy zorientowałam się, że kiedy mocno się skupię, rozmowy znikają… Zaczęłam więc uczyć się blokować ludzkie myśli… A potem odkryłam, że sama mogę wejść do czyjegoś umysłu i odczytać myśli, a nawet wspomnienia… Chociaż do tej pory starałam się nie zaglądać w umysły innych… Uwierz mi, czasami zdecydowanie lepiej tego nie robić - parsknęła. - …Ale te lekcje pozwoliły mi potem blokować ciebie… w lesie, przy twoim laboratorium - dodała, znów zerkając na niego jakby niepewnie.

- Tak, wiem… Dlatego mnie to zaintrygowało - przyznał. - Nigdy wcześniej nie spotkałem człowieka z takimi zdolnościami… Tylko Lanteans, podczas wojny.

- Ja miałam trochę nadziei, że przez to spasujesz i sobie pójdziesz - przyznała z rozbawieniem. - Ciągłe zerkanie na twoją rękę było lekko stresujące.

Wildfire uśmiechnął się nieco, z nuta ironii.

- Stresujące?... Wyglądałaś na bardzo pewną siebie… Wręcz zbyt pewną - powiedział.

- Uwierz mi, że to były tylko pozory… Naprawdę byłam zdenerwowana… Wiesz, fikcja i rzeczywistość… to zdecydowanie nie to samo - pokręciła lekko głową, uśmiechając się - I nie sądziłam, że tak szybko natknę się na kogoś z was.

- Z twojego punktu widzenia można uznać to za pech… Z mojego za pomyślny obrót spraw.

- No cóż, ktoś musi stracić, żeby ktoś mógł zyskać - rzuciła.

- Równowaga?

- W zasadzie tak - przyznała.

- Wiem, że nie takie miałaś plany, ale może pobyt tutaj nie będzie dla ciebie zupełną strata czasu - odparł dziwnym tonem, który nieco ją zaskoczył. - Stardust mówił, że nasza technologia zainteresowała cię.

- Nie twierdze, że nie… Ma nawet swój potencjał… ale i tak nie mam zamiaru siedzieć tutaj dłużej niż przewiduje to umowa - oznajmiła. - Czyli tylko na czas jaki jest mi potrzebny do modernizacji twojego statku. Potem się stąd zmywam i zaczynam kombinować jak wrócić do domu.

- Na hiveship ciągle potrzebne są jakieś naprawy i modernizacje - rzekł, znów wracając do swojego wyniosłego tonu głosu.

- Ha, ha, ha… bardzo sprytnie panie Wraith…Ale nic z tego. Nie mam zamiaru tkwić tu do końca życia. Mam inne plany na emeryturę.

- Emerytura?

- Na Ziemi, kiedy człowiek jest już starszy, kończy pracować i idzie na zasłużony odpoczynek. Nazywamy to emeryturą - wyjaśniła.

- Tutaj nie mamy czegoś takiego - powiedział spokojnie. - Nasi Czciciele prowadzą długie życie w zdrowiu…

Jeśli oczywiście otrzymywałabyś regularnie Dar Życia.

- Jeszcze czego… Wasz Dar Życia działa jak narkotyk: uzależnia.

- Hmm… chyba wiem co masz na myśli, ale mylisz się. To dwie różne sprawy… Dar Życia nie uzależnia ludzkiego organizmu od naszego enzymu. Dzieje się tak tylko, jeśli człowiek otrzymuje go zbyt często. A Dar Życia przekazywany jest raz na kilka lat. To wystarczy, aby zregenerować ludzki organizm.

- Tak czy siak, jak powiedziałam: naprawię ci statek i zmywam się stąd - rzuciła stanowczo i ruszyła w drogę powrotną do pomieszczeń medycznych. - Resztą spokojnie zajmie się Stardust. Jest zdolny.

Wraith ruszył za nią, bez problemu doganiając ją.

- On także nie będzie tutaj zbyt długo. Został przydzielony na mojego Pierwszego tylko tymczasowo… A obecnie niestety trudno o dobrego mechanika.

- I nie przeszkadza ci, ze jestem TYLKO człowiekiem? - parsknęła.

- Gdyby tak było, nie przydzieliłbym cię do tego zadania… Jeszcze kilka lat temu mieliśmy wielu Hivehealers… mechaników - wyjaśnił. - Jednak podczas Wojny Domowej ich Królowa zbuntowała się wobec Rady i większość odeszła wraz z nią. Ci, którzy pozostali, maja wystarczająco dużo pracy przez swoich hive.

Kate zatrzymała się gwałtownie, odwracając do niego.

- Rozumiem twoje racje, ale ty zrozum moje. To nie mój świat i chciałabym wrócić do domu... Ty byś nie chciał wrócić do swoich, gdybyś utknął na jakiejś odludnej planecie?

- Podobno nie przepadasz za ludźmi, więc po co chcesz wracać? - spytał podchwytliwie. - Szczególnie, że twoja rodzina nie żyje.

Znów wykrzywiła twarz w grymasie niezadowolenia.

- Papla - burknęła. - I powiedz tu komuś coś w zaufaniu - dodała i ruszyła dalej.

Wildfire uśmiechnął się lekko kącikiem ust i podążył za nią.

Sam nie wiedział dlaczego dokładnie, ale lubił ja irytować… i wprawiać w zakłopotanie. Burzenie pewności siebie tej ludzkiej samicy w dziwny sposób poprawiało mu samopoczucie.

Przyglądający się im z góry niezauważony Sunwind odprowadzał ich jeszcze przez chwilę spojrzeniem, po czym ruszył spokojnie dalej pomostem.

Nie był jednak jedyną osobą, która ich obserwowała.

Na jednym z tarasów, w cieniu, stał jeszcze ktoś - młoda kobieta o długich do pasa kruczoczarnych włosach, która przyszła do ogrodów w ślad za Dowódcą.

Kiedy nie znalazła go w jego kwaterze, udała się w jedyne miejsce, które przyszło jej do głowy: pomieszczenia medyczne, do których kilka godzin temu zabrał Harrigan. Wieści o tym co zrobiła szybko rozeszły się po całym hive, a Dowódca najwyraźniej był zaniepokojony jej stanem. Dlatego też wydało się jej logicznym iż właśnie tam się udał… aby sprawdzić w jakim kobieta jest stanie.

I nie myliła się. Tyle, że ona wyglądała już na całkiem zdrową… a ich rozmowa na bardziej zażyłą niż krótka wymiana zdań między przełożonym i podwładnym.

Wychylając się nieco z cienia, aby lepiej móc zobaczyć odchodzącą dwójkę, Antuaneth zacisnęła dłoń na poręczy, wściekła.