Rozdział ponownie nie jest betowany i będzie tak do czasu, aż wyjaśni się moja sprawa z betą. Proszę, wybaczcie mi błędy i przymknijcie na nie oko - chociaż nie będę miała nic przeciwko, jeżeli mi je wskażecie. :)
Dziękuję za wasze komentarze - jak zwykle były niesamowite. Jesteście cudowni :). Niezwykle przyjemnie czyta się wasze słowa i opinie. Ariano, przepraszam. Wina po części jest moja i po części spowodowane było to wszystko tym, że chciałam dobrze. I za błędy naprawdę, naprawdę przepraszam - próbowałam sama jakoś je zlikwidować, ale trudno jest to zrobić nie mając obiektywnego podejścia do tekstu. Co do ilości rozdziałów i innych informacji na temat Ulubieńca, to zostały one podane w notce przed pierwszym rozdziałem. Ogólnie wszystkich rozdziałów jest 149 i o ile moje obliczenia są prawidłowe, do końca wakacji powinnam opublikować rozdziały do 49 włącznie. Czyli pozostanie równo sto. :) MsJill, ależ nie ma za co! Długo się za nie zabierałam, ale wiedziałam, że muszę to przetłumaczyć. Po prostu nie mogłam znieść myśli, że ten fick nie jest przetłumaczony na język polski. I masz rację, pierwszy rozdział nie jest zachwycający, ale wydaje mi się - mam nadzieję, że słusznie - iż wszystko się z czasem rozwija. W każdym razie niezwykle się cieszę, że nie jesteś zawiedziona tym, że postanowiłaś to wszystko przeczytać :). Zgadzam się, że kreacja Toma i Harry'ego jest niezwykła. Taka... prawdziwa. Jest ona z całą pewnością wielkim plusem tego ficka. I dziękuję za wszystkie pochwały, aż się zarumieniłam ;). Cookies. Alice, a ja z chęcią oddałabym ten uścisk :). Zapytam się tylko, jakie słowo zauważyłaś z błędem w poprzednim rozdziale, chciałabym je poprawić, aby nikomu innemu nie przeszkadzało :). I nie, nie wspominałaś jeszcze o tym, chociaż ja zupełnie się z tobą zgadzam. Cieszę się, że mimo wszystko tak dzielnie i wytrwale komentujesz :).
Jeszcze raz dziękuję za komentarze bo, cholera, są niezwykle motywujące. Miło się je czyta, kiedy człowiek ma już ochotę to wszystko rzucić i dodają one niezwykłego ducha walki z tłumaczeniem :).
Nie przedłużając, miłego czytania.
Ulubieniec Losu
Rozdział trzydziesty siódmy
Okej. To nie było coś, czego w ogóle by się spodziewał. Harry czuł, jak jego gniew na chwilę ustępuje, robiąc miejsce zdziwieniu, jakie spowodowało to pytanie – jak, do diabła, miał na nie odpowiedzieć? To było tak oczywiste, że nie wymagało wyjaśnień. Cóż, albo przynajmniej tak uważał.
Tom patrzył na niego z oczekiwaniem, beznamiętnie, czekając, aż zabierze głos.
- Errr, dość często to sugerujesz – oznajmił Harry. Dziedzic Slytherina skrzywił się nieznacznie. – Nie wspominając o tym, że jesteś lodowato zimnym geniuszem. Prawdopodobnie myślisz, że wszyscy wokół ciebie są tępi. Kiedyś powiedziałeś Cassiusowi Parkinsonowi, że jego inteligencja jest na poziomie rozczłonkowanego mózgu złotej rybki! – Wziął cichy, głęboki oddech. To nie był dobry sposób obchodzenia się z Tomem. – Możemy teraz zacząć lekcję oklumencji?
- Nie myślę, że jesteś tępy – odparł Tom. Harry prawie warknął z irytacji. Jak na psychopatę z niewielką empatią czy sumieniem, Tom miał niepokojący zwyczaj przeprowadzania z nim tego rodzaju niewygodnych rozmów.
Właściwie to prawdopodobnie dlatego, że nie czuł się jak normalny człowiek, kiedy Tom wciągał go w takiego typu rozmowy, po prostu strasznie niezręczne było prowadzenie ich, patrząc w tym samym czasie na jego twarz, na te oczy z niekończącym się pragnieniem wiedzy.
- Dobra. Zapamiętam sobie. Oklumencja? – Harry'emu udało się nawet opanować swój głos. Mówienie o uczuciach, zwłaszcza z Tomem, zazwyczaj wprawiało go w zakłopotanie. Riddle'owi po prostu zbyt łatwo przychodziło przejrzenie na wylot wszystkiego, co powiedział i wywnioskowanie tego, jaką jego słowa naprawdę ukrywały treść – co prawdopodobnie było efektem ubocznym nauczenia się tego, jak manipulować emocjami wszystkich wokół. Przeklęty Czarny Pan. Tom swoimi działaniami wywoływał wokół siebie najbardziej korzystne reakcje i raczej wiedział, czego ludzie chcieli, co wykorzystywał w odpowiedni sposób wtedy, kiedy sam czegoś od nich chciał.
- Masz zaskakująco niskie poczucie własnej wartości – dumał Tom. Harry skrzywił się.
- Nie, nie mam – warknął. – Przestań mnie, do cholery, psychoanalizować.
- Wiesz, że słowo „psychoanaliza" wskazuje, że mam rację?
Harry spojrzał na niego ostro. Wciąż był jeszcze zły na Toma, a upór Ślizgona nie pomagał mu tego zmienić. Chociaż, jak zauważył z nutką samozadowolenia, młody Czarny Pan uważał, aby zostać poza jego zasięgiem.
- Wiesz, że psychiatra musi mieć stabilny umysł? – odrzucił. – A takiego zdecydowanie ci brakuje.
Tom milczał, a powietrze wokół nich napięło się.
- Oklumencja? – powiedział w końcu, chociaż ton jego głosu wskazywał na to, że ta rozmowa się jeszcze nie skończyła i przeprowadzą ją w późniejszym terminie.
- Oklumencja – zgodził się Harry.
Minęło pół godziny i wyraźnie było widać, że Tomowi ledwie udaje się utrzymać nad sobą panowanie. Harry doskonale wiedział, jaki jest tego powód, ale z całą pewnością nie zamierzał rozwiązać tego problemu. Uczenie się oklumencji sprawiało, że Tom miał dostęp do niektórych z jego wspomnień, co oznaczało, że zyskał kolejne wskazówki co do tego, jak traktowali go Dursleyowie. Oczywiście, Tom już wcześniej był świadomy, że jego dzieciństwo nie było idealne, ale nigdy tak naprawdę nie zyskał na to fizycznych dowodów.
Wciąż ich nie miał, ale Harry wiedział, że zauważył kilka błysków wspomnień, które nie były do końca przyjemne. Chociaż możliwe, że nastrój Toma zniszczył tak fakt, że jak do tej pory jego próby osłaniania swojego umysłu przed Riddle'em były żałosne; Harry miał taką nadzieję. Tak, to z pewnością to. Omdlenia powtarzały się coraz częściej.
- Nie możesz powiedzieć coś trochę bardziej konkretnego niż „wyczyść swój umysł"? – domagał się z irytacją. Oczy Toma błysnęły.
- Nie ustosunkowuj się – przypomniał chłodno. Harry z całej siły ugryzł się w język, przeprosiny brzmiały gorzko i obco na jego języku. Cholera niech weźmie to wszystko, ale potrzebował tych lekcji bardziej, niż Tom potrzebował go tego nauczyć. Obaj o tym wiedzieli. – Nie mogę, nie jeszcze – kontynuował Tom, a jego ton stał się o ułamek mniej chłodny. – Muszę zobaczyć, jaka będzie twoja automatyczna reakcja, kiedy już w końcu zdecydujesz się ją pokażesz, bo to zdecyduje, jaką metodą będę musiał cię uczyć.
- Jeśli jest automatyczna – zaczął Harry – to czy nie powinna już nastąpić? – Odchylił się do tyłu na ramieniu kanapy, jego głowa pulsowała tak zaciekle, jak miało to miejsce tego ranka. Czuł mdłości.
- Nie, twój umysł nie osiągnął jeszcze momentu, w którym będzie musiał zrobić coś, aby zatrzymać intruza – oznajmił Tom.
- Mojej granicy wytrzymałości – wymamrotał Harry, krzywy uśmiech zadrżał w kącikach jego ust. Merlinie, to było tak typowe.
- Twojej granicy wytrzymałości – zgodził się cicho Tom.
- Teraz wiem, dlaczego zgodziłeś uczyć się mnie tego, pobierając tak niewielką zapłatę – stwierdził, łagodząc uśmiech, aby pokazać, że tylko się z nim drażni. Tom położył dłoń na sercu, w geście niewinności.
- Słyszysz to, Harry? To dźwięk mojego łamanego serca! Może nigdy nie pozbierać się po twoim surowym wyroku.
- Jak to przeżyjesz? – odparł sucho. Tom uśmiechnął się, potrząsając głową z udawanym smutkiem.
- Niestety, wątpię, aby tak się stało. To tragiczne. Myślę, że muszę zadowolić się znalezieniem granicy twojej wytrzymałości.
Harry roześmiał się.
- A ja myślałem, że mnie lubisz. – Wydął wargi. Tom przewrócił oczami, po czym ponownie skierował w jego kierunku cisową różdżkę.
- Policzę do trzech… dobra?
Harry kiwnął głową, zbierając się w sobie. Po chwili poczuł wtargnięcie. Umysł szarpnął nim, pchając słabo w celu znalezienia czegoś niepożądanego lub nieprawidłowego, tego, co to spowodowało.
Cmentarz, oświetlony przez jadowicie zielony błysk Morderczego Zaklęcia… Mecz Quidditcha przeciwko Cedrikowi w czasie trzeciego roku… Jego pierwszy lot na miotle… Śmianie się ze Ślizgonami w Pokoju Wspólnym… Błysk terrarium z wężem, kiedy miał jedenaście lat… Przyciskanie rąk do małej szyby okiennej, obserwując Dursleyów zasiadających wspólnie do wigilijnego stołu, ostry, chłodny podmuch wiatru szarpiący za jego skórę…
Harry otworzył oczy, znów osunął się na podłogę, owijając ramionami głowę. Merlinie, jego głowa. Jeśli wcześniej było źle, to ostatni psychiczny atak sprawił, że było tragicznie. Było tak źle jak wcześniej, w momencie, w którym miał ochotę rozbić wszystkie światła w kawałki ciemności. Przetarł oczy.
- Dlaczego przestałeś? – zapytał, nie patrząc w górę. Słyszał kroki Toma, kiedy ten zbliżał się do niego z przeciwległego końca kanapy, gdzie zasiadywał. Za każdym razem, kiedy but uderzał o podłogę, czuł się jakby w jego głowę wbijane były małe igły.
Bardziej poczuł niż usłyszał, że Tom kucnął przed nim, obserwując go ciemnymi oczami w swój niepokojąco intensywny sposób. Oczywiście powinien już do tego przywyknąć, wzrok Toma zawsze był intensywny, jeśli zdołał go na ciebie skierować. To nie było coś, do czego można było przywyknąć, tylko coś, co najlepiej było ignorować.
- Ponieważ wyglądasz, jakbyś naprawdę miał zaraz odlecieć i nie obudzić się ponownie zaraz po tym, kiedy zostawię w spokoju twoje myśli – wyjaśnił prosto Tom. – Co jest?
- Nic – skrzywił się, ryzykując spojrzenie w górę. Cholera, było za jasno, od razu musiał ponownie spojrzeć w dół. – Spróbujmy jeszcze raz.
Tom zmarszczył brwi. Pokój natychmiast ściemniał, przyciemniając wszystkie światła, oprócz jednego. Harry niemal odetchnął głośno z ulgą. Ręka chwyciła mocno jego szczękę, odchylając jego twarz, aby się jej przyjrzeć.
- Masz ból głowy.
- Wszystko dobrze – skłamał. – Spróbujmy jeszcze raz – nie nauczę się niczego tylko tutaj siedząc. – Musiał się tego nauczyć, wszystko, co czekało go bez oklumencji było całym basem tortur, w który zostawał wsysany podczas wędrówki do umysłu Voldemorta w każdym momencie snu.
- Nie – odmówił Tom. – Na dziś wystarczy. Oklumencja jest długim, powolnym procesem, nie da się go przebyć w czasie jednej nocy. Wymuszanie tego może przynieść więcej szkody niż pożytku.
- Ale…
- Powiedziałem: wystarczy. – Głos Toma był zarazem miękki, jak i nieugięty. Harry chciał dyskutować o tym, czy wymuszanie jest problemem, czy nie, ale zrezygnował z tego, gdyż zbytni nacisk mógłby sprawić, że Riddle w ogóle odmówiłby nauczania go. – Jak długo boli cię głowa?
- Jakiś czas… - Harry wzruszył ramionami, nie zauważając ostrzegawczych sygnałów na twarzy Ślizgona wskazujących na to, że robi się on coraz bardziej niezadowolony.
- I nie pomyślałeś, aby mi o tym powiedzieć? – domagał się Tom, po czym potrząsnął głową. – Drogi boże, pewnego dnia mnie zabijesz. Wstań.
Jego szczęka została uwolniona, bo trzymająca ją wcześniej dłoń przeniosła się na ramię i pociągnęła jego ciało na nogi.
- Oczywiście, że tak – mruknął, wysyłając Tomowi uśmiech. – Nikt inny nie miałby odwagi rozważać zamordowania cię.
Tom podniósł brwi.
- Uważaj – ostrzegł lekko. – Mógłbym to wziąć za groźbę i wątpię, abyś chciał poznać tego konsekwencje.
- Prawdopodobnie nie – zgodził się łagodnie Harry, nie za bardzo zmartwiony. Jego głowa pulsowała zbyt mocno, aby był w stanie rozważać cokolwiek innego niż swoje natychmiastowe odpowiedzi na słowa Riddla'a. Oczy Toma spojrzały na niego.
- Ból głowy nie ustępuje? – zapytał. Harry po raz kolejny wzruszył ramionami.
- Dobra. Chodźmy – oznajmił Tom, brzmiąc na zirytowanego.
- Gdzie? – dopytywał się ostrożnie.
- Skrzydła Szpitalnego, geniuszu.
Kiedy przerażenie uderzyło w niego z całą mocą, Harry był w stanie wymyśleć tylko o jedną rzecz, którą mógł powiedzieć:
- Widzisz, mówiłem ci, że formułujesz uwagi, które sugerują, że jestem tępy.
