Rozdział 35

Przez pewien czas nie mógł się od niej oderwać, jego dłonie błądziły po jej ciele nienachalnie i niemal bezwiednie. Jakby chciał się upewnić, że każdy kawałek niej zgadza się, jest taki, jak zapamiętał. To wszystko tworzyło niebezpieczne złudzenie troski. Bała się nawet o tym pomyśleć. On nie troszczył się o ludzi i o nią z pewnością też się nie troszczył. Poza tym widziała, jak zaciska szczękę i patrzy na nią z irytacją. Była słaba, o tak, teraz była słaba. W ogóle nie potrafiła się już przed nim obronić i jakiekolwiek konstruktywne myśli, nie wspominając o jej zaciętej gadaninie, pierzchały pod dotykiem jego dłoni. Powinien więc już iść, on, Lord Voldemort, upewniwszy się, że jej nic już nie będzie – w sensie umierania i tym podobnych – powinien przestać się powstrzymywać i zostawić ją w spokoju. Nie było z nią teraz żadnej zabawy.

Zjadła już i teraz przypatrywała się pustemu talerzowi z resztkami sosu, złożonym sztućcom. On oderwał się już od niej. Czuła go w tle, przeglądał jakieś papiery. Z własnej woli zwalił na siebie całą masę nudnej, papierkowej roboty. Wielki reformator się znalazł, pomyślała z przekąsem.

Zagłębiła się w oparciu fotela i powoli odwróciła głowę w jego kierunku. Stał plecami do niej, przy swoim biurku, i tak – kreślił coś w dokumentach.

Co ona miała teraz zrobić? Miała udawać, że wszystko w porządku, że nie zrobił wszystkiego, co zrobił? Choć ona też dopuszczała się najprzeróżniejszych rzeczy. Chciała, by myślał, że nie żyje lub że zwyczajnie przepadła, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo gdzie. Zamknęła na chwilę oczy.

Nie była lepsza, ani trochę.

Zdziwiło ją to, że nie drążył od początku żadnego tematu, który wymagał drążenia. Tyle że może oboje zbyt dobrze wiedzieli, co się wydarzyło w przeszłości i na pewno każde z nich miało powody, by o tym nie wspominać. Chyba powstało między nimi ciche porozumienie. Ona to pamiętała, a on użył na niej Legilimencji i teraz też wiedział o wszystkim. Nie mógł mieć już żadnych wątpliwości a propos swoich popranych wspomnień. Co to było więc do dyskutowania? Ich brak wyboru? Lepiej nie rozmawiać z opętanym na punkcie kontroli czarnoksiężnikiem o bezsilności, lepiej nie.

O żadnym karaniu za jej ucieczkę też nie mogło być mowy. Wiedział, że to, co dopiero przeżyła, było dla niej najstraszniejszym i jednocześnie najbardziej pouczającym z możliwych przeżyć. Nie potrzebował jej nic już robić i zadowolony z końcowego efektu zapewne nawet nie chciał.

Bez słowa wdrapała się na łóżku i utonęła w poduszkach. Była wykończona – emocjonalnie i fizycznie. Mogłaby już odpłynąć, jeszcze na jedną noc oddalić od siebie problemy. Główny ich powód usadowił się jednak tuż obok, z jakąś książką. Na twarzy miał, zdołała dostrzec, niewielki uśmieszek, co niespecjalnie ją dziwiło.

– Jeśli mogłabyś przesunąć się trochę… – machnął lekceważąco ręką. – Dziękuję – mruknął, zaabsorbowany lekturą, kiedy nie tyle przesunęła się, ile zerwała z powrotem do pozycji siedzącej, tym samym jednak zwalniając część zajmowanej przez siebie przestrzeni.

Przyglądała mu się przez chwilę w niedowierzaniu. Nie widziała tytułu książki i niespecjalnie ją on interesował. Usiadła na łóżku z założonymi rękami. Przez chwilę patrzyła na niego oczekująco, wzrokiem wypalając mu dziury, to tu, tam, ale nie, Riddle nie zwracał na nią żadnej uwagi. Kiedy nie odpuściła, wreszcie zatrzasnął książkę i spojrzał na nią.

– Masz jeszcze jakiś problem? Myślałem, że wszystko jasne.

– Jasne? – powtórzyła, unosząc pytająco brwi.

– Tak. Jesteś moja, nie będziesz próbowała mnie zabić, bo to ostatnia rzecz, której pragniesz… – poinformował ją arogancko. – Teraz byłbym wdzięczny, gdybyś pozwoliła przeczytać to, co mam do przeczytania. Naprawdę, mam też inne zajęcia niż niańczenie cię. Nie wiem, czy słyszałaś, ale jestem Ministrem Magii. Rzeczy do zrobienia, dokumenty do podpisania…

Otworzyła i zamknęła usta.

– Jesteś… jesteś niemożliwy! – wykrzyknęła. Nie odpowiedział. Czytał. – Świetnie, w takim razie… idę… zobaczyć się z Luną.

Już podnosiła się z łóżka.

– Taka jesteś pewna, że dziewczyna żyje?

Hermiona zatrzymała się. Nie powinien mówić takich rzeczy, nie, kiedy wciąż była tak rozchwiana. Naprawdę nie czuła się zbyt pewnie. Może też zdał sobie z tego sprawę.

– Nigdzie nie idziesz – dodał szybko, nie odrywając wzroku od papierów. – Muszę mieć cię dziś na oku.

– Mhmm, tak, na oku to najodpowiedniejsze sformułowanie – odpowiedziała znacząco.

– Granger, masz dwa wyjścia. Albo zamilkniesz, albo użyję Silencio i to pomiędzy innymi, ciekawymi rzeczami, zapewniając sobie spokój tej nocy. Tobie niekoniecznie. Co wolisz?

Zagryzła wargi, wiedząc, że jeśli powiedziałaby cokolwiek, spełniłby swoją pogróżkę.

– Świetnie – mruknęła po chwili, układając się do snu.

Wcześniej wyglądało to tak, że wspólnie czytali do późnej godziny nocnej, aż Lord nie uznał, że mu się chce i pieprzyli się z godzinę czy dwie, by potem Hermiona musiała o poranku doprowadzać się do użyteczności jakimiś ohydnymi eliksirami, ale nie teraz, nigdy więcej! Naciągnęła na siebie kołdrę, głęboko zanurzając twarz w poduszce. Wystawały tylko jej włosy. Nawet spod pościeli mogła wyczuć, że – jeśli to możliwe – jego cholerny uśmieszek tylko się pogłębił. Nie miała pojęcia, co go tak śmieszy. To nie było zabawne. Cała ta sytuacja… Kiepski kabaret, zwłaszcza że z Czarnym Panem w roli głównej.

Wyjrzała spod kołdry.

– Więc, co jest tak ciekawego…

– Mówiłem coś. Cisza.

Głośno wypuściła powietrze. Z rezygnacją wstała i podeszła do regału po jakieś czytadło. Nie potrafiła spać przy świetle. Nie, właściwie nie potrafiła spać, gdy obok niej Czarny Pan raczył się jakąś fascynującą lekturą, mamrocząc coś pod nosem w języku wężów. Wybrała coś – nie mając wątpliwości – odpowiednio ciężkiego i mrocznego i udała się na wcześniej zajmowane miejsce. Nie skomentował tego w żaden sposób, ale gdy zaczęła czytać, nie, właściwie dokładnie w chwili, kiedy uznała swoją lekturę za interesującą, zatrzasnął swoją książkę. Nie miała wątpliwości, że wciąż nie przeczytaną. Jęknęła z rezygnacją, by zaraz schować twarz w dłoniach.

Zgasły kandelabry, mimo że wciąż mogłyby płonąć, skoro Lord udał się do łazienki. Dość ostentacyjnie rzuciła najpewniej całkiem cennym egzemplarzem o posadzkę.

– Słyszałem – doszło ją groźne upomnienie z łazienki. Hermiona była nieco zirytowana, a jednocześnie uśmiechnęła się nieśmiało, mimo woli. Był nieznośną, podłą i wyrachowaną kreaturą, ale miała świadomość czy nadzieję, że tak naprawdę to jego osobliwy sposób droczenia się z nią i cieszenia jej obecnością. Chciał przywrócić wszystko do względnej, popieprzonej normalności. Czy nie lubiła, kiedy robił te rzeczy, a potem… nagradzał ją, nie oszczędzając przy tym swojej fantazji.

Na samą myśl jej uda otarły się o siebie mimowolnie. Zaparło jej dech w piersiach i stała się oczekiwaniem. Słyszała wodę, która musiała opływać jego boskie ciało i do diabła, jak on musiał wyglądać, stojąc pod strumieniem wody, z zamkniętymi oczyma, przeczesując tymi cholernie zgrabnymi dłońmi swoje gęste, kruczoczarne włosy. Przez kolejną chwilę toczyła ciężką walkę ze sobą, by do niego nie dołączyć. Wreszcie jednak wyszedł z łazienki w samym ręczniku i znów, do cholery, zapłonęły kandelabry. Nie, na pewno nie po to, by mogła go podziwiać. W ciemnościach nie mógł przecież odnaleźć drogi do łóżka! Patrzyła na tego sukinsyna z coraz większą irytacją, ale i podnieceniem. Tęsknota wylewała się z niej strumieniami. Miała trudności z oddychaniem.

Stanął koło łóżka i spojrzał na nią oczekująco. Odpowiedziała mu takim samym, bezczelnym spojrzeniem. Wciąż patrząc jej w oczy, zrzucił ręcznik. I nie, nie wytrzymała i spuściła wzrok. W tej właśnie chwili machnął ręką i nawet jej nie dotykając, zrzucił ją z łóżka.

– Uhh!

– Twoja kolej, Granger. Cuchniesz naftaliną.

Dość energicznie jak na kogoś, kto dopiero co ze sobą kończył, poderwała się z posadzki i bez posyłania mu żadnych piekielnych spojrzeń więcej udała się do łazienki. Kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi, mogło jej się wydawać, że słyszy cichy, męski chichot dochodzący z sypialni. Pokręciła głową, wciąż nie dowierzając. Rozejrzała się po zaparowanej łazience. Nie miała zamiaru tracić na to zbyt wiele swojego czasu. Odkręciła wodę, założył ręce na siebie i przez jakiś czas stała tak pod strumieniami wody, wyglądając ni mniej ni więcej, a jak wkurzona Hermiona Granger.

Miała opuścić łazienkę w takim wzburzonym stanie, ale powstrzymała się chwilę przed wejściem do sypialni. Oparła się o ścianę i wzięła parę głębokich oddechów.

Rzecz jasna, wciąż musiał coś dla niej mieć.

– Myłaś włosy?

– Oczywiście – odparła, próbując się nie unosić.

– Wciąż… – zaklikał karcąco językiem i zaciągnął się powietrzem, by szybko i teatralnie się skrzywić. – Szampon – oznajmił. – Umyłaś włosy wiśniowym, którego zapach niestety mnie…

– Masz pięć lat? – rzuciła wściekle.

Jego spojrzenie szybko przypomniało jej, do kogo to mówi. Znów zerwała się z łóżka i popędziła do łazienki. Trzy minuty później jej włosy pachnęły zielonym jabłuszkiem i jeśli wciąż mu coś nie pasowało, mogła spać na podłodze. Była zmęczona, zmę-czo-na!

– Jakiś jeszcze problem, mój cholerny panie… – uniósł brwi – i pieprzony władco…

Zaczął się śmiać. Kiedy przestał, wykrztusił się z siebie:

– Więc nie ma z tobą zabawy, Granger?

Chciała mu powiedzieć, że jest idiotą, ale powstrzymała się. Padła na poduszki. Jego odpowiedzią na jej wyraźną samowolę (tym razem tak, o tak) było porażenie jej jakimś zaklęciem. Ach tak, zaklęciem powodującym dezorientację. Poczuła jego dłonie w jej talii, ciągnące ją… do góry? Uniosła dłonie, by go pochwycić, uderzyć czy odepchnąć, nie była pewna, ale jej ręce zapewne powędrowały w złą stronę, bo trafiła w pościel.

– Przestań!

– Dlaczego miałbym to zrobić, wiedźmo? Byłaś bardzo, bardzo niegrzeczną dziewczynką, wiesz o tym?

– Zaraz zwymiotuję, nie żartuję.

– Nie zrobisz tego – poinformował ją ostrzegawczo.

– Więc przestań! – odparła, wijąc się opętańczo. Nie miała pojęcia, co jej robił, ale to było okropne.

Przestał. Nagle wszystko ustało, świat przestał wirować i obraz wyostrzył się. Miała go nad sobą, z dłońmi po obu stronach jej głowy, błyszczącymi dziko oczami i przyspieszonym oddechem, który ogrzewał jej twarz.

– Ponoć miałaś być inteligentna.

– Ponoć miałeś być zły i bezlitosny.

Zaczęła ostentacyjnie macać różne części swojego ciała, by w końcu przyłożyć dłoń do ust i udać zdziwioną minę.

– O nie, cała i zdrowa. Jak to mogło się stać?

– Nie prowokuj mnie – wysyczał jadowicie i przestała robić miny. Spoważniała, wiedząc, że teraz nie żartuje. Mocniej przycisnął ją sobą do łóżka. Czuła jego erekcję, jego gorący oddech. Jego magię otulającą ją ciężkim całunem. Tyle że Hermiona Granger nie bała się już tej ciemności. Wytrzymała jego spojrzenie szepczące naprawdę złe rzeczy. Wchłonęła wszystko, co tam miał i była w domu. Właśnie tu kończyły się wszystkie jej wędrówki.

Wystarczyły jego usta, by zaczęła dławić się przyjemnością, a później, kiedy zaplótł ją wokół siebie, jakby to ona była jakimiś sidłami, nie była już w stanie stwierdzić czy pomyśleć o czymkolwiek. Był tylko Tom, Tom Riddle, jego bliskość, jego ciepło i jego pożądanie.

Kochali się długo i tak dziko jak nigdy. Nie obyło się bez krzyku i tak – bez braku litości.

I dobrze.

W środku nocy obudziła się jeszcze, by poczuć, że wzbiera w niej płacz, ponieważ zwyczajnie nie odzwyczaiła się jeszcze od płaczu. Szybko wyniosła się do łazienki, gdzie bezradnie skuliła na zimnych kafelkach, które chyba miały kazać jej się opanować, ale sprawiły jedynie, że zaczęła boleć ją skóra. Nie mogła jednak przestać płakać, czuła się przygnieciona, swoim wybuchem miłości do niego, kiedy wreszcie był z powrotem, swoją słabością i swoim wyborem, do podjęcia którego została zmuszona. Ale teraz wiedziała, że w jego obronie, bez względu na to, jak bardzo bronienie tego czarodzieja było wątpliwą moralnie rzeczą, stanęłaby bez wahania. Gdyby musiała, zasłoniłaby go własnym ciałem. Tak, zrobiłaby to, pomyślała i rozryczała się jeszcze bardziej.

Znów – bez słowa podniósł ją z podłogi i zaniósł z powrotem do łóżka.

– Tom, ja…

– Nie jesteś słaba – zaczął, uprzedzając ją – zwyczajnie nie przyzwyczaiłaś się do myśli, że możesz nie być.

Patrzył na nią poważnie.

– I naprawdę uważasz, że mógłbym samego siebie uważać za twoją słabość? Bo ktoś przyjdzie i mnie zabije? – Zadrżała lekko na te słowa. – Nie, jestem jedyną osobą, która może korzystać z faktu, że mnie kochasz i jeśli nawet miałbym nazwać to słabością, to chcę byś była tak słaba.

~o~o~o~

Ludzie przychodzili i odchodzili, zdawali meldunki, wili się w cierpieniu, błagali o litość. Hermiona stała obok niego, jej spojrzenie było nieruchome, oczy szklane, ale nie od zwyczajnych łez. Po prostu nie mrugała. Chłonęła. Starała się zrozumieć wszystko, co jej pokazywał. Krew czasem krzepła, ale częściej nie. Łzy wypływały im z oczu wbrew usilnym staraniom, a krzyk rozdzierał ciszę nagle, z impetem, wdzierając się do jej żył, mięśni i powodując przyjemne, energetyzujące drgania. Miała przy tym wrażenie, że jej obecność w jakiś sposób utwierdza każde jego machnięcie różdżką, zwłaszcza kiedy zadawał ból. Czuła, że jest z niej zadowolony, że syci się jej prostą ciekawością. Pokazywał jej, ponieważ i na nią kiedyś miała przyjść kolej. Będzie mówić do nich jego słowami. Chciał tego i Hermiona na samą myśl czuła, że się rozpływa. Jego słowa, bez względu na to, co ze sobą niosły, były wszystkim.

On był wszystkim. Nawet jeśli przemawiał przez ból.

Snape unikał jej jak ognia, Draco też. Wszyscy właściwie i nic dziwnego. Pewnie zrozumieli, zanim ona sama pojęła. Mijając ich, słyszała wymykające się im myśli. Bali się, nie wiedząc, czego mogą się po niej spodziewać, nie, właściwie nie czego – wiedzieli czego – nie wiedzieli kiedy i jak bardzo. Była przecież jego, nie ukrywała już niczego. Chciała być. Zdała sobie sprawę, że ma swoje usprawiedliwienie, swoją kotwicę, której będzie się trzymać, płynnie zanurzając się w ciemności tuż u jego boku. Wytłumaczyła sobie, że będzie mogła przynajmniej czasem ugrać coś. Przecież obojgu w kwestii społeczeństwa magicznego zależało na tym samym. Tylko wyobrażenia o rozwiązywaniu pewnych problemów mieli zazwyczaj skrajnie różne. Będzie mogła zatem mu nie pozwalać – dla dawnej siebie aż wreszcie dawną Hermionę zatrze nowa codzienność. Będzie negocjować, choć pewnie coraz mniej, aż w końcu zapomni, dlaczego ma to robić i jego słowa będą jej słowami. Tak coraz częściej wyobrażała sobie to zatracanie, w nim.

Albo i nie – przecież jej umysł był zawsze żywy, pamięć niezawodząca. Może zawsze będą się tak okrążać, sprzeczać, aż nastanie nowy ład.

Tak czy siak – będzie jego.

Minął tydzień, a ona miała wrażenie, że wciąż coś jej umyka. Coś istotnego. Patrzył tak na nią, jakby powstrzymywał się, by jej o czymś nie powiedzieć, ale nie – to wciąż była jego przewaga, satysfakcja. On wiedział, ona nie.

Tak bawił się z nią, czasem łechcząc, czasem podszczypując, czasem gryząc do samej krwi. Może do niego można było dotrzeć tylko poprzez krew. To ona była główną żywicielką jego pragnienia i nie było w tym nic wampirycznego. To było śmieszne, podświadome przekonanie, że we krwi była magia. Jeśli kogoś zranił, znaczyło, że ten ktoś był zbyt słaby, magicznie mu podległy. Jeśli ranili się oboje – bo tak, pozwalał jej i ona wykorzystywała to pozwolenie bez mrugnięcia okiem, jego krew była esencją – przyznawali się tak do siebie. Niczemu już nie zaprzeczali. Zostawiali krwawe ślady na prześcieradłach, spali i budzili się we krwi.

Więc było też przełamywanie barier. Wszystkich tych, na które tylko mogliby wpaść. Noc to była rzeź niewiniątek. Dosłownie. Nie było już Hermiony moralnej, ponieważ wyciskał z niej moralność. W zamian dawał wszystko, dawał siebie. Nigdy tego nie robił, nigdy wcześniej. Teraz, wreszcie, wiedziała, co to znaczy być z najpotężniejszym magiem na świecie. To było dzikie, zwierzęce. Coś, czym nie mogłaby się z nikim podzielić. Nie powiedziałaby nikomu. Nigdy.

Jak bardzo.

I już się nie bała.

Hermiona nie miała pojęcia, jak to się stało, jak tu doszła. Jeszcze rok temu – a to tak niewiele czasu – gdyby ujrzała siebie dziś, nie uwierzyłaby, za żadne skarby świata. Rok temu na samą myśl uciekłaby zapłakana i oniemiała z przerażania.

Naprawdę minął tylko tydzień, jednak dni z nim wydawały jej się bardziej wyraźne i gęste. To, co robił – oczywiste. Miała ochotę rozpłakać się ze szczęścia – była w tym miejscu, była tu, on też. Nikt nie znikał pięćdziesiąt czy sto lat w przód czy wstecz. Żadnego Salazara, żadnych przeszkód. Nikt nie mógłby jej tego odebrać. Nikt by się nie odważył. A jeśliby choćby o tym pomyślał, Hermiona sprawiłaby, że by zapłacił. Drogo.

~o~o~o~

Luna przemknęła obok niej korytarzem, jakby gdzieś spiesząc, ale wiedziała, że dziewczyna chciała jedynie uniknąć trudnego spotkania. I nie dla niej, Luny. To byłoby trudniejsze dla Hermiony.

Miała jednak ochotę porozmawiać z dziewczyną.

Zanim zdołała jej czmychnąć, złapała ją za rękę i przytuliła do siebie jak zabawkę. Nie miała świadomości, że obchodzi się z Luną jak z lalką. Była taka silna, zbyt silna, a Luna nawet kiedyś była taka wietrzna, śliczna. Teraz wydawała się właściwie nie istnieć – była jak duch.

– Cieszę się, że cię widzę, Hermiono, tyle że…

– Ja też – odparła Hermiona, ciągnąc ze sobą dziewczynę, wciąż trzymając ją w ciasnym objęciu. – Nawet nie wiesz, jak bardzo. Pozwolisz? Chciałabym zamienić z tobą parę słów.

Luna zdołała jedynie skinąć głową. Prowadząc ją długim korytarzem, Hermiona widziała, że dziewczyna nienajlepiej się miała. Drżała.

– Co jest nie tak?

Dziewczyna nie spojrzała jej w oczy, ale zatrzymała je obie.

– Czy mogłabyś… puścić mnie, Hermiono. Puść mnie?

Hermiona, zmieszana, oderwała się od Luny. Dopiero teraz pojęła, że dziewczyna nie była nieswoja, to był rosnąca w niej panika. Czuła się dziwnie, była nieoswojona z myślą, że mogła wzbudzać w kimś strach – że w Lunie, matko, nawet w Lunie.

– Przepraszam.

– Nie, nie… – Luna pokręciła głową, uśmiechając się nieśmiało. – Przecież nie zrobiłaś tego celowo. Nic się nie stało.

Machnęła ręką. To wcale nie poprawiało Hermionie humoru. Patrzyła na przyjaciółkę spod zmarszczonych brwi.

Dobrnęły do jednej z tych pustych komnat, które nie należały naprawdę do nikogo. Służyły rozmowom albo przelotnym potrzebom. Zawsze wysprzątane przez elfy, nie raziły specjalnie nikogo swoją powszechną dostępnością. Miały właściwie podobne zastosowanie do pustych klas w Hogwarcie.

– Proszę, usiądź. – Sama uczyniła to samo. – Jak mają się sprawy z Draco?

– Draco – uśmiechnęła się promiennie – naprawdę się stara, bym czuła się dobrze i bezpiecznie. Wiesz, jego rodzice nawet nie mają nic przeciwko. Jestem czystej krwi, jestem blondynką… To zawsze dobrze mieć choćby takie ułatwienie.

Hermionie zdało się, że to ona ma teraz dreszcze, pogładziła się po ramieniu.

– Widziałaś Ginny?

Pokręciła głową.

– Rookwood został wysłany po coś do Francji. Jest tam z nim. Jest… jest w porządku, wiesz, Hermiono. Zawsze mogłoby być znacznie gorzej.

– Luno…– Hermiona zamknęła oczy. Przygotowywała się na falę smutku czy współczucia, która nie nadeszła. Otworzyła oczy. – Przykro mi, tak myślę. Gdybym mogła coś zrobić…

– Dla mnie nie musisz – odparła szybko dziewczyna. – Ale to dziwne, że nie zapytasz o Rona i o całą resztę jego rodziny, o Lupina, Tonks czy kogokolwiek innego.

Hermiona milczała przez chwilę. Naprawdę starała się coś z siebie wydobyć. Nie mogła. Może to była cena jej miłości, bardzo wysoka cena – obojętność wobec wszystkiego innego, obcość wobec świata, który był taki pusty, nie przemawiał do niej, jej magia nie mogła się tu nigdzie zagłębić, trafiała na puste, obojętne przestrzenie.

– Przyrzekł, że ich nie skrzywdzi – Hermiona powiedziała cicho, ale pewnie.

– Tak, ale oni zawsze mogą krzywdzić się sami.

Zapadła cisza, niespokojna. Ponieważ Hermiona znów musiała zdobyć się na to, by zapytać.

– Kto?

– Pani Weasley nie ma się najlepiej.

Skinęła głową, znów nie wiedząc, co powiedzieć. Często nie wiedziała, co powiedzieć, kiedy rozmawiała z Luną. Te rozmowy często były takie jakby oderwane od rzeczywistości. Luna nawet mówiąc o rzeczach trudnych, potrafiła zachować taki niesamowity spokój i pogodę ducha. Mogła się smucić, ale i tak biła od niej jakaś nienaturalna, niewyobrażalna radość życia. Hermiona nie była pewna, czy to ją bardziej fascynuje, czy drażni. Teraz jej zadziwienie dziewczyną tylko się pogłębiło. Przypatrywała się Lunie i miała wrażenie, że dziewczyna nie istnieje, że ma zwidy. Nikt nie mógłby się tak zachowywać, nie w tym miejscu.

I Luna nie była szalona, ani trochę. Była przewspaniała w swojej odmienności, w swoim własnym, niepowtarzalnym sposobie na życie. Jakby była nieskażona kulturą, wychowaniem, do wszystkiego doszła sama. Tego jej Hermiona zazdrościła. Luna Lovegood była jak skała, niezmienna, obojętna na świat. Trochę jak Hermiona, ale cholernie inaczej. Nie mogłaby ubrać słowa, ani chyba nawet w myśli tej odmienności.

Luna sięgnęła niepewnie po jej rękę. Jej dłoń była ciepła i to ciepło powoli przepłynęło do niej. Hermiona przez chwilę miała przebłysk dawnych czasów, jakieś obrazy, uczucia zjawiły się z tym jednym dotknięciem. Spojrzała na dziewczynę. Jej usta poruszały się. Nagle zdała sobie sprawę, że się wyłączyła, że Luna mówiła coś przez cały czas, ale ona nie słuchała. Spojrzała dziewczynie w oczy. Jej ręka nawet nie drgnęła.

– Po prostu nie bądź taka jak on.

– Tak, to całkiem dobry pomysł. A, przepraszam, nie chcesz się napić… herbaty?

– Ja będę szła.

– Już? Nawet nie porozmawiałyśmy.

Luna rozejrzała się po komnacie, aż wreszcie jej wzrok zatrzymał się na Hermionie.

– Nie czuję się tu najlepiej.

Powoli zabrała swoją dłoń i kiedy to czyniła, Hermiona dojrzała, że czyni to z ulgą. Luna musiała się zmusić, by jej dotknąć. Przez chwilę miała ochotę zajrzeć do umysłu Luny, by zobaczyć, jak dokładnie się poczuła, ale powstrzymała się, mówiąc sobie, że nie chce tego robić.

Luna stała już w drzwiach i Hermiona odprowadzała ją wzrokiem, kiedy Luna odwróciła się i uśmiechając się, powiedziała:

– Będę miała dziecko.

Jakby miała mieć zabawkę, kupić sobie książkę. Tak to zabrzmiało. Drzwi się zamknęły, Lovegood zniknęła gdzieś w mrokach – bo to zawsze były mroki – tej posiadłości.

Teraz Hermiona niewątpliwie czuła się dziwnie. Źle – być może. Sama nie wiedziała, jak ma się czuć w związku z tą informacją. To nie był świat dla dzieci, tu nie mogło być dzieci. Wiedziała, że w lochach mogłoby się znaleźć parę, ale nie mogłaby o nich myśleć. Żadnych dzieci, na Merlina.

Przejechała dłonią przez włosy. Będzie musiała jeszcze porozmawiać o tym z Luną, bardzo, bardzo poważnie. Właściwie – nie wyobrażała sobie, jak jej to powie, jak wytłumaczy, ale zrobi to. Nie było wyjścia, ponieważ Luna nie mogła mieć dziecka. Dzieci były słabością.

Musiała znaleźć więc Dracona. Nie miała pojęcia, jak ten gówniarz mógł zrobić to Lunie, była jednak pewna, że zapłaci za to im obu.

Z pewnym przekonaniem zerwała się z zajmowanej sofy i wypadła z komnaty.

Parę minut później i tylko po chwili zastanowienia ot tak weszła do sali, w której miał spotkanie. Twarze wszystkich zgromadzonych przy długim stole zwróciły się ku niej. Przeleciała chłodno po wszystkich, chcąc się upewnić, że nie ma tu chłopaka. Dopiero wtedy pochwyciła jego ostre spojrzenie. Stał naprzeciw niej, przy drugim końcu stołu. Ich spojrzenia spotkały się i to wystarczyło. Widziała, że przerywa zebranie i wstaje z fotela u szczytu stołu. Obróciła się na pięcie. Dotarła do drzwi i poczekała na niego już na zewnątrz.

– Co nie może poczekać? – wysyczał, zamykając za sobą drzwi. Jego dłonie wykonały kilka drobnych ruchów. Zapewniał im tak prywatność.

– Malfoy… i Luna. Wiedziałeś o tym, że ona jest w ciąży?

– Nie, teraz wiem, i co w związku z tym? – spytał z wyraźną irytacją.

– Nie może mieć dziecka, nie teraz, nie tutaj! Kiedy znajdę tego małego sukinsyna, to go wykastruję!

Czarny Pan zamknął oczy i przyłożył dwa palce u nasady nosa, dla uspokojenia. Czasami zapominał o tym, z jak młodą i gryfońską osobą miał do czynienia, jak ona wciąż niewiele wiedziała o nim i jego śmierciożercach, o tym jak tu się właściwie żyje.

– Nic takiego się nie stanie – odparł powoli.

Przez chwilę coś rozważał i nie do końca miało to związek z jej ostatnimi słowami. Tak, może wreszcie powinien uświadomić ją w paru kwestiach.

Chwycił ją więc za nadgarstek i zaczął ciągnąć gdzieś. Fuknęła cicho. Poczuła się zignorowana. Co więcej, ku jej irytacji spostrzegła, że zaciągnął ją dokładnie do tej komnaty, w której przez kilkoma minutami rozmawiała z Luną.

– Siadaj – rozkazał jej.

Usiadła na sofie, zakładając ręce na siebie, wciąż marszcząc niepokornie brwi.

– Po pierwsze, nie widzę sensu w zabijaniu dzieci ludzi, którzy mi służą, zwłaszcza kiedy jeszcze nie wiem, czy nie okażą się użyteczne. Zastanów się, jaki miałoby to dla mnie sens? Jaką miałoby mi to przynieść korzyść? Żadną. Na dobrą sprawę dzieci, małe dzieci moich śmierciożerców i ich matki są pod moją opieką najbezpieczniejsze. Tak buduję lojalność moich sług – nie tylko przez budzenie w nich strachu, nie tylko przez obietnice różnego rodzaju zysków, ale także przez zapewnianie im i ich rodzinom ochrony przed niebezpieczeństwem. – Które sam tworzysz, pomyślała gorzko. – Jeśli coś stanie się temu nowonarodzonemu dziecku, to tylko i wyłącznie za sprawą niekompetencji wychowawczych jego rodziców.

Chciała coś odpowiedzieć, ale kontynuował.

– Po drugie – zbliżył się do niej i była zaskoczona, kiedy pochylił się, by nagle pocałować ją przeciągle, długo, namiętnie. Zaparło jej dech w piersiach, jemu oczywiście nie bardzo. Jego oddech wciąż był blisko, kiedy zaczął mówić. – Nie chciałem ci mówić. Zbyt wiele na raz to dla ciebie nigdy nie jest zbyt dobrze, Granger. Wciąż reagujesz tak emocjonalnie… a może teraz tym bardziej.

Hermiona zmarszczyła brwi. Riddle pogładził ją po policzku.

– Naprawdę nie zauważyłaś?

Z nonszalancją właściwą tylko sobie i małym, przedrzeźniającym uśmieszkiem powoli zsunął swoją dłoń z jej twarzy, przez jej szyję, piersi – Hermiona przymknęła oczy – aż ta zatrzymała się na jej brzuchu. I tam została. Przez chwilę jeszcze nie rozumiała, a kiedy zrozumiała, nie, kiedy zwaliła się na nią cała fala zrozumienia, szokującej prawdy, której zdawała się w jakiś magiczny sposób nie dostrzegać, zmartwiała.

– Nie – wyszeptała, otworzyła oczy i spojrzała na niego błagalnie. To nie mogła być prawda. – Błagam, nie.

Zakręciło jej się w głowie.

– Tak – odparł twardo.

– Co chcesz zrobić?

– Co masz na myśli?

– Chyba nie chcesz… Nie potrzebujesz dziecka, dziedzica, nie potrzebujesz konkurencji. Ja nie chcę, naprawdę nie chcę mieć kolejnej osoby, o którą będę się martwić, że ją skrzywdzę. Wystarczy już że, oni mnie wiążą, nie pozwalają być sobą, a dziecko… dziecko! – wydyszała z siebie w niedowierzaniu, przyjrzała się swojemu brzuchowi z widocznym przerażeniem.

Zaśmiał się gromko.

– Jesteś w szoku.

– Nie jestem w szoku!

Poklepał ją tylko pobłażliwie po głowie i to coś jej przypomniało. Spojrzenie, którym go obdarzyła, znów sprawiło, że miał ochotę się roześmiać.

– Po co ci dziecko? Ktoś jeszcze jest w ciąży poza mną i Luną? Może potrzebne są do czegoś obdarzone darem magicznym noworodki?

– Muszę upewnić się, że wspomnienie o tym, jak zareagowałaś na wiadomość o tym, że nosisz mojego syna, znajdzie się w myśloodsiewni – mruknął z rozbawieniem.

– Syna?

– Uspokój się – powiedział i był to rozkaz.

Tyle że Hermiona nie mogła zapanować nad drżeniem rąk, nad myślami, nad uczuciami, z których nie chciało przeważyć żadne konkretne. To był jej mały, wewnętrzny chaos i Riddle naprawdę nie pomagał jej, najwyraźniej bagatelizując sprawę.

– Jesteś w szoku – potwierdził Voldemort, wyraźnie rozbawiony. Patrzyła na niego przez tak szeroko otwarte oczy, że wyglądała wręcz komicznie.

– Merlinie, jestem w szoku – oznajmiła po chwili, uświadamiając sobie widocznie własnym nurtem, że faktycznie jest. – Ale to niemożliwe. Ty nie możesz mieć dzieci – wyciągnęła rękę, wskazując na niego, jakby ten gest miał wszystko wytłumaczyć – to ciało tylko udaje ludzkie ciało. W sensie fizycznym nie do końca jesteś człowiekiem… O Merlinie, to będzie potwór!

Zasłoniła usta dłonią. Riddle westchnął i opadł koło niej na sofę.

– Dziesiąty tydzień, Granger – powiedział, lekko pochylając się w jej stronę.

– Co?

– Dziesiąty tydzień.

Przez chwilę była cicho. Procesowała to.

– Ale to by znaczyło…

– Tak, dokładnie. Wtedy byłem w pełni człowiekiem, czyż nie?

– Ale ja wtedy umarłam – oznajmiła, jakby to miało ja uratować.

– Widocznie nie zdążyłaś poronić – umierając. A kiedy Slytherin wskrzeszał cię…

– Wskrzesił każdą cząstkę mnie.

– Widzisz.

Przez chwilę była względnie spokojna, ale tylko przez chwilę.

– Ty draniu! Cholerny, pieprzony…

– Panie i władco?

Obsunęła się po sofie. Nagle wydawało jej się, że zalewa ją ogromna fala wody, i ona tonie. Mimo że siedział obok, nagle poczuła się tak cholernie sama. Była sama, samiutka na całym świecie. W tym najgorszym sensie. Wszystko drżało w posadach, przemieszczało się w jej głowie, nie wiedząc, gdzie się udać. Chaos, kompletny chaos. I Riddle patrzył na nią z tym swoim chorym zadowoleniem, jakby wciąż nie wiedziała wszystkiego. Nawet nie miała zamiaru się tym kłopotać.

To było zbyt wiele, zdecydowanie zbyt wiele.

– Boję się – wyszeptała wreszcie.

Hermiona wciąż miała przyłożone dłonie do swojego brzucha i patrzyła ślepo przed siebie.

– Lepiej by było, żebyś się nie bała. Nie masz czego i to dziecko, póki co, też nie ma czegoś się bać. Będzie moje, tak jak ty. Naprawdę nie wiem, z czym masz taki problem. A teraz wybacz, mam spotkanie.

Przez chwilę trwali w ciszy. Riddle przyglądał jej się badawczo, aż wreszcie doszedłszy do jakiegoś wniosku, ruszył do wyjścia.

– Tom – rzuciła za nim.

Obrócił się, niechętnie. Hermiona podeszła do niego niepewnym krokiem i równie niepewnie okrążając go swoimi ramionami, przytuliła się do niego. Kiedy nie zareagował, mocno zacisnęła swoje ramiona wokół niego. Westchnął i odwzajemnił uścisk. Tylko na chwilę, by zaraz wymknąć się jej i zniknąć się w przepastnych mrokach swojej rezydencji. Przecież wszelakie knucie nie mogło czekać zbyt długo, a w Ministerstwie też powinien się pojawić chociaż przez parę godzin w ciągu dnia.

Wróciła na kanapę i podkuliwszy nogi, oparła czoło o kolana. Musiał pomyśleć, naprawdę dobrze to wszystko zaplanować. Wciąż do niej to nie docierało. Wciąż… nie wiedziała, czy ma wrzeszczeć z przerażenia, bo przecież to było coś nie do pomyślenia, czy może płakać ze szczęścia.

Jakkolwiek niedorzecznie to brzmiało, miała być matką jego dziecka. Wszystko mogłoby być dobrze – wciąż nieco niebezpiecznie, zawsze na granicy ryzyka i szaleństwa, ale w jakiś sposób dobrze.

Hermiona nie mogła jednak powstrzymać uczucia, że to złudzenie, że tak nie będzie, że jakieś nieszczęście gdzieś czyha na nią, oczekując swojego momentu, że coś śmieje się z jej naiwności i braku świadomości do rozpuku.