N/A.: Oto i kolejny rozdział. Mam nadzieję, że Wam się spodoba, bo włożyłam w niego pasę pracy. Uff, ciężko było. Ale pocieszam się, że to już ostatni taki trudny kawałek, od teraz będzie już łatwiej. To co? Do roboty?
Angela: Nawet nie wiesz jak mi to pochlebia, szczególnie, że teraz najprawdopodobniej zrobiłabym to wszystko zupełnie inaczej ;). Opowiadania nie porzucę, nie martw się. Za blisko końca jestem żeby je tak po prostu zostawić.
Felly: Bardzo dziękuję za miły komentarz i mam nadzieję, że nie zawiodę. Miłego czytania!
Finflon: Uwielbiam ksywę Voldemorta, której użyłeś. Jest po prostu piękna, a jeszcze nigdy jej nie słyszałam. Dzięki wielkie. Dwójka może-jeszcze-nie-do-końca-zakochanych…cóż, dowiemy się niedługo gdzie oni się podziali. Dumbledore wiedział oczywiście, że Voldemort poluje na Potterów, ale wydaje mi się, że nie spodziewał się tak szybkiego obrotu spraw. Stąd liczne niedopatrzenia (które zostaną mu wypunktowane przez wkurzonych członków rodziny, nie martw się)
Guest: Bardzo się cieszę, że Ci się podobało. Dzięki za propozycję, ale na razie sobie radzę. Porzucać nie zamierzam, nie tak blisko końca. Do usłyszenia.
Hulk12: Za krótkie walki przepraszam, jak już mówiłam, nie mam pojęcia jak je pisać i właściwie robię to pierwszy raz. Na szczęście mój następny projekt powinien mnie tego nauczyć. :)
Lily Aries Evans Potter Black: Bardzo się cieszę, że ci się podoba. Zapraszam na dalsza część!
Lenka: Dzięki za miłe słowa i za krytykę. Na pewno wezmę pod uwagę przy dalszym pisaniu. Mam nadzieję, że ten rozdział Ci się spodoba.
Rome: Tak? No cóż, to znaczy, że powinnam do nich przysiąść. Ale to później jeśli pozwolisz. Kończę Zwierciadło, a potem…cóż, mam plany dotyczące innego fandomu, ale to na razie jeszcze nic pewnego. Porozumienie na linii Remus-Lunatyk nie jest jeszcze pełne, więc jeszcze wszystko przed nami. Do Harry'ego i Hermiony jeszcze trochę, bo przecież zostało jeszcze zebranie Zakonu.
SerenityEvans: Cóż, bo to jest najlepsze miejsce na przerwanie tego rozdziału. Zakończenie tego też Ci się pewnie nie spodoba, ale spokojnie, wszystko wyjaśnia się w 37-38 rozdziale.
Szymon: Hej, dzięki za komentarz. Bardzo się cieszę, że ci się podoba!
Uwaga! Część tekstu jest wynikiem pomocy jaką udzieliła mi Amaranta. Bardzo jej za te fragmenty dziękuję i przepraszam, że musiałam wprowadzić zmiany pod wpływem nowej weny i konieczności dopasowania scen do sytuacji.
Nie przeszło przez betę (ewentualne błędy zostaną poprawione, ale szczerze powiedziawszy chciałam wam to już dać, bo tak strasznie dawno nie było rozdziału, że po prostu mi głupio).
Rozdział 36
Lily
Lily wprost promieniała. Jakże cudownie było znów znaleźć się między ludźmi! Jak wspaniale! Otoczona przez przyjaciółki czuła się lepiej niż kiedykolwiek. Nie pamiętała kiedy ostatni raz je widziała i strasznie stęskniła się za widokiem ludzi innych niż jej mąż. Zbyt wiele czasu spędzała w odosobnieniu. Stanowczo zbyt dużo. Może właśnie dlatego teraz nie mogła się nagadać i właściwie nie pozwalała pozostałym dojść do słowa.
Dorcas i Marlena zawsze były jej najlepszymi przyjaciółkami właściwie od pierwszej nocy spędzonej we wspólnym dormitorium. Różne od siebie jak niebo od nocy, zaskakująco dobrze działały w zespole, bez względu na to czy chodziło o dobranie idealnego makijażu do sukienki czy walkę w szeregach Zakonu. Długa znajomość pozwoliła im wykształcić niezwykłą umiejętność porozumiewania się bez słów, która bardzo pomagała kiedy liczyła się cisza i zgranie, czyli na praktycznie każdej misji. Lily zrobiłaby dla nich wszystko i była pewna, że one odwzajemniłyby się tym samym. Właśnie dlatego tak nienawidziła okłamywania ich na każdym kroku. Tylko świadomość, że zrozumiałyby gdyby wiedziały dlaczego kłamstwo było konieczne podtrzymywało ją na duchu.
Jeśli chodziło o Alicję… Zawsze kiedy z nią rozmawiała poczucie winy praktycznie ją przygniatało. Starsza kobieta uwielbiała porównywać z nią swoje doświadczenia dotyczące ciąży i posiadania dziecka i choć Lily dawała się wciągnąć w te tematy za każdym razem było jej strasznie głupio. Kłamała jej przecież prosto w oczy. To nie z nią Alicja powinna rozmawiać o odpowiednim rozwoju niemowląt. To nie z nią porównywać doświadczenia z czasu ciąży, o której Lily wiedziała przecież tyle co wyczytała w książkach. To Bryony powinna być na jej miejscu, to ona zrozumiałaby wszystkie problemy i obawy pani Longbottom. I, co najważniejsze, to jej należały się takie rozmowy, to zrozumienie płynące ze wspólnych doświadczeń. Lily tylko udawała młodą matkę. Bryony nią była.
Ale, choć serce jej się krajało, nie mogła się wymigać od dyskusji na temat standardowego wieku, w którym dzieci zaczynały siadać wiodącej do porównywania umiejętności Harry'ego i Nevilla jeśli o to chodziło. O tym wiedziała więcej niż o ciąży samej w sobie, bo to przecież ona była z Harrym na co dzień i to ona obserwowała jak uczył się nowych rzeczy, rósł i rozwijał się. Rozmowa szybko się rozkręciła, bo panie nie widziały się szmat czasu i teraz wszystkie chciały wiedzieć ile chłopcy nauczyli się od ostatniego spotkania, jak się zmienili i czy matki mają ich zdjęcia.
Lily podziwiała właśnie najnowszą fotografię Nevilla, pulchnego chłopca uderzająco podobnego do swojego ojca, kiedy ziemia nagle zadrżała. Fala mrocznej magii przetoczyła się po całym domu, posyłając dreszcz wzdłuż kręgosłupa Lily. Pozostali też to poczuli, bo cisza zapadła jak makiem zasiał. James zmaterializował się u boku żony nie wiadomo kiedy i ujął jej dłoń. Obok niego stał Syriusz, z twarzy którego zniknął kpiący uśmiech. Wszystkie oczy zwróciły się w stronę gospodarza.
Frank Longbottom był przystojnym, wysokim mężczyzną o niezwykłej charyzmie, która sprawiała, że słuchano go chętnie. Jeszcze w szkole miał ogromne powodzenie i wiele dziewcząt marzyło by wybrać się z nim do Hogsmeade. On jednak zwracał uwagę tylko na jedną i kiedy tuż po skończeniu jej się oświadczył nikt nie był specjalnie zdziwiony. Lily dalej pamiętała wyraz kompletnego uwielbienia jaki pojawił się na jego twarzy gdy zobaczył ją idącą w jego stronę w dniu ich ślubu.
Teraz jednak wyglądał zupełnie inaczej. Zniknęło rozanielenie zakochanego młodzieńca, twarz miał śmiertelnie poważną, brwi zmarszczone, dłonie zaciśnięte w pięści.
-Ktoś naruszył zaklęcia obronne. Próbują się przedrzeć. – oznajmił posępnie.
-Ilu? – spytał Fabian Prewett. A może to był jego brat Gideon? Lily zawsze miała problem z rozpoznanie, który był którym. Stojący obok niego bliźniak tylko zmierzył Franka ponurym spojrzeniem, które kompletnie nie pasowało do jego zwykle wesołego oblicza.
-Co najmniej trzydziestu. Może więcej. – odparł gospodarz, przeciągając dłonią po zmęczonej twarzy. - To wygląda na zmasowany atak.
-Skąd wiedzieli? – odezwała się Dorcas. - Przecież nikt oprócz członków…
-Mamy zdrajcę! – warknął wściekle drugi Prewett, potrząsając czupryną płomiennorudych włosów.
-Fletcher! – krzyknięto skądś. Mundungus skulił się w swoim kącie i podniósł ręce do góry w rozpaczliwym geście.
-Co, no co?! – zawołał, umykając wzrokiem przez wściekłymi spojrzeniami swoich oskarżycieli, których było więcej niż można by się spodziewać. - Sądzicie, że gdybym im powiedział, byłbym tutaj? Nie! Trzymałbym się jak najdalej się da!
Musieli przyznać mu rację. Nikt nie była na tyle głupi, ani szalony żeby z premedytacją wpakować się w taką sytuację, nawet Mundungus. A to oznaczało, że zdrajcą był ktoś inny, ktoś kogo nikt nie podejrzewał.
Temperatura w pomieszczeniu zdawała się spadać. Przyjacielskie poczucie wspólnoty zniknęło, dając miejsce ledwo hamowanej niepewności, a nawet wrogości. Niektórzy zaczęli się kręcić niespokojnie.
-Kogo nie ma?! – spytano skądś. Wszyscy rozglądali się dookoła, katalogując zgromadzonych i sprawdzając w myślach kogo brakowało. Lily ścisnęła mocniej dłoń męża, w ułamku sekundy zdając sobie sprawę, że ta nagle zwiotczała. Natychmiast podniosła wzrok na twarz Jamesa, który nagle zbladł. Wzrok miał utkwiony w twarzy Syriusza.
-Peter? – powiedział bezgłośnie. W odpowiedzi Syriusz zapamiętale pokręcił głową, ale jego oczy wyrażały to czego nie odważył się powiedzieć na głos. Do jego serca także wkradło się zwątpienie.
-Zamknąć się! – warknął zapamiętale Moody. – Czy to ma jakiekolwiek znaczenie, kto wypaplał? Ważne, że mamy wroga u bram! Weźcie się w garść bo musimy zaplanować obronę!
Cisza zapadła jak makiem zasiał. Szalonooki potoczył po nich spojrzeniem, a gdy upewnił się, że wszyscy go słuchają zaczął wyłuszczać im swój plan. Słuchano go w milczeniu i kiedy Lily ukradkiem rozejrzała się po pokoju, zobaczyła, że wszelka radość jakby wyparowała. Otaczały ją twarze poważne lub nawet gniewne. Twarze ludzi, którzy wiedzieli, że zaraz pójdą walczyć, a druga strona nie będzie się oszczędzać. Czekała ich wygrana, albo śmierć, nic innego.
Lily przełknęła ślinę i ścisnęła dłoń Jamesa. Niczego w swoim życiu nie żałowała, może tylko tego, że nie spędziła więcej czasu z ledwo odzyskaną siostrą. Co innego jednak sprawiało, że czuła ulgę. Harry wreszcie był z matką i nawet jeśli jej i jej mężowi coś się stanie, mały nie zostanie sam.
Severus
Noc była zimna, choć zbliżał się kwiecień i Severus musiał rzucić na siebie odpowiednie zaklęcia żeby nie trząść się jak osika. Co to za Śmierciożerca, który rusza w bój szczękając zębami jak, nie przymierzając, mugol? Pocieszające było tylko to, że człowiek obok niego trząsł się jeszcze bardziej i z całą pewnością nie znał zaklęć, których użył Severus. Mściwa satysfakcja grzała lepiej niż niejeden koc. Nawet kiedy siedziało się w krzakach na jakiś przedmieściach obserwując całkiem nierzucający się dom i czekając na rozkaz by go zaatakować.
Severus westchnął i przeniósł ciężar ciała na drugą nogę. Czekanie na sygnał do ataku było w jego mniemaniu bardziej uciążliwe niż sam atak, głównie dlatego, że zmuszało go do spędzenia dużej ilości czasu w towarzystwie pozostałych Śmierciożerców, którzy byli, niestety, idiotami pierwszej wody. Severus świetnie to wiedział, z większością z nich był kiedyś w jednym domu w Hogwarcie. Oczywiście, nie wszyscy Ślizgoni byli głupi, co to to nie. Wręcz przeciwnie, dom ten słynął z wychowanków ambitnych, sprytnych, którzy osiągali wiele przy minimalnym wysiłku. Ale słynął też z czystości krwi co niestety nie gwarantowało intelektu. Severus podejrzewał nawet, że go wykluczało. W latach szkolnych, obserwując swoich kolegów doszedł nawet do wniosku, że całe wieki małżeństw wewnątrz jednej grupy sprawiły, że cała magiczna arystokracja całkiem skretyniała. Bez wątpienia zdarzały się wyjątki, ale wyjątki te nie przyłączały się do armii Czarnego Pana tylko siedziały bezpiecznie z daleka, czekając aż wyłoni się zwycięzca by dopiero wtedy obrać odpowiednią stronę. Severus zaczynał im zazdrościć.
Błysnęło. A kiedy Severus odzyskał wzrok ujrzał, że w ciemności pojawił się prostokąt światła, otwarte drzwi. A w nich czyjaś niewyraźna postać. Mężczyzna. Na tle lampy widać było różdżkę w jego wyciągniętej dłoni.
-Na nich! - ryknął ktoś z tyłu, kto, Snape nie miał pojęcia. Mimo to rzucił się na równe nogi i kiedy wystrzeliły pierwsze zaklęcia malując niebo na wszystkie kolory tęczy już biegł razem z innymi w stronę domu Longbottomów.
Zbyt późno zorientował się jak wielki był to błąd. Nie mógł się już wycofać. Przed nim biegli Śmierciożercy, za nim biegli Śmierciożercy a z flanki, wyłaniając się z ciemności niczym duchy, wypadali właśnie członkowie Zakonu Feniksa. Byli w potrzasku.
Piekło rozpętało się natychmiast. Świszczały zaklęcia, krzyczano, jęczano i darto się z bólu. Noc jaśniała rzucanymi czarami roztaczając łunę dookoła domu Longbottomów. W jasnym świetle zaklęć Serverus widział lepiej niż w dzień i to ułatwiło mu zadanie. Różdżka w jego dłoni rozpoczęła skomplikowany taniec. Nigdy nie rozumiał potrzeby niektórych swoich kolegów do wywrzaskiwania zaklęć. Po co tracić głos skoro czar działa równie dobrze wyszeptany? Po co się miotać? Spokój i rozmysł zawsze działały lepiej niż bezsensowne krzyki czy gniew.
Dookoła niego ludzie, u których boku walczył padali na ziemię z każdej strony, ale i Zakon nie pozostawał bez strat. Severus widział jak jeden z Prewettów dostał klątwą, mignęła mu gdzieś jasna czupryna McKinnon, która padała na ziemię. Longottom i jego żona walczyli oparci o siebie plecami, para śmiertelnie niebezpiecznych aurorów. Starego Moody'ego nie imało się nic i tylko wokół niego rosła góra ofiar.
Severus syknął, kiedy czyjeś zaklęcie musnęło go w ramię. Obrócił się i nie zwracając uwagi na twarz przeciwnika odpowiedział własnym czarem. Przeciwnik odleciał to tyłu, ale zdążył na chwilę wcześniej miotnąć wyjątkowo paskudną klątwą, której Snape nie miał jak uniknąć. Ziemia uciekła mu spod nóg, ale w porę rzucone przeciwzaklęcie sprawiło, że wywinął się lekko tylko oszołomiony. Podźwignął się i z trudem uskoczył przed ognistym zaklęciem, które leciało na niego z niewiadomego kierunku. Wtedy ją zobaczył. Znajdowała się odrobinę z boku od głównej walki, a jej rude włosy tworzyły płomienną grzywę dookoła jej głowy. Walczyła sama przeciwko trzem Śmierciożercom, ale oni nie mogli jej pokonać. Wtem, jedno z odbitych zaklęć przeszło przez jej obronę i odrzuciło na ścianę domu.
Tak po prostu Severus przestał myśleć. Świetnie zdawał sobie sprawę z konsekwencji i coś w głębi jego umysłu wrzeszczało by tego nie robił, ale on nie słuchał. Rzucił się w kierunku kobiety. Zakapturzeni czarodzieje nie spodziewali się ataku ze strony kogoś ze swoich. Dziecinnie łatwe było powalenie ich od tyłu i związanie na wszelki wypadek. Właściwie wszystko to przyszło Severusowi instynktownie. Przemknął obok nich i natychmiast przypadł do boku kobiety.
-Lily? Lily, nic ci nie jest?! – krzyknął, jednocześnie ściągając maskę i odrzucając ją precz, jak najdalej od siebie. Kobieta nie poruszała się, choć na szczęście jej klatka piersiowa unosiła się ramiona. – Proszę, Lily!
Nie przewidział pięści, która rąbnęła go w twarz tak mocno, że padł do tyłu i wylądował na ziemi. Różdżka wyleciała mu z ręki, ale nie zauważył tego, bo oto stanęła nad nim wkurzona Lily Potter, a wyglądała przy tym piękniej niż kiedykolwiek. Jej rude włosy przypominały w świetle zachodzącego słońca płomienie, oczy ciskały gromy. Severus sięgnął po różdżkę, ale nim jej dotknął, ta poderwała się z ziemi i poleciała prosto do ręki kobiety. W tym momencie Lily zobaczyła kogo powaliła.
-Sev…Severus? – westchnęła, ale nie opuściła różdżki. Szczerze powiedziawszy gdyby to zrobiła straciłaby w oczach Snape'a.
-Lily. – skinął jej głową, co musiało wyglądać nieco groteskowo biorąc pod uwagę, że dookoła nich wrzała bitwa, a on siedział na ziemi z półotwartymi ustami. Podniósł się pospiesznie, mając nadzieję, że nie zasłuży tym na klątwę. – Jesteś cała?
-Tak. – odparła machinalnie. – Co ty tu… jesteś z nimi?
Nie była zdziwiona, a to bolało bardziej niż Severus mógł się spodziewać. Raczej…zrezygnowana. Całkiem jak wtedy gdy wybrał swoich Ślizgońskich przyjaciół, a nie ją.
-Byłem. – wyrzucił z siebie, nie wiadomo dlaczego. Wątpił przecież by mu uwierzyła, bez względu co jej powie. – Ale jak dowiedziałem się, że On chce cię skrzywdzić… Lily, ja bym nigdy…
-Jak to byłeś?! – krzyknęła, nieco histerycznie, a potem wychyliła się zza niego i miotnęła klątwą, w kogoś kto stał za nim. Rozległ się jęk i odgłos ciała padającego na ziemię. - Jesteś tu teraz! W szatach Śmierciożerców!
-Od miesięcy współpracuję z Dumbledorem! – zapewnił natychmiast, bez zastanowienia ogłuszając jednego z tych, po których stronie jeszcze przed chwilą stał. - Pomagam, dostarczam informacji. Robię wszystko czego ode mnie zażąda.
Lily stanęła jak wmurowana. Przed długą chwilę wpatrywała się w niego z półotwartymi ustami, jakby badała czy mówi prawdę, a kiedy wreszcie się odezwała jej głos był ciężki od emocji.
-Dlaczego? Po co? – patrzyła na niego tak rozpaczliwie, że nie mógł nie udzielić odpowiedzi, choć wiedział jak to się może dla niego skończyć. Jeszcze nigdy nie bał się tak jak teraz.
-Dla ciebie! Czarny Pan chce zabić twojego syna! Stoisz mu na drodze, a ja nie pozwolę żeby coś ci się stało.
-Och, Severusie. – westchnęła, a w jej oczach zalśniły łzy. - Ty szlachetny idioto.
I go przytuliła. Tak po prostu. Jakby dookoła wcale nie trwała walka. Jakby nie byli po dwóch przeciwnych stronach. Jakby wszystko było jak dawniej, zanim pochopne słowa i zły dobór znajomych nie rozdzielił ich w piątek klasie. Na moment Severus zapomniał o wszystkim, o Mrocznym Znaku na swoim ramieniu, o wojnie, o Potterze. Liczyła się tylko dziewczyna dla której oddałby życie, gdyby zaszła taka potrzeba.
Zbyt szybko nadszedł koniec tej chwili i Lily cofnęła się. A do Severusa dotarło w jakiej znalazł się sytuacji i ogarnął go strach. Tą jedną decyzją naraził się śmiertelnie niebezpiecznym (jeśli niezbyt lotnym), wpływowym czarodziejom z najpotężniejszym czarnoksiężnikiem stulecia na czele. Potem spojrzał na Lily i zrozumiał, że nie potrafił tego żałować.
Bez zastanowienia ustawił się plecami do niej i tak, razem, odpierali atak za atakiem. I rzecz dziwna, mężczyzna nie wahał się ani przez moment rozbrajając i powalając ludzi, których jeszcze przed chwilą był sprzymierzeńcem. Nie dopóki słyszał głos Lily, rzucającej kolejne zaklęcia. Nie dopóki wiedział, że walcząc ją chroni.
Tak samo szybko jak się zaczęło wszystko się skończyło. Severus rozejrzał się dysząc ciężko. Na placu pozostali tylko członkowie Zakonu i ci Śmierciożercy, który nie mieli siły uciec lub byli oszołomieni czy też martwi. Do której z tych grup sam należał, nie wiedział, ale zdawał sobie sprawę, że musiał się szybko zdecydować.
Spojrzał na Lily i ze zdumieniem napotkał jej wzrok. Uśmiech na jej pięknej twarz zaparł mu dech w piersiach i nim się zorientował odwzajemnił go (pewnie wyglądając przy tym jak ostatni idiota). Czuł się jakby ogromna waga została zdjęta z jego ramion. Jakby ostatnie lata nie miały znaczenia, a przepaść między nimi, którą sam stworzył tamtego dnia po SUMach nagle zniknęła.
-Severusie, ja… - zaczęła dziewczyna, ale nie dokończyła. Przerwał jej przerażony krzyk.
-LILY!
Oczywiście, jak wszystko co dobre w jego życiu, ta chwila także musiała zostać zniszczona przez niejakiego Jamesa Pottera, który pojawił się na horyzoncie w najgorszym możliwym momencie.
-Lily! – w sekundę znalazł się obok swojej żony, z różdżką wycelowaną prosto w pierś Severusa, jednocześnie zasłaniając kobietę, którą obaj kochali, własnym ciałem. Czego jak czego, ale odwagi nie można było mu odmówić, nawet jeśli miała go wpędzić do wczesnego grobu. Nie to, żeby Snape'owi to jakoś przeszkadzało.
-Spokojnie James. – Lily łagodnie położyła dłoń na przedramieniu swojego pożal się Boże męża. Choć była blada i zmęczona, zdawała się całkowicie opanowana. - On… on mnie uratował.
-On… - powtórzył Potter z opóźnieniem pojmując jej słowa. W mgnieniu oka jego twarz przeszła taką zmianę, że byłoby to śmieszne, gdyby nie sytuacja. Od wściekłości, przez szok, niedowierzanie, by na końcu ustalić się na zdumieniu. - Uratowałeś ją?
Severus bez słowa skinął głową. Co innego mógł zrobić? Ręka, którą trzymał różdżkę wycelowaną w pierś Pottera drżała delikatnie z wysiłku. Wiedział jednak, że dalej był w stanie się obronić przed wszystkim co rzuci na niego przeciwnik. Problematyczna mogła się tylko okazać bliskość członków Zakonu Feniksa. Z taką ilością przeciwników jeszcze nigdy nie walczył.
Przed długą chwilę mierzyli się z Potterem wzrokiem. A potem stało się coś czego Snape nigdy by się nie spodziewał. Coś tak dziwnego, że nigdy nie wpadłby na to, że mogłoby mieć miejsce. Gryfon opuścił różdżkę i wyciągnął do niego rękę.
-Dziękuję. – powiedział, ku bezbrzeżnemu zdumieniu Severusa całkowicie szczerze. – To dla mnie wiele znaczy.
-Zrobiłem to dla niej, nie dla ciebie. – warknął w odpowiedzi, zerkając na Lily. Marszczyła z irytacją brwi, w dość oczywisty sposób zdenerwowana tym jak się traktowali. Cóż, wiele rzeczy mógł dla niej zrobić, ale bycie miłym dla Pottera to już lekka przesada.
-Wiem. – przytaknął James, z łagodnym uśmiechem, ale nie cofnął ręki. - Niemniej dziękuję. Ona jest dla mnie wszystkim.
Spojrzał na nią z taką miłością, że Severusowi zrobiło się niedobrze. A kiedy Lily odwzajemniła spojrzenie, poczuł jakby ktoś wbił mu sztylet w serce. Musiał odwrócić wzrok i dlatego nie zauważył jak kobieta po zaledwie chwili marszczy brwi. Usłyszał jednak jej zaniepokojony głos, kiedy pytała męża co się stało.
Potter przełknął ślinę, a gdy zająknął się przy odpowiedzi nawet Severus na niego spojrzał. Musiało wydarzyć się coś niezwykle poważnego, żeby ten zwykle pewien siebie, rozpieszczony paniczyk tak się zachowywał.
-Peter. – mruknął, łamiącym się głosem. - To był Peter.
Przez sekundę Snape nie wiedział o co mu chodzi. Co do… A potem przypomniał sobie małego, grubego chłopaka, który biegał wszędzie za Potterem i Blackiem. Chłopaka, którego uważali za swojego przyjaciela. I natychmiast pojął co się stało.
-Co?! Jak to?! – krzyknęła Lily, a jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Nim James zdążył choćby otworzyć usta obróciła się do Severusa warknęła - Wiedziałeś?!
-Nie. – beznamiętnie wzruszył ramionami. - W odróżnieniu od waszego kółka wzajemnej adoracji tam nie mówi się wszystkiego wszystkim. Wiedzieliśmy, że Czarny Pan ma kogoś w waszych szeregach, ale nie znaliśmy nazwiska. Gdybym wiedział powiedziałbym ci.
Potter patrzył na niego jakby w to nie wierzył, ale ręki nie cofnął. I Severus, pod czujnym spojrzeniem kobiety musiał wyciągnąć swoją i ścisnąć dłoń swego odwiecznego wroga, choć szczerze powiedziawszy wolałby miotnąć w niego porządną klątwą. Nie mógł jednak mieć wszystkiego, a jeśli to miało uszczęśliwić Lily…
-Severusie! Jak dobrze cię widzieć. – co jak co, ale uśmiech Dumbledore'a, który pojawił się na jego twarzy gdy stary dyrektor ujrzał ich dwóch podających sobie rękę był stanowczo zbyt szeroki. Snape zagryzł zęby ze złości i pospiesznie puścił rękę Pottera i odsunął się od pary, katem oka zauważając, że Lily właśnie schroniła się w ramionach męża i chyba płakała cicho w jego ramię.
-Darujmy to sobie, profesorze. – mruknął niechętnie, skupiając całą swoją uwagę na nowo przybyłym. Jeszcze tylko wiecznego optymizmu Dumbledore'a mu teraz do szczęścia brakowało. Zaczynał żałować, że nie deportował się nim nie pojawił się Potter.
-Jak rozumiem doszło do dekonspiracji. – dyrektor pokiwał ze zrozumieniem głową, całkiem jakby to nie było nic ważnego i nie oznaczało dla Severusa wyroku śmierci. - Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi.
-Druga strona może nie podzielać tej opinii. – zauważył kwaśno Snape. Lily westchnęła. Choć dalej w ramionach Potter, spojrzeniem krążyła od Ślizgona do Dumbledore'a.
-Oczywiście. Drzwi Hogwartu są dla ciebie otwarte, Severusie. – przytaknął natychmiast starzec. Jego długa, biała broda zdawała się świecić w ciemności nocy. Snape skłamałby gdyby powiedział, że nie zdziwiła go ta propozycja. Oczekiwał raczej, że każą mu zadbać o siebie. Chociaż w sumie…byli po tej dobrej stronie, oni po prostu inaczej nie umieli. To ich odróżniało od Śmierciożerców. - Właściwie powinieneś już teraz się tam udać. Niektórzy członkowie Zakonu…są nieco popędliwi. Dopóki wszystkiego im nie wyjaśnimy przeczekaj w bezpiecznym miejscu…
Cóż mógł zrobić jak tylko się zgodzić? Szczególnie, że właściwie nie miał innej opcji. Wszędzie indziej jego byli sprzymierzeńcy mogli go znaleźć w mgnieniu oka.
-Severusie… - powiedziała cicho Lily, porzucając miejsce u boku swego męża i zbliżając się do niego z wahaniem. Delikatnie chwyciła go za rękaw. Napotkał spojrzenie znajomych, zielonych oczu i ponownie zaatakowało go poczucie winy. - uważaj na siebie.
Nie wiedząc co innego zrobić przytaknął i deportował się z cichym pyknięciem. Powitała go znajoma, żelazna brama zamku, którą przekroczył westchnąwszy. Ona nie wiedziała… nie wiedziała. I jeśli to zależało od niego nigdy nie miała się dowiedzieć kto napotkał w uliczce uciekającą Bryony Evans i rzucił zaklęcie, które ją zabiło.
Syriusz - trochę wcześniej
-Rictusempra! – warknął Syriusz i roześmiał się w głos kiedy zaklęcie sięgnęło celu. W odmętach bitwy czuł się jak w domu, a może nawet lepiej. Dookoła śmigały różnokolorowe zaklęcia i to w takiej ilości, że wymagało cudu uniknięcie wszystkich naraz. Przed jednymi można się było uchylić inne odbić, ale znacznie lepszym pomysłem było znalezienie sobie dobrej osłony.
James i Syriusz schronili się za niewielkim, ponad metrowym murkiem otaczającym posesję Longbottomów. Nad ich głowami śmigały wrogie zaklęcia, oświetlając plac, coś wybuchało niedaleko, a im w uszach szumiała krew. Do tego się szykowali, to ćwiczyli na szkoleniu aurorów. Właśnie tu, w środku bitwy byli w swoim żywiole.
-Świetna robota, James! - zaśmiał się dziko, kiedy na jego oczach dwóch Śmierciożerców poleciało do tyłu i padło na ziemię by już się nie podnieść. A przynajmniej nie w najbliższej przyszłości.
Syriusz nie wiedział ile już walczyli, dawno stracił poczucie czasu. Były tylko kolejne zaklęcia, kolejne uniki i zbyt rzadkie chwile kiedy gdzieś w tyle przemykał mu jasny warkocz sunący za swoją piękną właścicielką.
Zajmowali z Jamesem miejsca na prawym skrzydle, tam gdzie Śmierciożerców było najwięcej. W ciemności ciężko było rozeznać się ilu dokładnie zaatakowało dom Franka i Alicji, ale musiały to być większe siły, bo podwórze szybko zapełniło się od postaci w ciemnych pelerynach. Twarzy nie widział, wszystkie były skryte za maskami, które może byłyby straszne gdyby Syriusz z doświadczenia nie wiedział, że pod nimi są ludzie z krwi i kości. Ludzie, których można było pokonać i którzy zupełnie inaczej zachowywali się w celi.
Syriusz uchylił się przed lecącym w jego stronę zaklęciem, zaklął szpetnie, a potem wychylił się zza murku i odparł własnym czarem, także chybiając. Pomiędzy śmigającymi z każdej strony zaklęciami napotkał spojrzenie Rogacza, który przytaknął ponuro.
-Osłaniaj mnie! – krzyknął James i wychyliwszy się za róg wystrzelił kilka niewerbalnych zaklęć. Część przeciwników zdążyła się uchylić, ale nie wszyscy.
Jedna z trafionych postaci potknęła się, a z jej twarzy spadła maska. James i Syriusz mieli tylko krótko chwilę by się przyjrzeć temu komuś, jednak to wystarczyło. Znali tę twarz i to bardzo dobrze. Przez prawie dziesięć lat obserwowali jak z twarzy dziecka staje się twarzą młodego mężczyzny, choć pulchne policzki zachowały się od samego początku.
Peter. Człowiekiem, który jeszcze przez chwilą z nimi walczył był Peter. Ten sam Peter, z którym przez siedem lat mieszkali w dormitorium, z którym planowali liczne psoty i którego ksywa widniała na Mapie Huncwotów. Ich przyjaciel Peter Pettigrew. Glizdogon.
Syriusz stracił nad sobą panowanie. Nie pomogły krzyki Jamesa, porzucił bezpieczne schronienie i rzucił się do przodu, nie bacząc na nic.
-Ty świnio! – warknął przez zaciśnięte zęby, jednocześnie rzucając zaklęcie za zaklęciem. Zanim szedł klnąc James, jak zawsze broniąc jego pleców. Ale Syriusz nie zdawał sobie z tego sprawy, nie widział nic z wyjątkiem zdrajcy, który w panice czołgał się jak najdalej od niego w panice szukając na ziemi upuszczonej różdżki. Zaklęcie Łapy odrzuciło ją hen, daleko poza zasięg właściciela.
-Syriusz… James… - Glizdogon spojrzał na nich wzrokiem przerażonym i błagalnym, ale Syriusz i na to nie zwrócił uwagi. Dyszał z wściekłości, a wzrok przysłaniała mu czerwona mgła. - moi przyjaciele…
-Milcz! - ryknął. Gdyby ktoś powiedział mu, że będzie kiedyś celował różdżką w jednego ze swoich przyjaciół pewnie by go wyśmiał i odesłał do Świętego Munga. A jednak tak właśnie się stało, a Syriusz był tak otumaniony gniewem, że nie miał czasu na przeklinanie okrutnego losu. - Milcz, świnio!
-Ja nie chciałem! Oni mnie zmusili! - pisnął Peter, przypominając przy tym jak małe, tłuste, przerażone prosię. - Powiedzieli, że mnie zabiją!
Syriusz zapomniał, że miał w dłoni różdżkę, zapomniał nawet o tym, że był czarodziejem. Rzucił się na zdrajcę z gołymi pięściami.
-Jak mogłeś?! – ryknął pomiędzy ciosami. Gdzieś w tle słyszał głos Jamesa, wzywający go by przestał, ale nie zwracał na niego żadnej uwagi. Satysfakcja płynąca z dźwięku jaki wydał łamiący się nos zdrajcy była jak balsam na jego zszargane serce.
-Łapo, nie! - znajome ręce ręce objęły go w pasie i pociągnęły do tyłu, z dala od Glizdogona. Syriusz szarpnął się, dalej wymachując pięściami, ale ręce trzymały mocno.
Bitwa miała się już ku końcowi. Szala już dawno przechyliła się na stronę Zakonu i teraz pozostawała już tylko sprawa wyłapania niedobitków. Ale o tym żaden z Huncwotów nie miał pojęcia.
-Puść mnie, James! - krzyknął Syriusz, szamocząc się z całych sił. Palce Jamesa mocniej zacisnęły się na jego kurtce.
-Nie pozwolę ci!
-On nas zdradził! - wrzask przeciął powietrze i gdyby Syriusz był bardziej przytomny pewnie zdziwiłby się jak obco brzmiał jego własny głos.
-Tak. Ale ty nie jesteś mordercą!
-On oszalał! James! Ratuj mnie, James! - piszczał zdrajca, wijąc się na ziemi.
-Zawsze mogę nim zostać! - odwarknął Syriusz.
- Pomocy, pomocy! - wył Glizdogon. Młody Black marzył by zmienił się w szczura. Wtedy on mógłby stać się Łapą i… sprawa byłaby znacznie prostsza gdyby pozwolił ja zakończyć swoim psim instynktom.
-Syriuszu! - James brzmiał na zdesperowanego, ale Syriusz miał to gdzieś. I pewnie szarpaliby się tak jeszcze długo, gdyby nie pojawienie się jedynego człowieka, który miał dość autorytetu by zakończyć tę scenę.
-Black, Potter. – Moody pojawił się nie wiadomo skąd. A może to tylko Syriusz nie zauważył jego nadejścia przez mgłę wściekłości jaka otoczyła jego umysł? - Ja się nim zajmę.
-Ale… - zaczął protestować Syriusz, ale Moody przerwał mu niedbałym ruchem ręki. James się nie odezwał. Stał tylko nad człowiekiem, którego uważał za przyjaciela, celując w niego różdżką, a twarz miał śmiertelnie bladą.
-Dość już zrobiliście. – albo Łapie się wydawało, albo głos starego aurora nagle złagodniał. To jednak graniczyło z cudem, Szalonooki nie był znany z wykazywania troski i ocierania łez rekrutom. Wręcz przeciwnie, cała Akademia trzęsła przed nimi portkami. - Teraz wezmą się na niego aurorzy.
Bracia Prewett pojawili się u jego boku, Fabian miał poszarpaną szatę, a Gideon osmaloną twarz, ale wydawali się cali i zdrowi. Na widok leżącego na ziemi, związanego Pettigrew oblicza obu wykrzywiły identyczne wściekłe grymasy. Żaden nie skomentował, za co Syriusz był niezwykle wdzięczny. Nie zniósł by gdyby ktoś zaczął go teraz krytykować za dobór przyjaciół. Po prostu wyciągnęli różdżki i przelewitowali go do pozostałych złapanych Śmierciożerców, by zaraz potem zabrać wszystkich prosto do Ministerstwa.
-Potter, Black. Dobra robota. – Moody skinął im obu głową. Pierwszy raz w życiu pochwała z jego ust miała dla Syriusza posmak goryczy. -Zapomnijcie o tym śmieciu.
I odszedł, tak po prostu. Zostali sami. Dwóch, tam gdzie kiedyś było czterech. Kim byli bez pozostałych? Co znaczyli Łapa i Rogacz bez Lunatyka i Glizdgona? Co się z nimi stało? Kiedy stracili się z oczu na tyle by nie zdać sobie sprawy z tego, że jeden z nich zdradził? Kiedy mały Peter z zapatrzonego w nich chłopca stał się mężczyzną, który próbował ich zabić? I dlaczego? Dlaczego?! Syriusz miał ochotę wykrzyczeć to pytanie i drzeć się póki ktoś mu na nie nie odpowie.
-Łapo… - James położył mu dłoń na ramieniu. Syriusz przywitał ten ciężar z ulgą. Dobrze było wiedzieć, że pewne rzeczy się nie zmieniały. Że zawsze będą braćmi. Że Jamesowi mógł powiedzieć wszystko.
-Myślałem, że to Remus. – wyznał cicho to czego wstydził się od tygodni. Sama myśl, że któryś z Huncwotów mógł okazać się zdrajcą napawała go odrazą, ale teraz kiedy dowiedział się, że jego przypuszczenia były błędne… czuł się jeszcze gorzej. Musiał się jakoś wytłumaczyć. – Po śmierci Bree przepadł jak kamień w wodę i to nie pierwszy raz. Byłem pewien, że jeśli ktoś z nas to tylko on.
-Bo jest wilkołakiem? Łapo, myślałem że lepiej go znasz. – James spojrzał na niego karcąco. Syriusz spuścił ze skruchą głowę. Świadomość, że w myślach o dawna oskarżał niewinnego człowieka…
-A ty co myślałeś?
-Nie wiem. – odparł James, westchnąwszy. Ręką sięgnął do włosów w świetnie znanym Syriuszowi ruchu. W jego głosie słychać było zmęczenie. -Nic. Miałem nadzieję, że nikt nie zdradził.
Mimowolnie na ustach Syriusza zadrgał niepewny uśmiech. Taki właśnie był James. Stanowczo zbyt ufny dla swojego dobra. I właśnie za to Syriusz go uwielbiał, choć czasem miał wrażenie, że to miało go zgubić. Ale nie dziś, nie dopóki on tu był by chronić swojego najlepszego przyjaciela. Nawet przed jego własną głupotą i naiwnością.
James nerwowo przeniósł ciężar ciała na drugą nogę i Syriusz natychmiast zrozumiał o co chodziło. Rozejrzał się, ale nigdzie nie dostrzegł rudej głowy. Strach ścisnął mu serce. A co dopiero musiał czuć James...
-Idź, znajdź ją. – powiedział, ściskając ramię przyjaciela, w próbie okazania mu wsparcia i pokazania, że z nim już wszystko w porządku. - Ja…poradzę sobie.
James spojrzał na niego z wdzięcznością, a potem już go nie było, zniknął pośród cieni by szukać swojej żony. Syriusz westchnął i przeciągnął dłonią po twarzy. Chyba jeszcze nigdy nie czuł się tak zmęczony jak w tej chwili.
I wtedy ją zobaczył. Marlena McKinnon stała razem z Dorcas nad trzema nieprzytomnymi (czy martwymi? Syriusz nie miał pojęcia) Śmierciożercami i wyglądała tak pięknie (była cała i zdrowa!), że stracił nad sobą kontrolę. Nie myślał, po raz pierwszy jeśli chodziło o nią, nie zastanawiał się nad tym co by mogło być. Po prostu zadziałał. Nim się obejrzał znalazł się obok niej.
-Black co ty… - zaczęła, ale uciął jej chwytając ją za kark i przyciągając do siebie by ją pocałować. A kiedy już ich usta się zetknęły zrozumiał, że nigdy już nie chciał jej puścić. Chwilę zajęło Marlenie wyjście z szoku, lecz gdy ochłonęła zarzuciła mu ręce na szyje i entuzjastycznie oddała pocałunek.
Syriusz wiele razy wyobrażał sobie ten moment. Za każdym razem miał on miejsce w innej scenerii (choć nigdy w takiej pobitewnej) i w innych warunkach. Zawsze poprzedzała go randka rodem z najsłodszych mugolskich filmów, a nie krwawa rozprawa ze Śmierciożercami. Ale kiedy już nastąpił, pocałunek był lepszy niż wszystkie wyobrażenia. Nie dało się go porównać z żadnym innym (a Syriusz zgromadził w swoim życiu całkiem sporą bazę do porównań). To było ciepło i miłość i wszystko o czym chłopak marzył. To był ogień i spokój zarazem. Tak smakował dom.
Zbyt szybko musiał się od niej odsunąć, choć ledwie na kilka centymetrów.
-Powinienem był to zrobić całe lata temu. – mruknął sam do siebie, patrząc na jej cudną twarz. Nigdy nie wydawała mu się tak piękna jak wtedy, choć zamiast makijażu jej twarz pokrywał pot i kurz.
-Hmm? A mnie to o zdanie nie spytasz? – zdziwiła się teatralnie dziewczyna, a jej oczy błyszczały niczym najjaśniejsze gwiazdy.
-O, przepraszam. - roześmiał się Syriusz. - Kiedy twoim zdaniem powinienem cię pocałować?
Marlena udała, że się zastanawia.
-Zacznijmy od teraz. - powiedziała w końcu z najszerszym uśmiechem jaki kiedykolwiek u niej widział. - Potem zastanowimy się czemu jesteś idiotą i nie robimy tego od dawna.
-Hmm? – wymruczał. Nie potrafił skupić się na niczym oprócz jej ust. Zachichotała. Fakt ten, jakże niezwykły postanowił rozważyć później. Marlena McKinnon nigdy nie chichotała, a już na pewno nie z powodu faceta. Syriusz czuł się zaszczycony.
I wtedy, kiedy tak na nią patrzył, to wszystko się na niego zwaliło. Nogi ugięły się pod nim i byłby upadł gdyby dziewczyna go nie podtrzymała. Chwycił się jej jak koła ratunkowego, przycisnął do siebie, marząc by już nigdy nie musiał jej puścić. Ukrywszy twarz w zagłębieniu nad jej obojczykiem mógł na kilka chwil zapomnieć o tym co się przed chwilą zdarzyło. O zdradzie człowieka, którego przez ostatnie kilkanaście lat miał za przyjaciela.
-Syriuszu? Co jest? - zaniepokoiła się Marlena. Nie dziwił jej się, zmiana jego zachowania była tak gwałtowna, że każdy byłby nią zszokowany. Nie potrafił jednak odpowiedzieć na jej ciche pytanie. I jak się okazało wcale nie musiał próbować, bo dziewczyna nagle stężała i sapnęła cicho. - Peter? Co mu się…
Musiała zobaczyć jak Prewettowie prowadzą zdrajcę do pozostałych Śmieriożerców. Syriusz szybko skojarzył fakty i otrząsnął się ze swojego otępienia na dość długo by wpleść dłoń w jej włosy i szepnąć coś uspakajającego.
- Nie! - jęknęła mimo to Marlena i wtuliła się w niego tak samo mocno jak on wcześniej w nią. Syriusz nie wiedział co by bez niej zrobił, jak przeżyłby te trudne chwile, bez ciepłych ramion oplatających go w pasie, bez oddechu łaskoczącego go w szyję. I wtedy, całkiem bez ostrzeżenia, zdał sobie sprawę, że dla tej dziewczyny zrobiłby wszystko.
Zbyt szybko musiał ją puścić i to całkowicie, zbliżali się do nich bowiem Dumbledore, Lily i James. Dyrektor wyglądał na bardzo zasmuconego i raz po raz gładził swoją długą, białą brodę. Na ich widok Lily przyspieszyła i przytuliła się najpierw do Marleny, a potem do Syriusza, mamrocząc mu do ucha coś o najwyższym czasie i ślepym kretynie.
Mimo sytuacji uśmiechnął się pod nosem.
-Co z nim teraz będzie, panie dyrektorze? – spytał cicho James. Dumbledore uśmiechnął się łagodnie, a jego oczy były smutne.
-Azkaban. Co najmniej. – stwierdził z żalem. – Pięciu aurorów widziało jak walczy po stronie Śmierciożerców, to nie byle oskarżenie.
Syriusz zmełł w ustach przekleństwo. Tylko dłoń Marleny ściskająca jego pozwoliła mu zachować jakikolwiek spokój.
-Wiedział pan o tym? – spytał nim zdołał się powstrzymać. Dumbledore przytaknął.
-Od jakiegoś czasu. - przyznał, a jego spokój sprawił, że w młodym Blacku zagrała krew.
-Czemu nam pan nie powiedział?! - spytał z wyrzutem. Czuł się zdradzony i to dało się słyszeć w jego głosie.
-Nie mogłem.
-Bzdura! – warknął chłopak, nawet nie siląc się na spokój. - Mieliśmy prawo wiedzieć!
-Tak. - Dumbledore poważnie skinął głową. - Ale wasz gniew by was zdradził, a na to nie mogłem pozwolić.
-Zdrajca musiał myśleć, że nikt o nim nie wie. – mruknęła cicho Lily, przytulając się do boku Jamesa. Twarz miała mokrą od łez.
Dumbledore znów skinął głową.
-To pozwalało mi kontrolować jego ruchy. - wyjaśnił ze smutnym uśmiechem. - Od miesięcy dostawał fałszywe informacje, które przekazywał swojemu panu.
-Jak się pan dowiedział, nawet my nie…- James urwał i głośno przełknął ślinę. - A znaliśmy go przecież najlepiej.
-Cóż… - zaczął Dumbledore, ale nie dokończył bo oto na ich oczach z nicości wyprysnął patronus w kształcie wydry jaśniejący wewnętrznym światłem. Wywinął w powietrzu koziołka i zatrzymał się przed dyrektorem.
-Zaczęło się. Zniszczyliśmy je, ale oni są w niebezpieczeństwie. – powiedziała wydra żeńskim głosem. W ciemności ciężko było ocenić jaki efekt wywołały te słowa na Dumbledorze, ale Syriusz miał wrażenie, że starzec pobladł nieznacznie. – Spotkamy się na miejscu.
W śmiertelnej ciszy jaka zapadła po tej wiadomości dało się słyszeć ciężkie oddechy zgromadzonych członków Zakonu. Byli zmęczeni, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Nikt nie wiedział o co chodziło, ale wszyscy poczuli narastający niepokój słuchając złowróżbnych słów.
-Bree… - szepnęła ledwo dosłyszalnie Lily.
N/A.: No i jak? Dość akcji? Dość emocji? To chyba najdłuższy rozdział jaki w życiu napisałam i jestem z siebie bardzo dumna. Obawiam się, że na więcej będziecie musieli poczekać, ale nie długo, nie martwcie się. Postawiłam sobie za punkt honoru skończyć to opowiadanie w te wakacje, a z moich obliczeń wynika, że będzie miało jakieś 40 rozdziałów i epilog. Następny rozdział jest w początkowych fazach pracy, ale świetnie wiem co ma się w nim znaleźć i jest prostsze niż dotychczas, więc powinno pójść szybko. Dajcie mi jakiś tydzień… A wtedy już długo oczekiwani Harry i Hermiona. Dowiemy się też co się stało z Bryony.
A właśnie, co chcecie najpierw? Remusa czy Bree? Bo czysto teoretycznie mogłabym zamienić miejscami kolejne rozdziały… (na razie jest najpierw rozdział Bryony, a potem Remus)
Ciekawe…pytacie mnie czy nic jej nie jest, prosicie żebym nie zabijała Bree, ale nikt mnie jeszcze nie poprosił żebym uratowała Remusa. Tacy jesteście pewni, że nic mu nie będzie? Czy może jesteście na niego tak samo wkurzeni jak ja?
