A/N: I ostatnie sześć rozdziałów kończy tę opowieść. Mam nadzieję, że mimo braku komentarzy podobała się tym, którzy ją przeczytali.

Zacznijmy zatem...


XXXVI

- To niemożliwe!- wymamrotał pod nosem, widząc pannę, którą onegdaj znał całkiem dobrze, do której w swoim czasie się zalecał, i z której zrezygnował, ponieważ nie umiała gotować oraz nazbyt szafowała swoją inteligencją. Joe nie był tępy, ale przy niej takim się czuł i to w dużej mierze wpłynęło na jego decyzję zaprzestania konkurów względem tej panienki (to i gigantyczna niestrawność, jaką mu zafundowała, i jaka przekonała go, że pyszne ciasto, którego próbował, a które rzekomo upiekła sama, nie mogło wyjść spod jej ręki).- Co tu robi?- pomyślał zupełnie zaskoczony, studiując jej twarz.- Przecież mieszkała w stolicy, u generała Hammonda!

Zalecając się do niej miał wrażenie, że jest sierotą, wychowywaną przez wujostwo. Najwyraźniej jednak zbłądził w swoich założeniach i to kolosalnie! Nie miał pojęcia, czy w tych okolicznościach miałby u niej jakieś szanse, choć mógłby spróbować nieco się wybielić. Ruszył więc, aby się z nią przywitać, kiedy tłum ściskających ją kobiet nareszcie się rozluźnił, lecz stanął jak wryty, widząc ją w pełnej… krasie.

Suknia, którą tego wieczoru nosiła, była niezwykle elegancka, a jej wysoki stan nie mógł ukryć faktu, że krył się pod nią spory brzuch, który bynajmniej nie miał nic wspólnego z otyłością!

Promieniała urodą, nie mógł zaprzeczyć, była to jednak uroda kobiety ciężarnej, wyczekującej (najpewniej wkrótce) narodzin dziecka i Faxon zdębiał do reszty. Co gorsza, w ślad za córką generała, w salonie pojawił się człowiek, o którym Joe tak niedawno myślał z lekceważącym sarkazmem, przepraszając wszystkich za spóźnienie w imieniu swoim i … żony.

- Nasza nowa podopieczna miała lekki kryzys zdrowotny i musieliśmy się upewnić, że da sobie radę nim wyjdziemy z domu.- wyjaśnił.

- I jak się ma Goldie?- zainteresował się Jacob, po czym pokrótce wyjaśnił zebranym, że to malutka suczka, znaleziona przez jego zięcia w lesie, którą pułkownikostwo O'Neill zdecydowało się przygarnąć, jak niegdyś kota Blue.

- Już lepiej.- odparła z uśmiechem Samantha.- Zaczęła jeść w miarę normalnie, papo i myślimy, że będzie dobrze.

- A jak Blue ją traktuje?- spytał jeszcze.

- O dziwo, dobrze.- odparł Jack.- Można wręcz rzec, że jest względem niej opiekuńczy.- dorzucił z błyskiem w oku.

- Skąd to przypuszczenie?- spytał Jake.

- Ponieważ przyniósł jej martwą mysz!- zachichotała Sam, a zebrani wraz z nią.

- Jeśli chodzi o waszą rodzinę, nic już mnie nie zdziwi. Tylko ekscentryk przygarnie innego ekscentryka, a wy jesteście siebie warci.- stwierdził roześmiany generał Carter, po czym już poważniej dodał:- Pozwól jednak, córeczko, że przedstawię ci naszych gości z Waszyngtonu.- zaproponował, na co blondynka się uśmiechnęła.- Oto Szef Sztabów, generał John Ryan, który wizytował dziś nasze koszary. Generale, moja córka i największa duma, pułkownikowa Samantha O'Neill.

- Niezwykle mi przyjemnie poznać panią, pani pułkownikowo.- powiedział oficer i ucałował jej dłoń.

- Zaszczyt i przyjemność leżą po naszej stronie, sir.- odparła ciepło.- Nieczęsto mamy tu gości ze stolicy. Wyjątkiem jest mój wuj, generał Hammond, który czasem nas odwiedza.

- Znam George'a Hammonda. Doskonały oficer, zupełnie jak pani ojciec i, jak widzę, również mąż.- pochwalił Ryan.

- Dziękuję, panie generale. Mam szczęście, mając w swoim życiu tak wspaniałych mężczyzn.- stwierdziła bez skrępowania Sam.- Zwłaszcza tego ostatniego…- dodała miękko, a Jack natychmiast ucałował koniuszki jej palców.

- To ja mam szczęście, że mam ciebie, najdroższa.- zapewnił gorąco i senator poczuł się jak idiota. Tego się nie spodziewał…

- Sammie… Zapewne pamiętasz senatora Faxona?- wyszczerzył się psotnie jej ociec, wskazując drugiego z gości.

- Gdy się poznaliśmy, jeszcze pan nim nie był. Gratuluję stanowiska, panie senatorze.- odpowiedziała uprzejmie, lecz raczej beznamiętnie.- Jak się pan miewa? Czy nareszcie znalazł pan swój ideał żony?- dorzuciła tym razem z wesołym błyskiem w oku.

- Jeszcze nie, lecz jak widzę, pani miała więcej szczęścia w tym względzie, pani pułkownikowo.- odpowiedział, starając się brzmieć naturalnie. W życiu nie czuł się bardzie zakłopotany niż teraz.

- Owszem.- uśmiechnęła się promiennie Samantha.- Mój drogi Jack jest wszystkim, czego poszukiwałam w mężczyźnie i jeszcze więcej!- zapewniła ciepło.- To człowiek czynu, honoru, dobrego serca i wielkiej wrażliwości, szalony na tyle, by chcieć mnie z moją kiepską kuchnią i zamiłowaniem do nauki. Dał mi szczęście, o jakim nie marzyłam, na czele z tym, które noszę pod sercem. Mam nadzieję, że nasz syn będzie do niego podobny od każdym względem.- powiedziała.

- To będzie córka, najdroższa!- zaprotestował czule jej mąż.- I będzie podobna do ciebie! Poza tym, twoja kuchnia znacznie się poprawiła, a jagnięcina w twym wykonaniu, to istny delikates. Ciast nie wspomnę, bo kto raz spróbował, wie, co mówię!- dorzucił i znajomi pary przytaknęli skwapliwie.

- Dziękuję, kochany. Tak sobie myślę, że kiedyś po prostu nie znalazłam nikogo, dla kogo chciałabym dobrze gotować. Brakło mi właściwej motywacji i nie wkładałam serca w potrawy. Dziś staram się je przygotowywać z uczuciem i rzeczywiście są lepsze.

- Moja żona mawia, że miłość, to najlepszy nauczyciel, więc zapewne coś w tym jest, droga pani pułkownikowo.- uśmiechnął się John.

- Proszę mi mówić Samantha. Tak zwracają się do mnie przyjaciele.- powiedziała do generała. Joe nie sądził, by w prośbie uwzględniła również jego…

- Do licha!- pomyślał.- Ale mi się trafiło!

Cóż jednak miał zrobić? Sam naważył sobie tego piwa, będąc młodym i głupim. Dziś za to płacił. Mógł mieć uczucie kobiety pokroju pułkownikowej O'Neill, ale zmarnował swoją szansę. Z pięknej dziewczyny wyrosła na niewiarygodnie piękną kobietę, obytą, czarującą i najwyraźniej utalentowaną nawet w kuchni, w co kiedyś powątpiewał. Mało tego, ta kobieta była całkowicie oddana swojemu mężowi, patrząc na pułkownika tak, jak jeszcze nigdy żadna panna nie spojrzała na Faxona.

Nim zdecydował się o nią ubiegać, słyszał, że była wybredna jeśli chodzi o konkurentów, ale jej pozycja i uroda stanowiły łakomy kąsek, dopóki nie doszukał się w niej dwóch wad, które wtedy w jego pojęciu eliminowały ją jako materiał na jego żonę. Jako przyszły polityk, musiał wybierać ostrożnie! Zarzucił więc zaloty w dość tchórzliwy sposób. Po prostu przestał bywać u Hammondów i zaczął szukać gdzie indziej, z marnym jak widać skutkiem, bo wciąż był sam, a wzgardzona przez niego panna Carter była szczęśliwą mężatką, oczekującą na dodatek dziecka. Życie było nie fair!

Tak swoją drogą, Joe ciekaw był, jakim cudem ktoś pokroju O'Neill'a zdobył tę ambitną, inteligentną i piękną młodą kobietę? Uczucie między nimi nie ulegało wątpliwości. Nawet on to musiał przyznać. Co więc było takiego w tym nie najmłodszym żołnierzu, co wzbudziło tak głęboki afekt w Samanth'cie? Och, wspominała o jego zaletach, ale czy tylko one wystarczyły do tego, by pułkownik w takim stopniu posiadł jej serce? Być może rzeczywiście reprezentował sobą więcej, niż ta maska, którą na co dzień pokazywał światu. Generał Carter wspominał, że oboje są ekscentrykami… Senator nie bardzo wiedział, co konkretnie miał na myśli Jacob, ale cokolwiek by to nie było, sprawiło, że byli szczęśliwsi niż Joe kiedykolwiek był, że mieli to, czego i on pragnął, i czego w pewnym stopniu im zazdrościł.

Kiedy patrzył na panią O'Neill, już wiedział, że z nią mógłby osiągnąć szczęście, lecz czy ona byłaby szczęśliwa z nim?

- Wątpliwe.- pomyślał zgnębiony. Jak powiedziała, potrzebowała prawdziwego uczucia, by jej jedyna tak naprawdę wada zniknęła sama. To pułkownik sprawił, że przełamała swoje odwieczne fatum, nikt inny, i sądząc po miłości w oczach tych dwojga, nikt inny by tego nie dokonał. Każdy ma kogoś, kto jest mu pisany, a O'Neill'owie są tego jawnym dowodem.

Kolacja wypadła doskonale. Towarzystwo bawiło się bardzo dobrze, nawet Joe Faxon, pomimo wcześniejszego zakłopotania. Jacob był doskonałym gospodarzem. Znalazł czas dla każdego ze swoich gości. Pilnował, by wszyscy byli najedzeni i napojeni, a także zapewnił szereg rozrywek na resztę wieczoru.

Grano w karty, żona pułkownika Reynolds'a zagrała na fortepianie i zaśpiewała, zaś pani Jackson odegrała komediową scenkę z „Poskromienia złośnicy" przy wsparciu swego męża, który czytał dla niej kwestię męską. Była tak komiczna jako Katarzyna, że wszyscy zaśmiewali się do łez i podarowali jej owacje na stojąco.

Samantha nie udzielała się szczególnie. Jej zaawansowany stan wykluczał przemęczanie się, a poza tym nadal miała tendencje do przysypiania w dziwnych miejscach i o niezbyt odpowiednim czasie. Nikt jednak nie miał jej tego za złe, zwłaszcza panie. Większość z nich miała pojęcie o tym, co przechodziła piękna pułkownikowa i czuły względem niej wielką sympatię. W dodatku imponował im małżonek przyjaciółki, który czuwał nad nią troskliwie, ale dyskretnie. Kiedy zdrzemnęła się na sofie, zadbał o poduszkę pod jej głową i cienki pled, a potem siedział przy niej, dopóki się ponownie nie obudziła, przepraszając gości za swoje małe faux pas.

- Jak się czujesz, Sam?- zapytał czule, podając jej filiżankę herbaty, którą z uśmiechem przyjęła.

- Wyśmienicie, Jack, choć wolałabym nie zasypiać gdzie i kiedy popadnie. To nieuprzejme względem naszych przyjaciół.- odpowiedziała zarumieniona.

- Nami się nie przejmuj, droga przyjaciółko!- stwierdziła Vala.- Najważniejsze, by twój dzidziuś był zadowolony!- mrugnęła.

- Kapitanowa na rację.- przytaknęła siostra doktora Brightmana.- Dobro dziecka jest teraz priorytetem. Poza tym, droga Samantho, nie pani jednak ma ten zabawny problem. Moja córka, będąc przy nadziei, robiła to samo, tyle że ona chrapała!- zachichotała Emma.

- Ale ja nie chrapię?- zaróżowiła się zaraz pułkownikowa.

- Nie, najdroższa.- zapewnił jej mąż.- Nie chrapiesz.

- Chwała Bogu!- wymruczała pod nosem. Wystarczająco wstydliwe były dla niej drzemki w towarzystwie. Dodatkowych atrakcji nie potrzebowała!

- Może kawałek ciasta, Sammie?- zaproponował jej ojciec.- Molly przyniosła na chwilę przed twoim przebudzeniem.

- Chętnie!- zgodziła się z entuzjazmem blondynka. Nim poczęła swego maluszka, ponad wszystkie desery uwielbiała swoją jagodową galaretkę, ale to maleństwo zdawało się kochać ciasta równie mocno, jak jego tata. Stąd jej przekonanie o chłopczyku. Tylko syn Jacka mógł tak faworyzować słodkie wypieki!

Pułkownik uśmiechał się szeroko widząc, z jakim apetytem zajadała kruchy placek z bitą śmietaną i truskawkami, nota bene jej własny przepis, tyle że tym razem przygotowany zręcznymi dłońmi pani Heston.

Normalnie było jeszcze dość wcześnie na truskawki, lecz Sammie posadziła kilka krzaczków w swojej małej cieplarni, tak w ramach naukowego eksperymentu (czytała o krzyżowaniu holenderskich tulipanów i spróbować szczęścia z owocami, a ściślej mówiąc z truskawką i dziką poziomką), dzięki czemu już pozyskała pierwsze, obiecujące zbiory. Jack zasugerował przy tym, by opisała swe obserwacje i efekty pracy.

- Opublikujemy je, kiedy już wyhodujesz najlepsze truskawki w kraju!- mrugnął wtedy.- Niech ci wszyscy, pożal się Boże , profesorowie widzą, na co stać Samanthę Carter-O'Neill!

Wątpiła, co prawda, w to, że ktoś dopuści tę publikację do druku, ale wiarę męża w swe możliwości wynagrodziła mu wówczas sowicie!

- Jeszcze kawałek, najdroższa?- spytał Jack, widząc, jak szybko uporała się z poprzednim.

- Dziękuję, kochany. Może potem.- odparła.- Póki co, twój syn jest zadowolony z przekąski.- mrugnęła.

- Córka.- sprostował po raz nie wiadomo który. Lubił się z nią spierać na ten temat. To był ich prywatny żart. Poza tym, naprawdę miał nadzieję na dziewczynkę, która przypominałaby mu żonę, choć i chłopczyka uwielbiałby równie żarliwie. Już kochał to dziecko całym sobą i wyglądał dnia, gdy areszcie weźmie je w ramiona.- I jak sobie życzysz, moja miłości.- szepnął miękko, biorąc od niej talerzyk, odstawiając na stolik i całując dłonie.

- Stanowią piękną parę!- westchnęła Ellen Hayes.- Nie uważa pan, generale?- zapytała Ryan'a.

- W istocie, droga pani.- zgodził się oficer.- Są też niezwykle zgodni. Pułkownik zdaje się odgadywać każde życzenie żony.- zauważył.

- Uwielbia ją. To pewne jak słońce.- powiedziała burmistrzowa.- Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ich razem na balu, wiedziałam, że to się skończy ślubem. Tańcząc, nie widzieli nikogo, poza sobą nawzajem.- uśmiechnęła się na to wspomnienie.- Skądinąd wiem, że pułkownik osobiście uratował życie ówczesnej pannie Carter i podobno pokochał ją od pierwszego wejrzenia. Tyle tylko, że nie miał odwagi jej tego wyznać.

- Uchodzi przecież za odważnego mężczyznę!- zdziwił się szef sztabów.

- Och! Jest nim z pewnością, lecz w sprawach serca jest bardzo nieśmiały. Nie jest tajemnicą, że jego majątek nie dorównuje fortunie Carterów i dlatego nawet nie próbował zdobyć naszej drogiej Samanthy, choć blisko się przyjaźnili. Mówi się, że to jej poświęcenie i czuwanie, kiedy walczył o życie po spotkaniu z niedźwiedziem rozsupłało mu język.

- Dlaczegóż, na Boga, zbliżył się do tak dzikiego zwierza?!- zdumiał się generał.

- By ratować podwładnego, który miał pecha się na niego natknąć pierwszy. Grizzly rozszarpałby go na strzępy, gdyby nie pułkownik. Ostatecznie i tak zmarł od ciężkich ran i zakażenia, a nasz bohater przez pięć dni walczył ze śmiercią, nim wróciła mu przytomność. Siły zaś odzyskiwał przez ponad miesiąc pod czułą opieką swej ukochanej. Zaręczyli się krótko po jego wyzdrowieniu, a ślub był piękny!- wyjaśniła kobieta.

John spojrzał raz jeszcze na młodszego oficera i poczuł nową falę respektu. Tylko człowiek wielkiej odwagi i hartu ducha poważyłby się na taki czyn. Jack O'Neill stanowił nie tylko wzór oficera, ale i człowieka, i generał zamierzał dyskretnie śledzić jego karierę. Takich ludzi warto było mieć po swojej stronie! Kiedy późną nocą wreszcie kładł się spać, pomyślał:

- Może dać mu medal? Eeee, nie! Lepiej podwyżkę! W końcu rodzina mu się powiększy. Tak, wyższy żołd, to o wiele lepsza nagroda…- doszedł do wniosku i ziewnąwszy, zasnął.

TBC