Rozdział 35: "Kryzys"
Byli zaledwie o parę metrów od niego gdy Harry go rozpoznał.
- Stójcie – powiedział szybko i ich zatrzymał, zasłaniając im widok – Wracamy. Idziemy stąd, prędko!
Jednak Krum i Hermiona nie wiedząc o co mu chodzi, nie dali się tak łatwo odciągnąć w przeciwną stronę. Zwłaszcza, że jeszcze niczego niepokojącego nie spostrzegli.
- Co znowu? Przecież mieliśmy iść do…
- Poczekajcie tu sekundę – rzekł Harry wiedząc, że w ten sposób niczego nie osiągnie i zdając sobie sprawę z tego jak dziwnie musiała wyglądać ta jego nagła zmiana zachowania. W dodatku może niepotrzebnie mógł zwrócić na nich uwagę – Wracajcie do głównej bramy – mówił – …I znajdźcie kogoś z nauczycieli i się go trzymajcie. Ja tutaj muszę, ymm… rozmówić się – dodał szeptem – Spotkamy się w środku.
- Harry, czy wszystko jest dobzie? – spytał Krum, przyglądając mu się z niepokojem.
Ale „Wybraniec" chciał tylko aby ta dwójka nie zadawała już żadnych zbędnych pytań i szybko stąd odeszła. Aż do tego czasu nie potrafiłby się uspokoić.
Blizna jeszcze raz go rozbolała.
- Tak, wszystko w porządku – powiedział, starając się ignorować piekące go czoło – Tylko zróbcie to, co wam mówię. Później wam wyjaśnię. Byle szybko. Okej?
- No, okej – rzekł powątpiewający Krum, cofając się o krok – Ermio-nino, idziemy?
Ale Hermiona już nikogo nie słuchała. Nie zwracała żadnej uwagi na Kruma, który gotów był już przystać na prośbę Harry'ego. Po prostu tkwiła w miejscu, niemal jak spetryfikowana i jakby walczyła sama ze sobą.
- Ermio-nino? – Krum ponowił pytanie.
Dziewczyna po chwili oprzytomniała i spojrzała na nich obu z lekkim zażenowaniem, zwłaszcza na Harry'ego.
- No nie wygłupiajcie się! Nie będziemy przecież zmieniać planów – przemówiła wesoło – Harry, wiesz o czym mówię!
I ruszyła przed siebie, nie zważając na ostrzeżenia „Wybrańca".
- Nie! – zatrzymał ją, kiedy go wymijała – Daj mi jedną sekundę.
- To jest śmieszne! – rzekła próbując przejść dalej, ale Harry zagrodził jej drogę.
- Hermiono, proszę. Zaufaj mi. Tylko jedną chwilę – nalegał usilnie.
Dziewczyna niechętnie, ale dała za wygraną, wzdychając ciężko i przewracając oczami.
Zostawił ją z Krumem, a sam ruszył pod bramę w kierunku chudej postaci.
- Co ty tu robisz? – warknął Harry, ale tak aby ani Hermiona ani Krum tego nie usłyszeli.
- Nie tym tonem, Potter.
- Możesz mi powiedzieć – rzekł już uprzejmiej – Co tutaj robisz?
Harry starał się trzymać nerwy na wodzy aby przypadkiem nie sprowokować żadnej kłótni, głównie dlatego by nie narażać Hermiony i Kruma, których nie chciał wciągać w nic podejrzanego.
- A jak sądzisz? – odparł, sięgając do kieszeni kurtki po paczkę papierosów i odpalając jednego z nich – Pilnuję cię.
Harry poczuł w powietrzu nieprzyjemną dla siebie woń dymu. Od początku słusznie podejrzewał, że ten poranek zapowiadał się fatalnie.
- Pilnujesz? – spytał surowo – Akurat dzisiaj, Yu?
- Lubię spędzać przyjemnie czas, ale to do tego nie należy.
Harry zacisnął ze złości pięści w kieszeniach. Różdżka była w pogotowiu.
- A propos – rzekł „Wybraniec" – Gdzie zgubiłeś Tonks? A może już się na tobie poznała i w samą porę uciekła?
Czekał na reakcję. Od pewnego czasu zastanawiał się, czy to właśnie z powodu ich wzajemnych dobrych relacji Dumbledore wierzył, że Arret jest tak naprawdę po stronie Zakonu Feniksa.
Leniwie wydychając kłąb dymu, odpowiedział w typowy dla siebie sposób:
- Która to twoja walentynka, Potter? Chyba że… – zerknął na Kruma i Hermionę stojących kawałek dalej i uśmiechnął się na krótko – …macie taki mały trójkącik. Hogwart nie jest jednak taki zły.
- Od nich się odczep…
- Nie widzę tylko tego twojego rudego koleżki – wtrącił, pokasłując – Kto to? – zapytał już poważniej, wskazując na Kruma.
Harry obejrzał się za siebie. Krum już na pierwszy rzut oka się wyróżniał, a już na pewno przez swój gruby futrzany strój nie przypominał żadnego z uczniów Hogwartu.
Bułgar chyba zauważył, że to o nim jest mowa, bo zaczął coś szeptać do Hermiony.
- To Wiktor Krum – odrzekł Harry – Dwa lata temu brał ze mną udział w Turnieju Trójmagicznym. Jest z Durmstrangu, innej szkoły magii na północy… – sam nie wiedział dlaczego odpowiedział tak posłusznie na to pytanie, ale mówił dalej – …w Bułgarii – dokończył.
- Bułgaria jest na południu.
Harry zaczął się już gotować ze złości. Bardzo teraz by chciał wypróbować na nim jakąś wyjątkowo paskudną klątwę. Najlepiej zamieniłby go w ohydnego robaka i rozgniótł. Żałował, że jest taki słaby z Transmutacji.
- Co on tutaj robi? – Arret przepytywał go dalej.
Harry chciałby aby Krum i Hermiona sobie stąd poszli, tak jak im na początku radził. Ale gdyby nie jego przyjaciółka, która nie wiedząc dlaczego upierała się aby zostać, odeszliby już w bezpieczne miejsce i nie narażali się na nieprzyjemności. Ale ewentualne złośliwe uwagi były teraz najmniejszym problemem. Większym było to, czy obawy Harry'ego się potwierdzą, ponieważ „Wybraniec" miał powody aby być nieufnym wobec Yu. Nie wiedział jeszcze jednak w jaki sposób mógłby sprawdzić swoje przypuszczenia. Lecz skoro jego główny podejrzany był teraz na miejscu, to potrzebował tylko przejść bezpiecznie na teren Hogsmeade i znaleźć kogoś z Zakonu Feniksa, aby pomógł mu skontaktować się z Dumbledorem. Być może wtedy, przy pomocy dyrektora, udałoby się go jakoś „przycisnąć do muru".
- Przyjechał tu specjalnie aby wstąpić do Zakonu Feniksa – wyjaśnił Harry. Jeśli chciał mieć to jak najwcześniej za sobą, postanowił nie sprawiać żadnych problemów.
- Bułgar? Tak nagle? – spytał niby niedbale Arret.
Ale celność tego pytania zainteresowała „Wybrańca".
- Harry? – Krum podszedł ostrożnie w ich stronę – Nie rozumiem, dlaczego my nie możemy przejść dalej? Trochu jest zimno – rzekł – To twój kolega? – spytał.
Najwyraźniej Wiktor chciał się przedstawić, ale Harry w porę go powstrzymał.
- Niezupełnie – rzekł pośpiesznie i odsunął Kruma na bok – Yyy, może jednak idźcie przodem, zaraz was dogonię.
Krum łypnął na nich obu spode łba i przeszedł bez słowa przez bramę. Po chwili nadbiegła Hermiona i oblana rumieńcem bąknęła nieśmiałe „Cześć" i niezauważenie obejrzała się jeszcze kilka razy przez ramię, zanim dołączyła do Wiktora.
Harry został jeszcze poza granicami Hogsmeade.
- Coś kiepsko wyglądasz – stwierdził Harry.
Arret mimo ciemnych okularów na nosie, znów sprawiał wrażenie jakby wracał do siebie po ciężkiej chorobie. „Wybraniec" zastanawiał się, czy Syriusz może coś wiedzieć na ten temat.
- Nie marnuj czasu i zjeżdżaj szybko za nimi – rzekł – Nie chce mi się siedzieć tu cały dzień i na ciebie czekać.
- Dlaczego miałbyś czekać?
- Ile razy mam mówić, że mam was pilnować, żeby to do ciebie dotarło?
- Jakoś poprzednim razem nie potrzebowałem ochrony – zauważył Harry.
Był to bowiem pierwszy w tym roku szkolnym wypad do Hogsmeade, kiedy aż tak było widać tzw. różne środki bezpieczeństwa.
- Myślisz, że o tym nie wiem? – powiedział bardziej do siebie i dodał parę słów w obcym języku. Harry miał nieodparte wrażenie, że nie tylko dla niego jest to zły dzień – Co to za impreza? – spytał Arret, już po angielsku.
- Hm?
- Tyle ludzi, dużo z Zakonu Feniksa.
- To jest tu ktoś więcej z Zakonu? – zdziwił się „Wybraniec".
Już nawet nie liczył na odpowiedź, ale była nadzieja (jeżeli jest to prawda), że znajdzie w końcu kogoś kto wysłucha jego podejrzeń. Bo znając ostatnią reakcję profesor McGonagall, to wolał jej jakoś niczego nie mówić.
– Dziś jest tu koncert – rzekł Harry uśmiechając się w duchu, bo być może ktoś będzie mógł mu w końcu pomóc i skontaktować z Dumbledorem – Celestyna Warbeck. To dość popularna czarownica, to pewnie dlatego jest tyle patroli i ludu.
- Hmm, dlatego… – zamyślił się Arret – Słuchaj… Powiedz mi, Dumbledore mówił, że było jakieś połączenie między tobą a Czarnym Panem, nie? Widziałeś go czasem i słyszałeś. Trwa to nadal?
- Po co chcesz wiedzieć?
To pytanie było szczególnie osobliwe zwłaszcza, że od niedawna Harry ciągle skarżył się na dającą o sobie znać bliznę.
- Chociaż jeden z nas musi być przygotowany do roboty którą odwala. Więc jak?
- Nie, to było dawno i już się nie powtarza – skłamał Harry, chociaż nadal odczuwał lekki ból głowy po tym, jak przed chwilą piekła go blizna.
Nie zamierzał zdradzać temu typowi informacji, które chciałby przemilczeć nawet przed członkami Zakonu Feniksa. Nie ufał mu w żadnym stopniu. Bo co jeżeli powiedziałby Voldemortowi, że Harry nadal nie radzi sobie z oklumencją? Wykorzystałby to, do zwabienia go w nową pułapkę przez podstawienie mu kolejnych fałszywych obrazów, tak jak w zeszłym roku w Departamencie Tajemnic. Wolał zataić informację o tym, że do tej pory trwają te połączenia.
Nawet zza ciemnych okularów, Harry wiedział, że Arret przyglądał mu się bacznie, jakby próbował dopatrzeć się w jego oczach kłamstwa.
- Zniszczyłeś pierwszy horkruks – powiedział, nadal śledząc go uważnie – Wiedziałeś wtedy… czułeś, że to był horkruks? Potrafiłbyś rozpoznać następne?
- Nie wiem – odpowiedział Harry, trochę zdziwiony tym pytaniem.
- Wyczuwasz je?
Wzruszył ramionami. Czuł, że jest teraz dokładnie obserwowany.
- Nie wiem, nawet wtedy w tym dzienniku nie widziałem niczego niezwykłego. Nie wiedziałem czym jest. A następnych horkruksów nie widziałem dopóki nie zostały zniszczone.
Znów przyłapał się na tym, że mimo iż chciał jak najwięcej utrzymać w tajemnicy, w ogóle mu niczego nie mówić, to i tak odpowiadał na każde pytanie.
Musiał jeszcze nad tym popracować.
Ale czyżby oznaczało to, że Arret już sobie nie radzi z zadaniem powierzonym mu przez Dumbledore'a?
- Hmm, dobra, nieważne. A teraz spadaj – powiedział, rzucając niedopałek papierosa w śnieg.
Harry wdzięczny za to, że z tego krótkiego spotkania nie wynikło więcej problemów, oddalił się trochę; ale nagle jego wszelkie uprzedzenia wróciły na nowo i postanowił w końcu wykorzystać swoją szansę do konfrontacji.
- Podobno ostatnio mieszkałeś w Brazylii? – to było raczej stwierdzenie Harry'ego, który nagle nabrał odwagi – Słyszałem wtedy na dworcu, jak tamta policjantka cię wylegitymowała. Miałeś tamtejsze papiery – w końcu odniósł efekt i zwrócił na siebie jego uwagę – „Layne", to jest twoje mugolskie imię. Każdy z was ma ksywkę którą się do siebie zwracacie, ale dobieracie sobie także mugolskie imię i nazwisko, bo żyjecie wśród mugoli, prawda? Twoje to Layne. A czy Tonks też je zna?
- Nie wtrącaj jej do tego – odparł szorstko.
Harry uśmiechnął się szeroko. Z tonu jego głosu wywnioskował, że to poskutkowało.
- Oho, a więc jednak. Każde wakacje są tak udane? A powiedz mi, jak ci się podobało ostatnie lato Kseni Farel?
Harry wiedział, że naruszył już pewną granicę, ale nie potrafił oprzeć się pokusie by dać mu do zrozumienia ile już o nim wie, żeby przestał w końcu czuć się tak bezpieczny i pewny siebie. Aby pojął, że on – Harry Potter i Zakon Feniksa tak naprawdę kontrolują całą sytuację i wiedzą co się wyrabia za ich plecami. A jeden głupi numer z jego strony, a przestaną być dla niego tacy pobłażliwi jak do tej pory i nie będą już nawet patrzeć na to, ile ma wspólnego z Syriuszem.
Arret nic nie odpowiedział, siedział wciąż w bezruchu. A Harry cieszył się ze swojego małego sukcesu; bo do tej pory Arret gardził i pomiatał każdym, a od teraz powinien wiedzieć, że z „Wybrańcem" też należy się liczyć.
Cisza przedłużała się.
- Fajny sygnet – odezwał się w końcu Harry, na widok jego pierścienia pokrytego zapisem runicznym, którego treść i znaczenie już znał – Zawsze należał do ciebie? – spytał, ale wiedział że nie usłyszy odpowiedzi na swoje pytanie – Chyba jednak nie… – rzekł wystarczająco wyraźnie – Teraz to pewnie taka pamiątka, bo wcześniej należał do kogoś innego, no nie?
Choć wydawało się to niemożliwe, Arret nie rzucił żadnej ciętej riposty. Nadal siedział niewzruszony, w bezruchu i tylko go obserwował.
- Zjeżdżaj już – rzekł chłodno do Harry'ego.
„Wybraniec" wiedział już że osiągnął swój cel, więc postanowił że na dzisiaj już skończy, bo jeszcze trochę a znalazłby się u św. Munga tak jak Lupin. Wystarczyło, że dał mu na tyle do zrozumienia żeby wiedział, że jego także trzeba traktować poważnie. Teraz było 1:0 dla niego.
Triumfując więc, Harry ruszył w kierunku zniecierpliwionej Hermiony i Kruma, których sylwetki widział jeszcze w oddali.
- Jakiś kłopot, Harry? – spytał Krum, kiedy „Wybraniec" w końcu ich dogonił – Dlaczego mieliśmy wracać? To przez twojego kolegę? Wygląda trochę jak mugol.
- Nie, nie, nie przejmuj się. Lepiej być nie może. Chodźmy gdzieś usiąść… Super pogoda, nie? – rzekł uradowany Harry, chociaż robiło się coraz bardziej pochmurno i ponuro.
- Wracamy tą samą drogą, czy z nieznanych nam powodów musimy robić jakieś podchody?
- Dlaczego już teraz pytasz o powrót, Hermio-nina? – spytał Krum, który nagle zmarkotniał.
Hermiona wzruszyła ramionami i ponownie obejrzała się za siebie, w stronę bramy którą weszli. Harry tego nie zauważył, ale spostrzegł że Krum wyraźnie próbował zwrócić na sobie jej uwagę.
- Ej Wiktor, to jesteś już w Zakonie czy nie? – zapytał go, gdy Bułgar zaczął strzepywać z ramienia Hermiony nagromadzony śnieg – Może wiesz czy na dzisiaj jest planowana jakaś większa akcja? Bo podobno są tu i inni z Zakonu, tak słyszałem.
Krum zmarszczył czoło.
- Nie wiem o tym nic, ja tu jeszcze nikogo nie widział – rzekł – I niestety nie jestem jeszcze jednym z was.
Harry chciał go spytać „dlaczego", ale weszli właśnie na bardziej ruchliwą ulicę.
- Ale ludzi! – zawołała Hermiona.
Nigdy wcześniej Harry nie widział aby Hogsmeade było aż tak zatłoczone. Mimo iż połowa sklepów była zabita deskami i obowiązywały bardzo restrykcyjne przepisy dotyczące bezpieczeństwa, nie można było przejść kilku metrów by nie wpaść na większą zbieraninę czarodziei, lub ogólnie, żeby się dało swobodnie poruszać.
Wśród tłumu, poza zakochanymi parami, przeważały szczególnie czarownice w średnim wieku, wystrojone jak do świątecznego obiadu.
Aby ominąć tłok, skierowali się w stronę „Świńskiego Łba".
Harry raz po raz rozglądał się dookoła, próbując znaleźć kogoś należącego do Zakonu Feniksa. Przez krótką chwilę zdawało mu się, że dostrzegł gdzieś kątem oka Lupina, ale nie było go w tym samym miejscu gdy ponownie tam spojrzał.
Za to mógłby przysiąc, że kilka razy dosłyszał swoje imię.
- Harry! Hermiono! – usłyszał ponownie, już niemal pod samym pubem.
Była to pani Weasley, wystrojona w wyjściową szatę, z zarzuconym na nią wyświechtanym futrem i staromodnym kapeluszem na głowie. Biegła w ich stronę w butach na wysokim obcasie, potykając się co jakiś czas, nie mogąc utrzymać w nich równowagi.
- Dzień dobry, pani Weasley – rzekli chórem.
- Witajcie kochani! – była w doskonałym nastroju. Wyściskała Harry'ego i Hermionę – Ojej, my się już chyba gdzieś widzieliśmy! – przywitała się uprzejmie z Krumem – Och! Wiedziałam, że dziś tu będziecie! Też na koncert? – spytała uśmiechając się szeroko, ale cała trójka pokiwała przecząco głowami – JA oczywiście nie mogłam przegapić takiej okazji! – rzekła wniebowzięta – Recital Celestyny Warbeck! To jedyna taka okazja w życiu! Z samego rana ustawiłam się w kolejce, żeby tylko zarezerwować sobie miejsce jak najbliżej sceny. Kilka osób koczowało tu nawet od zeszłej nocy! Teraz Artur pilnuje mi stolika. Jest tylu chętnych, że postanowili wyczarować dodatkowe ścianki aby pomieścić więcej widzów. Och, taka jestem podekscytowana! Ale jeszcze trochę sobie poczekam, bo koncert zaczyna się dopiero o 16.00 – nadal radosna, obejrzała się we wszystkie strony – A nie widzieliście czasem gdzieś mojego Rona lub Ginny?
- Ymm, nie. To znaczy, oni chyba zostali w Hogwarcie – odpowiedział wymijająco Harry, który doznał ukłucia żalu, że spędza ten dzień nie tak, jak sobie to wcześniej planował. A podczas gdy Ginny najpewniej siedzi teraz w zamku, to on włóczy się z Hermioną i Krumem po mieście jak gdyby nigdy nic.
- Hmm, może to i lepiej – rzekła pani Weasley – Dziś może być ciężki dzień… – mruknęła.
- Co ma pani na myśli? – spytała Hermiona.
Ale pani Weasley tylko uśmiechnęła się pogodnie, jakby nic nie mówiła.
- Och, nic takiego, oczywiście! – przekonywała – Odpocznijcie tu sobie trochę i nie pakujcie się w żadne tarapaty. Bo przy takim tłumie o to nie trudno. Przyszło tyle osób, że aby zagwarantować wam jeszcze większe bezpieczeństwo, Zakon ma dodatkowe warty – powiedziała szeptem – Więc możecie czuć się całkowicie bezpieczni.
- A więc jednak jest tu ktoś jeszcze z Zakonu? – spytał Harry.
Pani Weasley spojrzała na niego zdumiona.
- „A więc jednak"? – powtórzyła – To wy o tym wiecie? Nie chcieliśmy się rzucać w oczy, więc ci którzy mają wartę, obserwują Hogsmeade z ukrycia. Hagrid pewnie znowu się wygadał!
- To nie Hagrid – rzekł Harry – Przy bramie był… no…
Pani Weasley nagle uśmiech zszedł z twarzy. Zupełnie jakby przypomniała sobie o czymś wyjątkowo nieprzyjemnym.
- No tak, wiem kto – dodała zawiedziona – Ale skąd on wie? – mruknęła do siebie pod nosem – Och, no to gdzie spędzicie czas? – spytała już głośniej, siląc się na uśmiech.
- W „Świńskim Łbie".
- Tam?! – zawołała zaskoczona – No, w sumie trochę już za późno na znalezienie czegoś innego, nie macie innego wyboru. Ale jakbyście chcieli pójść na koncert, to znajdę wam jakoś miejsce przy stoliku.
Odprowadziła ich pod drzwi pubu.
- Pani Weasley, a gdzie jest Tonks? – wypalił Harry, gdy stanęli już w progu – Chciałbym zamienić z nią słówko.
- Harry kochaneczku, nie liczyłabym na to, że dzisiaj się tu zjawi – odpowiedziała – Zwłaszcza dzisiaj.
- Dlaczego? – zapytał.
- Ponieważ jest tu drań, którego musi unikać – obejrzała się przez ramię jakby obawiała się, że ktoś niepowołany ją usłyszy.
Na te słowa, stojąca w pobliżu Hermiona zmarszczyła czoło i cofnęła się do środka baru.
- No, nie będę wam już zabierać więcej czasu – powiedziała pani Weasley – Muszę wracać, bo Artur jest dziś na służbie i będzie mieć jeszcze trochę pracy. Ale uważajcie dziś wszyscy na siebie, w porządku? A zwłaszcza na… no, bawcie się dobrze.
- Do widzenia – odpowiedzieli.
Ale pani Weasley zdołała jeszcze raz zaczepić Harry'ego, zanim ten zamknął za sobą drzwi pubu.
- Harry, mój drogi – powiedziała szeptem – Około piętnastej powinien się z tobą skontaktować Moody. Nie zadawaj mi teraz pytań – rzekła pośpiesznie, gdy już chciał się o coś wypytywać – On ci wszystko wyjaśni. Ale do tego czasu pilnuj się. I przejdź najlepiej pod sklep Zonka, kręci się tam mało osób, więc cię szybciej znajdzie. W porządku? No to zmykaj mój drogi.
Poczekała aż Harry zniknie w drzwiach i wyruszyła z powrotem w swoją stronę.
Jak na ten lokal, w „Świńskim Łbie" było trochę więcej klientów niż zwykle, ale i tak znacznie prościej było tu o wolne miejsce niż w innych pubach. Dziś wyjątkowo łatwo mogli znaleźć znajome twarze. Spotkali kilku Puchonów z równoległej klasy i pomachali w stronę Hagrida, który właśnie kończył pić przy barze z olbrzymiego kufla wielkości wiaderka, i zasiedli przy jednym z wolnych, zakurzonych stolików.
- Co to za muzyka? – zapytał nagle Krum – Ten re-czi-tal?
- Hę…? Ah! Warbeck? A, takie ballady miłosne – rzekła obojętnie Hermiona.
- Może chciałabyś się tam wybrać? Mogę spróbować dostać bilet.
- Och nie, nie, nie. Tego nie da się słuchać, zresztą mieliśmy pogadać – odpowiedziała trochę rozkojarzona, jasno dając Krumowi do zrozumienia, że nie jest zainteresowana pójściem z nim na koncert.
Kiedy Wiktor ponownie zaczął się do niej przystawiać, Harry zasugerował że przydałoby się coś do picia. Zamówili sobie po jednym kremowym piwie, ale z uwagi na innych gości nie mogli swobodnie rozmawiać o Zakonie Feniksa i jego działaniach. Harry zdołał się tylko dowiedzieć, że Krum pomaga nawiązywać pewne kontakty w Departamentach Międzynarodowej Współpracy Czarodziei oraz Magicznych Gier i Sportów i stara się o poparcie dla Dumbledore'a w swoim kraju. Szczegółów albo nie mógł, albo też nie chciał zdradzać. Wydawał się być trochę obrażony. Harry sądził że to przez to, że musieli siedzieć teraz razem w trójkę. Pomyślał więc, że popsuł nie tylko sobie walentynki, ale i Krumowi.
- Dlaczego tak nagle postanowiłeś tu przyjechać? – zwrócił się nagle do niego – Podejrzewałem, że bardziej chcesz się skupić na swojej karierze jako szukającego. Bułgaria jest chyba trochę za daleko od Anglii żeby to, co tu się dzieje, miało większy wpływ na twój kraj.
Krum trochę zaskoczony tym pytaniem zaczął się jąkać.
- No… bo ja…
- Harry, przestań przesłuchiwać Wiktora! – zawołała Hermiona – Powinieneś być wdzięczny, że nie jest mu obojętne to, co się tutaj wyprawia w związku z Sam-Wiesz-Kim.
- No, na pewno coś mu nie jest obojętne… – mruknął pod nosem Harry, patrząc na niego i Hermionę – Weź się w garść – mówił do siebie – Krum jest w porządku, to tamten cwaniak próbuje jak tylko się da, odciągnąć od siebie uwagę… Ale jednak…
Bułgar nadal nie potrafił znaleźć odpowiednich słów.
- Nu… – odezwał się zakłopotany – Bo Hermio-nina się skarżyła w listach na te syćkie afery, to ja sobie pomyślał…
- Oj, przestań Wiktor! Nie musisz się przecież tłumaczyć – rzekła Hermiona i wzięła spory łyk kremowego piwa – To cały Harry, on zawsze musi wszystko wiedzieć.
Zaczęli rozmawiać o jakichś błahych sprawach, więc Harry miał wrażenie jakby w ogóle go tu nie było, ale wcale nie miał o to żadnych pretensji. Wolał siedzieć gdzieś z boku, obserwować otoczenie i rozmyślać nad rożnymi sprawami. Na przykład w jakim celu miał się z nim skontaktować Moody? Czyżby odkryli coś nowego, albo może Harry będzie mógł wziąć wreszcie udział w tajnej wyprawie?
Ale również, raz po raz na pierwszy plan wychodziła pewna myśl, którą niedawno zasiano w jego głowie: dlaczego tak nagle Krum tu przyjechał?
Podczas gdy Hermiona zaczęła rozprawiać z Krumem o Fleur, Bill'u i ich odwołanym ślubie; Harry postanowił że i tak już za długo z nimi siedzi.
- Wiecie co, fajnie było – rzekł wstając z miejsca – Zostawię was już, przejdę się trochę i wracam do Hogwartu. Mam jeszcze parę spraw do załatwienia.
- No, skoro tak…
Harry nie chciał zostawiać Hermiony samej z Krumem, ale powoli zbliżała się już godzina spotkania z Szalonookim Moodym. Do tego czasu nie wiedział jednak co ma ze sobą zrobić. Powłóczył się trochę po sklepach, a pogoda stawała się tymczasem coraz gorsza. Nadciągała burza.
Kilka minut przed piętnastą, w czasie gdy Harry podziwiał wystawę w sklepie Zonka, gdzieś za nim przez ulicę przemknęły dwie postaci. Patrząc na odbicie w witrynie, jedną z nich rozpoznał od razu: był to Moody, kuśtykający z drewnianą nogą i łypiący podejrzliwie na każdego przechodnia który go mijał. Drugą postać: smukłej, starszej czarownicy widział pierwszy raz na oczy.
Zauważyli go i ruszyli w kierunku sklepu. Moody podszedł bliżej do niego.
- Chłopcze, zbieraj się – powiedział szybko, udając że tak jak i Harry ogląda wystawę.
- Słucham? Gdzie mam się zbierać?
- Nie zadawaj głupich pytań, chodź za mną – warknął Moody i jeszcze szybciej niż się tu znalazł, dołączył z powrotem do nieznajomej czarownicy i ruszyli w dół ulicy.
Harry pomaszerował za nimi. Kobieta miała w sobie coś znajomego.
- Czołem – powiedziała smętnie gdy tylko Harry się przybliżył, wyraźnie nie była w humorze.
Dopiero po głosie Harry poznał, że była to przemieniona Tonks. Użyła swoich zdolności metamorfomaga aby zmienić całą swą postać.
- Cześć – odrzekł niepewnie – Ale co jest grane?
- Musimy się stąd zbierać – mruknął Moody, a jego magiczne oko powędrowało gdzieś na tył czaszki.
- Co? Ale dokąd?
Moody zaczął coś mamrotać pod nosem i wpadł w boczną uliczkę. Harry nadal zdezorientowany, starał się dotrzymać im kroku. Jeszcze nikt mu nie wyjaśnił o co chodzi!
- Czy możecie mi…!
- Ciii! – uciszyła go Tonks – Nie krzycz tak! Idziemy do Hagrida – wyjaśniła krótko.
- Do Hagrida? – spytał, jeszcze bardziej zaskoczony.
Weszli w jakąś opustoszałą alejkę i dopiero wtedy się zatrzymali.
- Po co mu powiedziałaś? Najpierw musimy być całkowicie pewni, że to jest prawdziwy Harry. Zadaj mu jakieś pytanie.
- Moody, nie zaczynaj!
- Powinniśmy go zapytać o coś, co tylko prawdziwy Potter może wiedzieć, aby mieć pewność że to on. Byłby niezły raban gdybyśmy przyprowadzili podróbkę.
- Och, przestań Moody, to on! – zawołała rozdrażniona Tonks - Nie będziesz każdego sprawdzał.
- To jest moje podstawowe zadanie – wycedził – Jako auror tym bardziej powinnaś o tym wiedzieć. Zanim przyjdziecie do Hagrida, powinienem załatwić trochę Veritaserum, wtedy go sprawdzę, tak dla pewności.
Harry miał już tego dość, do tej pory nikt nie raczył mu wyjaśnić po co właściwie mają go tam zaprowadzić.
- Ale o co chodzi?! Po co u Hagrida…
- Cisza! Przestań tak krzyczeć, bo jeszcze ktoś nas zauważy. Nie chcemy dziś wielu ofiar. Dowiesz się w swoim czasie – warknął Moody – A teraz się nie ruszaj.
Szalonooki stuknął go różdżką w czubek głowy, a Harry poczuł dziwne uczucie, jakby rozbił mu na głowie jajko. Zimne strużki spływały po jego ciele od miejsca w które uderzyła różdżka. Harry rozpoznał to zaklęcie.
- Znowu? Zaklęcie Kameleona?
Już raz Moody rzucił na niego ten czar, gdy w zeszłym roku wraz z resztą Zakonu Feniksa zabierał go z domu jego wuja i ciotki, aby przewieść go do Kwatery Głównej. Dzięki temu miał pozostać niewidoczny i nie dać się wyśledzić przez śmierciożerców.
- Tak, to ono – rzekł – Nimfadoro, zabierzesz ze sobą Pottera. Ja idę przodem, sprawdzę czy Hagrid nadal siedzi w pubie i go przyprowadzę jak co. Był tam już od samego rana. Wieczne z nim kłopoty, a musimy przecież jeszcze coś razem ustalić – marudził – Spotkamy się na miejscu. Wy zabierzcie po drodze młodego, widziałem go przy zachodniej bramie. Bez żadnych skarg! – rzekł, gdy Tonks się skrzywiła – Ktoś musi mieć na niego oko. W biały dzień sam nie wejdzie na teren Hogwartu, jeszcze by tego brakowało!
Tonks uśmiechnęła się ponuro; a Szalonooki utykając, zniknął za rogiem.
- Tja, no to w drogę – rzekła przemieniona Nimfadora i ruszyli w przeciwnym niż Moody kierunku.
- Więc co to za spotkanie? – spytał Harry licząc na to, że chociaż Tonks będzie bardziej skora do rozmowy – Dlaczego akurat u Hagrida?
Tonks ścisnęła wargi i zmarszczyła czoło. Było to trochę osobliwe doświadczenie obserwować ją po aż tak kompletnej metamorfozie. Gdyby nie jej niezmieniony głos, czułby się jakby towarzyszył zupełnie obcej osobie.
- Tam będzie najlepiej – odrzekła w końcu – Dumbledore jest trochę zaniepokojony – dodała bez uśmiechu.
- Czym takim? Dlaczego nie u niego w gabinecie, albo w Kwaterze Głównej? Do czego ja wam jestem potrzebny?
Na to pytanie jednak nie odpowiedziała.
Brnęli ścieżką w stronę bramy, w czasie jak wiatr się wzmagał coraz bardziej.
- Pani Weasley mówiła, że dziś tu nie przyjdziesz.
- A niby dlaczego miałabym nie przychodzić? Nie ukrywam się przed nikim! Przecież mam służbę! – powiedziała trochę zbyt żywo.
- To dlaczego zmieniłaś cały wygląd?
- Nie przesłuchuj mnie – odparła nieprzyjemnie.
- Wewnętrznie też zmieniłaś się w zgryźliwą staruszkę.
Tonks parsknęła. Chociaż na chwilę odzyskała swój dawny humor.
- Dumbledore zwołał w ostatniej chwili spotkanie – rzekła – U Hagrida, bo dla bezpieczeństwa nie chce nas wpuszczać w mury zamku.
- Spotkanie? Z Zakonem? – zawołał Harry – I ja mogę na nie iść? Ale czego ma ono dotyczyć?
- Wiesz co, idź przede mną żebym widziała twoje ślady, bo tak jak idziesz obok, to się trochę dziwnie czuję kiedy nic nie widzę.
Śnieg skrzypiał pod ich butami.
- Nie odpowiedziałaś mi – rzekł Harry – …Tonks, co ci jest?
Bez względu na to czy zmieniła swój wygląd czy nie, łatwo można było odczytać z jej twarzy, że była w bardzo podłym nastroju, zupełnie jakby przechodziła poważne załamanie.
- Nie zwracaj na mnie uwagi – powiedziała posępnie – Kiepsko się dzisiaj czuję. Ech… – jęknęła – Po prostu Dumbledore dostał pewne nowe informacje i chciałby coś wyjaśnić. Uważał, że możesz w tym pomóc. Nie wiem jak, ale powinieneś jego zdaniem w tym uczestniczyć.
- Jakie to są te „nowe informacje"?
- Pojawił się pewien problem… Ale to jest już nasze zmartwienie. Ja uważam, że nie powinieneś się w to bardziej angażować.
- Ale angażować w co? – dociekał.
Nimfadora ponownie zamilkła na dłużej, gdy tylko zobaczyli w oddali bramę i ludzką sylwetkę kręcącą się w tamtym miejscu. Gdy podeszli jeszcze bliżej, w ogóle się już nie odzywała.
Arret siedział w tym samym miejscu, a wokół niego na ziemi leżało mnóstwo niedopałków. Już od pewnego czasu obserwował jak nadchodzili w jego stronę.
- To ty? – spytał, patrząc bacznie na zmienioną Tonks.
Nimfadora najwyraźniej liczyła na to, że jej nie rozpozna, bo zdemaskowana mocno się zmieszała.
- Co to ma być? Sprawdzasz mnie? – nadal nie przestawał uważnie obserwować.
- Po prostu: rewelacja! – Tonks zaczęła narzekać, jakby tego nie dosłyszała – Znowu palisz. Ale nic mnie to nie obchodzi!
Harry przypatrywał się temu w milczeniu.
- O co idzie z Potterem? – spytał.
Harry drgnął, ponieważ przez zaklęcie Kameleona miał niby pozostać niewidoczny.
W odpowiedzi, Tonks wyciągnęła z kieszeni świstek pergaminu i mu go podała, nawet na niego nie patrząc.
Po przeczytaniu wiadomości, Arret wnikliwie spoglądał w ich stronę.
- Co on knuje? Dumbledore?
- Jak nie pójdziesz, to się nie dowiesz – odparła surowo Tonks.
- A gdzie Szalonooki? – pytał, chowając niedbale pergamin do kieszeni kurtki.
- Też bym wolała zabrać stąd Hagrida, niż tkwić tutaj z tobą.
- Taa, pilnowanie pijanego olbrzyma na pewno jest ciekawe.
- Nie jesteś wcale lepszy! On przynajmniej nie wyniszcza się specjalnie! – wybuchła, mając już zaczerwienione oczy – Jemu nic nie grozi…! Chodź Harry! – krzyknęła Tonks i po omacku próbowała znaleźć rękaw jego kurtki, bo z powodu zaklęcia Kameleona którym potraktował go Moody, nie widziała go.
- Z twojej lewej – wtrącił Arret.
- Nie pytałam cię o nic! – warknęła i ruszyła przodem, ciągnąc ze sobą Harry'ego.
Nie odzywali się do siebie przez dłuższą chwilę.
Koncert Celestyny i inne towarzyszące mu atrakcje przyciągnęły większość uczniów na tyle skutecznie, że żadnego z nich nie napotkali na swojej drodze. Ale nie było w tym też nic dziwnego, że woleli siedzieć teraz w pubach i popijać kremowe piwo, niż wędrować po okolicznych terenach z mocno zachmurzonym niebem nad głowami, zapowiadającym wichurę. Zrobiło się ciemno niemal jak w nocy.
Harry szedł w tym dziwnym pochodzie i czuł się tak jak wtedy, gdy uczestniczył w dawnych sporach Hermiony i Rona – kiedy niechętnie się do siebie odzywali, a nawet nie chcieli przebywać w tym samym pomieszczeniu.
Teraz niepokoił się zwłaszcza o Tonks, ponieważ było widać, że coś mocno ją gryzie i nie daje spokoju. Odciągało to trochę jego uwagę od dociekań w jakim celu Dumbledore zwołuje na ostatnią chwilę jakieś spotkanie i dlaczego Harry miałby teraz w nim brać udział, skoro do tej pory niemal za każdym razem mu tego odmawiano.
- Więc co to ma być za cyrk? – Arret spytał Tonks, kiedy Harry trochę ich wyprzedził, ale i tak mógł słyszeć każde słowo.
- Mogę zmieniać swój wygląd kiedy mi się tylko podoba.
- Nie chodzi o ciebie… – mówił chłodno – …ale o to rzekome „zabranie".
- Nie wiem – odpowiedziała stanowczo za szybko.
Milczeli przez całą drogę, aż pod sam Hogwart.
Ulżyło Harry'emu bardzo, kiedy wreszcie zobaczył wysoką bramę i kolumny stojące po obu stronach wrót. Nimfadora ściągnęła za pomocą różdżki oplatające je łańcuchy i wpuściła ich na teren zamku. „Wybraniec" wszedł jako pierwszy.
- Ja wracam – rzekła nagle Tonks, która najbardziej się ociągała – Mam wartę. Mogę się jeszcze przydać w Hogsmeade.
Harry'emu wydawało się, że była to tylko jej wymówka.
- Ale jest tam jeszcze pani Weasley i pewnie i inni – powiedział.
- To za mało – rzekła – Sami tego nie ogarną. Dziś jest straszny tłok, wszystko może się zdarzyć. Zresztą, do niczego nie jestem tu potrzebna.
- Może jednak zostaniesz? – zasugerował Harry – Bo niewiadomo czy zdążysz przed nawałnicą.
- A od czego są czary? – zagadnęła – Nie zostanę tutaj. Idź już Harry i uważaj na Moody'ego – powiedziała, wpatrując się w miejsce w którym stał – …Bo może nie żartował z tym Veritaserum. Tam na miejscu ściągną z ciebie zaklęcie Kameleona – uśmiechnęła się ponuro i wróciła do bramy.
Harry obserwował ją jak szła.
- To na mnie, tak? – spytał Arret, gdy Tonks odeszła już spory kawałek.
- Hmm? – Nimfadora udała że nie zrozumiała, ale zatrzymała się.
- Wiele patroli – mówił wyraźnie – I w ostatniej chwili spotkanie, na które nie idziesz.
Harry patrzył w stronę Tonks. Była odwrócona do nich plecami i aż cała dygotała, i to raczej nie z zimna.
- Dora? – zwrócił się do niej ponownie – Tu chodzi o mnie, tak?
Ale ona przeszła bez słowa poza teren Hogwartu i teleportowała się. To chyba miało potwierdzać to, co przypuszczał Arret.
Stali tak trochę w bezruchu. Harry pomyślał, że jeśli w tej chwili tak jak z Tonks wyglądała jego współpraca z pozostałą częścią Zakonu Feniksa, to sytuacja jest co najmniej zła.
Brama była wciąż otwarta, więc w każdej chwili można było przez nią przejść.
- Chodźmy – powiedział po chwili Arret i ruszył w stronę chatki Hagrida.
- A co z bramą? – spytał Harry.
Huknęło i wrota prowadzące do Hogwartu zatrzasnęły się za nimi.
Harry obserwował jeszcze przez moment, jak zaklęcia ochronne ponownie pokrywają ogrodzenie, a wraz z nimi odcinają Hogwart od zewnętrznego świata.
