ODCINEK 37: POŚWIĘCENIE.
Teraz wydaje się oczywiste, że włażenie tutaj nie było dobrym pomysłem. "Targowica" - organizacja prowadząca eksperymenty na Pokemonach, aby uczynić je silniejszymi niż normalnie. Jednak efekt uboczny takich działań, powodował wzrost agresywności u stworków, co ostatecznie doprowadzało do różnych kłopotów. Dowiedzieliśmy się, że jedno z laboratoriów organizacji, znajdujące się niedaleko Tarnobrzega, zniszczył Dark Nidoking, którego później spotkaliśmy w tamtejszych kopalniach. Natomiast z tutejszego miejsca badań uciekł Gyarados, ten sam, który szalał po jeziorze Wigry, a ostatecznie trafił do mojego PokeBalla i zamierzałem wypuścić go na wolność, gdy dotrzemy nad Bałtyk. Jeśli dotrzemy... Byliśmy zamknięci w wysokim lochu. Szef "Targowicy" postanowił się nas pozbyć w niezbyt przyjemny sposób. Obok lochu mieszkanko miał kolejny Dark Pokemon. Metrowy, szary z ostrymi pazurami, warczący gniewne Sneasel. Stał teraz w odległości kilkunastu metrów od nas. Cały loch miał dwadzieścia metrów długości i tyle samo szerokości, uciekać nie było gdzie. Szybka ocena sytuacji uświadomiła mi, że mamy kłopoty, duże kłopoty. Max był przerażony, dziewczynom również niewiele do tego brakowało.
Nagle Sneasel wydał głośniejsze warknięcie i rzucił się do ataku. Nie wiedziałem, co robię, to chyba był instynkt. Wyskoczyłem szybko przed moich przyjaciół, tak żeby wściekły Pok wziął mnie na cel. Udało się. Przeciwnik wyskoczył w górę i machnął lewą łapą. Jego pazury minęły mnie o kilka centymetrów. Cofnąłem się o krok.
- To nie nas chcesz zabić. To ludzie z "Targowicy" są źli. - zaryzykowałem, jednak niewiele to dało, bo stwór znów warknął i znów skoczył do ataku. Cofnąłem się jeszcze dwa kroki, szybkie spojrzenie do tyłu uświadomiło mi, że za chwilę nie będę miał się gdzie cofać.
- Przyszliśmy tu, żeby ich powstrzymać. Możemy ci pomóc. Gyaradosowi pomogłem. - na słowo "Gyarados" Pok zatrzymał się na sekundę, przyjrzał mi się dziwnie, po czym warknął i znów zaatakował.
- Jeśli nas zabijesz, zrobisz dokładnie to, czego oni od ciebie wymagają. - mówiłem, starając się unikać pazurów Poka - Nienawidzisz ich, a jednak, przez swój gniew, robisz co ci każą. Oni cię wykorzystują, a ty... - nie dokończyłem. W momencie, gdy po kolejnym skoku Sneasela uniknąłem jego lewej łapy, poczułem ukłucie, a następnie straszny ból w brzuchu. Od razu zrozumiałem, co się stało. Stwór wbił mi pazury prawą łapą.
- Tori! - usłyszałem krzyk przerażenia. Nie bardzo mogłem rozpoznać czyj. Czułem ciepło wylewające się z mojego brzucha. Nie musiałem patrzeć, żeby wiedzieć, że to krew.
"Czy to koniec?" - pomyślałem upadając. Gdy już leżałem na kamiennej podłodze, przez coraz bardziej zamazany obraz dostrzegłem, jak Sneasel stanął nade mną, zapewne z zamiarem dobicia swej ofiary. Teraz mogłem zrobić tylko jedno.
- To oni są źli... Nienawidzisz ich, a jednak... Pomagasz w pozbyciu się tych... Którzy im przeszkadzają... My chcieliśmy pomóc... - mówiłem z trudem, ale wiedziałem jedno, jeśli nie przekonam Poka zabije nas wszystkich. Teraz nie myślałem nawet o tym, czy zginę czy nie. Ważne jednak było, żeby moim przyjaciołom nic się nie stało.
- Nie wszyscy ludzie... Są źli... Tak jak... Pokemony... - ostatkiem sił powiedziałem to, co dawno temu, tylko w odwrotnej kolejności ktoś inny mi powiedział. Chciałem jeszcze coś dodać, ale nie byłem już w stanie. Czułem chłód w całym ciele, nic już nie widziałem. Powoli nastała ciemność...
- Tori! - krzyknęła Clair i chciała podbiec do nieruchomego ciała, jednak Karen zdecydowanie ją powstrzymała.
- Czekaj. Patrz na Sneasela.
Pokemon przyglądał się leżącemu, nieprzytomnemu chłopakowi i wyglądało na to, że się nad czymś zastanawia. Wreszcie spojrzał na pozostała trójkę i warknął pytająco.
- Ekhm... Cóż, nie bardzo rozumiem, ale tak, przyszliśmy tu na zwiad. Potem mieliśmy zawiadomić Strażników Pokemon, co się tu dzieje i oni mieli zrobić tu porządek. - blond włosa dziewczyna mówiła szybko i nieco nerwowo. Patrzyła też nie tyle na Poka, co na leżące ciało, z którego początkowo mocno, a teraz coraz słabiej wypływała krew. Stwór przyglądał się nadal trójce trenerów i wyglądało, że się nad czymś mocno zastanawia.
- Nie jesteś przekonany tak? Pewnie sporo ludzi przed nami zostało tu wrzuconych i mówili podobne rzeczy. Nie bardzo wiem, jak ci udowodnić, ze mówimy prawdę. Nasze Poki zostały nam zabrane i nie mamy nic... - nagle dziewczyna przerwała, sięgnęła ostrożnie do jednej z kieszeni, których sporo miała w swojej kamizelce i wyciągnęła mały kawałek plastiku.
- Nie wiem, czy to rozpoznasz, ale to moja Karta Trenerska. Dowód na to, że jestem dobrym trenerem i szanuję Pokemony. - Karen ostrożnie zrobiła trzy kroki i w wyciągniętej ręce chciała podać Pokowi kartę. Ten przyglądał się chwilę dziewczynie, przedmiotowi w jej ręce, wreszcie spojrzał na leżące ciało, wydał z siebie głośny ryk, doskoczył do ściany i z całą siła w nią uderzył.
- Zrozumiał... On zrozumiał, że źle zrobił... - dziewczyny usłyszały szept Maxa. Chłopak nadal był przerażony, jednak myślenie trenerskie mu się nie wyłączyło. Pokemon tymczasem uderzał coraz mocniej w ścianę, zapewne chcąc wyładować złość, która nim targała.
- Spokojnie Sneasel, może jeszcze uda się coś zrobić. - to mówiąc Karen uklękła przy ciele Toriego i zaczęła przeszukiwać kieszenie kamizelki, w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby pomóc.
- Wiesz, nie znam się na medycynie, ale to nie wygląda dobrze. - obok uklękła Clair i przyglądała się ranom chłopaka. Właściwie było to jedno wielkie rozcięcie, biegnące przez cały brzuch i już coraz mniej krwawiące. Ciało było zimne i stawało się coraz bledsze.
- Może i nie wygląda, ale ja nie pozwolę, żeby on umarł. No dalej, co masz pochowane w kieszeniach, na szczęście nas nie przeszukali. - dziewczyna coraz bardziej nerwowo wysypywała z kieszeni wszystko, co tylko tam znalazła. Tymczasem Dark Pokemon już się uspokoił i teraz przyglądał się obu trenerkom. Max również powoli dochodził do siebie, panika mu minęła i teraz stanął obok, myśląc intensywnie, co można zrobić
- Cóż, to chyba będzie odpowiedni moment. - mruknęła Clair, po czym podała Karen mała buteleczkę z jakimś przeźroczystym płynem.
- Woda? - spytała zdziwiona dziewczyna.
- Czy to jest to, co myślę? - spytał równie zdziwiony młody trener.
- Tak to woda ze źródła z Kocka, w końcu ja je znalazłam i nim was zawołałam to zaczerpnęłam troszkę. Max, pamiętasz jak to miało działać? - spytała poirytowana Clair.
- Proponuję połowę wylać na ranę, a resztę tak, żeby Tori to połknął. Nie wiem, czy to podziała, ale to chyba jedyne, co możemy teraz zrobić. Mam nadzieję, że pomoże. - po tych słowach chłopak wziął buteleczkę, odkręcił i już chciał polać nią zakrwawioną ranę, gdy powstrzymała go Karen.
- Nie wiem, co to jest, ale czy jesteście pewni, że nie zaszkodzi?
- Jeśli masz lepszy pomysł, to słucham, a jeśli nie... Max, lej! - po słowach dziewczyny trener zaczął ostrożnie, kropla po kropli rozprowadzać dziwny płyn po ranie Toriego.
Źródło z Kocka. Bohaterowie dotarli tam podczas wędrówki z Lublina do Białej Podlaskiej. W podziemiach znaleźli wtedy świątynię i tajemnicze źródło, które, według rysunków na ścianach, miało leczyć wszelkie rany. Niestety podziemia zawaliły się w wyniku pojedynku Clair i mężczyzny z Kocka, który chciał przejąć znalezisko tylko dla siebie. Wydawało się, że sprawdzenie leczniczych właściwości ze źródła nigdy nie dojdzie do skutku, jednak przebiegła natura Clair sprawiła, że ta zaczerpnęła nieco wody do małej buteleczki i teraz ta woda była ostatnią szansą na ocalenie Toriego.
Czułem dziwne ciepło. Najpierw w okolicach serca, potem zaczęło rozchodzić się po całym ciele. Było ciemno, mimo że byłem pewny, że mam otwarte oczy, wokół mnie panowała ciemność. Nagle w ustach poczułem cos chłodnego i mokrego. Woda? Połknąłem dziwny płyn i wtedy ciemność powoli zaczęła ustępować. Zaczynałem widzieć zamazane kształty i słyszeć głosy.
- To działa. To naprawdę działa. - żeński głos. Nie mogłem rozpoznać do kogo należy. Mrugnąłem parę razy, za każdym razem obraz, jaki widziałem coraz bardziej się wyostrzał. Wiedziałem już też, że leżę na czymś zimnym i twardym. Powoli zacząłem też sobie przypominać, co się stało. Gyarados. "Targowica". Loch. Sneasel. I nagle gwałtownie usiadłem. To się chyba nazywa odruch bezwarunkowy.
- Leż! Też się cieszymy, że żyjesz, ale na razie odpoczywaj! - usłyszałem nakazujący głos, a po chwili ktoś pociągnął mnie za ramię tak, że znów leżałem. Zamrugałem jeszcze kilka razy i wreszcie odzyskałem zdolność widzenia, a kilka chwil później, również słuch miałem już na tyle dobry, żeby rozpoznawać głosy.
- Clair, uratowałaś mu życie. Dziękuję.
- Wiesz Karen, gdyby zginął nie miałabym od kogo wyciągać PokeBalli i kasy. No i na kim bym odreagowywała stresy?
- Na pewno nic mu już nie będzie?
- Spoko Max. Na medycynie trochę się znam. Oddech równy, puls też. No i po ranie nie ma śladu. Szkoda, że to źródło ostatecznie zostało zawalone. Jednak jak będę w tamtej okolicy, to postaram się go poszukać.
Wreszcie poczułem, że wszystko wróciło do normy. Znów spróbowałem usiąść, tym razem ostrożniej. Zobaczyłem, że moi przyjaciele przyglądają się mi z wyraźną ulgą na twarzach. Obok nich stał Sneasel, który również patrzył, ale bardziej z zainteresowaniem.
- Witamy wśród żywych. Czyli jednak nie poszedłeś w stronę światła? - po tych słowach Clair rzuciła mi się na szyję i najnormalniej w świecie się rozpłakała.
- Tak. Fajnie, że nic ci nie jest. - siedząca obok Karen też miała łzy w oczach, ale zareagowała spokojniej od tej wariatki, która chyba zaraz mnie udusi.
- Clair możesz przestać. A w ogóle, co wam się nagle stało. Dopiero co gadaliście jakby nigdy nic. - dziewczyna wreszcie mnie puściła, rękawem otarła oczy.
- Wiesz Tori. Gdy trzeba było cię ratować działała adrenalina i w ogóle. Teraz zaś, gdy z tobą wszystko dobrze, to i stres odszedł. A gdy od człowieka odchodzi naprawdę duży stres i napięcie... Cóż, może mieć dziwne reakcje. - po tych słowach chłopak spojrzał na Clair, która chyba dopiero teraz zrozumiała co zrobiła, bo na jej twarzy pojawił się mocno czerwony rumieniec.
- Taaa... Pewnie macie rację. Możecie mi pomóc? - po chwili z pomocą przyjaciół stałem o własnych siłach. Spojrzałem na miejsce, w którym Sneasel rozciął mi brzuch. Poza mocno czerwoną i porwaną koszulą nie było śladu po ranie. Czułem też, że z każdą chwilą siły coraz bardziej mi wracają. Za kilka minut będę znów w stuprocentowej formie.
- Woda z Kocka. Jakimś cudem Clair miała jej niewielką buteleczkę, co na szczęście wystarczyło, aby cię poskładać. - wyjaśniła Karen.
- Przezorna jak zawsze. Dzięki Clair, jestem twoim dłużnikiem. - powiedziałem.
- I lepiej to zapamiętaj. Od teraz dajesz kasę i PokeBalle bez żadnych dyskusji. - usłyszałem w odpowiedzi. Rumieniec zniknął już z twarzy dziewczyny i teraz zachowywała się jak zwykle.
- Chyba jeszcze z kimś powinieneś pogadać. - to mówiąc Max wskazał na szarego stworka. Pokemon cały czas patrzył na mnie dziwnie. Kucnąłem ostrożnie i spojrzałem prosto w oczy Poka.
- Sneasel. Nie mam żalu do ciebie. Cieszę się, że zrozumiałeś, kto jest dobry, a kto nie. I wiesz, co myślę? Myślę, że teraz powinniśmy się zabrać za tych złych. Co ty na to? - odpowiedź stwora była jednoznaczna. Warknął groźnie i wysunął pazury, które chwilę potem schował.
- Dobrze. Najpierw trzeba się stąd jakoś wydostać. - To mówiąc Karen spojrzała na platformę, która znajdowała się dobre siedem metrów nad nami. Szary Pok również tam spojrzał, mruknął coś, po czym z jego łap zamiast pazurów wystrzeliły Dzikie Pnącza, którymi Pok zaczepił o platformę, a następnie mruknął zapraszająco, aby ktoś uczepił się jego grzbietu, to wywinduje go na górę.
- Jesteś pewny, że dasz radę? - spytałem decydując się jako pierwszy na podróż "Poke-Windą". W odpowiedzi Sneasel tylko mruknął krótko, po czym wystrzelił szybko w górę. Nie minęła sekunda, gdy staliśmy na platformie. Stworek szybko wrócił po pozostała trójkę i już po minucie zastanawialiśmy się, jak otworzyć drzwi.
- Tym razem na mnie nie liczcie. Ten zamek jest otwierany głosem, spinki i wytrychy tu nie pomogą. - oznajmiła Clair.
- W takim razie... Sneasel, potrafisz jakieś elektryczne ataki? - spytała Karen, w odpowiedzi Pok tylko mruknął, a po wysunięciu pazurów dało się dostrzec na nich iskry.
- Chcesz zrobić spięcie? - spytał Max. Zamiast odpowiedzi dziewczyna opukała drzwi. Były mocne i stalowe, wokół nich były kamienne ściany lochu. Wreszcie wskazując na lewy górny róg powiedziała:
- To tutaj. Uważaj tylko, żebyś się nie poraził. - po słowach dziewczyny Dark Pokemon skoczył, wbił zręcznie pazury we wskazane miejsce, mocno szarpnął, po czym usłyszeliśmy głośne bzzzyt, wybuch gdzieś niedaleko i odgłos syren alarmowych.
- Fajnie. - mruknęła Clair i w tej samej chwili drzwi stanęły przed nami otworem.
- Dobra, wychodzimy. - powiedziałem i wyszedłem na korytarz, na którym powoli zaczynał panować chaos. Zrozumiałem, że Sneasel przeciął nie tylko jakieś przewody, ale musiał wprowadzić w nie, świadomie lub nie, więcej elektryczności niż mogły utrzymać. Nastąpiło przeładowanie instalacji, a w chwili obecnej wyglądało na to, że wszystko, co elektryczne przestaje działać. Jedynie światła na korytarzu były w miarę sprawne, reszta, czyli wszelkie drzwi i inne zamknięcia były otwarte na oścież.
- Pokemony uciekają! - usłyszeliśmy krzyk z oddali.
- Dobra, proponuję odszukać pierwsze lepsze biuro i zadzwonić do Strażników Pokemon, żeby zjawili się tu jak najszybciej. Potem poszukamy naszych podopiecznych. - powiedziałem, a drużyna zgodziła się na taki pomysł. Kilka minut później, podczas których minęło nas sporo ludzi i kilka Magnetonów, ale jakoś nikt nie zwrócił na nas uwagi, dotarliśmy do części biurowej. Niestety okazało się, że telefony nie działają.
- Nie fajnie. Podejrzewam, że ludzie z "Targowicy" zwieją stąd i najpóźniej za godzinę nikogo już nie będzie. Musimy się pospieszyć. - oznajmiła Clair.
- Hmmm... Jak myślisz, gdzie mogą być nasze plecaki i Pokemony? - spytałem dziewczynę. Ta po krótkim namyśle odparła:
- Gabinet szefa. Co by sprawdził czy jest wśród nich coś, co może się mu przydać. - skinąłem głową i szybko pobiegliśmy w kierunku biura, w którym "przyjął" nas dowódca "Targowicy". Siły całkowicie mi wróciły i gdyby nie porwana koszula nawet nie pomyślałbym, że jeszcze kilkanaście minut temu byłem prawie martwy.
- Skąd ona wie, że ci wszyscy ludzie planują ucieczkę? - spytała mnie Karen.
- Cóż, szczerze mówiąc nie jestem do końca pewny, ale myślę, że ma rację. - odparłem. Wcześniej nie wspominaliśmy Karen o byłym zawodzie Clair. Właściwie, mimo że była złodziejka podróżowała z nami już sporo czasu, nadal nie opowiedziała nic o swojej przeszłości.
- To tutaj. - oznajmił Max, gdy dotarliśmy na miejsce. W środku nikogo nie było, jednak leżały tu nasze rzeczy, a na stoliku, jakby przygotowane do oglądana, leżało piętnaście PokeBalli - wszystkie nasze Pokemony.
- Dobra Karen, dzwoń na Suwałki, ja skontaktuje się ze strażnikami z Augustowa. - powiedziałem wyciągając PokeEncyklopedię. Sprytne urządzenie poza informacjami o Pokach, możliwością badania ich piór, włosów czy pazurów, jak również posiadaniem schowka na odznaki i dokładnej mapy całego kraju, posiadało również funkcję telefonu. Szybko połączyłem się z Augustowskim Centrum Pokemon i tamtejszymi strażnikami. W kilku słowach wyjaśniłem, co się dzieje, potwierdziłem moją tożsamość Kartą Trenerską (było to celowe działanie, na wypadek, gdyby ktoś chciał robić głupie dowcipy) i otrzymałem zapewnienie, że za kilka minut ktoś się zjawi. Karen poszło podobnie.
- Co teraz? Wychodzimy? - spytałem towarzyszy.
- Nie. Lepiej poszukać jakiegoś centrum dowodzenia. Komputera z bazą danych, znaczy się. Nie sądzę bowiem, aby zwiewali stąd, bez zacierania śladów. - powiedziała Clair. Przyznaliśmy jej rację, jednak trudno było stwierdzić, gdzie taki komputer może się znajdować.
Po kilku minutach bezowocnych poszukiwań usłyszeliśmy w oddali:
- Tu Strażnicy Pokemon. Jeśli ktoś jeszcze jest w środku niech wyjdzie i nie sprawia problemów. Chyba, że lubicie bicze wodne.
Popatrzyliśmy po sobie. Tak, teraz lepiej było się stad wynosić. Udaliśmy się więc w stronę, z której dobiegał głos i w którą uciekali ludzie "Targowicy". Niedługo później dostrzegliśmy kilku mężczyzn w zielonych ubraniach. Obok każdego stał duży wodny Pokemon. Na nasz widok stworki warknęły groźnie i widać było, że w razie czego, gotowe są w każdej chwili wystrzelić w nas HydroPompę.
- Spokojnie, to my was zawiadomiliśmy. - powiedziała na powitanie Karen, wyciągając swoją Kartę Trenerską. Szybkie sprawdzenie w czytniku przekonało strażników, że to ta, której właściciel dzwonił do nich.
- Dobra robota trenerzy. Nic się wam nie stało?
- Na szczęście nic. Dużo udało się wam złapać tych bandytów? - odpowiedziałem szybko. Moi towarzysze bowiem, nie bardzo wiedzieli, czy na to pytanie odpowiedź twierdząca jest na pewno dobrym rozwiązaniem.
- Ponad połowę, tak myślę. Niestety wygląda na to, że ich szefowi udało się uciec. Na szczęście znaleźliśmy Pokemony, które więzili. Chłopaki właśnie zajmują się udzielaniem im pierwszej pomocy i transportem do Punktów Medycznych. A z tym stworkiem wszystko w porządku? - to mówiąc mężczyzna wskazał na Sneasela, który cały czas nam towarzyszył. Spojrzałem na Dark Poka, ten tylko kiwnął głową. Odpowiedziałem więc.
- Tak, ten Pokemon nam bardzo pomógł i na szczęście nic mu nie jest.
Strażnicy zadowoleni pozwolili nam odejść, jednak zaznaczyli, abyśmy nie oddalali się za bardzo. Tunelem doszliśmy do miejsca, w którym weszliśmy do laboratoriów "Targowicy". Drzwi, które wcześniej otworzyła Clair teraz były całkowicie zniszczone i pilnowało ich kilku kolejnych strażników. Gdy sprawdzili nasze Karty Trenerskie, jeden z nich wyprowadził nas na zewnątrz. Tutaj usiedliśmy w pobliżu ruin i dyskutowaliśmy o całym wydarzeniu.
- Szef zwiał. Jestem wściekły z tego powodu. - mruknąłem. Siedzący obok mnie Sneasel miał podobne odczucia.
- Wiesz co myślę Tori? - spytała w pewnym momencie Clair, a gdy wszyscy posłaliśmy jej pytające spojrzenia wyjaśniła:
- Wydaje mi się, że ten szef zarządzał tylko tutejszymi laboratoriami. Bo pomyślcie, skoro inny ośrodek badań "Targowica" miała w pobliżu Tarnobrzega, to znaczy, że może ich być jeszcze kilka. A skoro tak, to podejrzewam, że gdzieś tam - machnęła niedbale ręka, wskazując horyzont - ma swoją kryjówkę szef główny tego wszystkiego. I jeśli chcemy powstrzymać tych drani przed męczeniem Pokemonów, to musimy odnaleźć tego głównego szefa.
Po krótkim namyśle musieliśmy przyznać dziewczynie rację. Wkrótce Strażnicy Pokemon skończyli przeszukiwać teren laboratoriów. Niestety, tak jak przewidziała Clair, główny komputer został doszczętnie spalony, podobnie różne kartoteki z wykresami. Z rzeczy, które ocalały i mogły pomóc w dalszych poszukiwaniach "Targowicy" wynikało jedynie, że faktycznie tutejszy ośrodek był jednym z wielu, w których prowadzono badania, oraz że dążono do stworzenia Dark Pokemona, który byłby całkowicie posłuszny trenerowi, do którego należał. Następnie strażnicy zainteresowali się Sneaselem, jednak Pok zdecydowanie stwierdził, że nie potrzebuje pomocy, nic mu nie jest i chce towarzyszyć mi w dalszej wędrówce i dopomóc w zniszczeniu organizacji. Wprawdzie z warknięć i pomruków Poka niewiele dało się zrozumieć, a PokeEncyklopedia nie potrafiła ich przetłumaczyć, ale z gestów jednoznacznie wynikało, co stworek chce przekazać. Wreszcie strażnicy odwieźli nas do Suwałk, gdzie niemal siłą zostałem zaciągnięty przez moich przyjaciół do szpitala, na tak zwana obserwację. Tutaj musiałem leżeć przez trzy dni. Nie miałem pojęcia, jak Karen, Clair i Max wyjaśnili lekarzom, dlaczego powinienem pobyć tu przez jakiś czas, ale zrobili to skutecznie. Na szczęście się nie nudziłem, bo często odwiedzały mnie zarówno Pokemony, jak i moi przyjaciele. Karen zdecydowała się zostać z nami do czasu wypuszczenia mnie ze szpitala i dopiero później wyruszyć w dalszą drogę, po następne odznaki. Przez ten czas jej Natu nauczył mojego Abrę Wykrywania Umysłów, czyli od teraz żółty stworek potrafił wyczuwać ewentualne niebezpieczeństwa, oraz określić gdzie kto się znajduje. Reszta Poków również sporo trenowała, a Sneaselowi udało się z nimi zaprzyjaźnić. Dark Pokemon miał naturę samotnika, jednak jakoś udało mu się znaleźć wspólny język z resztą moich podopiecznych. Mnie natomiast udało się przekonać stworka do mieszkania w PokeBallu, gdyż wędrujący luzem Sneasel o szarym kolorze mógłby wzbudzać niezdrową sensację, no i gdybyśmy spotkali kogoś z "Targowicy" od razu wiedziałby, że coś się dzieje. W ogóle Pokemon dołączył do mnie tylko dlatego, że wierzył iż odnajdę głównego szefa organizacji i raz na zawsze rozprawię się z nim. Ja również miałem nadzieję, że "Targowica" już wkrótce przestanie istnieć i bardzo chciałem mieć udział w ich zniszczeniu.
- I tu nasze drogi się rozchodzą. - powiedziała z wymuszonym uśmiechem Karen. Staliśmy na skrzyżowaniu, gdzie droga na zachód miała nas zaprowadzić do Olsztyna, zaś trasa na południe wiodła do Białegostoku.
- Taaa... Mimo wszystko trochę szkoda. - wyznała Clair.
- Hej, przecież świat jest mały. Na pewno spotkamy się jeszcze nie raz. - starał się poprawić przygnębiający nastrój Max. Ja nic nie mówiłem. Stałem tylko i patrzyłem na dziewczynę, która była zarówno moją rywalką, jak i przyjaciółką.
- Karen pamiętaj. Następnym razem ty i twoje Pokemony mają być jeszcze silniejsze niż teraz, żebym mógł cię pokonać i udowodnić, ze jednak jestem lepszy. - powiedziałem nagle. Może zabrzmiało to głupio, ale w jakiś sposób poprawiło przygnębiający nastrój.
- Masz to zagwarantowane... Tori-Mistrzu. - odparła dziewczyna.
- Ej, to jest mój tekst. - mruknęła Clair i wszyscy się roześmieli.
I tak wyruszyliśmy w dalszą drogę, Karen do Białegostoku po swoją szósta odznakę, zaś my do Olsztyna, a później nad morze, gdzie chciałem wypuścić Gyaradosa. Nasze drogi się rozchodziły, jednak byłem pewny, że wkrótce znów się spotkamy.
