Sevethilla, dziękuję ogromnie za świetny komentarz. Fik jest zakończony, więc generalnie proszę się nie martwić o kwestie porzucania ;) kwestia przetransferowania go tutaj. W razie czego linki w moim profilu zaprowadzą cię do pełnej wersji już teraz (tak dla niecierpliwych).

A teraz kolejny rozdział :)


Pomfrey uziemiła Weasleya. Jego obrażenia były na tyle poważne, że szkolna pielęgniarka zostawiła go na obserwacji w jednym z łóżek. Blaise na szczęście po prostu ucierpiał z powodu uderzenia w ścianę jednego z budynków, a nie faktycznej klątwy, więc dostał eliksir i kobieta rzuciła tylko kilka czarów, badających na jego ciało, które nic nie wykazały alarmującego. Może prócz kilku zaklęć ochronnych, które zaczęli nakładać na szaty przed każdym wyjściem z dormitorium.
Pomfrey, jeśli zaciekawiło ją to, nie zapytała.
Zerknęła tylko na Hermionę i pokiwała głową z niedowierzaniem.
— Czasy, w których dzieci muszą walczyć — westchnęła kobieta.
— To nie tak, że mieliśmy jakieś wyjście — sarknął Weasley… Ron.
Draco uśmiechnął się tylko krzywo.
— Nie widzę pana Pottera. Przeważnie przybywa tutaj przed wami wszystkimi — zaniepokoiła się Pomfrey.
— Harry jest w jednym kawałku. Nie dostała go żadna klątwa — odparła Hermiona szybko.
Zmartwienie szkolnej pielęgniarki brakiem Pottera w jej skrzydle było naprawdę rozbrajające. Faktycznie Gryfon lądował tutaj o wiele częściej niż przeciętny uczeń, ale spodziewanie się go to już całkiem inna sprawa. Sądząc po unoszących się do góry kącikach ust Rona, chłopak podzielał jego opinię w tej sprawie.
— Klątwy to najmniejszy problem — westchnęła Pomfrey. — Wyczerpanie magiczne, pomniejsze uszkodzenia, klątwy długoterminowe, czary źle rzucone… — zaczęła wymieniać i Draco wyłączył się, bo kobieta akurat podwinęła szatę Hermiony.
Kostka nie wyglądała na skręconą. W zasadzie nie była nawet opuchnięta, chociaż tego akurat nie mógł stwierdzić, bo nigdy nie widział nóg Hermiony. Ten jeden raz na balu z okazji Turnieju Trójmagicznego był zbyt uparty, aby spoglądać na szlamę, chociaż kątem oka dostrzegł, że Granger po prostu dobrze wyglądała. Krum miał szczęście tego wieczora i oszlifował diament. Hermionie dobrze było z niekujoństwem.
Pomfrey podała jej jakiś eliksir i westchnęła.
— Zostaniesz na noc — zawyrokowała kobieta. — Wybierz sobie łóżko, skoro pan Potter się do mnie nie wybiera. Czy profesor Snape…
— Profesora zabrali aurorzy — wtrąciła Hermiona.
Pomfrey popatrzyła na nią w czystym szoku.
— Lestrange'owie nie żyją. Został zabrany do wyjaśnienia — dorzucił Draco i Pomfrey wyraźnie się spięła. — Jestem pewien, że dyrektor będzie interweniował w tej sprawie.
— Profesor nas bronił — dodała Gryfonka.
— Bez niego nie byłoby tutaj żadnego z nas — wtrącił Weasley tak grobowy tonem, że Draco nie mógł ocenić, czy chodziło o to, że przyznanie na głos, że znienawidzony profesor uratował mu tyłek było takie ciężkie, czy po prostu chciał wywrzeć na pielęgniarce odpowiednie wrażenie.
Nie było to ważne, bo Pomfrey zacisnęła usta w wąską kreskę i znowu zaczęła kiwać głową, jakby tego wszystkiego było za wiele.
Draco musiał przyznać, że Gryfoni mieli dobry instynkt w kwestii dawania zeznań. Najważniejszym w tej chwili było, aby wspierali swoje słowa. Slytherin nie był zbyt popularny wśród aurorów czy urzędników ministerstwa po ostatnich napadach. W zasadzie Draco nie mógł się im dziwić. Zawsze patrzono na nich jak na czarnoksiężników, zabijających dzieci przy każdej pełni, aby uzyskać składniki do eliksirów, o których przeznaczeniu nie chciano nawet myśleć.
Gryfoni, dawni otwarcie wrodzy szkolni przeciwnicy potwierdzający ich zeznania, naprawdę byli przekonywujący. I nie ważne, czy robili to dla Longbottoma, od którego należało odciągnąć uwagę czy dla Snape'a, ponieważ to on od tygodni był jedynym powodem, dla którego Potter jeszcze nie zwariował. A może po prostu chodziło o ich wewnętrzne poczucie sprawiedliwości.
Draco nie wiedział i, prawdę powiedziawszy, nie obchodziło go to.
— Panie Malfoy, jakie ma pan dolegliwości? — spytała Pomfrey, wyrywając go z zamyślenia.
— Żadnych. Przyszedłem odprowadzić Hermionę — odparł nie całkiem świadomie i wiedział, że coś zrobił źle, bo brwi Blaise'a powędrowały naprawdę wysoko. — W zasadzie odprowadzę też mojego kolegę do dormitorium. Chyba poruszanie dwójkami powinno być bezpieczniejsze.
Jeśli Pomfrey zorientowała się o czym mówił, nie powiedziała nic, wypuszczając ich ze skrzydła szpitalnego.

Harry zagryzł wargę, gdy Crabbe starał się wejść pod pelerynę niewidkę tak, aby jak najmniejszą powierzchnią ciała dotykać Sarlina. Wampir w zasadzie chyba spostrzegł swój błąd przy poznaniu uczniów, bo ewidentnie mieli problemy z zaufaniem mu. Jakkolwiek by nie żartował, aby rozładować atmosferę, Pansy patrzyła na niego badawczo, jakby spodziewała się ataku w każdej chwili.
— Dobra — sarknął wreszcie Sarlin. — Wyjaśnijmy sobie kilka spraw — zaczął wyraźnie nerwowo. — Skoro Potter potrafił zaufać ocenie sytuacji Severusa, dlaczego wy nie ufacie własnemu opiekunowi? — spytał całkiem szczerze.
Harry spodziewał się spuszczonych ze wstydu głów, ale Parkinson zmarszczyła brwi.
— Profesora tutaj nie ma — zauważyła cierpko. — Jeśli macie jakiekolwiek układy…
— Dotyczą one całej szkoły. Nie wolno mi żywić się na uczniach i to nie tylko w Hogwarcie. Nie wolno mi się żywić na uczniach Severusa gdziekolwiek by nie przebywali — wyjaśnił Sarlin.
— A Potter? — spytała Pansy.
— Harry na to pozwolił. Sytuacja była inna. Te wasze czary odbierają mi siłę. Musiałem się pożywić, a Harry umożliwił mi to. Znamy się. Szanuję go. Nigdy bym go nie skrzywdził — wyznał wampir i Harry po prostu musiał wyglądać na mocno zaskoczonego, bo Sarlin prychnął. — Nie zwierzam się ludziom, których nie uważam za moich przyjaciół — wyjaśnił.
Harry przełknął ślinę.
— Cenię sobie naszą znajomość — dodał Sarlin. — Będę ją wspominał jeszcze wiele wieków później, Harry Potterze — ciągnął dalej. — Przeważnie nie pożywiam się byle kim. Bez obrazy oczywiście — powiedział Pansy.
— Oczywiście — powtórzyła sucho Parkinson.
— W waszej krwi prawie nie płynie magia. Użyliście w swoim życiu tak mało zaklęć, że mogę każde z nich posmakować na języku. To jak z winem. Nie piłabyś rocznego sikacza, jeśli miałabyś przed sobą kieliszek z pięćdziesięcioletnim Chardonnay i niesamowicie skomplikowanym kwiatem, który dojrzewał przez lata — dodał wampir.
To akurat Pansy rozumiała doskonale, sądząc po jej lekko odprężonej postawie. Crabbe jednak wciąż ściskał w dłoni kawałek peleryny niewidki i rozglądał się niepewnie wokół.
— Nie mam powodu, aby was krzywdzić. Jesteście linią oporu przeciwko temu, który umniejsza moje tereny łowieckie — zakpił jeszcze Sarlin.
— Od razu mi ulżyło — westchnął Harry, nie mogąc się powstrzymać.
— Jest wiele powodów, dla których nie jestem zainteresowany waszą krwią — podkreślił Sarlin. — I jest jeszcze więcej powodów, dla których jestem zainteresowanym pomocą wam — dodał.
Harry nie sądził, że wampir mówił tylko o lojalności do Snape'a, czy nagle cieplejszych uczuciach względem niego. Sarlin był zbyt skomplikowany, aby działaś po gryfońsku. Severus zresztą sugerował kilka razy, że nie do końca mu ufa. Poznawanie cudzych pobudek zawsze było podstawą dobrej współpracy. Ślizgoni odkryli się w tej kwestii i atmosfera od razu się przeczyściła. Mogli zacząć planować cokolwiek. Mogli zacząć faktyczną współpracę, która nie opierałaby się na tysiącach tajemnic większych i mniejszych, które dzieliłyby ich na grupki. Jako jednostki nie wygrają tego starcia.
— Powinniśmy też zacząć przyjmować do rodów uczniów z waszej listy — powiedział Neville, wszystkich zaskakując. — Najbardziej narażonych na podejrzenia swoich rodzin jako pierwszych. Za dwa dni będziemy tak wyczerpani… — urwał.
— Będzie początek tygodnia i obrona Pprzed czarną magią — stwierdziła Pansy, marszcząc brwi. — Wyczerpanie magiczne…
— Severus ma eliksir — wtrącił Sarlin. — Widziałem jak go używa. Jest tylko jedna fiolka, ale jeśli znajdę przepis, mógłbym uwarzyć i drugą — dodał.
— Znasz się na eliksirach? — zdziwił się Harry.
Sarlin uśmiechnął się krzywo.
— Byłem przy wynalezieniu najważniejszych eliksirów tego stulecia. Myślisz, że odwiedzam Severusa dla jego słonecznej osobowości? — spytał retorycznie.
Harry nie mógł jednak przestać myśleć o tym, co Sarlin powiedział mu kilka dni wcześniej. O tym, jak chciał spłodzić potomka, aby dać życie. Klątwa miałaby swego rodzaju koniec. Możliwe, że wampir miał też nadzieję, że wynaleziony w nowym stuleciu eliksir oddałby mu chociaż człowieczeństwo. Eksperymentowano na wilkołakach, więc Sarlin faktycznie miał powód, aby podróżować od jednego Mistrza Eliksirów do drugiego.
Najwyraźniej bez skutku.
— Wrócimy za godzinę — westchnął Sarlin, przyciągając do siebie Crabbe.
Brak wyboru czasami był najlepszym wyjściem.

Draco przetarł zmęczone oczy, gdy wyszli ze skrzydła szpitalnego. Miał tylko nadzieję, że Hermiona wykorzysta ten czas na wprowadzenie Weasleya w sytuację. Gryfon bardzo zmienił swój stosunek do nich. Chociaż nie, to raczej było niefortunne stwierdzenie. Ron odkrył chyba, że są różni Ślizgoni i różni Malfoye. I możliwe, że to uderzyło w niego tak mocno.
— Więc… — zaczął Blaise, gdy schodzili do lochów.
Draco zerknął na niego niepewnie.
— Hermiona — powiedział Blaise, jakby to cokolwiek miało znaczyć.
Faktycznie zaczął do Granger mówić po imieniu, ale przecież zaczęli grać parę, gdy Gryfoni ich przypadkowo nakryli w bibliotece. Dziewczyna genialnie to wykorzystała dzisiaj podczas rozmowy z aurorami. Nikt w ich otoczeniu nie wyglądał na zaskoczonych, a znajdowali się wśród przyjaciół, więc auror nie wywęszył kłamstwa czy spisku. To też stanowiło znakomitą przykrywkę dla całej tej nerwowej sytuacji i nagłej przyjaźni z Gryfonami.
Nikt, nawet ministerstwo, nie powinien wiedzieć o koszmarach Pottera. Wróg naprawdę czaił się w przedziwnych miejscach. A macki, chociażby jego ojca, sięgały niesamowicie daleko.
— Przyniosłeś ją do skrzydła szpitalnego — zaczął Blaise ostrożnie.
— Była ranna — zauważył Draco.
— Mogłeś ją lewitować — stwierdził jego przyjaciel.
Na to Draco nie miał odpowiedzi. W zasadzie mógł użyć zaklęcie, ale coś mówiło mu, że Granger nie doceniłaby magicznej interwencji. Bardziej przemawiały do niej czyny. Była w końcu Gryfonką, a oni byli lekko uszkodzeni. Każdy Ślizgon to wiedział.
— Mogłeś ją lewitować — powtórzył Blaise. — Ale chciałeś ją dotknąć — ciągnął dalej.
— Gryfoni reagują tylko na to — stwierdził Draco, starając się zakończyć temat jak najszybciej.
Jeszcze jeden zakręt i mieli się znaleźć przed komnatami Snape'a.
— Draco — westchnął Blaise. — O co chodzi? — spytał wprost, co było tylko dziwniejsze.
Ślizgoni nie pytali wprost. Ślizgoni czekali aż zmęczą przeciwnika i on złamie się pierwszy, a potem wyśpiewa cała prawdę.
— Ona jest inna — stwierdził w końcu, bo to też chodziło mu po głowie.
— Inna niż pozostali Gryfoni? — spytał Blaise.
Draco westchnął.
— Inna niż się spodziewałem — przyznał to w końcu na głos.

Pansy wyciągnęła z kieszeni starannie złożony pergamin i podała Harry'emu bez mrugnięcia okiem. Imiona i nazwiska były wyraźnie napisane i obok każdego widniał osobisty podpis. Harry nie był nawet zaskoczony, gdy na samym spodzie listy dostrzegł Hermionę.
Pergamin tętnił magią. Było to jedno z tych długoterminowych zaklęć, które działały w każdej minucie. Nie był pewien, czy sam potrafiłby je rzucić, ponieważ nie widział jego składowych; początku ani końca. Wyłącznie nici, które przechodziły przez każdy podpis. Ciekawym też było, czym ta magia w zasadzie się żywi. Odpowiedź na to pytanie jednak przyszła nieoczekiwanie.
— Czy to krew? — spytał Harry, orientując się, że tylko Severus używał czerwonego atramentu i na pewno zasychając nie zmieniał on tak charakterystycznie barwy.
Przez pewien czas obserwował jak Mistrz Eliksirów każdego dnia ocenia eseje i parę rzeczy rzuciło mu się w oczy.
— To nic czarnomagicznego — sarknęła Pansy.
— Wiem — powiedział z naciskiem. — Pytałem tylko czy to krew. To pergamin z wiążącą wasz przysięgą. Wpiszę się na nią — dodał, zaskakując Ślizgonkę.
Trochę dziwnie było przeszukiwać biurko Severusa, ale znalazł w końcu jedno z nieużywanych piór i naciął opuszek palca. [b]Harry Potter[/b] wpiło się w pergamin i magia niemal natychmiast związała go z resztą.
— Neville? — spytał Harry niepewnie.
— Nie musicie tego robić — stwierdziła Pansy, ale nie brzmiała na przekonaną.
— Jeśli będzie nas wiązać ta przysięga, będzie to bezpieczniejsze dla uczniów, których jeszcze nie przyjęliśmy. Widzę tutaj nazwiska pierwszorocznych. Oni nie poradzą sobie z otwartą agresją — wyjaśnił bez wahania.
Zresztą to okazało się niepotrzebne, bo Neville kończył już się podpisywać i patrzył z pewną niechęcią na krople własnej krwi.
— Myślicie, że czuć w niej [i]Avadę[/i]? — spytał Longbottom, przypominając im wszystkim słowa Sarlina.
Pansy przygryzła wargę, chyba nie wiedząc co odpowiedzieć.
— Neville — zaczął Harry. — Zaklęcie, którego użyłeś najwyraźniej nie sprawiło, że jesteś bardziej atrakcyjny smakowo dla Sarlina — dodał. — Gdyby tak było, na pewno dowiedzielibyśmy się o tym. Jest dość bezpośredni — przypomniał im.
Pansy uśmiechnęła się krzywo.
— I nawet nie myśl o tym, że cuchniesz czarną magią — rzucił Harry szybko, odgadując myśli Neville'a doskonale. — Sarlin na pewno byłby wniebowzięty — dodał, starając się być dowcipnym, ale chyba słabo mu wyszło.
Neville nie wyglądał na pocieszonego, a Parkinson patrzyła tępo w przestrzeń, jakby zastanawiała się nad tym co dalej.
Do środka wsunęli się Draco z Zabinim i Harry nie mógł powstrzymać myśli, że powinni zablokować drzwi komnat Snape'a. Robił się o wiele za duży ruch, a to było niebezpieczne. W tej chwili uczniowie znajdowali się w dormitoriach z rozkazu McGonagall, ale już jutro pewnie miało się to zmienić.
— Przerwaliśmy coś? — spytał Blaise ciekawie.
— Zastanawiamy się, czy krew Longbottoma jest przesiąknięta czarną magią — stwierdziła Pansy i to było dziwne nieprzesiąknięte jadem.
Draco spojrzał na Neville'a całkiem poważnie i zmarszczył brwi.
— Bohaterowie zabijają — stwierdził Ślizgon, kompletnie ich zaskakując.