Dziękuję za komentarze :) Jako że są wakacje, postaramy się trochę przyśpieszyć z tłumaczeniem, ale nic konkretnego nie mogę obiecać.
Betowała Morwena
Rozdział 36
Kiedy wrócił do Hogwartu, słońce dopiero wyłaniało się znad horyzontu. Nie zdążył jeszcze wejść do zamku, kiedy zapiekł go Znak. Czyżby w rezydencji pozostały jakieś ślady jego obecności? Coś, co mogło spowodować, że Czarny Pan wzywał tylko jego? Bo to wyraźnie było indywidualne wezwanie. Zatrzymał się, żeby ukryć myśli pod grubą warstwą ciemności, a następnie ponownie pospieszył w stronę bramy, do punktu aportacji.
Ale nie musiał iść tak daleko. Voldemort stał tuż przed bramą. Jego jedwabne szaty unosiły się na wietrze.
- Severusie – powiedział. – Żądam, żebyś mnie wpuścił.
- Mój panie – odparł Snape, kłaniając się lekko. Uniósł różdżkę i zaczął zdejmować osłony. – Mogłeś je przełamać, panie – mruknął. – Nie rzuciłem żadnego zaklęcia, które naprawdę mogłoby cię odbić.
Czarny Pan zaśmiał się lodowato.
- Nie ma takiego zaklęcia, które mógłbyś rzucić, żeby mnie powstrzymać, gdybym zechciał wejść siłą. Jednak jesteśmy przyjaciółmi, czyż nie, Severusie? A przyjaciele pukają przed wejściem do swoich... domów.
- W rzeczy samej, mój panie. A ja cenię twoją przyjaźń ponad wszystko.
- Mam interes – powiedział Voldemort, mijając go i schodząc w dół południową ścieżką. – Zostaw mnie samego. Prawdopodobnie niebawem cię wezwę.
- Doskonale, mój panie. Spotkamy się później.
Snape skierował się w stronę zamku, wchodząc po schodach do głównego wejścia. Kiedy obejrzał się za siebie, Voldemorta już nie było, ale zmierzał w stronę jeziora, tam, gdzie stał grób. Tam, gdzie była różdżka.
Kiedy Snape wszedł do gabinetu dyrektora, Dumbledore czekał już na portrecie, nie zawracając sobie głowy udawaniem snu.
- Dumbledore – zaczął, nie patrząc nawet w jego stronę. Miał wrażenie, że spojrzenie na starego czarodzieja wywoła wizję zbezczeszczonego grobu...
- Severusie – powiedział Dumbledore z wyraźnym oskarżeniem w głosie. – Czy muszę ci przypominać, że jesteś dyrektorem tej szkoły? Że masz obowiązki...
Snape odwrócił się do portretu, zapominając o całym żalu.
- Masz coś do zarzucenia mojemu wykonaniu ?
- Więcej niż dwudziestu uczniów znikło z zajęć od czasu ferii świątecznych, a ty nawet o tym nie wspomniałeś. Wyobraź sobie moje zdumienie, gdy znalazłem ich w pokoju życzeń, żyjących jak jeńcy wojenni. Gdybym nie odkrył na zamku portretu mojej siostry i nie udał się do niej w odwiedziny... Część z nich jest ranna, Snape. Niektórzy byli torturowani. Uciekli, szukając schronienia, a ty nic nie zrobiłeś, nic nie powiedziałeś. Nie zauważyłeś tego czy może nie zostałeś poinformowany ? Nie byłeś wzywany od kilku tygodni, a mimo to ciągle nie ma cię w gabinecie. Podania o szlabany zajmują całe biurko, a ty na nie nawet nie spojrzałeś. Czy powinno dziwić, że Carrowowie wzięli wymierzanie sprawiedliwości w swoje ręce? Ile potrwa, zanim powiadomią Voldemorta, że jego dyrektor najwyraźniej stracił zainteresowanie prowadzeniem szkoły?
Snape najeżył się.
- Co konkretnie krytykujesz, Albusie? Niewywiązywanie się z moich obowiązków wobec Czarnego Pana czy wobec ciebie?
- Jedno i drugie.
- Rozumiem.
- Dokąd idziesz, Severusie? Co planujesz?
- Co niby mógłbym planować? Już skutecznie zakończyłeś moje życie. W tej chwili po prostu próbuję odroczyć egzekucję, żeby zyskać tyle czasu, ile to możliwe.
- Nie rozumiem, w jaki sposób to ma do czegokolwiek doprowadzić, chyba że odgrywasz swoją rolę . Ta wojna to coś więcej niż trójka dzieciaków w namiocie.
Snape w milczeniu wpatrywał się w portret. Jego szczęka drgnęła lekko, ale nie odezwał się.
- A myślałeś w ogóle o tym, jak poinformować Harry'ego o jego zadaniu?
- Dumbledore, wyobrażasz sobie, że ja...
- Myślałeś o tym? Czas nadchodzi, Severusie. Nawet ja widzę znaki, czuję napięcie. Musisz się przygotować. Nie możesz uciekać przed tym, co nieuniknione. Zachowuj się, jakby nic się nie zmieniło.
Zachowywać się, jakby nic się nie zmieniło... Voldemort przybył do Hogwartu, żeby zbezcześcić grób Dumbledore'a, a on ma się zachowywać, jakby nic się nie zmieniło. Westchnął w myślach. Najwidoczniej tak naprawdę nic się nie zmieniło.
- Czarny Pan jest na błoniach. Myślę, że oboje wiemy, po co przybył – powiedział znużonym głosem i odwrócił się w stronę drzwi do sypialni.
- Severusie! – Snape usłyszał głos dyrektora, ale zatrzasnął drzwi.
Narastała w nim wściekłość, chociaż nie wiedział, czy była skierowana na Dumbledore'a czy też na niego samego. Stary czarodziej oczywiście miał rację. Zaniedbywał swoje obowiązki wobec szkoły. Nie pojawił się na posiłku w Wielkiej Sali od dnia, w którym Minerwa zażądała jego obecności w swoim gabinecie. Nie zwołał zebrania pracowników, nie miał świadomości, że uczniowie znikli. Dzieci były ranione, mimo że on powinien mieć nad tym jakąś kontrolę.
Ale gniew wciąż był taki sam. Jakie prawo miał świat, żeby go o to prosić? Nie mógł zrobić wszystkiego, nie mógł być wszędzie. Jakim cudem był winny tak wiele tylu osobom? Usiadł na łóżku.
Potrzebował odpoczynku - zmęczenie ogarnęło całe jego ciało. Wyraźnie czuł, że nie ma ochoty ani na utrzymywanie otwartych oczu, ani na walkę ze stertą dokumentów zawalających jego biurko. Podania o szlabany mogą poczekać kolejne dwie godziny. Później pewnie będzie musiał udać się do Carrowów, żeby przypomnieć im, kto rządzi szkołą.
Ale nawet w trakcie drzemki prawdziwe zadanie majaczyło w jego umyśle, ciemne i niepokojące. Jakoś będzie musiał znaleźć sposób, żeby wyjawić Potterowi prawdę, żeby pokazać mu, jaki jest cel jego podróży, ostateczny krok planowany dla niego, odkąd był ledwie rocznym dzieckiem. W jakiś sposób będzie musiał powiedzieć synowi Lily, że musi umrzeć.
o-o-o
Hermiona stała na korytarzu Muszelki. Schnące włosy otaczały jej głowę niczym puszysty obłok. Po raz pierwszy od opuszczenia Grimmauld Place mogła wziąć prysznic i każda spadająca kropla sprawiała, że czuła się jak w niebie. Umyła włosy, a później zrobiła to jeszcze raz, chociaż dobrze wiedziała, że będą potem niewyobrażalnie poplątane. Zaklęcia czyszczące wystarczały przez te kilka miesięcy, które spędzili w namiocie, ale chociaż Hermiona czuła, że jej ciało było zadowalająco czyste, dostarczało jej satysfakcji zarówno stanie pod strumieniem wody tak gorącej, że jej skóra stawała się różowa, jak i obserwowanie brudu spływającego z jej ciała i znikającego w odpływie.
Ale to była jedyna domowa przyjemność, jakiej mogła zaznać tego ranka. Kiedy tylko wszyscy mieszkańcy się obudzili, zapanował chaos pełen kłótni. Ustalono dyżury gotowania i podawania posiłków. Fleur, Luna i Hermiona kolejno zajmowały się Gryfkiem. Harry i Ron wyszli na podwórko, żeby uniknąć udziału w zgiełku. Sytuacja była nie do opanowania. Muszelka nie była wystarczająco duża, żeby pomieścić siedmiu uchodźców i nowożeńców.
Było też jasne, że Bill się ich bał. Nigdy nie mówił wiele; prawdę mówiąc, nie odmawiał im niczego, o co poprosili, nigdy nie pytał, co robią ani jakim cudem wylądowali w jego ogródku z rannym goblinem i martwym skrzatem domowym. Ale strach w jego oczach był dobrze widoczny, szczególnie gdy w pobliżu była jego żona. Musiało być łatwo udawać, że nic się nie dzieje, tutaj, nad morzem, w pomalowanym na biało domku z niewielkim ogródkiem. A oni przynieśli ze sobą wojnę.
Bill zadecydował, że pan Ollivander, Luna i Dean przeniosą się do domu jego ciotki Muriel, gdzie dołączą do kryjówki pozostałych Weasleyów, żeby odciążyć Muszelkę. Ale wcześniej pan Ollivander miał spotkać się z każdym na osobności, żeby dokonać pomiarów koniecznych do zrobienia nowych różdżek - chyba wszyscy czuli się bez nich tak samo bezradni jak Hermiona. Bill dostarczył magiczną miarę i pan Ollivander ulokował się w malutkim pokoiku, który pierwotnie musiał być szwalnią albo żłobkiem, sądząc po tym, że był zbyt mały i niski na coś innego.
- Moja droga, zrobię to tak szybko i bezboleśnie, jak to możliwe – powiedział pan Ollivander, kiedy Hermiona weszła do pokoju. Zachichotała z grzeczności. Uśmiechnął się do niej, ale na jego twarzy malowało się wyraźne zmęczenie. Przed nią byli u niego Luna, Dean i Ron.
- Panie Ollivander, nie wiem, jak panu dziękować... To naprawdę...
- Robię, co mogę. Tylko tak potrafię pomóc – odparł. – Ręce?
Wyciągnęła ręce, a magiczna taśma wystrzeliła z jego palców, żeby zmierzyć długość od jej ramienia do palców, następnie od nadgarstka do łokcia, od ramienia do podłogi, od kolana do pachy oraz na końcu obwód głowy. Uniósł lekko jej rękę od różdżki, pozwalając taśmie mierzyć rozpiętość jej ramion. Dotknął jej palców, dłoni i nadgarstka. Później sięgnął po drugą rękę. Zawahała się.
- Panie Ollivander, tak z ciekawości... Wiem, że pamięta pan moją różdżkę...
- Winorośl i włókno z serca smoka – powiedział natychmiast. – Jedenaście cali. Giętka. Doskonała do transmutacji.
- Tak, to prawda. Więc dlaczego potrzebuje pan...
- Bo ludzie się zmieniają, panno Granger. Nie jesteś już tą samą dziewczynką, która siedem lat temu po raz pierwszy weszła do mojego sklepu. Jeśli mam zrobić różdżkę specjalnie dla ciebie, a zapewniam, że robię to niezwykle rzadko, chcę, żeby była dostosowana do twoich obecnych potrzeb.
Patrzyła na niego spokojnie.
- Dobrze.
- Ty... – powiedział miękko. – Podróżujesz z Harrym Potterem. Będziesz z nim aż do samego końca, jeśli się nie mylę.
Przytaknęła.
- Chcę, żeby miała pani najlepszą różdżkę, jaką mogę zrobić, panno Granger.
Hermiona przygryzła usta i podała mu lewą rękę. Ollivander dotknął każdego z jej palców. Rzucił jej szybkie spojrzenie, kiedy dotknął palca serdecznego, ale nie przerwał pomiarów.
- Myślę, że mam już wszystko, czego potrzebowałem.
- Panie Ollivander... – zaczęła przestraszona.
- Jestem wdzięczny za pomoc, ktokolwiek ją przysłał. Myślałem, że tam umrę – powiedział nagle Ollivander. – Powodzenia i z Bogiem, panno Granger. Zawołaj, proszę, pana Pottera.
Harry zniknął na długi czas. Kiedy w końcu wyszedł z tymczasowej pracowni Ollivandera, zawołał dwójkę swoich najlepszych przyjaciół do pokoju, który zajmował z Ronem, i rzucił na nich Muffliato .
- Sami-Wiecie-Kto ma Czarną Różdżkę – powiedział.
Hermiona gwałtownie wciągnęła powietrze. Ron pobladł.
- Widziałem to wcześniej, rano, po rozmowie z Gryfkiem. Poszedł do Hogwartu. Snape go wpuścił.
Hermiona utrzymała obojętny wyraz twarzy.
- Pytałeś pana Ollivandera? Powiedział... – zaczęła.
- Powiedział, że nie ma możliwości, żeby się upewnić.
- Ale, Harry... – wtrącił Ron.
- Powiedział, że myśli , że różdżka nie zadziała przeciwko swojemu panu. To musi wystarczyć.
- Ale wiedziałeś, gdzie była różdżka! – rzucił Ron. – Dlaczego... Dlaczego po prostu jej nie wzięliśmy? Gdybyś miał różdżkę i władzę...
- Nawet gdybym mógł go tam pokonać, nie zrobiłbym tego. Wczoraj w nocy, kiedy kopałem grób Zgredka, myślałem... To znaczy, wydaje mi się... Robimy to, czego chciał Dumbledore. Szukamy horkruksów. Po to nas wysłał. Różdżka... Zrobiliśmy, co się dało.
Hermiona złapała go za rękę. Nie znał niebezpieczeństwa; nie wiedział tego, co ona... nie wiedział, co będzie musiał zrobić. Ale wydawało jej się, że to przeczuwał. Może to przepowiednia sprawiła, że był tak cichy i ponury. Żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje .
- Ale wciąż nie mamy pojęcia, gdzie mogą być pozostałe horkruksy! – zawołał Ron.
- Wiemy – odpowiedział Harry, a Hermiona potaknęła.
- Co?
- Skrytka Bellatrix Lestrange. Słyszałeś, co ta kobieta mówiła, Ron. Była przerażona myślą, że mogliśmy się tam włamać. Sam-Wiesz-Kto musiał poprosić ją, żeby coś dla niego schowała.
- Ale nie możemy wejść do skrytki Gringotta...
Hermiona puściła dłoń Harry'ego i wyjęła z kieszeni klucz.
- Wciąż masz jej różdżkę?
- Tak, ale...
- Więc mamy jej różdżkę, włos i klucz. Są szanse, że...
- Jak... jak to zrobiłaś? – zapytał zdumiony Ron.
- W Malfoy Manor. Kiedy mnie... przesłuchiwała. Tuż przed waszym przybyciem. W zamieszaniu udało mi się go chwycić. Ona...
Harry uniósł dłoń.
- Rozmawiałem wczoraj z Gryfkiem – przerwał jej. – W zamian za miecz Gryffindora... Pomoże nam włamać się do Gringotta.
Na chwilę zapadła cisza.
- Ale bez miecza nie możemy zniszczyć horkruksów, nawet jeśli je znajdziemy – zaprotestował Ron.
- Musimy dobrze to rozegrać – odparł Harry. – Może uda nam się zniszczyć go w skrytce i dopiero wtedy oddamy miecz.
- Harry – zaczęła powoli Hermiona. – Myślałam o twojej bliźnie. Mówiłeś wcześniej, że możesz poczuć jego emocje, zobaczyć to, co on widzi...
- Hermiono, nie zaczynaj znowu. Nic na to nie poradzę!
- Posłuchaj! Harry, kiedy dzielicie umysł... słyszysz jego myśli?
- Czasami.
- Czasami? Jak często?
- Ostatnio... Trochę częściej. Jest bardzo podniecony.
- Więc jeśli uruchomilibyśmy jakiś alarm, opuszczając Gringotta... Gdyby on zaczął podejrzewać, co robimy...
Ron pochylił się. Chwycił Hermionę za ramię.
- Czekaj... Mówisz, że... jeśli będzie podejrzewał... Jeśli o tym pomyśli ... Może nas zaprowadzić prosto do ostatniego horkruksa?
Przytaknęła. Przez chwilę stali w ciszy. Gdziekolwiek ów przedmiot był, mieliby przerażająco mało czasu na dostanie się tam przed Voldemortem.
- To będzie się działo w mgnieniu oka – powiedział Harry. – Kiedy wejdziemy do Gringotta, wszystko potoczy się błyskawicznie.
Ron wsunął dłoń w dłoń Hermiony i wyciągnął rękę w stronę Harry'ego.
- Kiedy chcesz wyruszyć? – zapytała. Wydawało się, że wszyscy troje wiedzieli, że kiedy odejdą, nie będzie dla nich powrotu.
- Jak tylko dostaniemy różdżki. Odejdziemy, jak tylko dostaniemy różdżki.
o-o-o
Snape wyjął myślodsiewnię z szafki w gabinecie dyrektora i przeniósł ją do sypialni. Nie mógł zrobić tego, co zamierzał, na oczach Dumbledore'a.
Wydawało mu się, że kiedy sprawy zaczną się rozwiązywać, wszystko potoczy się bardzo szybko. Jeśli Voldemort wciąż wierzy w jego lojalność, będzie chciał utrzymać go przy życiu tak długo, jak się da, żeby nadal korzystać z jego usług. Nie zabije go do chwili, kiedy będzie pewien, że potrzebuje pełnej władzy nad różdżką. To właściwie pokrywało się z poleceniami Dumbledore'a. Jeśli nadejdzie czas, kiedy Lord Voldemort przestanie wysyłać swojego węża z poleceniami... Kiedy wszystkie - oprócz ostatniego - horkruksy zostaną zniszczone, ma powiedzieć Potterowi. Przypomniał sobie słowa Dumbledore'a.
To będzie wyścig... Kto dopadnie cię pierwszy, Harry czy Czarny Pan.
Zajrzał do myślodsiewni, kiedy stawiał ją na kufrze w nogach łóżka. To był jedyny sposób, jaki przyszedł mu do głowy, żeby zagwarantować dostarczenie wiadomości, w razie gdyby Czarny Pan znalazł go pierwszy. A tak naprawdę czy był inny sposób, nawet gdyby to Potter pojawił się wcześniej? Czy chłopak uwierzyłby, nawet słysząc od Hermiony, że Dumbledore wysłał go na śmierć? Z pewnością nie uwierzyłby, słysząc to od Snape'a. A Potter też będzie potrzebował siły. Czy podbuduje go wspomnienie jego matki, wiedza, jaką była wspaniałą czarownicą? Gdyby chłopak mógł zobaczyć, jak to wszystko się stało, jak ciężko pracowało tak wielu ludzi, jak ciężko pracowała Hermiona, żeby zapewnić jego zwycięstwo... czy wtedy stanie odważnie twarzą w twarz ze śmiercią?
Poza tym, oczywiście, była Hermiona. Tamtej nocy w namiocie powiedziała mu, że któregoś dnia będzie chciała usłyszeć wszystko o jego życiu przed ich ślubem. Zaśmiał się z goryczą. Z pewnością nie tak wyobrażała sobie ten dzień, pomyślał, chociaż sam nie wiedział, czego mogła oczekiwać. Godzina przed świtem w jakiś powojenny poranek? Miękka pościel i przytulanie? Szepty w ciemności? Nie sądził, żeby tak się łudziła. A jednak zasługiwała na to: na wyjaśnienie tego, co było wcześniej; powód - jeśli nie wymówka - dla którego był tym, kim był i zrobił to, co zrobił. Pożegnanie. Zasługiwała przynajmniej na pożegnanie.
Snape uniósł różdżkę. Początek. Nie było innej możliwości poza powrotem do początku, więc dotknął różdżką skroni i wyciągnął długie, srebrzyste pasmo, upuszczając je do myślodsiewni.
Lily jako dziecko, taka, jaką była przed Hogwartem. Usunięcie tego wspomnienia z umysłu bolało. Wiedział, że z pewnością zanurzy twarz w płynnym srebrze, zanim skończy, że ona powróci, ale to nie będzie takie samo jak oryginalne wspomnienie. Czuł się tak, jakby odcinał kawałki samego siebie. Ale może tak było dobrze. Może odcinał martwą tkankę, część serca, która umarła na długo przed narodzinami Harry'ego Pottera.
Była pierwszą i jedyną osobą, którą w dzieciństwie ośmielił się nazwać przyjacielem. Ponownie podniósł różdżkę i wyciągnął wspomnienie ich dwojga rozmawiających o Hogwarcie. Wiedział, jak w nim wygląda nawet bez zaglądania w myślodsiewnię. Był dziwnym dzieckiem, nawet jak na standardy czarodziejów. Był brzydko i niewygodnie ubrany i chociaż rodzina ojca - z którą przed Hogwartem utrzymywał raczej niezbyt bliski kontakt - twierdziła, że rośnie tylko jego nos, kiedy miał dziesięć lat, wyraźnie było widać, że tak nie jest. Poruszał się z dziwną mieszanką niepewności i arogancji, odziedziczoną, jak sądził, po matce, która przy całej dumie z własnej mocy pełna była lęku przed mężem. Ale wybrał to wspomnienie, ponieważ było tak ukochane przez niego jako dziesięciolatka. Pamiętał, że kiedy leżał pod baldachimem z liści, myślał, że Lily nie patrzy na niego tak jak inni – gdzieś ponad jego ramieniem, jakby nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. Ona patrzyła na niego troskliwie, z nadzieją i szacunkiem. Dla niej był kimś.
Później pociąg. Zastanawiał się, czy na pewno powinien użyć tego wspomnienia, ponieważ mogło ono obrazić chłopca. A jednak mimo to chciał, żeby to zobaczył... żeby wiedział... jak to się stało, co wydarzyło się między nim a Jamesem Potterem, kiedy tylko znaleźli się w jednym pomieszczeniu. Nie chciał żalu młodego Pottera, zauważenia, że wypadał niekorzystnie na tle nowych szat jego ojca i jego pulchnych, dobrze odżywionych policzków, ale chciał, żeby zobaczył, jak na samym początku zrodziła się między nimi rywalizacja. Żeby zobaczył to, co Snape wiedział już wtedy - instynktownie, nie umiejąc jeszcze wyrazić tego słowami. Stracił ją tego dnia. Stracił ją, zanim nawet dowiedział się, jak o nią walczyć.
Potem Tiara Przydziału i nadzieja, która w nim umarła, kiedy ona została przydzielona do Gryffindoru. Gdyby potrzebował potwierdzenia jej wyboru, tiara go upewniła. Wybrała ludzi, których on nie potrafił zrozumieć, wybrała rywalizację krwi, której nie dało się przezwyciężyć, chociaż on przez następne pięć lat udawał, że jest inaczej. Dodał kilka wspomnień z kolejnych lat, chociaż nie potrafił sprecyzować dlaczego. Żeby pokazać, że nie poddał się, nawet kiedy wszystko i wszyscy dookoła mówili, że to niemożliwe? Żeby pokazać, że było coś, że musiało być coś wartościowego, co w nim dostrzegła?
A później SUMy. Wspomnienie było kopią, prawdziwe usuwał już wiele razy. Próbował... lata po dołączeniu do Voldemort, po odejściu od niego, po tym jak młody Potter rozpoczął naukę w Hogwarcie... próbował usunąć je na dobre. Myślał, że jeśli nie będzie pamiętał tej jednej, okropnej rzeczy, chwili, w której własnymi rękami zniszczył ostatnią szansę, jaką mógł mieć, jeśli mógłby po prostu zapomnieć, że sam stworzył ścieżkę ku ruinie i destrukcji, może mógłby żyć bez tej miażdżącej nienawiści do samego siebie, którą odczuwał wieczorami, kiedy na zamku zapadała cisza. Ale nie mógł usunąć tego na długo. Na końcu zawsze musiał wiedzieć, dlaczego to zrobił, dlaczego stanął przed szaleńcem i przysiągł mu wierność.
Przez lata wmawiał sobie, że zrobił to, żeby udowodnić jej, że mógł stać się lepszy i potężniejszy niż Potter, jakby to ona sama chciała go tam wysłać. Ale to nie była prawda. Zrobił to, ponieważ kiedy skończyła się szkoła, a ona wyszła za mąż, czuł to samo co tego dnia na błoniach, kiedy to okropne słowo wyrwało się z jego ust: tę samą niszczącą złość, tę samą pieprzoną beznadzieję, świadomość, że ona go nie pokocha, a on nie może jej do tego zmusić. A nie chciał być beznadziejny, nie chciał być słaby. Widział, do czego mogą doprowadzić słabość i miłość. I wybrał przeciwieństwo. Ale było już za późno.
Było za późno, żeby się odkochać. Znał jej przyjacielskość, jej dobre i proste serce i było już za późno, żeby nie chcieć tego, czego i tak nigdy nie mógł mieć. Ale kiedy dostarczył przepowiednię, kiedy uświadomił sobie, co zrobił, jedyną myślą było: Nie . Nie. To się nie mogło dziać. Już wiedział, że zniszczył własne życie, odrzucił je dla jakiejś idiotycznej nastoletniej fantazji o miłości i nie mógłby znieść tego, że jego głupota zabrałaby również jej życie.
Więc poszedł do Dumbledore'a - jedynego człowieka wystarczająco potężnego, wystarczająco dobrego , jak sądził młody Snape, żeby to powstrzymać. Nie chciał dodawać tego wspomnienia, upokarzać się całkowicie jak wtedy na oczach Pottera, ale nie było wyboru. Jeśli chłopak miał uwierzyć, musiał to zobaczyć i Snape niechętnie wyciągnął wspomnienie ze skroni i upuścił je do pozostałych.
Ale ona i tak umarła. Umarła przez to, co zrobił, umarła, bo zdradził jedyną przyjaciółkę. Była w nim jakaś mała, naprawdę malutka, niezbadana część, która zastanawiała się, czy nie dołączył do Czarnego Pana, żeby ją rozzłościć. Jakby chciał powiedzieć: Patrz na mnie, Lily Potter. Patrz, do czego mnie doprowadziłaś. Mogłaś mnie uratować, ale teraz będę tym . I była część, która nawiedzała go w pierwszych godzinach po jej śmierci. Czy mógł być tak nierozważny, tak małostkowy, żeby zniszczyć ich oboje w przypływie złości? Czy zabił jedyną osobę, która kiedykolwiek okazała mu przyjaźń, ponieważ był zazdrosny? Czyli zawsze taki był: zdolny do zniszczenia zabawki, którą nie mógł się bawić? Wstręt do samego siebie spłynął po nim tak ciężką i silną falą jak tamtej nocy.
Żałoba... Nie istniały słowa mogące ją opisać. To było niemożliwe do ujęcia w pojedynczym wspomnieniu. Voldemort upadł, ale to nie wystarczyło. Nic nie mogło wystarczyć - tylko jego własna śmierć. Gdyby Dumbledore nie wezwał go tamtej nocy... nie dał mu zajęcia... czegoś, co mogłoby zrekompensować to, co zrobił... był pewien, że nie przeżyłby tamtej nocy. Wrzucił wspomnienie do misy.
Czy znowu to robił? Czy to zrani Hermionę? Czy jego ostatnim działaniem na tym świecie będzie zniszczenie własnej żony, złamanie jej serca tak jak złamane było jego własne? Pomyślał o niej ponownie - o tym, jaka była tej nocy w namiocie, jak spokojnie mówiła o jego patronusie.
Nie było żadnego wspomnienia, żadnego sposobu na przekazanie Hermionie, że jego patronus zmienił się w noc śmierci Lily, w noc, gdy siedział w gabinecie Dumbledore'a i czuł głęboko w sercu wagę tego, co zrobił. Dumbledore zaproponował mu zawarcie umowy, a on ją przyjął. Patronus pojawił się, jak sądził, jako przypomnienie jego zdrady i zobowiązania do opieki nad Potterem. Zawsze. Bez względu na wszystko.
I wywiązywał się z tego. Wywiązywał się, mimo że Potter rozwścieczał go, sprawiał, że Snape czuł się jak dziecko w przedziale pociągu, rozbite i nic nie warte. Wyrwał z umysłu kilka wspomnień o pierwszym roku Pottera w Hogwarcie... Quirrell... Te okropne miesiące, kiedy Znak zaczął pojawiać się na jego przedramieniu... Nie, nigdy się nie zachwiał.
Ale teraz sięgał do sedna sprawy i zawahał się. Uniósł różdżkę, żeby wyciągnąć z umysłu noc, w której Dumbledore powrócił do Hogwartu z przeklętą ręką. Mógł je zatrzymać. Mógł zatrzymać wspomnienie po tym, jak Dumbledore poprosił go, żeby go zabił. Nie musiał ujawniać, o co jeszcze został poproszony. Mogli zachować to w sekrecie... na zawsze, jeśli by tego chciała.
Ale odkrył, że nie chce zachować tego sekretu, a jeśli znał żonę, będzie próbowała oczyścić go z zarzutów nawet po jego śmierci. Brała swoją przysięgę bardzo poważnie; pamiętał - z lekkim bólem i uczuciem - że ukradła ich akt zawarcia małżeństwa, że chciała go, jak powiedziała, na jego proces . Jego proces. Czy naprawdę wierzyła, że proces się odbędzie? Że mógłby go znieść, jeśli by do tego doszło? Był na procesie przez siedemnaście lat. Usunął wspomnienie z umysłu.
Później ich ślub. Teraz poczuł, że łzy napływają mu do oczu. Jak to się mogło dziać? Jak to możliwe, że siedział tam, wspominając zdradę i morderstwo przyjaciółki z dzieciństwa, jego miłości, bez pogorszenia nastroju, a teraz na wspomnienie raczej nieprzyjaznej rozmowy między nim a Hermioną znalazł się na krawędzi załamania? Były tam rzeczy... Słowa, które chciałby cofnąć. A ona... Och, niemal się roześmiał, mimo żalu ściskającego jego serce w szponach... Powiedziała: I zapewniam pana, że pańskie ciało nie interesuje mnie bardziej niż wielka kałamarnica.
Hermiona. Chciał, żeby Potter zobaczył, co musiała zrobić, jak czysta była jej odwaga od samego początku. Chciał, żeby wiedział, że wahała się, kiedy Dumbledore kazał jej to przed nim ukrywać, chciał, żeby Potter usłyszał, jak ona mówi, że gdyby wiedziała, że robi to, aby uratować jego, a nie Snape'a - i tak by to zrobiła. Gdyby tylko był sposób, żeby powiedzieć jej, że zrobiłby to jeszcze raz, że odwołałby swoje argumenty i docinki. Gdyby tylko mógł wziąć jej ręce we własne i poślubić ją odpowiednio, powiedzieć jej, że nie było nikogo innego... Że nigdy nie było nikogo takiego jak ona.
Ponownie uniósł różdżkę. Miał plan do ujawnienia, informacje, które musiał przekazać Potterowi... Rodzice Hermiony, pomysł pułapki, który zaszczepił w Mundungusie Fletcherze, wypadek z uchem George'a Weasleya. Nic, o czym ona by nie wiedziała, ale Potter uznałby to za przytłaczające. Uśmiechnął się złośliwe. Przez krótką chwilę wyobraził sobie, jakby to było widzieć twarz Pottera po obejrzeniu tych wspomnień. Jaką perwersyjną przyjemnością byłoby obserwowanie, jak chłopiec jest zmuszony do weryfikacji całego swojego światopoglądu.
Ale całe rozbawienie szybko zostało zmiażdżone przez wiedzę, że następne będzie wspomnienie o informacjach od Dumbledore'a. Powoli przywołał wspomnienie. Niesamowita gra cieni w gabinecie dyrektora w trakcie ciszy nocnej, kiedy wszystko inne było ciche; sposób, w jaki Dumbledore chodził i mówił, napięcie na jego twarzy, jego słowa, które nawet we wspomnieniu wciąż pozbawiały Snape'a tchu.
[u]- Powiedz mu, że tej nocy, kiedy Lord Voldemort próbował go zabić, kiedy Lily poświęciła swoje własne życie, klątwa zabijająca odbiła się, trafiając w Lorda Voldemorta, a kawałek jego duszy oderwał się od całości i wniknął w jedyny żywy organizm w walącym się budynku. Część Lorda Voldemorta żyje w Harrym i to właśnie ona daje mu znajomość mowy węży i połączenie z umysłem Voldemorta, którego nigdy nie rozumiał. A kiedy ten fragment duszy, niezauważony przez właściciela, pozostaje nienaruszony i chroniony przez Harry'ego, Voldemort nie może umrzeć.[/u]
- Więc chłopiec... Chłopiec musi umrzeć? - powiedział.
- A Voldemort musi postarać się o to osobiście, Severusie. W tym rzecz.
Snape nie pokazywał więcej Dumbledore'a. Nie dodawał żadnej wskazówki co do Czarnej Różdżki ani nic więcej na temat jego planów. Potter potrzebował siły, nie niepewności w ostatniej chwili, a Snape nie chciał być osobą, która zniszczy wyobrażenie chłopca o dyrektorze. Hermiona będzie mogła powiedzieć mu później... Jeśli przeżyje. Jeśli uzna to za właściwe. Hermiona. Z ogromnym żalem podniósł różdżkę po raz ostatni i wyciągnął z umysłu wspomnienie, w którym siedział obok niej w namiocie, a ich dłonie stykały się, gdy czytali jej notatki o horkruksach. To konkretne wspomnienie... Miał nadzieję, że umrze razem z nim. Powinien być sam. Ale jeśli miał... Jeśli miałby wybrać jedną rzecz, na której chciałby zakończyć życie, wybrałby tę. Obserwował srebrzystą nitkę wpadającą do misy. Nie chciał zostać bez tego wspomnienia dłużej niż kilka chwil.
Snape oglądał własne wspomnienia. Oglądał je, jakby umarł i widział te wydarzenia odgrywające się na nowo przed jego oczami. Wydawało mu się, że w tym, co widział, było trochę okropnego piękna. To było kiepsko przeżyte życie, ale jego życie, w którym mimo dziwnych i krętych dróg, jakie wybierał, kochał i był kochany.
Kiedy kończyło się ostatnie wspomnienie, widział siebie pochylającego się i obejmującego dłońmi twarz Hermiony, widział zaproszenie w jej oczach, jej usta zbliżające się do niego. Podszedł i obserwował, jak ich usta się łączą, jak jej ramiona obejmują jego szyję.
Kiedy Snape ze wspomnienia odsunął się, powiedział: Pamiętasz, jak powiedziałem ci, żebyś nie powtarzała mi swoich planów? Że sprawy wypowiedziane głośno są trudniejsze do ukrycia?
A jego piękna, wojownicza żona spojrzała na niego ze łzami w oczach i skinęła głową.
Snape obserwował, jak teleportuje się z namiotu, a później poczuł, jak unosi się i ponownie znalazł się w sypialni. To było jedyne pożegnanie, jakie potrafił jej dać.
o-o-o
Harry, Ron i Hermiona przez większość dnia zajęci byli planowaniem. Gryfek zgodził się narysować im mapę podziemnych tuneli i skrytek. Miał towarzyszyć im w Gringotcie, ukryty pod peleryną niewidką, żeby pomóc im ominąć ochronę. Później miał to być zwykły wyścig z eliksirem wielosokowym.
Hermiona położyła się na łóżku. Sypialnia była pusta, nie było Luny. Kiedy ostatnio miała cały pokój tylko dla siebie? Chyba w wakacje przed szóstym rokiem, niemal dwa lata wcześniej. Od tamtej chwili zawsze ktoś był... Lavender i Parvati albo Harry i Ron... Poczuła się dziwnie samotna. Odwróciła się na bok i spojrzała na puste łóżko, które powinna zajmować Luna. Hermiona wiedziała, że dziewczyna była teraz z Weasleyami. Była bezpieczna wśród przyjaciół. Tego chciała dla Luny, oczywiście, ale nie mogła opanować tęsknoty za jej obecnością. Luna ze swoimi dziwnymi oświadczeniami. Luna, która widziała Snape'a i mogła odpowiedzieć na wszystkie pytania. Jak on w ogóle ich odnalazł?
I jakby wezwała go przez myśl o nim, Hermiona poczuła, że jej pierścionek robi się ciepły. Zdjęła go, nagle czując zadowolenie z tego, że jest sama.
Słowa na obrączce były dziwne, ale odwoływały się do czegoś niemal zapomnianego. Powiedz to.
Powiedz to? Powiedzieć co?
Nagle w jej umyśle pojawił się obraz: Snape, zarumieniony i spocony, jego rozszerzone oczy i włosy opadające na jej twarz.
Powiedz to.
- Severus – szepnęła.
Nagłe ciepło na palcu spowodowało, że ponownie zdjęła pierścionek.
Idę.
Podniosła się z łóżka i wyjęła pelerynę niewidkę z torebki, która przez cały dzień leżała zapomniana na krześle. Szybko zarzuciła na siebie pelerynę i na palcach zeszła na dół, do holu, przemknęła przez kuchnię i wyszła na dwór.
Biegła w stronę granicy posesji, czując pod bosymi stopami trawę i ukłucia kamieni. Kiedy przeszła przez bariery zaklęcia Fideliusa, jej skóra zaczęła mrowić.
- Severus – szepnęła ponownie, ale nie odpowiedział, więc wyciągnęła rękę spod peleryny i poczuła miękki, ciepły nacisk, kiedy napotkała jego rękę. Poprowadził ją na kamienisty klif nad oceanem, nie puszczając jej dłoni. W końcu najwyraźniej dotarli do odpowiedniego miejsca i usiedli. Pozwoliła pelerynie zsunąć się z jej ramion i opaść na ziemię.
Nie odzywał się, ale wyczuła jego nastrój. Był w nim tej nocy jakiś cichy ból, a gdy siedziała obok niego na krawędzi, z nogami spuszczonymi w dół, wiedziała, że przybył, żeby patrzeć z nią na nieskończoność.
Siedzieli w ciszy, obserwując, jak fale rozbijają się o skały pod nimi. Kiedy była dzieckiem, zanim poznała magię, wydawało jej się, że magia jest w morzu, w jego ciągłym życiu i beztroskim lekceważeniu śmiertelników. Dla morza ich wojny i bitwy były jedynie krótką chwilą w niekończącym się czasie. Tutaj nie miało znaczenia, kim próbowała być albo czym miała się stać. Było to pocieszające, chociaż nie potrafiła powiedzieć dlaczego.
Oparła głowę na ramieniu męża i poczuła ciepło jego ciała kontrastujące z chłodem powietrza. Czas nadchodził i nie mogła go zatrzymać, podobnie, jak nie mogła zatrzymać fal.
