Skarbiec siedemset siedem
Pojedyncze wątki, nawet gdy przeplatają się wzajemnie, nie dają wskazówki do powstającego obrazu.
Severus znowu stał w gabinecie dyrektora. Była noc. Dumbledore wisiał z jednej strony podobnego do tronu fotela stojącego za biurkiem, najwyraźniej ledwo przytomny. Jego prawa ręka zwisała z podłokietnika, czarna i spalona. Snape zaczął mruczeć zaklęcia, celując różdżką w nadgarstek, kiedy lewą ręką przytrzymywał czarę pełną gęstego, złotego eliksiru, wlewając go w gardło Dumbledore'a. Po paru chwilach Dumbledore zamrugał oczami i je otworzył.
— Dlaczego — powiedział Snape bez wstępu. — Powiedz mi jeszcze raz, dlaczego włożyłeś ten pierścień? Miał na sobie klątwę, to pewne, że to sobie uświadomiłeś. Dlaczego go w ogóle dotknąłeś?
Severus potarł skroń i wrócił wspomnieniami do prawie identycznej sytuacji, mającej miejsce już prawie tydzień temu. Wtedy pierścień Marvolo Gaunta leżał na biurku przed Dumbledore'em. Był pęknięty. Obok leżał miecz Gryffindora.
Dumbledore się skrzywił.
— Byłem… głupcem. Okrutnie skuszonym…
— Skuszonym czym?
Dumbledore nie odpowiedział.
— To istny cud, że udało ci się tu wrócić! — Snape był wściekły. — Ten pierścień miał nadzwyczajną moc, możemy mieć jedynie nadzieję, że to powstrzymamy. Na razie uwięziłem klątwę na jednej ręce…
Dumbledore podniósł swoją poczerniałą, bezużyteczną rękę i zbadał ją, tak jakby miał przed sobą ciekawy okaz.
— Świetnie się spisałeś, Severusie. Jak myślisz ile czasu mi jeszcze zostało?
Ton Dumbledore'a był towarzyski, równie dobrze mógł pytać o pogodę.
Snape zawahał się, po czym powiedział:
— Nie umiem powiedzieć. W tej chwili może rok. Bez głębszych badań, nie dam rady powstrzymać takiej klątwy na zawsze. Będzie się rozprzestrzeniać, a ostatecznie, jej siła wzrośnie.
Dumbledore uśmiechnął się. Wydawało się, że nie przejął się wiadomością, że zostało mu mniej niż rok życia. Snape spojrzał ponownie w dół na pęknięty pierścień i miecz.
— Myślałeś, że uszkodzenie pierścienia złamie klątwę?
— Coś w tym stylu… Bez wątpienia, bredziłem… — powiedział Dumbledore.
Z wysiłkiem wyprostował się na krześle.
Severus wrócił ponownie do chwili obecnej, gdy dyrektor zaczął mówić.
— Jestem szczęściarzem, ogromnym szczęściarzem, że cię mam Severusie.
— Gdybyś tylko wezwał mnie trochę wcześniej, może nie musiałbym teraz tak się męczyć — powiedział Snape gwałtownie. — Myślisz, że cieszy mnie przesiadywanie w tych wszystkich zakurzonych księgach, jakbym nie miał nic innego do roboty?
— Cóż, doprawdy, to ułatwia sprawy.
Snape spojrzał kompletnie zdumiony. Dumbledore się uśmiechnął.
— Czarny Pan gdy usłyszał o twoim wypadku stwierdził, że chyba czas najwyższy byś przeszedł na emeryturę, gdyż zaczynasz mieć początki demencji. Zaczynam sądzić, że ma rację.
Dumbledore zdawał się nie słyszeć, ostatniej części wypowiedzi.
— Aż tak się martwi moją osobą?
— Rozczaruję cię, bardziej przejmuje się uczniami.
W gabinecie na moment zapadł cisza.
— Voldemort chce usunąć mnie ze stanowiska?
— Myślę, że taki jest plan Czarnego Pana — odparł Snape siadając na krześle na przeciwko biurka Dumbledore' a. — Wierzy, że szkoła będzie wkrótce w jego rękach, tak.
— A jeżeli tak się stanie — powiedział Dumbledore. — Obiecasz mi, że zrobisz wszystko co w swojej mocy, żeby ochronić uczniów?
Snape kiwnął sztywno głową.
— Gdy teraz o tym pomyślę, to może mieć w tym rację. Jestem już starym człowiekiem i zaczynam popełniać zbyt wiele błędów. Chyba nadszedł czas, by przekazać stery wam młodym, kiedy ja ruszę ku dalszej, wielkiej przygodzie.
Snape uniósł brwi, a jego ton był sardoniczny, kiedy zapytał:
— Zamierzasz dać mu się zabić?
— Oczywiście, że nie. Ty musisz mnie zabić.
Zapadła długa cisza, przerwana tylko cichym trzaskiem dobiegającym z żerdzi feniksa. Fawkes obgryzał kawałek mątwy.
— Mam to zrobić teraz? — głos Snape'a był pełen ironii. — A może dać ci parę chwil na ułożenie epitafium?
— Och, jeszcze nie teraz — Dumbledore uśmiechnął się. — Ośmielę się stwierdzić, że ten moment sam się znajdzie z biegiem czasu. Widząc co dzisiaj się stało — wskazał uschniętą rękę — możemy być pewni, że stanie się to szybciej niż później.
— A niby dlaczego ja? Co z moją duszą?
— Ty sam najlepiej wiesz czy uratowanie starego człowieka przed bólem i upokorzeniem skrzywdzi twoją duszę — powiedział Dumbledore. — Proszę cię o tę jedną, wielką przysługę, Severusie. To, że umrę przed końcem tej wojny, jest równie pewne jak to, że Armaty Chudley'a skończą na samym końcu tabeli. Wyznam, że wolę szybki, bezbolesny koniec, niż długą, barbarzyńską przeprawę z Greybackiem. Albo z kochaną Bellatrix, która lubi się bawić jedzeniem zanim je zje.
Mówił to lekkim tonem, ale jego niebieskie oczy przeszywały Snape'a, tak jakby mógł zobaczyć jego duszę. W końcu Snape, krótko skinął głową.
Dumbledore wydawał się tym usatysfakcjonowany.
— Dziękuję, Severusie…
— Jednakże mam swoje warunki.
— Nie spodziewałbym się po tobie niczego innego — odpowiedział zadowolony dyrektor.
— Zrobię to tylko w ostateczności. I tylko wtedy, gdy Czarny Pan nie pozostawi cienia wątpliwości, że chce cię zabić.
— To jest do zaakceptowania. Tym bardziej, że proszę cię o tak wiele, Severusie.
— A także, twoja głupota posłuży mi jako przykład na zajęciach. Może widok uschniętej ręki u pogromcy Grindelwalda będzie wystarczający, by pobudzić wyobraźnię tych pustogłowych idiotów, których nazywamy uczniami.
Dumbledore zachichotał i sięgnął po cytrynowego dropsa.
— Dobrze wiedzieć, że moja głupota może przysłużyć się kolejnym pokoleniom. To wielce pocieszające.
Severus tylko pokręcił głową.
— Powinienem cię zostawić na pastwę tej klątwy. Oszczędziłoby mi to wiele kłopotu.
— Obaj wiemy, że twoje sumienie nie pozwoliłoby ci tego zrobić.
Mistrz eliksirów powstrzymał skurcz oka.
— Wracając do sprawy pod ręką — wskazał na poczerniałą dłoń Dumbledore'a. — Udało mi się na tyle opanować klątwę, że nie powinno dojść ponownie do takich ataków. Sugeruję jednak, żebyś się nie nadwyrężał przez tydzień lub dwa.
— Dobrze się zatem składa, że mam jak wypełnić ten czas — dyrektor wyciągnął z szuflady stos różnych pożółkłych wycinków ze starych gazet, ulotki i nadpalone pergaminy. — Skupię się nad nakreśleniem poprzedniej drogi i kampanii Voldemorta w jego dążeniu do dominacji nad czarodziejską Wielką Brytanią.
Severus ściągnął brwi i sam sięgną po jeden z artykułów.
— Widzisz Severusie, z początku działania Voldemorta były znacznie bardziej nastawione na politykę. Jak się wydaje, podobnie dzieje się również i teraz. Pierwotnie wciągał on do swojej grupy w zasadzie samych młodych dziedziców, ze znaczących rodów, mających dziedziczyć w przyszłości miejsca w Wizengamocie. Była to silna grupa działająca pod nazwą Rycerze Walpurgii. Z biegiem lat stali się oni silnym lobby politycznym. Zdołali obalić wiele praw i wnieść korzystne dla nich poprawki w ustawodawstwie. Muszę przyznać, że z częścią z nich sam się zgadzałem. To do ich inicjatywy należy zapobieżenie zakazom wykorzystywania niektórych form magii, a także walka o silniejsze zabezpieczenia magicznych dzieci. To właśnie na kanwie tych prac powstał obecny nowy departament — Dumbledore zmarszczył brwi i sięgnął po pióro, by nanieść jakąś uwagę na wycinek, który właśnie przeglądał. — Chcieli bardziej zróżnicować społeczność magiczną i wypracować uwspółcześniony systemu edukacji. Dopiero kiedy poczytalność Voldemorta wreszcie całkowicie zaczęła się rozpływać około 1970 roku(1), ta grupa została rozwiązana, a Tom uformował Śmierciożerców w ich miejsce. Z tego co odkryłem w swoich badaniach, to mniej więcej w tym czasie, stracił on ostatecznie swoje człowieczeństwo, a zabicie kogoś, kto nie zgadzał się z jego polityką, uważał za najlepsze rozwiązanie. Wszystkie pierwsze ofiary Śmierciożerców to najsilniejsi i najbardziej frustrujący przeciwnicy polityczni, których Voldemort napotkał podczas próby politycznego przebicia — Dumbledore spojrzał na Snape'a i uśmiechnął się smutno. — Tak więc widzisz Severusie, w historii Voldemorta jest ukryte dużo więcej rzeczy, niż tylko bezmyślne niszczenie i jawny terroryzm.
— Brzmisz jak dumny dziadek, który sądzi, że jego wnuk zrobił kolosalny błąd, ale jest jeszcze dla niego szansa — Severus wyglądał szczerze zaskoczony. — Czyżby ta klątwa zaczęła wpływać na twoje wątpliwe zdrowie psychiczne.
Dumbledore zachichotał na to i pogładził zdrową ręką brodę.
— Z pewnością coś w tym jest. Tom Riddle był genialnym chłopcem, gdyby tylko nie zszedł na złą drogę, byłby jednym… Cóż… jednak gdybanie co by było gdyby, nie zmieni chwili obecnej. Czy mógłbyś Severusie powtórzyć ponownie, co było powiedziane na ostatnim spotkaniu. Nie pomijając żadnego szczegółu?
— Tak, Czarny Pan z niechęcią przyznał, że czasy się zmieniły i oczywiste jest, że ta sama taktyka, która była stosowana poprzednio nie będzie działać tak skutecznie teraz. Co dziwne, Czarny Pan otwarcie mówił, że chce porzucić niektóre plany, zwłaszcza te, które nakreślił, gdy był już dość szalony. I ogłosił to całkiem szczerze.
— To jest zaskakujące, że przyznał się do popełnienia jakiś błędów w przeszłości, kontynuuj.
— Następnie przeszedł do omówienia nowego sposobu rekrutacji swoich zwolenników — Severus spojrzał niewidzącym wzrokiem w kominek za Dumbledore'em. — Podsumował swoje poprzednie obietnice jako łatwy sposób schlebiania tym bardziej gwałtownym i łatwowiernym z jego sług. I wyśmiał pojęcie globalnego panowania czarodziejskiej arystokracji nad słabszymi, prostszymi mugolskimi chłopami jako bajkę, w którą i tak wierzyli tylko najbardziej dotknięci chowem wsobnym ze starych rodzin czystej krwi, którzy nigdy nawet nie rozmawiali z mugolem albo nie przeszkadzało im dowiedzieć się chociaż pojedynczej rzeczy o mugolskim świecie, przez całe swoje życie.
— Tak, trzeba by być całkowicie nieświadomym tego, jak działa reszta świata, żeby coś takiego wydawało się możliwe — pokiwał głową ze zrozumieniem dyrektor.
— Dokładnie — stwierdził Snape. — Czarny Pan podkreślił, że w tym momencie, w jego planach nie ma absolutnie żadnego miejsca dla ludzi, którzy są tak głupi, że mogą złapać się na takie bzdury — zaszydził Severus. — Z tego, co zdołałem zebrać z rozmów z Lucjuszem, jest on obecnie w trakcie przygotowań do wprowadzenia przyszłych planów. Niestety, nie jestem zaznajomiony z żadnym z nich.
— Cóż, domyślam się kilku z nich — westchnął Albus. — Wiele propozycji ustaw, które ostatnio zostały zaproponowane, choć wyglądają dość niewinnie, zwłaszcza gdy spojrzy się na nie tylko powierzchownie, kryją pewne niepokojące aspekty, wychodzące na jaw, dopiero kiedy złoży się je wszystkie razem. Jest to dużo trudniejsze do wykrycia, gdyż wszystkie one wydają się pochodzić z różnych źródeł — Dumbledore zabębnił palcami w blat biurka. — Mogę to porównać do drobno tkanego gobelinu. Pojedyncze wątki, nawet gdy przeplatają się wzajemnie, nie dają wskazówki do powstającego obrazu. Dopiero później, gdy wszystkie elementy są razem i całokształt jest widoczny, uderza w nas ogrom prac, które zostały włożone i co zostało stworzone.
— Chcesz powiedzieć, że wygląda to tak, jakby Czarny Pan chciał przejąć ministerstwo od wewnątrz — warknął Snape.
— Dokładnie tak jest.
Obaj czarodzieje popadli w niewygodną ciszę.
oOo
Rankiem 15 sierpnia w kominku umieszczonym w pubie Dziurawy kocioł pojawiły się dwie postacie. Pierwszy pojawił się mężczyzna, wysoki, trzydziestokilkuletni, o arystokratycznych rysach twarzy. Odszedł od paleniska robiąc miejsce kobiecie, która wyszła bezpośrednio za nim. Czarownica była wysoką i smukłą blondynką o długich włosach. Dokładny obserwator mógłby powiedzieć, że ma błękitne oczy, delikatne dłonie oraz alabastrową cerę bez skazy.
— Pani Malfoy — wymamrotał Tom, a gdy Narcyza przeszła obok niego pochylił powoli głowę.
— Dzień dobry — odpowiedziała czarownica.
Towarzyszący jej mężczyzna tylko nieznacznie kiwnął głową właścicielowi pubu i podążył za swoją znajomą do tylnych drzwi prowadzących na małe, zamknięte podwórko. Stojąc przed ścianą, Narcyza wyciągnęła różdżkę i zastukała trzy razy w mur przed nimi. Natychmiast cegły zaczęły wirować i przekręcać się. Ich oczom ukazała się mała dziura, która z każdą chwilą robiła się coraz większa, aż w końcu para stała przed sklepionym przejściem tworzącym bramę na wąską ulicę, będącą aleją Pokątną. O tej porze miejsce było spokojne, zostało jeszcze trochę czasu do otwarcia sklepów. Przeszli pod kamiennym łukiem. Mężczyzna ścisnął mocniej drewnianą skrzyneczkę, którą niósł, gdy jego spojrzenie skrzyżowało się z obszarpanym żebrakiem siedzącym przed wejściem do jednego ze sklepów. W wielu witrynach wisiały plakaty z podobiznami poszukiwanych Śmierciożerców, którzy uciekli z Azkabanu.
— Nie traćmy czasu — mężczyzna podał ramię pani Malfoy, a ta chętnie je przyjęła.
Skierowali swoje kroki w stronę śnieżnobiałego budynku, który wyrastał ponad okoliczne sklepy. Bez przeszkód dotarli do stóp marmurowych schodów doprowadzających do wielkich brązowych drzwi banku. Para nie zaszczyciła spojrzeniem ani dwójkę goblinów stojących przed głównym wejściem, ani tych stojących przed wewnętrznymi drzwiami, które zostały wykute w srebrze i na których widniał wiersz ostrzegający przed straszną zemstą każdego potencjalnego złodzieja.
Sekundę później para stała już w ogromnej marmurowej sali banku. Przy długiej ladzie siedziało kilku goblinów i obsługiwało pierwszych klientów tego dnia. Narcyza Malfoy podeszła do starego goblina, który oglądał grubą złotą monetę przez soczewkę. Goblin podrzucił monetę, która wylądowała na boku.
— Leprechaun — powiedział i wtedy dopiero spojrzał na klientów przed nim. — Pani Malfoy — przywitał czarownicę — jak mogę pomóc dzisiaj?
— Chciałabym wejść do skarbca swojej siostry — powiedziała spokojnie Narcyza.
— Madame — tchnął goblin, najwyraźniej zaskoczony. — Czy szanowna pani ma klucz?
Pani Malfoy podała do sprawdzenia mały złoty kluczyk. Po chwili otrzymała go z powrotem.
— Wygląda na to, że wszystko jest w porządku. A pan? — goblin zapytał mężczyznę.
— Muszę zdeponować coś w skarbcu siedemset siedem — położył szkatułkę na marmurowej ladzie.
Goblin rzucił na nią tylko okiem i kiwnął głową.
— W porządku — powiedział kasjer. — Zaraz państwo zostaną zaprowadzeni do obu krypt.
Starszy goblin siedzący za ladą klasnął i szybko podszedł do nich młodszy.
— Będę potrzebował brzękadeł — powiedział goblinowi, który gdzieś pobiegł i wrócił za moment ze skórzaną torbą, która wydawała się być pełna brzęczącego metalu. Wręczył on ją staremu goblinowi.
— Dobrze, dobrze. Madame Malfoy proszę za mną — powiedział stary goblin, zeskakując ze swojego stołka i znikając im z linii wzroku. — Zabiorę cię do skarbca — nagle ukazał się im skacząc wesoło przed nimi. Torba na jego ramieniu cały czas pobrzękiwała.
— Zaczekaj Bogrod — inny goblin stanął na końcu lady. — Dzwoń głośno, wydaje się, że dziś są wyjątkowo niespokojne. Wybacz mi madame — kiwnął głową w kierunku Narcyzy i odszedł.
Bogrod kiwnął przyswajając sobie nową informację i otworzył przed nimi drzwi. Znaleźli się w wąskim, kamiennym korytarzu, oświetlonym płonącymi pochodniami. Korytarz biegł nieco w dół, a w posadzce widniały wąskie szyny. Goblin pstryknął palcami, by wezwać mały wózek, który podjechał do nich powoli tocząc się wzdłuż ciemnego tunelu. Po chwili wszyscy wsiedli do niego. Szarpnęło i wóz odjechał nabierając szybkości. Z początku pędzili labiryntem krętych korytarzy, wózek kręcił i obracał się przez zawiłe przejścia, będąc nachylonym na dół. Hałas był taki, że nic nie można było usłyszeć. Włosy Narcyzy rozwiewały się, gdy manewrowali między stalaktytami. Na ostrym zakręcie minęli wodospad, szybko przejechali przez niego i nagle ich nosy i oczy zapełniły się wodą. Przez chwilę nie byli w stanie oddychać ani nic ujrzeć. Nagle wózek gwałtownie skręcił i zostawili wodospad daleko w tyle. W końcu wszyscy stali z powrotem na ziemi.
— To było czarujące — powiedział mężczyzna wypluwając wodę z ust.
— To nie była zwykła woda — wyjaśnił Bogrod. — Jest to jeden z naszych sposobów ochrony, zmywa wszystko, każdy czar i każde zaklęcie.
Czarodziej pokręcił tylko głową i rzucił na siebie i swoją towarzyszkę zaklęcie suszące.
— Dziękuję, prowadź dalej goblinie — powiedziała pani Malfoy, której włosy teraz skręcały się w jasne loki.
— Proszę za mną, już nie daleko — powiedział goblin idąc w ciemność.
Gdy skręcili za róg ujrzeli coś, na co byli przygotowani, lecz mimo tego i tak było przerażające. Olbrzymi, czerwony smok strzegł dostępu do skarbca. Smok zwrócił łeb w ich stronę i ryknął, a z jego paszczy wydostał się kłąb ognia.
— On jest częściowo ślepy — rzekł Bogrod. — Jednak przez to i bardziej dziki. Jednakże, mamy sposób, by kontrolować go. To nauczyło się, czego oczekiwać kiedy brzękadła przychodzą.
Goblin sięgną do torby i wyjął z niej kilka małych metalowych przedmiotów. Kiedy nimi potrząsnął wydały z siebie dziwne, wysokie dźwięki.
— Wiecie, co robić — Bogrod powiedział wręczając po brzękadle czarodziejom. — Kiedy on to słyszy spodziewa się bólu. Wycofa się.
Goblin zadzwonił, a mężczyzna skrzywił się, słysząc ten dźwięk sam czuł nieprzyjemne wibracje w głowie. Smok nagle cofnął się. Bogrod podszedł do drzwi i położył na nich swoją szponiastą dłoń i po prostu nagle drzwi roztopiły się ukazując wnętrze wypełnione po brzegi złotymi monetami i pucharami.
— Lumos — Narcyza oświetliła swoją różdżką skarbiec.
Belki były całe w klejnotach, po kątach stały zbroje, góry złotych monet, kolumny srebrnych i stosy małych brązowych knutów piętrzyły się wszędzie na około. Tu i tam leżały różne puchary, porozrzucana była także biżuteria. Miejsce przypominało trochę piracki skarbiec z opowieści dla dzieci.
— Rozejrzyjmy się — powiedział czarodziej. — Czarka ta jest mała i złota i ma wygrawerowanego borsuka na niej.
Skierowali swoje różdżki do każdego kąta i szczeliny, obracające nimi ostrożnie w miejscu. W pewnym momencie zauważył błysk tego, czego szukał.
— Tu jesteś — prawie zamruczał — tam na górze.
Narcyza skierowała w to samo miejsce swoją różdżkę i ich oczom ukazała się mała, złota filiżanka, która należała kiedyś do Helgi Hufflepuff. Mężczyzna machnął swoją różdżką w jakiś skomplikowany sposób, czarka zadrżała i zaczęła się rozciągać, aż w miejscu stały dwie takie same filiżanki. Jedno szybkie, sprężyste machnięcie różdżką później i oryginalne naczynie płynęło powoli w powietrzu prosto do otwartej skrzynki. Gdy tylko złote ścianki dotknęły atłasowej wyściółki, mężczyzna ostrym machnięciem różdżki zamknął wieko i podniósł opakowanie.
— Mamy to, po co przyszliśmy — powiedział, odwracając się do goblina — a teraz krypta siedemset siedem.
Wsiedli ponownie do wózka, który popędził ponownie tunelem, omijając w tym czasie wodospad. Tory wznosiły się coraz wyżej i wyżej, a kiedy tak mknęli ciasnymi korytarzami, robiło się coraz zimniej. Przejechali z hałasem nad podziemną przepaścią i mężczyzna wychylił się, by zobaczyć, co jest na jej ciemnym dnie, w dole dostrzegł zarys kolejnego smoka, który właśnie w tym momencie zapragnął wypuścić ogień z pyska. To wyjaśniało, czemu na dole było znacznie cieplej niż na górze. Kilka zakrętów później dotarli do drzwi krypty siedemset siedem. Bogrod pogładził wejście jednym ze swoich długich palców, a to po prostu się rozpłynęło. Ze środka buchnęły kłęby zielonego dymu, a kiedy się rozwiały, ujawniło się wnętrze również wypełnione monetami. Mężczyzna wszedł do środka i rzucił niedbale skrzyneczkę na jeden ze złotych stosów. Część galeonów zsunęła się z brzdękiem na podłogę i potoczyła pod nogi czarodzieja. Ten niedbale je kopnął z powrotem do wewnątrz skarbca. Rozglądając się ostatni raz, kiwnął zatwierdzająco głową i energicznie odwrócił się od małej fortuny, wychodząc z krypty. Drzwi zamknęły się za jego plecami z głuchym łoskotem.
Po kolejnej dzikiej przejażdżce wózkiem stanęli przed bankiem Gringotta, mrużąc oczy w słońcu.
— Mój Panie, czy za nim wrócimy, możemy jeszcze odwiedzić lodziarnię Floriana Fortescue? Obiecałam Draco, że mu przyniosę jakieś lody, gdy będę na Pokątnej — powiedziała cicho pani Malfoy.
— Oczywiście, moja młoda żona z pewnością również ucieszyłaby się z niektórych — odpowiedział Lord Voldemort.
— A właśnie, jak tam Rea? Czy wakacje jej służą? — zapytała czarownica kierując się w północną stronę ulicy.
— Z całą pewnością — odparł czarnoksiężnik. — Mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że nie widziałem jej jeszcze tak szczęśliwej. Korzysta ze swojej wolności jak nigdy dotąd — dodał z lekkim uśmiechem.
— To miłe — Narcyza również delikatnie się uśmiechnęła. — Mając takie środki, nie musi się niczym krępować.
— Moja droga Narcyzo, Rea nie ma pojęcia o tym skarbcu — mężczyzna cicho parsknął. — Dostarczam jej wszystkiego, czego potrzebuje, tak by nie musiała się kłopotać wycieczkami do banku.
Między parą zapadła cisza.
— Tak, czy może mi pan powiedzieć, o co chodzi z tymi spornymi regulacjami, na które tak bardzo narzeka obecnie mój mąż?
— Chodzi pani z pewnością o próbę naśladowania starego Prawa Rappaport amerykańskiej społeczności czarodziejów.
— Czy prawo to nie jest zbyt ekstremalne jak na nasze brytyjskie standardy? — zapytała zmieszana.
— Właśnie dlatego drogi Lucjusz ma takie problemy — powiedział Voldemort. — Prawo Rappaport zostało uchwalone w 1790 roku przez ówczesnego prezydenta MACUSA, Emily Rappaport. Stanowiło o całkowitej segregacji między czarodziejami i mugoli. Według niego bratanie się z mugolami było zbrodnią, nakazywało absolutnie minimalny kontakt z nimi, dopuszczalny wyłącznie w zakresie niezbędnym do wykonywania codziennych czynności. Czarodziejom w Ameryce nie wolno było nawet zaprzyjaźnić się z mugolem, a co dopiero poślubić jednego. Była to odpowiedź na pewną dość ohydnych zbrodnię, wykorzystującą lukę w Międzynarodowym Kodeksie Tajności, która spowodowała wiele kłopotów i ogromny skandal w amerykańskiej społeczności. Nie wspominając już, jak wiele żyć czarownic i czarodziejów znalazło się w niebezpieczeństwie — Czarny Pan zatrzymał się przed lodziarnią i spojrzał na witrynę. — Oczywiście, z biegiem czasu magiczna społeczność w Ameryce stała się znacznie bardziej liberalna w egzekwowania Prawa Rappaport w ostatnich dziesięcioleciach, aż w końcu zostało ono zniesione w 1965 roku(2). Uchylenie go w całości miało za zadanie przyjęcie równości i postępu. Co ciekawe stał za tym wnuk pani prezydent – Emil Stanislaw Rappaport. Pół krwi prawnik, którego ojciec wyemigrował z Ameryki na kontynent, a konkretnie do Polski. Obecnie Amerykanie używają i dostosowują mugolskie narzędzia i metody, których nasze społeczeństwo czystej krwi nie jest nawet świadome, że istnieją. Jednakże to daje im o wiele więcej opcji i możliwości, nie tylko do obrony, ale również do tropienia przestępstw, a także do ataku. Ich formy komunikacji są bardziej bezpośrednie i zróżnicowane, ponieważ nie opierają się na kominkach lub sowach. Jeśli dostosowaliby całą mugolską technologię do magicznego świata, udowodniliby również, że czarodzieje są lepsi i wydajniejsi od mugoli. Amerykańskie magiczne społeczeństwo nie jest również tak bezbronne wobec mugolskiej broni, ponieważ posiada zrozumienie jej działania i wie jak jej przeciwdziałać. I my też zamierzamy do tego dążyć.
— Panie, wybacz, ale nie rozumiem — Narcyza spojrzała z lękiem na Czarnego Pana. — Czy oba te pojęcia wzajemnie się nie wykluczają?
— Na pierwszy rzut oka, tak — czarnoksiężnik zgodził się. — Zamierzamy czerpać z ich przeszłości, by nie popełnić tych samych błędów. Jako, że wszyscy ludzie są różni i to na poziomie podstawowym, nasze pokojowe współistnienie nie jest możliwe, stąd koncentrujemy się na segregacji ogółu społeczeństwa magicznego od niemagicznego. Jednocześnie nie odcinamy się od niemagicznego rządu. Wprost przeciwnie, pogłębiamy z nimi współpracę — Voldemort parsknął rozbawiony — ciężko byłoby posiadać samodzielnie działający rząd, skoro w rodzinie królewskiej płynie magiczna krew. Dążylibyśmy do współpracy między naszymi niewymownymi, a ich naukowcami rządowymi, by dostosować ich wynalazki do naszego świata. Mugoloznawstwo stałoby się obowiązkowym przedmiotem i to od pierwszego roku, tak by przyszłe pokolenia były świadome, że koło nas żyją naprawdę niebezpieczni ludzie. A dobre zrozumienie ich świata jest do tego niezbędne.
Myśli Narcyzy wciąż biegły do tego co powiedział jej Czarny Pan, gdy wybierała smaki lodów dla swojego syna. Było to z pewnością zupełnie nowe podejście do problemu mugoli, takie o którym jeszcze nie słyszała. Wydawało się jednak wyjątkowo rozsądne, zwłaszcza, gdy jej Pan tak podkreślał, że mugole są siłą, z którą należy się liczyć, a nie marnym robactwem jak mawiali jej rodzice. Po powrocie do domu będzie musiała samodzielnie zapoznać się ze wszystkimi proponowanymi ustawodawstwami.
oOo
Neville,
Dzięki za podpowiedź co zrobić z tak zarośniętym ogrodem. Moja sąsiadka jest dużo starsza od Dumbledore'a i nie ma już siły, by o niego dbać. A Twój pomysł sprawdzi się u niej idealnie.
I tak, ja też nie mogę w to uwierzyć, że tym roku mamy mieć kompetentnego nauczyciela od obrony. A przynajmniej taki się wydaje po podręcznikach, które mamy kupić. A już poważnie zacząłem wątpić, czy znajdzie się ktoś, kto chętnie obejmie tę przeklętą posadę. Będąc przy tym temacie… Mając teraz w rękach sporo czasu, zacząłem przeglądać różne książki, do których mam wolny dostęp. Nadal trzymam się myśli, żeby zostać w przyszłości uzdrowicielem, a nie można zwalczyć klątw i skutków ciemnej magii bez zrozumienia czym jest czarna magia. Może i ktoś by stwierdził, że zagłębiłem się nieco więcej, niż było to absolutnie konieczne do tego rodzaju zadania, ale to głównie dlatego, że byłem znudzony i miałem czas. Wiem, że nie jestem w tej chwili ekspertem, i mimo wszystko przeciętny czarnoksiężnik z łatwością powiedziałby, że nadal ślizgam się tylko po powierzchni, to jednak jestem zdania, że wiele rzeczy, które ministerstwo zakazało pod pretekstem, że jest to „mroczne" jest tylko umotywowanymi politycznie śmieciami, gdyż nie ma w tym mroku w ogóle. Kopiąc dalej, w rzeczywistości, stwierdzam, że polityka i prawodawstwo jakie mamy obecnie jest kompletnie pomieszane i uszkodzone. Wiele z naszych ograniczeń i przepisów dotyczących tego czym jest zakazana magia a czym nie jest, nie ma najmniejszego sensu. A to nie tylko to. Byłem w szoku, gdy przeczytałem, że jeśli czarownice będę obchodzić równonoc letnią, rytuały te są uważane za czarnomagiczne, ale jednocześnie, gdy te same rytuały będą wykonywać tego dnia wile, to już jest to dopuszczalne i ma konotacje białej magii. Przez te prawa my już nie świętujemy Samhain lub Beltane, stare rytuały zostały utracone w zakamarkach historii, a to co zostało jest znacząco wypaczone. A co najgorsze, przez to cierpi magia. Z pokolenia na pokolenie wszystkie magiczne istoty są coraz słabsze, a ich moc staje się niestabilna.
Harry pomyślał, że rozwinięcie duchowych zwyczajów byłoby czymś dobrym do zrobienia w życiu. Była to jedna z tych rzeczy, którym Rea nigdy tak naprawdę nie poświęcał wiele uwagi w swoich nastoletnich latach. Nikt też zbytnio od niego tego nie wymagał, gdyż przyjmowało się, że osoba tak młoda nie doceni właściwie magii stojącej za rytuałami religijnymi i może jeszcze poprzez swoją postawę obrazić niechcący duchy. Starsi członkowie rodziny wprowadzali młodego czarodzieja lub czarownicę w mistycyzm, gdy ci kończyli swoje lata 30-te, i to tylko w tych rodzinach, które były naprawdę bardzo religijne i zagorzałymi wyznawcami starych sposobów.
Religia nigdy nie interesowała ani Harry'ego, ani Reę wcześniej, ale po rytuale więzi stał się jej niezwykle ciekawy. To był tylko jeden rytuał i on był zaskoczony, jak mocno na niego wpłynął. To było jakby jego oczy zostały otwarte na całą gałąź magii, o której wcześniej nie wiedział, że w ogóle istniała. To co przeżył sprawiło, że magia stała się namacalnym bytem i on jej doświadczył osobiście, i to było prawdziwe. Harry nie mógł uwierzyć, że był nieświadomy tego aspektu kultury czarodziejów tak długo. A jego rytuał więzi stał się katalizatorem do poznania go wzdłuż i wszerz. Nie przeszkadzało mieć Bathildę mieszkającą tak blisko i chętnie dzielącą się swoją wiedzą również i w tym temacie. Czarownica znała nie tylko pogańskie zwyczaje, ale również powody ich zakazania.
Pewnie zastanawiasz się, co mnie na Merlina skłoniło do zaczęcia rozmyślań na ten temat. Odpowiedź jest śmiesznie prosta – książki pani Bagshot. Od nich się zaczęło i zacząłem poszukiwać kolejnych pozycji, o których autorka napomknęła w przypisach.
Zacząłem zadawać sobie pytanie czym w rzeczywistości jest mroczna magia. I przez kogo jest definiowana. Z tego co mogłem zebrać z książek, pierwotne znaczenie i współczesna konotacja tego pojęcia, to dwie zupełnie inne rzeczy, różniące się od siebie kolosalnie. Piętno będące dzisiaj, z tymi wszystkimi uprzedzeniami i przeinaczeniami, zawdzięczamy głównie ludziom dzierżącym władzę nad magiczną społecznością, jeszcze przed uchwaleniem statutu tajemnicy. A każde kolejne pokolenie dokładało do tego kolejną cegiełkę.
Bathilda w „Upadku pogańskiej magii" ukuła termin Stara Magia – potężnej siły, z którą właściwe sposoby obcowania zostały utracone w momencie, gdy tradycje wypadły z łask. A stało się tak prawie całkowicie w wyniku różnych kampanii propagandowych, prowadzonych przez ludzi u władzy w danym czasie, których motywy stoją pod znakiem zapytania. Bagshot daje do zrozumienia, że nierzadko ludzie ci twierdzili, że dana magia jest „zła", raczej nie dlatego, że rzeczywiście była zła, częściej gdyż osoba lub grupa mogła dzięki temu zyskać większą moc lub ziemię albo wpływy. Mgły czasu jednakże zasłoniły prawdziwe historie stojące za uprzedzeniami, fabrykacjami i kłamstwami.
Tak szczerze, to pewnie powinniśmy się o tym wszystkim dowiedzieć na historii magii, ale mając Binnsa, to nawet jeśli o tym mówił, to wszyscy to przespaliśmy. I to jest smutne.
Z weselszych spraw, to dostałem list od Luny. Wróciła już ze swoich letnich wojaży i pisze z nich sprawozdanie do następnego numeru Żonglera. Podobno wraz z ojcem dokonali jakiegoś niesamowitego odkrycia. Uwielbiam Lunę, jednak stawiam trzy sierpy, że nic z tego nie będzie.
Harry często zastanawiał się nad fenomenem, którym była Luna Lovegood. Był pewien, że dziewczyna widzi dużo więcej niż wszyscy inni, o czym świadczyło chociażby ich pożegnanie na koniec roku. Miała niezwykły talent, może właśnie posiadała to prawdziwe wewnętrzne oko, o którym tak paplała Trelawney na wróżbiarstwie. Tak czy inaczej, Harry wiedział na pewno, że nie chce, by dziewczyna została wplątana w nadchodzący konflikt. Była na to za delikatna. Chciał ją ochronić i przed swoim mężem i przed Dumbledore'em. Gdyby wiedzieli, każdy z nich próbowałby wykorzystać Lunę do poprawienia swojej sytuacji. I bardziej nie ufał w tym dyrektorowi niż Voldemortowi, a o czymś to świadczyło. Krukonka budziła w nim wyjątkowy instynkt opiekuńczy.
W razie czego, gdybyś zobaczył jakiegoś chrapaka u siebie w ogródku, to śmiało możesz do niej napisać, a sowa nie padnie z wycieńczenia.
Pozdrów swojego mimbulus mimbletonia ode mnie.
Harry
Harry zapieczętował list, musiał poczekać aż Cassini wróci z polowania żeby go wysłać. Zaczął rozważać myśl, która nawiedziła go podczas opisywania jego badań nad czarną magią, nie mógł zaprzeczyć, że stawał się coraz bardziej podobny do Toma na przestrzeni tego lata. Jednocześnie jednak byli oni nadal bardzo różni. Zgadza się, mieli podobne, ale jednak odmienne tła.
Tom Riddle został wychowany w świecie, który nie miał absolutnie żadnych oczekiwań wobec niego w ogóle. Nawet po tym, jak wszedł do świata magii i zaczął uczęszczać do Hogwartu, był uważany za mugolaka w Slytherinie. Niewidoczny, bez żadnej mocy politycznej w ogóle. Harry miał oczekiwania całego czarodziejskiego świata zrzucone na swoje barki od chwili, gdy tylko postawił stopę na Pokątnej w wieku jedenastu lat. I on prawie stale starał się, nawet jeśli tylko podświadomie, żeby spełnić te oczekiwania, by nie zawieść wszystkich. Dochodziło do tego dzieciństwo, można by się kłócić o podobieństwa i różnice, i był absolutnie pewien, że byłaby to zażarta dyskusja. To, co było najważniejsze, jak Harry przypuszczał, to to jakim dorosłym stał się Voldemort, a jakim stanie się on.
Z doświadczeń Rei, Harry nauczył się jakiś czas temu, że nic nie jest czarno-białe. Nic nie jest gładkie i proste. Ci, którzy tak myślą są osłonięci przed prawdziwym światem, a gdy dorosną czeka ich nagłe, niezbyt przyjemne przebudzenie. Pod tym względem, zarówno Ron jak i Draco byli podobni. Harry wyobraził sobie ich miny, gdyby dowiedzieli się, że mają tyle wspólnego. Ta myśl poprawiła mu humor, cicho się śmiejąc, poszedł napić się herbaty.
~ II ~
Nota autora: (1) na angielskiej Wikipedii można przeczytać, że w książce informacja o pierwszych działaniach Śmierciożerców przypada na lata 70. Idąc tym tropem, wcześniej zwolennicy Czarnego Pana byli zrzeszeni pod nazwą Rycerzy Walpurgii. Wiem też, że większość Śmierciożrców z wewnętrznego kręgu była blisko spokrewniona z pierwszymi osobami podążającymi za Tomem Riddle'em jeszcze w czasie szkoły.
(2) za harrypotter wikia.
Jak widzicie udało mi się zakończyć rozdział zgodnie z terminem. Chociaż miałam dużo mniej czasu na pisanie, niż pierwotnie zakładałam. Czuję się taka dumna. Ale moje własne uczucia na bok, Dumbledore ma przeklętą rękę. Snape zmywa mu głowę za tak lekkomyślne działania. Poznajemy coraz lepiej zarys planów Czarnego Pana dla magicznej Wielkiej Brytanii. W sumie nic dziwnego, że Severus nie jest w nie wtajemniczany, nawet gdyby jego lojalność nie była poddana w wątpliwość, to co mistrz eliksirów zdziałałby na arenie politycznej. Dobrze, że ma Lucjusza, inaczej nic by nie wiedział, biedaczek.
wilk - właśnie temu zostawiłam ostrzeżenie pod poprzednim rozdziałem, wiedząc że może to być mylące. Syriusz miał od małego wbijane do głowy jaki to wspaniały jest Lord Voldemort i czego on nie zrobi dla czarodziejskiego świata. I chociaż jako dziecko mógł tego nie rozumieć, to jednak w nim to zostało. Syriusz nigdy nie byłby po stronie Voldzia, gdyż ten reprezentował tzw. "mroczną" stronę, czyli wszystko to od czego Black chciał się odciąć. I zrobiłby to nawet z czystej przekory, by tylko utrzeć nosa własnej rodzinie.
WomenInBlue - nie będę bić... za mocno. ;)
Tom jest Tomem i każde posunięcie zostało przez niego dokładnie przemyślane. I jakoś ciężko byłoby mi sobie wyobrazić Voldemorta, który z charyzmatycznego przywódcy-psychopaty stał się romantycznym, zakochanym idiotą, który porzuca swoje plany.
Syriusz, chociaż zapierał się wszystkimi czterema łapami, to i tak poznał wewnętrzną wiedzę rodziny Black. Wystarczył mu rzut oka na eliksir, by wiedzieć co się dzieje. W dzienniku były zapisane tylko gołe szczegóły, smaczki przekazywane były ustnie.
Nie zgadłabyś, że to Tonks, gdyż w kanonie jest to kolejna postać z niewykorzystanym potencjałem. Posiadając taką umiejętność, powinna być silnym graczem podczas wojny, a praktycznie robiła tylko za błazna. A przynajmniej tyle wiemy z książek.
Powrót do Hogwartu będzie... ciekawy. Co do nazwiska, to nadal będzie używał Potter. Nasze dwa gołąbki zostały sobie poślubione przez magię, a nie przez urzędnika ministerstwa, więc w papierach nic się nie zmieniło. A przynajmniej na razie...
Anuii - Voldemort zgadza się z Tobą w stu procentach. We wszystkim, a ja jako autorka mu przytakuję. Jeśli chodzi o te bariery krwi, to mnie już to gryzło po pierwszym przeczytaniu Czary ognia. Zaraz po jej wydaniu. Wydaje mi się, że jest to jedna z tych rzeczy, o których Rowling nie pomyślała.
I tak, Zakon Płonącego Kurczaka jest zbity z tropu. I mimo, że czasami mają jakieś przebłyski inteligencji przekraczające poziom ogółu społeczeństwa, to nadal brak im logiki i samodzielnego myślenia. A przez to aż proszą się o kogoś takiego jak Czarny Pan, który przyjdzie i twardą ręką poprowadzi ich i naprawi wszystkie błędy.
A czy to nowość, że Dumbledore jest starym, manipulującym draniem? Próbował i połowicznie mu wyszło. Horacy wraca do Hogwartu, a Snape dostanie OPCM.
Jeśli chodzi o Syriusza, to czym skorupka za młodu nasiąknie... to stary kundel będzie wiedział na starość. Już to dziś pisałam, Black chociaż nie chciał, był uczony o tajemnicach rodziny. Dla niego najważniejsze było bezpieczeństwo Harry'ego, przecież właśnie dlatego uciekł z Azkabanu, bo zobaczył Glizdogona tak blisko chrześniaka.
I tak właściwie w Zakonie, tylko Syriusz znał tę "dobrą" stronę Voldemorta. Wszyscy inni należeli do rodzin, które utożsamiały mroczną stronę od razu ze złem. A Blackowie byli blisko Czarnego Pana za nim ten jeszcze oszalał, do tego byli na tyle blisko, by oddać mu Reę za żonę.
Coś jest nie tak z powiadamianiem o nowych rozdziałach, nie przejmuj się.
Teraz, krótkie ogłoszenie na temat kolejnego rozdziału:
Postaram się, żeby był za tydzień, jeśli jednak go nie będzie, to pojawi się za dwa tygodnie.
c.
