Pierwsze dwa dni morderczego treningu płynęły nadzwyczaj wolno. Lekcje dłużyły się niemiłosiernie mimo tego, że na każdej z nich nauczyciele, poinformowani przez dyrektora o zbliżającym się spotkaniu z Voldemortem, starali się pomóc Harry'emu dając mu do nauki różne zaklęcia ofensywne i defensywne ale również starając się wmówić mu, że oni sobie ze wszystkim poradzą. Harry wszystkie takie rozmowy starał się skrócić do absolutnego minimum ale zdarzali się tacy, którzy kompletnie nie zważali na jego wysiłki starając się być przyjacielscy i opiekuńczy. Wśród nich przodowała opiekunka Gryfonów, Minerwa McGonagall. We wtorek, na jednej z lekcji w czasie której klasa ćwiczyła zaklęcie transmutujące ptaka w miotłę nauczycielka poprosiła Harry'ego na bok. Brunet niechętnie odłożył właśnie czytaną książkę o niewykrywalnych sposobach zabójstw i podszedł do nauczycielki.

- O co chodzi, pani profesor? – Spytał zmęczonym głosem.

- Chciałam tylko porozmawiać chwilę o najbliższym poniedziałku. – Powiedziała spokojnie kobieta uważnie obserwując bruneta.

- Jeśli po raz drugi chce mi pani uświadomić, że ma wszystko pod kontrolą, nic mi nie grozi i takie tam to naprawdę proszę sobie darować. – Powiedział znużony Harry. – Jeśli Tom będzie chciał wejść do zamku to po prostu to zrobi i już. Pod tym względem jesteśmy do siebie bardzo podobni. Zarówno on jak i ja zawsze zmierzamy do celu nie ważne ile będzie nas to kosztować. Tacy już jesteśmy.

- Zawsze można jakoś temu zaradzić. Nie pozwolimy zbliżyć się Voldemort'owi do pana. Dzisiaj na zebraniu ustalimy plan działania i jutro powiadomię pana o podjętych krokach. – McGonagall poklepała Harry'ego pocieszająco po ramieniu i pozwoliła mu wrócić na miejsce. Zirytowany tępym uporem nauczycielki Harry wrócił do swojej lektury jednak kompletnie nie mógł się na niej skupić. Gdy rozbrzmiał dzwon oznaczający koniec lekcji na dzisiaj Harry poderwał się szybko z miejsca i wyszedł pośpiesznie z klasy. Przeszedł przez przejście za gobelinem i wszedł w najbliższe wejście do Komnat Salazara. Przeszedł szybko do gabinetu, odłożył swoje rzeczy, wyjął kartkę pergaminu, pióro i kałamarz, położył na biurku i usiadł. Wpatrywał się długi czas w pustą kartkę zastanawiając się jak zacząć. Po kilku minutach myślenia jak to wszystko napisać poddał się. Odłożył wszystko na swoje miejsce i z cichym westchnieniem teleportował się do sypialni by przygotować się do treningu.

Późnym popołudniem Harry właśnie kończył trening z Danem. Już dowiedział się, dlaczego mężczyzna martwił się o grubość ścian, ale na szczęście były odpowiednie grubo. Brunet po raz kolejny krzyknął z bólu upadając na ziemię. Po chwili Dan przerwał zaklęcie i podszedł do niego bliżej.

- W porządku? – Zapytał podając chłopakowi rękę. Harry, wciąż trzęsąc się z bólu wstał z ziemi przy pomocy nauczyciela.

- Nie jest tak źle. – Mruknął pocierając miejsce, w które trafiło zaklęcie.

- Idzie ci coraz lepiej. Spróbujemy jeszcze raz i na dzisiaj skończymy. – Powiedział Dan. Harry pokiwał głową mając już szczerze tego dość.

Jak się okazało manipulacja tarczą okazała się bardzo łatwa w porównaniu z utrzymywaniem jej, więc w niedzielę wieczorem opanował już tą umiejętną w wystarczającym stopniu. Od poniedziałku zaczęli prawdziwy trening. W czasie spotkania Tom na pewno spróbuje jakoś ośmieszyć go przy pomocy zaklęć niewybaczalnych, więc musiał znaleźć na nie jakiś sposób. W czwartej klasie nauczył się przełamywać Imperiusa więc jedno miał już z głowy. Avady nie miał możliwości przełamać, więc jedynym wyjściem był unik, ale zostawała jeszcze ulubiona klątwa Toma. Cruciatus. Przed nim też żadna tarcza nie było w stanie uchronić bruneta, ale mógł przynajmniej postarać się nie okazywać bólu. W tym celu Dan raz za razem traktował go niewybaczalnym a Harry starał się przynajmniej nie zwijać z bólu. Potrafił tak przez jakieś trzydzieści sekund jednak później ból był na tyle silny, że Harry padał na ziemię wyjąc z całej siły. Najgorsze było to, że jeśli zbyt wiele razy pod rząd został potraktowany tym zaklęciem tracił przytomność na dość długo i Dan miał problemy z budzeniem go.

- Wytrzymam jeszcze trochę. – Powiedział cicho Harry.

- Ledwo stoisz na nogach. Musisz odpocząć a ja mam za chwilę zebranie. Po za tym czy nie chciałeś dzisiaj gdzieś się wybrać?

- No tak. Faktycznie. Dzięki za przypomnienie.

- Dobra. Gotowy? – Harry pokiwał głową prostując się gotowy na przyjęcie zaklęcia. – Crucio!

Harry starał się rozluźnić jednak wszystkie komórki jego ciała krzyczały z bólu a on sam po kilku sekundach dołączył do nich. Dan przerwał szybko zaklęcie i podbiegł do bruneta. Przytrzymał go za ramiona nie pozwalając mu upaść.

- No dobra. Zażyj teraz eliksir uśmierzający ból i idź się położyć. – Powiedział Dan podając brunetowi mały flakonik. Harry wziął go delikatnie i wypił całą jego zawartość mając ochotę zaraz ją zwrócić. Oddał flakonik i potrząsnął głową starając się przywrócić jasność myślenia.

- Dzięki. Do której potrwa zebranie? – Spytał Harry stojąc już o własnych siłach.

- Nie powinno trwać dłużej niż do dwudziestej drugiej. Choć McGonagall wspominała coś, że dyrektor chce ze wszystkimi poważnie porozmawiać. - Odpowiedział Dan. Harry przeczesał ręką włosy przypominając sobie wcześniejszą rozmowę z nauczycielką transmutacji.

- Dyrektor chce ustalić dzisiaj plan działania na poniedziałek. McGonagall powiedziała, że nie pozwolą Tomowi zbliżyć się do mnie. Kiedy jej powiedziałem, że Tom będzie do tego dążyć nawet po trupach ta powiedziała, że da się temu zaradzić. Nie wiem, co dyrektor kombinuje, ale już mi się to niepodobna.

- Nie przejmuj się tym i zostaw to nam. Postaramy się coś z tym zrobić. – Powiedział spokojnie Dan uśmiechając się trochę.

- Nie trzeba. Mam już plan, więc zgódźcie się na wszystko, dobrze? – Dan spojrzał na niego zdziwiony, ale uśmiechnął się.

- Dobrze, młody. Ale nie zawal tego. I daj nam znać, jeśli plan jakoś się zmieni. – Odparł Dan klepiąc chłopca po plecach. – A teraz lepiej idź, bo nie zdążysz.

- Jasne. Dzięki za trening. – Harry wyszedł z Pokoju Życzeń i udał się najbliższym zejściem do Komnat Salazara. Za godzinę miało się rozpocząć zebranie, więc miał godzinę by trochę odpocząć. Wziął szybki prysznic i przebrał się w czyste rzeczy. Położył się na łóżku, rzucił szybki czar budzący i zasnął.

Obudził się godzinę później wciąż czując się koszmarnie po treningu. Wstał z łóżka i poszedł do garderoby, z której wyciągnął sobie czarny płaszcz. Zarzucił go sobie na ramiona i wyjął Mapę Huncwotów. Sprawdził na niej czy wszyscy nauczyciele byli już na zebraniu. Sprawdził wszystkie kropki i stwierdził, że brakowało tylko dyrektora. Odszukał go na piątym piętrze. Stał tam z dwoma innymi kropkami opatrzonymi imionami…

- Kurwa, co to ma być? Prima Aprilis? – Parsknął Harry nie dowierzając własnym oczom. Obok napisu Albus Dumbledore znajdowały się Ron Weasley i Ginny Weasley. Zmierzali razem do pokoju nauczycielskiego. Harry porwał z krzesła pelerynę-niewidkę, zarzucił ją na siebie i pognał do odpowiedniego przejścia.

Wyszedł na piątym piętrze i sprawdził szybko gdzie teraz był dyrektor. Znalazł go na Ruchomych Schodach zmierzającego na parter do pokoju nauczycielskiego. Ruszył szybko za nimi rzucając pośpiesznie wszelkie zaklęcia jakie znał by tylko Dumbledore go nie wyczuł. Wyciszył też maksymalnie swoją aurę i podkradł się do starca.

- …zebraniu. Chciałbym, by wszyscy to usłyszeli. – Powiedział cicho dyrektor prowadząc uczniów szybko po schodach.

Po kilkunastu minutach już stali przed wejściem do pokoju. Harry w ostatniej chwili wślizgnął się do środka prawie wpadając na Ginny. Stanął pod ścianą nie chcąc, by ktoś nieopatrznie na niego wpadł wyjawiając jego obecność. Dyrektor poprosił wszystkich o ciszę i zajęcie miejsc. Gdy wszystkie oczy, zarówno nauczycieli jak i prefektów, były już wlepione wyczekująco w starca ten odchrząknął i zaczął mówić.

- Witam wszystkich na naszym comiesięcznym zebraniu. Dzisiaj mamy wiele ważnych spraw do omówienia jednak chciałbym zacząć od naszych prefektów by nie przetrzymywać ich zbyt długo.

Harry spojrzał na Prefektów Naczelnych. W tym roku Prefektem Naczelnym były dwie dziewczyny. Hannah Abbott i jakaś Krukona. Hannah wstała jako pierwsza i krótko przedstawiła ostatni miesiąc. Kiedy skończyła wstała Krukonka która również szybko przedstawiła sytuację. Dyrektor podziękował im i pozwolił odejść. Ginny spojrzała za nimi ale te nawet jej nie zauważyły.

- Dobrze. Skoro to już mamy za sobą to możemy przejść do pierwszego raportu państwa Weasley'ów. Jak pamiętacie, na ostatnim zebraniu przegłosowaliśmy, że potrzebujemy pomocy z panem Potter'em. Zarówno pan Ronald Weasley jak i jego młodsza siostra, Ginewra Weasley zdecydowali się pomóc nam i w ciągu ostatniego miesiąca wykonali powierzona im zadania. Panno Weasley, można?

Ginny podeszła niepewnym krokiem do dyrektora cała blada. Stanęła obok niego i odetchnęła głęboko.

- Tak jak zostaliśmy poproszeni przez państwo, wraz z Ronem zmodyfikowaliśmy nasze relacje z Harry'm. Udało nam się rozdzielić Harry'ego i Hermionę dzięki kłótni mojego brata z Potter'em. Ja stopniowo zbliżam się do niego w czasie treningów. – Powiedziała Ginny patrząc uważnie na nauczycieli. – Niestety nie zauważyliśmy gdzie znika po lekcjach, więc nie możemy jednoznacznie stwierdzić czy wspomnienia brata i Hermiony są prawdziwe czy też zostały zmodyfikowane. Zbliżają się święta, więc zapewne matka zaprosi Harry'ego do nas święta. Wtedy pewnie uda mi się coś wyciągnąć z niego. Oczywiście najlepiej by było, gdyby Ron znów go jakoś zaatakował, dzięki czemu mogłabym z nim szczerze porozmawiać.

Niektórzy nauczyciele kiwali głowami w zamyśleniu, inni zaś zapisywali coś pośpiesznie na kartkach przed sobą. Harry spojrzał na Sadystyczną Trójkę nie mogąc uwierzyć w to, że ci o wszystkim wiedzieli i nic mu nie powiedzieli. Poczuł, jak kolana powoli uginają się pod nim przez to wszystko. Ostrożnie oparł się o zimną kamienną ścianę starając się zapanować nad kołaczącym sercem. Wziął kilka głębszych oddechów uspakajając się trochę. Spojrzał ponownie na Ginny. Teraz obok niej stał Ron szykując się do przedstawienia swojego raportu.

- Tak, jak państwo zasugerowali zaatakowałem Harry'ego jednak ten nawet się nie bronił. Pozwolił mi się obić, wręcz zachęcając mnie do tego. Następnego dnia sprowokowałem kolejną sprzeczkę jednak tym razem stało się coś… innego. Nie wiem jak to określić, ale gdyby nie zaklęcia modyfikujące mimikę to zapewne wyglądałbym tam jak przestraszony kotek. Jego postawa, ton głosu i wyraz twarzy… to było przerażające. – Powiedział Ron pocierając nerwowo ręce. Dumbledore poklepał go po barku dodając otuchy.

- Czy moglibyśmy zobaczyć to wspomnienie? – Spytał dyrektor. Ron pokiwał powoli głową jeszcze bledszy niż wcześniej. Dyrektor wyjął niewielką kamienną misę z szafki i położył ją na stole. – Proszę się skupić na tym wspomnieniu, dobrze? Ja go wyciągnę.

Ron pokiwał głową i zamknął oczy szukając wspomnienia. Gdy już widział je wyraźnie przed oczami pokiwał ponownie głową. Starzec przytknął mu swoją różdżkę do skroni i zaczął wyciągać wspomnienie. Gdy z końca różdżki zwisała już błękitna nić strzepnął ją do płynu i zamieszał go. Z wnętrza zaczęły wyłaniać się trzy postacie Rona, Hermiony i Harry'ego.

- Jestem. Możemy iść? – Spytał Harry zwracając się do Hermiony. Ron spojrzał na niego wściekle chcąc coś powiedzieć jednak Hermiona odezwała się zanim ten zdążył otworzyć usta.

- Możesz już iść. Ja zaraz do ciebie dołączę. – Powiedziała pośpiesznie dziewczyna nie odrywając ostrzegającego wzroku od rudzielca.

- Wolałbym na ciebie poczekać. – Powiedział spokojnie brunet przenosząc wzrok na Rona. Chłopak był już mocno czerwony na twarzy, ale teraz jeszcze zaczął być purpurowy. Zacisnął mocno pięści i spojrzał na Hermionę.

- Jeśli chcesz się zabawiać z tym dupkiem to nie ma sprawy, ale nie licz na to, że go przeproszę. – Powiedział ostro rudzielec wskazując na Harry'ego. Brunet spojrzał na niego niewzruszonym wzrokiem ignorują jego prowokujący gest.

- Nie nazywaj go tak, Ron. – Skarciła go Hermiona. Ron opuścił rękę nie wierząc w jej słowa.

- Ty go bronisz! – Warknął przez zaciśnięte zęby. Harry skrzywił się na pogardę wyczuwalną w głosie chłopaka i objął delikatnie Hermionę przesuwając ją odrobinę do tyłu a samemu wsuwając się przed nią.

- Posłuchaj mnie, Ron. Nie obchodzi mnie to, co mówisz czy myślisz na mój temat póki jest to skierowane tylko do mnie. Ale jeśli jeszcze raz obrazisz kogokolwiek innego lub w jakikolwiek inny sposób go zranisz nie zostawię tego bez odpowiedzi. Więc albo teraz przeprosisz Hermionę za swoje zachowanie i doprowadzenia jej do wyboru między tobą a mną albo wyperswaduję ci to w bardziej dosadny sposób. – Powiedział chłodno Harry przygotowany na ewentualną obronę przed ciosem Rona. Chłopak jednak tylko pociemniał bardziej na twarzy i odwrócił się na pięcie bez słowa. Przeszedł szybko przez Pokój Wspólny i wpadł na schody do Dormitorium znikając za zakrętem.

Gdy wspomnienie się skończyło postacie znikły a w pokoju zapadła cisza. Dyrektor wciąż wpatrywał się w misę układając sobie w głowie to wszystko.

- Jakby ci to powiedzieć, Albusie. – Zaczął Snape opierając się wygodnie. – Potter dorósł. Nie reaguje na zaczepki, odczytuje mowę ciała innych i wyłapuje każdą nutę w ich głosach, staje w obronie innych wiedząc, że teraz naprawdę jest w stanie kogoś ochronić. Jego sposób mówienia też się zmienił. Z niepewnego i prostego w zimny, precyzyjny, dostosowany do odbiorcy i w dodatku ostry niczym nóż. I to nie wszystko. Jego postawa jasno wyrażała, że był opanowany, pewny siebie i gotowy na każdą ewentualność. Zimne oczy wyrażały jasno: to już nie jest ostrzeżenia a przysięga. Przykro mi Albusie, ale Potter zmienił się całkowicie i zaczął wyślizgiwać z rąk.

Harry powstrzymał się przed parsknięciem śmiechem. Co to w ogóle było? Jakaś pokręcona psychoanaliza czy co? I od kiedy coś takiego odbywa się na radach pedagogicznych? To było po prostu chore. Stał jednak czekając, co będzie dalej. I tak właśnie jego światopogląd wywrócił się o 180 stopni, więc czemu by teraz nie miał zatańczyć twista?

Dyrektor spojrzał chłodno na Severusa jednak po chwili jego wzrok złagodniał a on sam schylił głowę.

– Wiem o tym, Severusie. Dlatego potrzebujemy waszej pomocy. – Zwrócił się do Rona i Ginny. – Musimy coś zrobić inaczej Harry może ściągnąć na nas wszystkich ogromne niebezpieczeństwo.

- Nic się nie zmieniło. Wciąż jesteśmy gotowi pomóc w pokonaniu Sam-Pan-Wie-Kogo. – Odparła Ginny.

- A ja chcę po prostu sprowadzić go do parteru. Zaczął się za bardzo panoszyć. – Mruknął Ron. Ginny uderzyła go łokciem pod żebra i Ron szybko się poprawił. – To znaczy, ja również chcę pomóc.

- To dobrze. Zatem jutro każde z was dostanie list z dalszymi instrukcjami. A teraz nie chcę zatrzymywać państwa dłużej. Życzę dobrej nocy. – Ginny i Ron potaknęli i wyszli z pokoju. Harry jeszcze przez chwilę wpatrywał się w drzwi, za którymi zniknęli już byli jego przyjaciele starając sobie to wszystko poukładać w głowie.

- Dobrze. A teraz przejdźmy do spraw czysto pedagogicznych. Czy są jakieś sprawy do rozpatrzenia?

Harry wyłączył się niezainteresowany bieżącym tematem. Bardziej był zaintrygowany tym wszystkim, co wydarzyło się do tej pory. Po pierwsze: dwójka jego przyjaciół zdradziła go stając się szpiegami brodatego starca; po drugie: wszyscy nauczyciele dokładnie analizowali jego każde posunięcie nie ufając już mu; i po trzecie: Acrux, Jon, Dan i Snape wiedzieli o wszystkim jednak nic mu nie powiedzieli. Ciekawe jak bardzo byli w to plątani. Może jeszcze donosili siwemu o jego treningach i w ogóle. Ale zaraz. Nie są pewni gdzie znika po lekcjach a to znaczy, że Śmierciożercy go nie wydali. Jeszcze. Będzie musiał na nich uważać. I najlepiej nie wychylać się przy nikim. Pomyślał o Hermionie, która nic nie wiedziała. Musiała być bardzo smutna z powodu zachowania Rona. Ale może i lepiej, że nic nie wiedziała? Gdyby znała zadanie Weasley'ów mogłaby się całkowicie od nich odwrócić i nie miałaby już nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić w potrzebie. Sam teraz nie wiedział, czy lepiej by zadawała się z tymi zdrajcami czy z nim samym. Choć on też za niedługo zostanie okrzyknięty przez wszystkich zdrajcą. Może lepiej zostawić to tak jak jest. Kiedy będzie już po wszystkim powie jej o wszystkim błagając o przebaczenie za ukrywanie prawdy. Odpędził szybko od siebie te myśli słysząc jak ostatni nauczyciel kończy właśnie swoją wypowiedź. Gdy nikt więcej się już nie zgłosił dyrektor spojrzał uważnie po wszystkich a wesołe iskierki przygasły w jego oczach.

- Teraz została nam już ostatnia sprawa do omówienia. Jak sami już wiecie, w najbliższy poniedziałek, szesnastego grudnia, przybędzie Voldemort by zabić pana Potter'a. – Nauczycieli wzdrygnęli się na dźwięk imienia Toma jednak dyrektor zdawał się tego nie widzieć i kontynuował. – Musimy ustalić plan działania. Naszym priorytetem jest ochrona pana Potter'a i innych uczniów.

- Może ich ewakuować? – Podsunął Flitwick, Dumbledore pokiwał głową.

- Też o tym pomyślałem. Jednak Hogwart jest najbezpieczniejszym miejscem na świecie. Jeśli odeślemy uczniów ludzie pomyślą, że Hogwart nie jest już bezpiecznym miejscem i szkoła zostanie zamknięta. Musimy obronić zamek przed atakiem Śmierciożerców. Dostałem już potwierdzenie od części Aurorów i Zakonu, że wspomogą nas w tej walce. Dlatego też potrzebuję wiedzieć czy mogę również liczyć na was. – Nauczyciele zbladli przerażeni jednak jeden po drugim kiwali głowami. – Nie chcę was do niczego zmuszać dlatego proszę, jeśli ktoś nie chce się angażować w walkę niech zgłosi to teraz.

Gdy żaden z nauczycieli nic nie powiedział dyrektor uśmiechnął się pogodnie. – Dobrze. W takim razie musimy opracować plan ochrony uczniów. Jeśli chodzi o sam zamek, to tym zajmie się już Zakon.

- Możemy zamknąć uczniów w lochach lub w Pokoju Wspólnym Slytherinu. – Zaproponowała Sprout.

- Tak. Lochy będą najbezpieczniejszym miejscem. Severusie, zgadzasz się na wykorzystanie Pokoju Wspólnego twojego domu do tego zadania? – Snape spojrzał sceptycznie na dyrektora jednak potaknął.

- A mam inne wyjście? – Mruknął.

- A co Zakon chce zrobić z panem Potter'em? – Zainteresowała się Sinistra.

- Pan Potter zostanie przeniesiony w niedzielę do jednego z bezpiecznych domów Zakonu. Pozostanie tam dopóki Hogwart znów będzie bezpieczny. – Odpowiedział po chwili Dumbledore. Wszyscy nauczyciele zamilkli. Wiedzieli dobrze, że brak Harry'ego na polu walki mocno się odciśnie na moralach innych, ale nie było innej możliwości.

- Czy pan Potter wie o tym? Wyraził na to zgodę? – Dopytywała się nauczycielka.

- Zostanie o tym poinformowany w niedzielę. Nie może się o tym dowiedzieć wcześniej inaczej może nam uciec i na własną rękę walczyć z Voldemortem. Dlatego bardzo proszę o utrzymanie tego w tajemnicy. – Nauczyciele pokiwali głowami i zaczęli wstawać z krzeseł. Niektórzy rozmawiali z innymi a niektórzy zbierali swoje rzeczy. Harry stanął bliżej drzwi by móc szybko wyjść z Pokoju Nauczycielskiego niezauważonym. Kiedy pierwszy z nauczycieli wychodził Harry wyślizgnął się tuż za nim. Poszedł pośpiesznie do najbliższego przejścia do Komnat Salazara by wydostać się nimi po za zamek. Gdy był już po za granicami magicznymi szkoły chwycił mocno różdżkę i teleportował się do swojego zamku.

Tak jak się spodziewał zamek wyglądał niesamowicie wieczorem, oświetlony pochodniami, które zapaliły skrzaty. Wszedł do Sali Wejściowej i udał się do ukrytego pomieszczenia, w którym ostatnio został lordem. Przeszedł przez iluzoryczną ścianę, skoczył w dół i po chwili stanął przed księgą. Podszedł do niej i przekartkował szybko na stronę z podpisami. Jako ostatni widniał jego podpis. Pogładził delikatnie palcem podpis swego ojca jednak nie miał czasu na rozczulanie się. Przekartkował na rozdział o naznaczeniu i zaczął go czytać.

Po kilku minutach wyjął różdżkę wiedząc już dokładnie, co musi zrobić. I jak się okazało tym razem miał otrzymać inny tatuaż. Ostatnim razem był on tylko tymczasowy – zamek wiedział o tym całym poróżowaniu - więc zamek wybrał taką, a nie inną formę. Lecz teraz miał otrzymać tatuaż na lewym ramieniu na górze a runy miały tworzyć tarczę wokół serca bruneta. Harry wycelował w swoje ramię i zaczął czytać długą formułę zaklęcia. Poczuł palący ból w lewym ramieniu, gdy zaklęcie zaczęło wypalać węża z lwem. Po chwili ból przeniósł się na lewą pierś bruneta gdzie zaczęły pojawiać się runy. Kiedy tylko Harry skończył wymawiać zaklęcie ból ustał pozostawiając tylko pieczenie w miejscu tatuaży. Harry zamknął księgę i zabrał swój sygnet. Według księgi, gdy tylko będzie potrzebował znaleźć się w głównej siedzibie rodu wystarczy, że dotknie sygnetem tarczę z run na piersi a zaklęcie teleportuje go do domu. Mógł to zrobić nawet przez materiał. Założył sygnet na mały palec lewej ręki a ten zaraz dopasował się do palców swojego nowego właściciela. Harry rzucił szybki czar lewitacyjny i wyszedł z pokoju.

Przeszedł szybko korytarzem do Sali Bankietowej, w której spotkał nieznajomego skrzata domowego. Skrzat na widok nowego pana podbiegł do niego kłaniając się nisko.

- Pan jest zapewne młodym paniczem Potter'rem. Jestem Migotek, główny skrzat rodu Potter'ów. – Przedstawił się skrzat piskliwym głosem.

- Miło mi, Migotku. Jestem Harry Potter. Czy mógłbyś mi powiedzieć, co teraz powinienem wiedzieć zanim wrócę do Hogwartu?

- Oczywiście, sir. Ród Potter'ów posiada prócz tego zamku jeszcze trzy inne posiadłości. Jedną główną posiadłość, jedną zimową i jedną, którą ród otrzymał trzysta lat temu po walce z innym lordem. Ta ostatnia posiadłość nie miała jednego, głównego celu, lecz była często wykorzystywana przez młodych członków rodu, sir. Wszystkie są gotowe do użycia w każdej chwili. Ród posiada również akcje różnych przedsiębiorstw, dzięki czemu skarbiec jest teraz pełny. Obecnie na rozkazach znajduje się osiemdziesiąt pięć skrzatów domowych wraz z Migotkiem, sir. Wszyscy od lat dbamy o członków rodu, paniczu Potter. – Powiedział szybko Migotek.

- Dziękuję ci bardzo Migotku. Pozwolisz, że już pójdę. Mam jeszcze coś do załatwienia a czasu niewiele. Wezwę cię za niedługo do Hogwartu, dobrze?

- Oczywiście, paniczu Potter, sir. – Powiedział skrzat kłaniając się nisko.

- To dobrze. I proszę, mów do mnie Harry, ok.?

- Dobrze, paniczu Harry.

- Do widzenia.

- Do widzenia. – Pożegnał się skrzat kłaniając się na tyle nisko, że dotknął nosem podłogi, a Harry teleportował się z trzaskiem.

Wylądował przed małą, rozpadającą się zarośniętą chatką z drewna. Chwycił mocniej różdżkę rozglądając się, wokół ale nikogo nie zauważył. Ruszył przed siebie i pchnął ostrożnie resztki drzwi. Te otworzyły się ze zgrzytem i wypadły z zawiasów. Harry niepewnie ruszył przed siebie po szczątkach drzwi i wszedł do środka. Wyczarował na końcu różdżki światełko i zaczął się rozglądać. Nagle coś mignęło mu po prawej i spojrzał na stół. Na jego środku znajdował się złoty pierścień z czarnym kamieniem. Brunet podszedł do niego powoli i rzucił kilka zaklęć wykrywających. Skrzywił się na ilość zaklęć ochronnych zdając sobie sprawę z tego, że nie uda mu się wziąć ot tak pierścienia.

- Możemy porozmawiać? – Syknął w stronę pierścienia. Pierścień zaczął dygotać a z kamienia unosić się czarna mgła. Mgła zaczęła przybierać ludzki kształt i po chwili przed Harry'm stanął młody Tom Riddle.

- To zależy, o czym. Kim jesteś? – Spytała postać.

- Harry Potter. Jeden z twoich horkruksów. – Odparł Harry. – Ty też nim jesteś, prawda?

- Co za błyskotliwość Harry Potter'rze. Czego ode mnie chcesz?

- Pozwolenia na zabranie cię z tej nory. – Młody Tom spojrzał zdziwiony na Harry'ego.

- A dlaczego chcesz to zrobić? – Spytał po chwili.

- Ponieważ ktoś tak potężny jak ty nie powinien siedzieć zapomniany w tej norze ale być z inną częścią siebie tam, wśród ludzi. – Odparł Harry. Tom przekrzywił głowę przyglądając się niższemu brunetowi.

- To dziwne. Cząstka mojej duszy w tobie mówi mi, że chcesz mnie zniszczyć. Czy to prawda?

- Nie do końca. Jak na razie chcę cię stąd zabrać. – Powiedział Harry wściekły na cząstkę Czarnego Pana w sobie. Z nim nie chciał gadać, ale gdy rozmawiał z samym sobą stawał się straszną gadułą.

- Chcesz mnie zniszczyć całkowicie. Ale do tego sam też potrzebujesz umrzeć.

- Wiem o tym. To, co? Mogę cię wziąć czy chcesz dalej tutaj tak siedzieć przez kolejnych pięćdziesiąt lat? – Tom uśmiechnął się i podszedł bliżej do Harry'ego. Okrążył go powoli przyglądając mu się dokładnie z głodem w oczach.

- Jeszcze nie spotkałem nikogo, kogo miałbym aż tak ochotę opętać i zabić. Jesteś interesujący. I to bardzo. – Powiedział w końcu Tom stając przed Harry'm na tyle blisko, że ten czuł łaskotanie dymu na twarzy. – Niech ci będzie. Możesz mnie stąd zabrać. Coś czuję, że to będzie interesujące i… ach, oszałamiające.

- Cieszę się, że będę w stanie dostarczyć ci trochę rozrywki, ale czy mógłbyś teraz zdjąć zaklęcia ochronne z siebie? Wolałbym jednak nie zostać teraz spopielony, czy coś. – powiedział niepewnie Harry odsuwając się pół kroku. Tom kiwnął głową i rozwiał się całkowicie. Po chwili pierścień przestał dygotać i zastygł całkowicie. Harry wziął go delikatnie do ręki jednak nic się nie wydarzyło. Założył go ostrożnie na środkowy palec prawej dłoni przyglądając mu się dokładnie. Na kamieniu wyrzeźbiony był dziwny symbol, który postanowił jeszcze dzisiaj sprawdzić. Wyszedł z chaty i teleportował się z powrotem do Hogwartu.

Gdy znalazł się w końcu w swoich komnatach miał ogromną ochotę rzucić się na łóżko i nie wstawać z niego przez następne dziesięć lat. Jednak nie miał teraz na to czasu. Musiał jak najszybciej zmodyfikować swój plan na tyle, by nie zostać w niedzielę siłą ewakuowany z zamku. Usiadł w swoim gabinecie przy biurku i wyjął pergamin, pióro i kałamarz. Zmoczył pióro w atramencie i zaczął powoli pisać.

Pięć minut później gotowy list leżał już przed nim schnąc. Harry przeczytał go jeszcze raz by upewnić się, że wszystko było w porządku. Gdy nie zauważył żadnego błędu złożył list i włożył go do koperty. Zaadresował ją dokładnie i zapieczętował sygnetem. Teraz wystarczyło już tylko udać się do Sowiarni a potem mógł już iść spać. Wstał z krzesła przeciągając się nie mając najmniejszej ochoty na żadne wędrówki o tej porze. Zarzucił jednak na siebie pelerynę-niewidkę i ruszył w odpowiednie przejście.

Kiedy wysłał za pomocą obrażonej Hedwigi list i schodził po schodach z wieży przeklinał w myślach Salazara za nie zrobienie tunelów pod tą jedną wieżą. Rozumiał, że bazyliszek nie koniecznie musiał pełzać do sów jednak Salazar mógł dla własnej wygody zrobić tych kilka korytarzy więcej. A tak to musiał teraz wracać się do zamku i dopiero za mostem znajdowało się najbliższe wejście. Oczywiście nie liczył tego przy bramie, bo najnormalniej w świecie był zbyt leniwy by tam pójść. Mógł się jeszcze teleportować, ale już szybciej było, gdy biegł używając magii do wzmocnienia nóg.

Przebiegł przez dziedziniec i zatrzymał się u stóp schodów w wierzy zegarowej. Podszedł do najbliższego przejścia i położył na nim dłoń by je otworzyć, gdy jego wyczulony słuch uchwycił dziewczęcy płacz niedaleko. Zamarł nasłuchując. Odszedł powoli od przejścia i ruszył w górę schodów podążając za dźwiękiem. Wyszedł na pierwszy korytarz i podążył nim w kierunku najbliższego parapetu, na którym siedziała płacząca dziewczyna. Podszedł do niej niepewnie i stanął widząc Hermionę.