Rozdział 37

Układy i układziki - cześć 2.

To była chyba jej pierwsza spokojnie przespana noc na hive.

Może dlatego, że wciąż była zmęczona po terapii uzdrawiającej dla Lostpath. A może po prostu zaczynała się przyzwyczajać do tego miejsca.

Nie słyszała już także głosów, a raczej dźwięków jakie wydawał statek. Ani nie miała koszmarów. Sen był krótki, lecz niczym nie zmącony… Po raz pierwszy odkąd w ogóle trafiła do tego świata.

Jak każdego ranka tradycyjnie odwiedziła ją Lylith, niosąc na tacy śniadanie. Jednak tym razem nie odezwała się ani słowem. Po spojrzała na nią szybko, kiedy otworzyła drzwi, po czym powędrowała do biurka, by postawiła na nim tacę… cały czas wyraźnie unikając jej wzroku. Wyglądała niczym małe, przerażone zwierzątko nie chcące znów popaść w niełaskę swojego ciemiężcy.

- Dlaczego tak na mnie patrzysz? - spytała w końcu Kate, siadając przy biurku.

Dziewczyna spojrzała na nią szybko, jakby zaskoczona i jednocześnie z wyrazem twarzy kogoś przyłapanego na gorącym uczynku.

- Nic takiego - rzuciła wymijająco.

- Właśnie widzę… Patrzysz na mnie, jakbym ci rodzinę wymordowała - parsknęła lekko. - Chodzi ci o tego smarkacza na stołówce?

Ale ona zaprzeczyła tylko gestem głowy.

- Wiesz, trudno jest się z kimś dogadać, jeśli nie chce z tobą rozmawiać - zauważyła.

Lylith zerknęła na nią.

Kate udała, że jest zajęta jedzeniem i na nim skupiła swój wzrok.

- Ludzie mówią… mówią, że jesteś Avatarem - zaczęła niepewnie… i aż podskoczyła, kiedy Harrigan głośno postawiła kubek na blacie.

Przez moment kobieta wpatrywała się w puste półki nad biurkiem, starając nie dać się wyprowadzić z równowagi. Najpierw ludzie w Vallen, potem Max… i kiedy myślała, że to już minęło, teraz znów się zaczęło. Tym razem Czciciele.

Wzięła głęboki oddech i spojrzała na nią spokojnie.

- Nie jestem - bardzo starała się nie wysyczeć tego przez zęby, niestety z nienajlepszym rezultatem.

- Ale… Mikall widział cię… jak wyciągasz tamtego Łowcę z wrót… nie dotykając go. I że w ten sam sposób rzuciłaś nim o ścianę, a potem poraziłaś piorunami - zaczęła. - A potem ten nowy oficer. Miał nóż wbity w serce. Nawet Wraith by tego nie przeżył… A ty go uzdrowiłaś… Tylko Avatars posiadają takie moce.

- I mutanci - mruknęła Kate, wracając do swojego śniadania.

- Mutanci? - zdziwiła się lekko.

- Odmieńcy… Dziwadła… Wybryki natury…

- Och, nie mów tak… To wielki dar…

- To przekleństwo, a nie dar - przerwała jej oschle i spojrzała na nią nieprzyjemnie. Lecz gdy tylko dziewczyna cofnęła się, opanowała emocje i znów wróciła do jedzenia. - Uwierz mi. Mam przez to więcej problemów niż pożytku - dodała, już spokojnie. - I byłabym wdzięczna gdybyś nie nazywała mnie Avatarem, ponieważ nim nie jestem.

- Dobrze… - powiedziała, już nieco pewniej. - Przekażę także innym, że nie życzysz sobie tego.

Kate znów wzięła głębszy wdech.

- To nie jest polecenie, tylko prośba - odparła spokojnie i spojrzała na nią. - Nie jestem twoim zwierzchnikiem, aby wydawać ci polecenia... Jestem tu na tych samych zasadach co ty i proszę cię o to, jak przyjaciela.

Na jej słowa Lylith zdała się nieco odprężyć i wyprostować, a na jej twarzy pojawił się nawet lekki uśmiech… Chociaż także i zaskoczenie.

- Uważasz mnie za przyjaciela? - spytała.

- Niestety w języku angielskim zazwyczaj właśnie tego słowa używa się, bez względu na stopień zażyłości danej znajomościach, więc… Tak - oznajmiła. - Uważam cię za przyjaciela… Tylko ty jedna rozmawiałaś ze mną normalnie, chociaż wszyscy wokół patrzyli na mnie podejrzliwie sądząc, że jestem jedną z New Lanteans… Chociaż teraz zapewne będą patrzeć jeszcze gorzej, sądząc, że jestem jakaś wiedźmą - dodała niechętnie z ironią i dokończyła śniadanie.

To była chyba jajecznica, pomyślała. A przynajmniej tak to wyglądało.

- Och, nie. Nie wiedźmą… Avatars są dobrzy. To Opiekunowie Życia - wyjaśniła Lylith. - Podróżują wśród gwiazd, chroniąc wszelkie życie i pomagają innym.

- Tak słyszałam - niemal mruknęła i podniosła się.

Dziewczyna chciała jeszcze coś dodać, lecz uprzedził ja sygnał do drzwi.

Harrigan otworzyła je telepatycznie. Za progiem stał Stardust.

- Dowódca chce, abyś była obecna przy przesłuchaniu Łowcy - oznajmił.

- Po co? - zdziwiła się.

- Łowca raczej wie już do czego jesteś zdolna, więc może w twojej obecności będzie bardziej skory do rozmów… Poza tym twoje umiejętności telepatyczne mogą być przydatne - wyjaśnił. - Zabójcy są dobrze szkoleni, by stawiać silny opór. Nam trudno może być go przełamać… Natomiast ty…

- Chcecie go mną nastraszyć? - niemal parsknęła.

- No cóż. Już kiedy byłaś Biegaczem, krążyły o tobie pewne pogłoski…

- Tylko nie nazywaj mnie Avatarem - zastrzegła, zanim dokończył, grożąc mu palcem. - Bo pokopie cię prądem - mruknęła i ruszyła w jego stronę.

- Tym razem nie miałem takiego zamiaru - odparł z lekkim rozbawieniem.

- Twoje szczęście - nie zmieniła tonu, rzucając mu po drodze symulowane, urażone spojrzenie, po czym ruszyła korytarzem w kierunku transportera. - Czasami mam wrażenie, ze tylko Vi nie popadł tu jeszcze w ten avatarowy obłęd.

- Vi?

- Twój siostrzeniec.

- Dlaczego nazywasz go Vi? - zdziwił się.

- Cóż, najpierw było Wi-Fi… od Wild Fire… ale, że na Ziemi wi-fi oznacza bezprzewodową siec informatyczną, to tak trochę głupie było, więc ostatnio skróciłam do samego Vi - odparła z uśmiechem.

Wraith pokręcił lekko głową.

- Czasami nie pojmuję twojego toku rozumowania - przyznał z rozbawieniem.

- Nie przejmuj się. Nie tylko ty - rzuciła beztrosko, poklepując go po ramieniu i weszła na platformę.

Promień transportera zabrał ich, by zmaterializować w pobliżu celu. Drzwi niewielkiego pomieszczenia rozsunęły się przed nimi, pozwalając przejść do znacznie większego. Odbiegały od niego trzy korytarze: dwa po bokach i jeden niemal na wprost nich.

Kate ruszyła w ślad za Pierwszym Oficerem, skręcając w prawo. Ostatnim razem, kiedy przemierzała taki sektor na hive, starała się z niego uciec, wspomniała zgryźliwie.

Korytarz zaprowadził ich do kolejnego małego holu, od którego odbiegało kilka kolejnych, tym razem krótkich korytarzy. Każdy z nich zakończony był celą.

Wraith zazwyczaj nie mieli powodu, aby przetrzymywać większą ilość więźniów jednocześnie, dlatego też samych pomieszczeń więziennych nie było zbyt wiele. Teraz jednak jedno z nich zajmowane było przez Łowcę wysłanego tu przez Darkspace, aby zabił jego byłego podwładnego… a być może nawet jego nową zabawkę: ludzką samicę, Biegacza.

U wejścia do jednego z krótkich korytarzy stało dwóch zamaskowanych żołnierzy. Tak samo zresztą jak przy samej celi… tak na wszelki wypadek, gdyby zamachowiec próbował uciec. Natomiast w przedsionku czekała już czwórka oficerów.

- …domagał się uwolnienia, więc w końcu kazałem go ogłuszyć - kończył właśnie Watchmaster. - Dzisiaj był już spokojny - dodał i nagle spojrzał na nowoprzybyłych.

W jego ślady natychmiast poszła pozostała trójka.

- Już jesteście - rzucił Stroke. - To dobrze. Zaczynajmy zatem - oznajmił i ruszyła przodem.

Lostpath przepuścił starszych rangą Wraith, spoglądając na Harrigan

- Wyglądasz znacznie lepiej - powiedział z zadowoleniem.

- Ty także - odparła z uśmiechem.

- Dzięki tobie… Jestem twoim dłużnikiem.

- Dobra, dobra… Po prostu się nie przyzwyczajaj - rzuciła żartobliwie i spojrzała w stronę celi, przed którą właśnie się zatrzymali.

Za twardymi, organicznymi kratami stał ten sam Łowca, którego wczoraj wyciągała z wrót. Wtedy jednak nie miała okazji się mu przyjrzeć, tak jak teraz. Był średniego wzrostu i postury, o długich niemal do pasa włosach splecionych w cienkie dredy i związanych z tyłu głowy.

W pierwszej chwili na jego twarzy pojawił się szyderczy uśmiech, który sprawiał, że Kate od razu przypomniał się Wraith imieniem Eddie z odcinka "The Hive". Jednak na widok młodego oficera jego dobry nastrój nagle prysnął, niczym mydlana bańka.

- Ty żyjesz? - wysyczał z niedowierzaniem. - To niemożliwe… Nikt nie byłby w stanie tego przeżyć.

- Nazwij to cudem, jeśli chcesz - odparł nieco ironicznie Stroke.

Łowca spojrzał na niego i prychnął cicho, rozbawiony.

- Jakkolwiek się wam to udało, on nie pożyje długo - wycedził pewny siebie. - Mój Dowódca przyśle kolejnego na moje miejsce… Ma pełne prawo, aby wymierzyć sprawiedliwość temu zdrajcy - gestem głowy wskazał Lostpath. - Za to, że pomagał temu Biegaczowi - dodał z pogardą, przenosząc wzrok na Harrigan.

- To prawda… ale mylisz się co do jednego. Tak samo jak twój Dowódca… Lostpath go nie zdradził… On tylko wykonywał polecenia Rady. A jak zapewne wiesz, rozkazy Rady są nadrzędne.

- Jakie rozkazy? - syknął ponownie Wraith.

Stroke uśmiechnął się lekko kącikiem ust.

- Rada wiedziała o tej… ludzkiej samicy - zerknął w kierunku Kate - zanim przypadkowo schwytaliście ją na Feros. A kiedy okazało się, że zrobiliście z niej Biegacza, skontaktowałem się z Lostpath i zleciłem mu nowe zadanie… Uważałem, ze nada się do tego. Jego ojciec był kiedyś moim uczniem i dobrze go przygotował… Lostpath miał zdobyć jej zaufanie, aby zgodziła się przybyć na ten hive.

Na te słowa kobieta spojrzała naskoczona na wielkiego Wraith, a potem na młodego oficera… A on na nią.

Nie miał pojęcia dlaczego Stroke to powiedział, skoro to nie była prawda. Nigdy się z nim przecież nie kontaktował w sprawie, o której mówią. Być może był to tylko jakiś podstęp, aby zmylić tego Łowce i Darkspace… chociaż w tej chwili to nie miało dla niego większego znaczenia. W tej chwili jego umysł zaprzątało zupełnie coś innego: widok rozczarowania jakie zobaczył właśnie w oczach i na twarzy ludzkiej samicy. Widok, który go zabolał… chociaż sam nie wiedział dlaczego. Przecież nie powinien. W końcu znali się zaledwie od kilku dni.

A mimo to… mimo to ona już dwukrotnie ocaliła mu życie, ryzykując własnym. Chociaż wcale nie musiała. Mogła go zostawić wtedy, na tamtej planecie. I mogła go zostawić wczoraj, aby skonał.

Wiec czy to czyniło z nich przyjaciół, pomyślał… Na tyle bliskich, aby teraz rzeczywiście poczuł się jak zdrajca. Chociaż żadne z tych słów, które usłyszeli, nie było prawdą.

- Dlaczego Rada i Najstarsi zaprzątają sobie głowę jakimś człowiekiem? - zapytał lekko zdziwiony Łowca.

- Twojego Dowódcy nie zdziwiło z jaką łatwością pokonała jego najlepszych ludzi? - spytał nieco drwiąco wciąż ze stoickim spokojem Stroke.

Pod tym względem był zupełnie jak Stardust, jak już dawno zauważyła to Kate.

I wtedy nagle jego twarz spoważniała i nabrała ostrzejszego wyglądu.

- Miałeś zabić także ją? - domagał się wyjaśnień.

Łowca zawahał się. Wraz ze słowami poczuł siłę przymusu odpowiedzenia na to pytanie. A umysł jednego z Pierwszych był silny. Bardzo silny.

- Odpowiedz mi - głos Pierwszego stał się jeszcze bardziej stanowczy.

Wraith złapał za kraty i pochylił się nieco do przodu, próbując stawić opór temu przymusowi, który rozbrzmiewał echem w jego głowie.

- …Nie - wysyczał w końcu, wściekły na siebie, że tak łatwo dał się złamać.

- Czy twój Dowódca wciąż rości sobie prawo do samicy Biegacza? - zadał kolejne pytanie Stroke.

I tym razem jego głos przeniknął do każdego zakamarek umysłu Łowcy, zmuszając go w końcu do wypowiedzenia słów, które tak bardzo starał się zachować dla siebie.

- …Tak…

- Zabicie Lost było pierwszym etapem planu Darkspace - odezwała się niespodziewanie z tyłu Harrigan, a oczy wszystkich skierowały się na nią.

- Skąd wiesz? - zdziwił się Wildfire.

- Kiedy Stroke wymuszał na nim odpowiedź, jego umysł skupił się na stawianiu oporu, więc… powiedzmy, że skorzystałam z tylnego wejścia, którego nie zabezpieczył i wydobyłam interesujące mnie informacje.

- Hivehealer i te wasze porównania technologiczne - niemal parsknął najstarszy oficer, kręcąc nieco głową.

- Wiesz co chciał zrobić później? - zapytał znowu Dowódca.

- Wyzwać cię na jakiś pojedynek z powodu przywłaszczenia sobie jego własności? - odparła, nie do końca pewna trafności swojej wypowiedzi. - Coś takiego w każdym bądź razie.

- Pojedynek Śmierci - mruknął.

- To honorowy pojedynek za śmierć i życie. Zwycięzca bierze wszystko… włącznie z prawem do życia pokonanego... O ile ten przeżyje, oczywiście - wyjaśnił Stardust.

- Aaa, to… Uroczo - teraz ona mruknęła, przypominając sobie pojedynek jaki stoczył Lostpath z tamtym Dowódcą Wraith.

Wtedy także mówił o Pojedynku Śmierci.

- Przekaż swojemu Dowódcy, że ma zapomnieć o swoich roszczeniach - rzekł spokojnie Stroke, zwracając się ponownie do Łowcy. - Ten człowiek jest teraz pod opieką Rady… A co do Lostpath, to poinformuj Darkspace, że jeśli wciąż będzie próbował go zabić za wypełnianie rozkazów Rady, osobiście go odwiedzę… A wtedy przekonamy się jaki dobry z niego wojownik - dodał z ironicznym uśmieszkiem, po czym odwrócił się i ruszył w kierunku niewielkiego holu.

- Odprowadźcie go do samych wrót i upewnij się, że przez nie przejdzie - Wildfire rozkazał swojemu Watchmaster i w kierunku pozostałych.

- Myślisz, że to pomoże? - zapytał Stardust.

- Przynajmniej na jakiś czas - stwierdził Stroke. - Darkspace nie jest głupi. Odczeka, aż sprawa ucichnie i wtedy przystąpi do działania…

Kate zerknęła na nich, mijając ich po drodze, ale nie wsłuchiwała się dalej w rozmowę. Korzystając z okazji, że stali w miejscu, sama szybko udała się w kierunku transportera.

Lostpath zerknął za nią i podszedł do Dowódcy.

- Jestem jeszcze potrzebny, sir? - zapytał.

- …Nie. Możesz iść… Chciałem tylko, aby cię zobaczył. Żywego - odparł.

Młody oficer skinął tylko głową i także się oddalił.

Chciał jak najszybciej wyjaśnić nieporozumienie dotyczące wypowiedzi Stroke. Że to wszystko co powiedział, to nieprawda. Był jej to winien… chociażby za uratowanie mu życia… Dwa razy.

- Kate? - niemal szepnął, przyspieszając kroku. Jednak ona nie zareagowała, otwierając drzwi pomieszczenia transportera. - Kate - powtórzył głośniej i podbiegł szybko, aby w ostatniej chwili powstrzymać dwie organiczne płyty przed zatrzaśnięciem się tuż przed jego nosem.

Kobieta spojrzała na niego surowym wzrokiem.

- Puść drzwi - warknęła.

- Jesteś zła? - zauważył, nieco zaskoczony, chociaż w tym przypadku był to ten pozytywny rodzaj zaskoczenia. - Z powodu słów Stroke?

- Jestem zła na samą siebie, ponieważ zapomniałam o jednej podstawowej zasadzie obowiązującej w tej galaktyce: nigdy nie ufaj Wraith - wycedziła pogardliwie. - A teraz puść te cholerne drzwi - dodała, a wokół jej dłoni pojawiły się elektryczne wyładowania.

- Najpierw mnie wysłuchasz - rzucił pospiesznie, wciąż uważnie obserwując jej dłonie. - Proszę - dodał, już powoli i spokojniej. A kiedy wyładowania zniknęły, ciągnął dalej: - Nie wiem dlaczego Stroke to powiedział. Może chciał zmylić tego Łowcę i Darkspace… Ale to nieprawda… Uwierz mi…

- Niby z jakiej racji, Wraith? - odparła, wciąż tym samym tonem.

- W takim razie, skoro nie chcesz uwierzyć mi na słowo, to proszę bardzo… - rzekł, rozpościerając lekko ramiona - …zajrzyj do mojego umysłu i sama się przekonaj.

- Nie mam zamiaru gmerać w twojej głowie - fuknęła, chociaż już nieco spokojniej niż do tej pory.

- Więc zapytaj Stroke. Lubi cię…

- O co ma mnie zapytać? - odezwał się niespodziewanie z tyłu gardłowy głos.

Oboje spojrzeli w tamtą stronę. Lostpath natychmiast wyprostował się niemal na baczność.

- O pańskie słowa, sir - wyjaśnił potulnie młody Wraith. - Że wykonywałem rozkazy Rady.

Starszy oficer zmarszczył nieco czoło.

- Dlaczego obchodzi cię co ona o tym myśli? - zapytał spokojnie.

To było dobre pytanie, pomyślał, i zadawał sobie od kilku dni… ale wciąż nie znał na nie odpowiedzi. Zerknął szybko kątem oka na ludzką samice, a potem ponownie jednego z Pierwszych.

- …Ja… Nie wiem, sir - powiedział z lekkim wahaniem.

- W takim razie dowiedz się tego… a wtedy ja potwierdzę lub zaprzeczę twoim słowom - oznajmił spokojnie i wszedł do pomieszczenia, by stanąć tuż przed kobietą, spoglądając na nią bacznie.

Chociaż stała na platformie, to on wciąż był wyższy od niej.

Spojrzała na niego, jakby nieco zaskoczona i zdezorientowana.

- Powiedz mi, Kate Harrigan, potrafisz walczyć? - zapytał.

- …Walczyć?

- Czy znasz jakieś sztuki walki? Albo posługujesz się bronią?

Jego pytanie sprawiło, że teraz ona zmarszczyła nieco brwi, jeszcze bardziej zdezorientowana.

- Dlaczego pytasz?

- Ponieważ obawiam się, że odesłanie tego Łowcy to tylko chwilowe rozwiązanie i wcześniej lub później jego Dowódca znów upomni się o swojego Biegacza - rzekł. - A zatem dobrze by było, gdybyś potrafiła obronić się także inaczej, niż tylko używając swoich zdolności.

- …Mój wuj uczył mnie trochę. Jest żołnierzem - powiedziała.

- Czego dokładnie?

- Podstaw samoobrony…Sztuk walki… Posługiwania się różną bronią… Przeżycia w terenie… Kiedy bywałam u nich na wakacjach, lubił zabierać mnie i kuzyna na wypary w teren, aby uczyć nas jak przeżyć w głuszy…

Jak szukać pożywienia, czy wody. Gdzie się schronić - wyjaśniła.

Stroke uśmiechnął się lekko.

- Rozumiem… Czyli to, że pokonałaś tamtych Łowców to nie tylko zasługa twoich zdolności.

- Nie.

- Bardzo dobrze… Ale mimo to należałoby cię podszkolić w tej dziedzinie - stwierdził. - Dlatego od dzisiaj ja będę twoim nauczycielem.

Na te słowa Kate parsknęła nieco.

- Jasne… I po pięciu minutach będę cała połamana.

Wraith przysunął swoja twarz bliżej jej.

- Postaram się być delikatny… Obiecuję - odparł żartobliwie, nieco ciszej, jakby nie chciał aby ktoś jeszcze to usłyszał.

Przez chwilę kobieta wpatrywała się w jego żółte, kocie oczy, wciąż rozkojarzona. Nie wiedziała co o tym wszystkim sądzić. Oni chyba naprawdę uważają, że jest jakimś cholernym Avatarem, skoro tak bardzo interesuje ich jej los, pomyślała.

- Więc jak będzie? Zgadzasz się? - zapytał, wyciągając w jej stronę dłoń.

Spojrzała najpierw na jego rękę, a potem znów na niego i lekko pokręciła głową.

- Wszyscy poszaleliście - niemal szepnęła.

- Możliwe… ale mamy ku temu swoje powody - oznajmił i odsunął się o krok od platformy. - Spotkamy się później w sali treningowej. Zobaczę co potrafisz - dodał i zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, promień transportera uaktywnił się.

Stroke uśmiechnął się kącikiem ust, po czym odwrócił się i podszedł do drzwi, spoglądając na wciąż stojącego tam młodego Wraith.

- Przyjdź też… Zobaczymy co potrafisz - dodał, poklepując go lekko po ramieniu i wyszedł na korytarz.

- Tak, sir… - rzucił tylko zanim ten ruszył w swoja stronę.