37. Mróz

Było tak zimno.

Mróz polarnej nocy przenikał do szpiku kości, szczególnie dotkliwy w małej, nieocieplanej chacie, która z pewnością nie była przewidywana jako miejsce stosowne do spędzania zimy.

Skończyło mu się drewno na opał, ale wyjście w noc, w środek burzy śnieżnej, byłoby szaleństwem. Musiał zaczekać na poprawę pogody, Merlin jeden wiedział, jak długo. Słyszał zawodzenie wichury na zewnątrz. Od czasu do czasu, gdy silniejszy podmuch uderzał w ściany chaty, zastanawiał się, czy wątła konstrukcja w ogóle to wytrzyma.

Wciśnięty w kąt, opatulony w futro i koc, kulił się na swoim posłaniu, starając się zajmować jak najmniej miejsca i zatrzymać jak najwięcej ciepła. Zaklęcia rozgrzewające pomagały, ale tylko trochę. Miał na tyle sił, by wyczarować mały, magiczny płomień, który pozwalał ogrzać zgrabiałe dłonie.

Próbował przypomnieć sobie ciepło, ale nie potrafił. Czy w ogóle kiedykolwiek mogło być ciepło? Czy był jakiś inny świat, poza tym, gdzie teraz panowała wieczna noc, temperatura sięgała kilkudziesięciu stopni poniżej zera, a oddech zamarzał, nim zmienił się w obłoczek pary?

Trudno było to sobie wyobrazić. Może w innej sytuacji... W innym miejscu... W innym życiu.

W tej chwili potrafił myśleć tylko o jednym.

Było tak zimno...