Ponownie zamieszczam dość krótki fragment, ciąg dalszy rozdziału jest aktualnie w trakcie tworzenia. Dziękuję za komentarze pod poprzednim odcinkiem i proszę o jeszcze trochę cierpliwości. :)

Podziękowania za beta-reading dla Merryloon i Mefisto.

Rozdział 33

Konfrontacje

Liza wyszła na wewnętrzny dziedziniec zapalić. Dawno już przestała mieć z tego powodu wyrzuty sumienia. Może i był to zgubny nałóg, ale uważała go obecnie za najmniejszy ze swoich kłopotów.

„Na coś trzeba umrzeć" — pomyślała, wydmuchując dym. Rozwiał się w mroźnym powietrzu, mieszając z białym obłoczkiem oddechu. Przeszła kilka kroków, stając w miejscu dobrze osłoniętym od wiatru i machinalnie rejestrując, że Filch musiał chyba tutaj dzisiaj odśnieżać. Płyty dziedzińca były idealnie oczyszczone, a cały nagromadzony śnieg odgarnięty na boki i usypany w ogromne zaspy. Jedną z nich ktoś częściowo rozgrzebał, żeby ulepić pokaźnego bałwana z wydatnym nosem. Towarzyszyły mu dwa inne, jeden wysoki i przygarbiony, drugi niższy i pękaty, z wyjątkowo ponurą miną i pozbawionym trzonka mopem na głowie. Niewątpliwie było to dzieło Irytka, bo uczniom chwilowo raczej odeszła chęć do prowokowania Śmierciożerców.

Zamrugała oczami, czując nieznośną suchość pod powiekami. Była ledwie przytomna ze zmęczenia. Merlinie, przespać chociaż jedną noc i na parę godzin pogrążyć się w błogiej nieświadomości, zapominając o codziennych troskach... Ale czy ktokolwiek w całym zamku sypiał ostatnio spokojnie? Gdy spoglądała na twarze swoich współpracowników, poszarzałe ze znużenia i napiętnowane zmartwieniem, szczerze w to wątpiła.

Nic nie było dobrze. Kilka minionych dni dobitnie ukazało, jak bezradni są wszyscy wobec panującego systemu, a Vector przestała już wierzyć, że sytuacja w zamku kiedykolwiek ulegnie poprawie.

Nauczyciele widywali się coraz rzadziej, jakby każdy zaczął egzystować w swoim własnym, zamkniętym świecie. Większość z nich wykonywała jakieś dziwne manewry, byleby uniknąć konieczności zasiadania przy stole o tej samej porze co Carrowowie i Snape i chociaż w ten sposób móc odciąć się od ich poczynań. Przychodzili na posiłki bardzo wcześnie albo bardzo późno, narażając się na przybycie na swoje lekcje po czasie, i siłą rzeczy często rozmijając się również z innymi pracownikami. Jedynym kawałkiem wspólnej przestrzeni, której dotychczas jakoś nie zdołali zagrabić Śmierciożercy, był pokój nauczycielski. Nie licząc zebrań, Snape się tam właściwie nie zapuszczał i niski fotel z zielonym obiciem, który kiedyś zwykle zajmował, od kilku miesięcy stał pusty. Teraz całymi dniami przesiadywał w dyrektorskim gabinecie, uczyniwszy z niego niedostępną fortecę. Carrowowie natomiast woleli swoje własne komnaty. Nic jednak nie pozostało z dawnej atmosfery pokoju służącego jako główne miejsce socjalizacji dla zgranego niegdyś grona pedagogicznego. Dawniej spotykali się tam w przerwach między lekcjami, by wypić kawę albo herbatę i poplotkować o wyczynach uczniów i popełnionych przez nich głupstwach, a niekiedy żaląc się na kłopoty, jakie im sprawiali. W pokoju odbył się też niejeden spór, a największe emocje, nie licząc złorzeczenia na coraz bardziej obłąkane pomysły ministerstwa, budziła zawsze dyskusja na temat szkolnych rozgrywek quidditcha. Na Merlina, Severusowi i Minerwie nie trzeba było wiele, żeby rozpocząć zażartą kłótnię przed starciem swoich drużyn, a cała reszta nauczycieli przysłuchiwała się temu z uciechą, wtrącając się tylko w celu dorzucenia do ognia pod mocno kipiącym już kociołkiem. Liza dobrze pamiętała, jak oszołomiona była Charity, gdy jako początkująca nauczycielka pierwszy raz widziała coś takiego w wykonaniu swoich dawnych belfrów. Dopiero Auriga z rozbawieniem uświadomiła młodszej koleżance, że żadna z tych kłótni nie odbywała się na poważnie.

A teraz...? Liza przywołała wspomnienia z dzisiejszego popołudnia. Miała trochę luzu między zajęciami z dwoma grupami uczniów i nieco papierkowej roboty do nadrobienia, postanowiła więc popracować w pokoju nauczycielskim. Lepiej by chyba jednak zrobiła, gdyby wróciła do siebie. Obserwowanie współpracowników było po prostu zbyt przykre.

Pomonie ręce drżały tak mocno, że rozlała herbatę na spodek. Trelawney przemknęła przez pokój cicho jak duch, mrucząc pod nosem, że przyszła tylko po dziennik. Slughorn zdezerterował zaraz po tym, jak padła pierwsza politycznie niepoprawna uwaga, pozostawiając na stoliku niewypitą kawę i teczkę z uczniowskimi wypracowaniami. Hooch natomiast wciąż nie mogła przeboleć przerwania rozgrywek quidditcha, ale jasne było, że najbardziej martwiła się o uczniów.

— Nie dość, że zakazali im gry, to jeszcze skonfiskowali miotły. Przecież ich energia rozsadzi, nie wytrzymają zamknięci w zamku! Tylko patrzeć, aż zrobią kolejną głupotę...

Poza tym w prywatnych rozmowach nauczycieli nie mówiło się praktycznie o niczym innym, tylko o tym, do czego posunęli się Śmierciożercy. Przyciszonymi głosami, ze strachem i rezygnacją. Lizę ta niemoc, oplatająca ich wszystkich niczym lepka, pajęcza sieć, doprowadzała do rozpaczy. Mogli tylko siedzieć z założonymi rękami, zgadzając się na to, by ci zbrodniarze stosowali na ich uczniach swoje śmieciożercze metody.

Jakby tego było mało, na to wszystko nakładały się jej problemy osobiste, co tylko dodatkowo ją przygnębiało. Dostała kolejny list od Jamesa, w którym znów dość nieudolnie usiłował przeprosić za to, co zaszło między nimi, gdy widzieli się w grudniu. Wolałaby, żeby nie wracał teraz do tego tematu — to nie było sprawa, którą dało się załatwić za pomocą niezbyt zręcznie skreślonych słów.

Wydawało się, że przynajmniej niektórych rzeczy mogła być w życiu pewna — w tym swojego własnego męża. Nic bardziej mylnego. James, ten niesamowicie opanowany i troskliwy człowiek, chyba pierwszy raz, odkąd byli razem, ją zawiódł i co gorsza w momencie, gdy naprawdę potrzebowała jego wsparcia. Powiedziała mu wszystko, na dobrą sprawę może nawet więcej niż powinna, zważywszy na to, że pewne rzeczy nigdy nie powinny opuścić murów Hogwartu. Dowiedział się, kim naprawdę jest jej nowy przełożony i współpracownicy, usłyszał o podejrzeniach kadry, o tym, kto pociąga za sznurki w ministerstwie, a więc i sprawuje kontrolę nad szkołą. Wspomniała też o swoim nadszarpniętym zaufaniu do Aurigi. Sądziła, że dzięki temu James zrozumie, dlaczego musi tam zostać.

Zderzyła się z czymś zupełnie przeciwnym. On nie prosił jej, by opuściła swoje stanowisko. On tego od niej zażądał, w dodatku w szalenie nieprzyjemny, władczy sposób, w jaki nigdy nie postępował. I to właśnie doprowadziło ją do furii. Tamtego dnia padło między nimi wiele ostrych słów.

Następnego ranka emocje opadły, ale gorycz pozostała. Nie mogła się uwolnić od myśli, że nim wojna dobiegnie końca, nie będzie co ratować z jej małżeństwa. Związek na odległość zawsze był trudny, ale dotychczas jakoś sobie radzili. Teraz chyba właśnie przestawali sobie radzić. Wiedziała, że James zareagował tak impulsywnie, bo naprawdę się o nią bał, potwornie się bał. Nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby coś jej się stało.

Po tym wszystkim nie rozmawiali już więcej o Hogwarcie. Teściowie mieli na szczęście na tyle taktu, żeby nie drążyć tematu, którego Liza nie miała najmniejszej chęci poruszać, a podczas wizyty u jej rodziców wszystkich zaabsorbował najbardziej młodszy z braci Vector, Tommy, który dostarczył im dodatkowej rozrywki, w negatywnym tego słowa znaczeniu. Jak się okazało, parę miesięcy temu praktycznie zerwał kontakty z rodziną. Mama nie napisała o tym Lizie w żadnym z listów, bo nie chciała jej jeszcze bardziej martwić. W rezultacie większość rodzinnego spotkania minęła na pocieszaniu rodzicielki i zastanawianiu się, co też tym razem strzeliło do głowy Tommy'emu, który po dość burzliwym okresie i problemach z zaakceptowaniem tego, kim jest, przez dość długi czas nie sprawiał żadnych kłopotów i nawet się ustatkował. Liza znalazła sposób, żeby rozwiązać ten problem, ale nawet nie chciało jej się teraz o tym myśleć. To, co działo się w Hogwarcie, sprawiało, że cała reszta odsunęła się na dalszy plan i majaczyła gdzieś na odległym horyzoncie.

Nie wiedziała, co zrobić w sprawie Aurigi, ale czuła, że dłużej tego nie wytrzyma. Ostatnio widywała ją tylko w przelocie. Sinistra za każdym razem unikała jej wzroku, wyniosła i niedostępna. Dzisiaj też tylko zajrzała do pokoju nauczycielskiego i gdy zauważyła, że ktoś jest w środku, natychmiast się wycofała. Nie było jednak dnia, żeby Liza o niej nie myślała. Niestety, z samego myślenia nic nie wynikało. Vector doskonale zdawała sobie sprawę, że takie trwanie w zawieszeniu jest dużo gorsze, niż gdyby ostatecznie zaakceptowała fakt, że Auriga faktycznie okazała się nielojalna i od samego początku działała w jednej lidze ze Śmierciożercami. Z drugiej strony obawiała się wykonać jakikolwiek ruch, który mógłby to potwierdzić, albo co gorsza, utwierdzić ją w coraz mocniej nasuwającym się podejrzeniu, że fatalnie pomyliła się w swoim osądzie. Wydawało się to absurdalne, ale w obecnej sytuacji nietrudno było stracić zdolność racjonalnego myślenia. W tym wzorze brakowało zbyt wielu zmiennych, a Liza nie miała w zwyczaju podejmować jakichkolwiek działań pod wpływem impulsu. Może powinna wtedy postąpić inaczej, dać Sinistrze szansę... Ale nie zrobiła tego. Stchórzyła. I coraz bardziej gryzła się myślą, że na rozwiązanie tej pogmatwanej plątaniny może być już po prostu za późno. Przeklęte tajemnice i niedopowiedzenia! To brak wzajemnego zaufania doprowadził je do tego miejsca. Nie chciała się pogodzić z myślą, że w ten sposób straciła przyjaciółkę.

Zgasiła papierosa na murku i jednym ruchem różdżki zlikwidowała niedopałek. Chłodna zimowa noc nie przyniosła odpowiedzi na żadne z dręczących ją pytań. Wciąż nie wiedziała, co robić, i nie czuła się ani odrobinę mądrzejsza niż przed chwilą.

Miała właśnie zamiar wrócić do środka, gdy usłyszała przybliżające się głosy.

— ...no i właśnie przez coś takiego to Snape mnie coraz bardziej wkurwia.

Liza zamarła. Carrow! Że też diabli musieli go tutaj przynieść akurat teraz, w dodatku w towarzystwie jego „uroczej" siostry, bo nie było wątpliwości, że to właśnie z nią rozmawiał. Vector nie miała najmniejszej ochoty ich oglądać. Zrobiła już krok w stronę jednego z bocznych wyjść z dziedzińca, pewna, że nawet jeśli ją zauważą, to nie będą jej zatrzymywać, ale nagle się zawahała. Ton Carrowa i sposób, w jaki mówił, dość jednoznacznie wskazywał, że żywił jakąś ciężką pretensję do Snape'a. Czyżby się poróżnili? Skoro nadarzyła się okazja, to może warto byłoby spróbować czegoś się dowiedzieć? Decyzję podjęła w ułamku sekundy. Rzuciła na siebie zaklęcie kameleonowe i przylgnęła do ściany. O ewentualnym ryzyku, jakie wiązało się z tym posunięciem, wolała w ogóle nie myśleć, podobnie jak o tym, że była chyba ostatnią osobą, która nadawała się do szpiegowania.

Carrowowie na szczęście stanęli tuż przy wyjściu, w cieniu arkady, w pewnej odległości od miejsca, w którym znajdowała się Liza. Ich twarze tonęły w mroku, a sylwetki, oświetlone od tyłu blaskiem pochodni padającym zza na wpół uchylonych drzwi, rzucały długie cienie na płyty dziedzińca.

— W ogóle nie rozumiem, co do mnie mówisz — powiedziała z niechęcią Alecto. — Poza tym, że znów łazisz za tą wroną i niepotrzebnie narażasz się Snape'owi.

— Przecież nie udusi mnie za to, że się na nią patrzę! — obruszył się Amycus.

Alecto parsknęła krótkim, nieprzyjemnym śmiechem.

— Jakby ci tylko o patrzenie chodziło...

— A ty sama to co? Ciągle na spotkania z tym Rowle'em biegasz! — rzucił nagle oskarżycielsko Amycus. — Wciąż cię nie ma, pogadać nie ma kiedy...

— Znów zaczynasz? — zjeżyła się Alecto.

— Nie lubię go — mruknął Amycus, zapalając papierosa.

— A co ty masz z nim za problem? — zapytała z urazą. — To jeden z naszych, z dobrego rodu, nieźle sytuowany...

— Rozwodnik. Z dorastającą córką.

— Wdowiec — sprostowała Alecto. — Zresztą odczep się ode mnie, nic ci do tego. Zwłaszcza, że sam się za półmugolką oglądasz! Gdyby mamusia wiedziała!

— Nie mieszaj w to mamusi. Zresztą, w ogóle nie słuchasz, co do ciebie mówię. Snape na bank w coś dziwnego pogrywa.

— Bo? Coś ty tam sobie znów uroił? — zapytała Alecto zniecierpliwionym tonem.

— Nic sobie nie uroiłem. To jakaś podejrzana sprawa jest! Zjeby od niego dostałem, tyle się nagadał, że Sinistra to jego kobieta i że mam się od niej odpierdolić, a on wcale się nią nie interesuje!

— A ty niby skąd to wiesz? Materacem byłeś?

— Przecież wcale do niej nie przychodzi! Ani ona do niego! Nawet ze sobą nie rozmawiają.

— Może mają ciche dni — zarechotała Alecto.

Liza, która niemal zapomniała o oddychaniu, starając się nie uronić ani jednego słowa, czuła się tak, jakby po długich poszukiwaniach odnalazła brakujące liczby, pasujące do danych z arkusza numerologicznego. Na litość boską, nic dziwnego, że Auriga zachowywała się nieswojo i wydawała się ciągle zaniepokojona, jeśli Carrow zaczął obdarzać ją nadmiarem atencji. Może w desperacji zwróciła się o pomoc do Severusa, który postanowił wykorzystać sytuację i w zamian za przywołanie Carrowa do porządku zażądał dostarczania informacji o współpracownikach. To stawiało wszystko w nieco innym świetle, pozwalało w jakiś sposób ją usprawiedliwić...

Vector odsunęła na razie na dalszy plan analizę zasłyszanych informacji i ponownie skupiła się na tym, co mówili Carrowowie. Alecto właśnie wyrażała wątpliwość, jak jakakolwiek kobieta może uważać, że Snape jest atrakcyjny fizycznie, i w dość niewybrednych słowach zauważyła, że niektóre to są naprawdę zdesperowane. Nagle urwała w pół słowa i mrucząc coś gniewnie pod nosem, weszła na dziedziniec. Liza zacisnęła palce na różdżce, nastawiając się na rzucenie zaklęcia obronnego, ale Śmierciożerczyni w ogóle nie spojrzała w jej stronę. Posłała za to klątwę w kierunku bałwanów, które pod jej wpływem raptownie eksplodowały, obryzgując wszystko naokoło mokrym śniegiem. Sądząc po przekleństwie Carrowa, dostał prosto w twarz.

— Uważałabyś z tym trochę, kurde! — prychnął, wypluwając śnieg.

Alecto wymamrotała jakieś niewyraźne przeprosiny, a Amycus wytarł usta i zapalił kolejnego papierosa, bo poprzedni zapewne już się do niczego nie nadawał. W mroku dał się dostrzec krótki błysk magicznego płomyka, a następnie pomarańczowoczerwone światełko.

— Nie wiem, czyś ty za prędko tych swoich genialnych wniosków nie wysnuł — odezwała się w pewnym momencie Alecto, wracając do pierwotnego tematu.

— A bo co?

— A bo ze Snape'em w życiu nie trafisz. Przecież on jest nienormalny. To, żeś go z tą dziwą ostatnio nie widział, o niczym nie świadczy.

— Nie bój nic, poczekam na właściwy moment.

— Aha! Czyli jednak się go boisz.

Amycus przez chwilę z zakłopotaniem palił papierosa, na co wskazywało jego przedłużające się milczenie.

— Byłbym głupi, gdybym się nie bał — odezwał się w końcu. — Rozwalił Dumbledore'a bez mrugnięcia okiem. Jest blisko Czarnego Pana. Ale nie będzie wiecznie u władzy — powiedział nagle z jakąś ponurą satysfakcją. — Prędzej czy później noga mu się powinie... Widać, że coraz słabiej wszystko ogarnia.

— I co? Może chciałbyś wskoczyć na jego miejsce? — zakpiła Alecto.

— W życiu! Lepiej się nie wychylać — powiedział z głębokim przekonaniem Carrow. — Ja tam nie mam ambicji, żeby pchać się przed szereg. Malfoy tak się puszył, a patrz, gdzie jest teraz? Nie, ja tam wolę robić swoje, nie zwracać na siebie uwagi. Yaxley, Snape, Lestrange'owie... Ciągle spierają się o wpływy, zobaczysz, prędzej czy później skoczą sobie do gardeł. A potem wystarczy już tylko dorżnąć watahę, podrzucić Czarnemu Panu wszystko, co trzeba, na Snape'a.

— I tak się wymiksuje — stwierdziła obojętnie Alecto.

— Może i się wymiksuje, ale już taki pewny siebie nie będzie. A jeśli chodzi o drogą Aurigę... Zobaczysz, że jeszcze będzie moja... — oświadczył z taką zaciętością, że Liza poczuła, jak po plecach przebiega jej zimny dreszcz niepokoju.

Alecto westchnęła, najwyraźniej z rezygnacją przyjmując do wiadomości zupełnie niezrozumiałą dla niej obsesję brata.

— Sama do mnie przyjdzie, jeśli nie chce stracić tego swojego mugolskiego tatusia. Wiem, gdzie mieszkają jej rodzice. Wiesz, że nawet niedaleko od mamusi?

— No co ty?

— Poważnie. Na Chiswicku. No więc w odpowiednim momencie dostanie propozycję nie do odrzucenia... — zakończył z ponurą satysfakcją, pewien, że ten plan musi się udać.

Carrowowie porozmawiali sobie jeszcze chwilę na tematy ogólne, narzekając na duże obciążenie zajęciami i niepotrzebne zamieszanie z wystawianiem tych idiotycznych ocen semestralnych, a potem wrócili do wnętrza zamku, bo Amycus skończył palić. Na dziedzińcu zapadła cisza, ale nawet gdy Śmierciożercy dawno już odeszli, Liza wciąż tkwiła bez ruchu w tym samym miejscu, nie zdjąwszy nawet z siebie zaklęcia maskującego. Zimne, bezwzględne słowa Carrowa sprawiły, że strach ścisnął jej serce. Co za koszmarna sytuacja. I Sinistra w tym wszystkim tkwiła tak długo sama, niczego nie wyjawiając, podejrzewana przez innych o najgorsze. Vector z przykrością przypomniała sobie ich ostatnią rozmowę, gorzko żałując, że nie drążyła wtedy tematu. Ale i Auriga nie dała jej szansy, praktycznie uciekając. Tym razem Liza, uzbrojona w dopiero co zdobytą wiedzę, nie miała zamiaru ustąpić.

c.d.n.