To jest rozdział z gatunku moje porno, obawiam się. I moje mizerne próby wtrynienia opisów akcji, które właściwie należałoby pominąć milczeniem (i wyciąć), ale które zachowam, licząc, że odtąd nikt mi już nie będzie wypominał ich braku. Znaczy, można przeskoczyć, to tylko dwie strony są, mniej niż tysiąc słów ;)


Bella Mestericco, śliczna, kasztanowowłosa, piwnooka, z cieniutką szyją, łagodnym podbródkiem, małymi dłońmi i stópkami, wyglądała jak kochanka najbogatszych. Była nią zresztą.

Była też trzeźwą kobietą interesu. Jej długoletni romans z Henrykiem Vinzenzą, parę przelotnych z innymi kupcami, posiadaczami gruntów oraz importerów z Zerrikanii, wszystko to jedynie umacniało jej pozycję, samą z siebie już wysoką: posiadaczki niemal całej przestrzeni magazynowej miasta. Oraz połowy portu: jeśli łapówkami kupiony posłuch liczyć za posiadanie, to łącznie z urzędem celnym.

Nikt nie znał jej prawdziwego imienia. Pochodzenie również owiane było tajemnicą; wiadomo, że stary Mestericco, całkiem niebiedny, szanowany handlarz, adoptował ją, gdy była jeszcze dzieckiem, co oczywiście kierowało podejrzenia w stronę nieślubnej córki rzeczonego i – cóż, po prawdzie, to kogokolwiek. Ze względu na urodę mówiono o półelfce, ze względu na rozsądek raczej o niziołkach.

Ot, zwykły towarzyski magiel, typowy dla Bralina, gwarnego, rojnego, zdecydowanie kupieckiego miasta leżącego między wzgórzami, na wejściu do wschodniego dorzecza Pontaru. I wykorzystującego owo fortunne położenie do zarabiania pieniędzy, niezależnie od polityki bieżącej, na spławianiu wszelakich towarów we wszelakie strony.

Bella nie zamierzała oczywiście widzieć się z Vernonem czy kimkolwiek powiązanym z temerską partyzantką. Może i była neutralna, w sensie: sprzedawała wszystkim, kupowała od wszystkich, lecz przecież majora zagnały tutaj wieści o jej coraz częstszych rozmowach z Nilfgaardczykami. Nie tylko kupcami. Dyplomatami. Wojskowymi. Podobno szmuglowała dla nich broń oraz informacje. Tego Arjan tolerować nie mógł. Nie bardziej niż podburzanie mieszczaństwa, dokonywane przez Henryka Vinzenzę – Bella nie miała jednak dość silnej pozycji, by próbować jawnych działań politycznych. W oczach cnotliwych panów z warstwy pośredniej, chadzających regularnie tylko na zawody sportowe, do świątyń i burdeli, była jedynie bękartem.

Wobec czego, w niecałe dwa tygodnie po przybyciu agenta do Bralina, zapłonęły portowe magazyny. A następnego dnia, po południu, ludzie panny Mestericco zgarnęli Roche'a z knajpy. Ku jego szczeremu ubolewaniu, bo raki były pyszne – i zapłacone z góry!

'

'

U Belli z kolei było białe wino. Półwytrawne. I zakąski z bardziej egzotycznych owoców morza. Małży, głównie, podanych na kilkanaście sposobów. Vernon westchnął głośno, gdy prowadzono go do saloniku pani domu, nad utraconymi rakami; obiecano mu, że również i one zostaną podane.

Gospodyni ubrana była w ciemnoniebieską, prostą suknię z głębokim dekoltem w kształcie rombu – dobre dla kobiet ze sporymi piersiami, ale też dużą przerwą między nimi, optycznie tworzyło tę uwielbianą kreskę, dawało wrażenie jędrności – bardzo ściągniętą w talii, ze sztywnym, przedłużonym gorsem – to samo, unosi silnie biust, spłaszcza go od dołu, więc na siłę ścieśnia.

Takie suknie się bardzo wygodnie podnosiło. O ile gors nie był zbyt długi. Ten nie był.

Do stroju dobrany był srebrny komplet biżuterii z szafirami. Wielkie koła w uszach. Kilka cieniutkich bransoletek na lewym przegubie. Pierścionki z kwadratowo szlifowanymi kamieniami, niezłe, gdyby się chciało komuś przywalić, na drugiej ręce. Spinka do włosów, też z kwadratowymi szafirami, utrzymywała niedbały kok, kilka kosmyków się wymykało. W bardzo strategicznych miejscach. Wyszczuplały twarz. Zapraszały, by poprawić. Dotknąć.

To istotne, co kobieta, zwłaszcza taka, zakłada na spotkanie poniekąd biznesowe i poniekąd niebezpieczne. Roche, niestety, wyglądał, jak człowiek odciągnięty od obiadu – no, jak człowiek, który się odciągnięcia spodziewa, więc trochę lepiej. Czerwony żupan miał czysty, w miarę nowy, niepołatany. Krótką, zapuszczoną w ciągu ostatnich paru tygodni brodę – przystrzyżoną. Chaperonu nie nosił, chociaż myślał nad tym, znaki rozpoznawcze zawsze wzmacniają efekt negocjacji.

— Nie zabiłam pana — oznajmiła wysokim, acz jakby zmiękczonym na końcach głosem Bella; ton miał rzeczowy — gdy tylko się pan pojawił w mieście.

Cóż, niewątpliwie.

— Miło z pani strony. Czemu zawdzięczam tę uprzejmość?

Stała za średniej wielkości okrągłym stolikiem, wykładanym drewnem w kwiatowy wzór. Trzymała lampkę wina w dłoni. Nie usiadła ani razu, ale wyraźnie poleciła majorowi, by mimo wszystko spoczął na krześle. Koniecznie. Nalega. Niech się nie przejmuje manierami, ona ma nawyk, nie lubi siedzieć. Nie chce kłopotać. Nie życzy sobie kłopotać.

Uśmiechała się. Cały czas.

— Przedstawiono nas sobie na równonocnym balu w Wyzimie — przypomniała. — Wygląda pan lepiej z zarostem.

— Czekała pani, żeby zdecydować w tej sprawie? Kobiece kaprysy — westchnął Vernon z tym manierycznie wyraźnym akcentem przy ostatnich słowach. — Zawsze nas, mężczyzn, zadziwiacie. Wieczne zagadki. Przeniknąć naturę kobiety, to jak przeniknąć wszechświat...

— Proszę. Darujmy sobie banały. Panie majorze.

— Jest pani nieźle poinformowana.

— Warunek uprzejmości. Ileż gaf popełniamy z niewiedzy! — Obróciła się wokół własnej osi, oparła ramiona na krześle, przechyliła nieco. — Proszę mi powiedzieć, panie majorze, wie pan, ile był wart towar w tych spalonych magazynach?

— Przecenia pani moje zdolności i znaczenie. Jestem tylko prostym żołnierzem, gdzie mi do ekonomii...

— Trzy magazyny. Niewielkie. Czterysta tysięcy koron nilfgaardzkich. Ponad dwa miliony orenów. Jak myślicie, panie majorze, czy puszczenie komuś z dymem dwóch milionów orenów to gafa?

Zakręcił kieliszkiem. W pokoju byli sami, więc własnoręcznie dolał wina im obojgu.

— Zależy, kto puszcza z dymem. Jeśli arystokrata, to to jest piękny popis szlacheckiej fantazji.

Uśmiech, który teraz jej przeciął twarz, był zdecydowanie szczerszy.

— Żadne z nas nie jest szlachcicem.

— Racja. Więc owszem, nietakt.

— Nie wyznaję się na męskich sprawach i sportach. Niech pan mi objaśni... kwalifikację honorową, proszę: nietakt dość duży, by się za niego pojedynkować? Zdawać na sąd boży? Umierać?

— Umieranie nie jest trudne — zauważył mężczyzna. — Należy raczej pytać, czy za to warto zabijać?

Pochyliła się jeszcze mocniej. Zamrugała powoli, a potem nie otwarła powiek do końca. Miała fioletowe cienie, w mocnym kolorze, ale niebłyszczące. Gustownie dobrane. I pogrubione tuszem rzęsy – długie raczej z natury.

— Niech mi więc pan poradzi, majorze — obniżyła głos, dodała mu leciuteńkiego drżenia; wielu ludzi, Roche wiedział, nawet by nie zauważyło. — Jak kawaler damie w tarapatach. Czy jeśli spalono mi towar wart ponad dwa miliony orenów, powinnam zabić sprawcę? Pamiętając, że ani ja, ani sprawca nie jesteśmy szlachetnie urodzeni?

— Pamiętając o kontekście? Całym? Cóż, dla osób o pani pozycji liczy się raczej rzetelność niż duma, zysk i bezpieczeństwo bardziej niż fantazja czy urazy. Powinna więc pani najpierw ocenić potencjalne zyski i straty — szukał w głowie żargonu. — Oszacować ryzyko inwestycyjne. Sprawdzić. Może jest szansa na lepszy interes.

— Doprawdy.

Odłożyła kieliszek. Złożyła dłonie przed sobą w trójkąt, opuszki palców się leciutko stykały.

— To słucham — prawie szepnęła. — Jak się, pana zdaniem, przedstawia ryzyko inwestycyjne? Zyski i straty?

Roche spróbował bezpośrednio.

— Proszę pamiętać, że przez swoje ostatnie poczynania już straciła pani dwa miliony. Czy to nie pora, by przemyśleć kurs?

— A czemu? Niech pan pamięta, że nie jestem zobowiązana do wierności suwerenowi ani ziemi. Nie mam tytułu. Moja lojalność należy się miastu.

Uśmiechnął się teraz, wreszcie. Bardzo swobodnie.

— Arjan La Valette to rozumie. Nie zabrania prowadzenia działalności handlowej. Nawet z Nilfgaardem. Byle w granicach roztropności. Które to granice przemyt broni zdecydowanie przekracza.

— Ale jego bunt powoduje, że Nilfgaard nie traktuje nas de facto jako części Temerii. De iure może i tak, chętnie by podatki pobierał – Arjan też, swoją drogą – ale de facto nakładają cła. Opłaty dodatkowe. Embarga. Niech pan się postawi w mojej sytuacji, panie majorze. Płacę podwójnie, baronowi i Nilfgaardowi. Rynki zbytu niezwykle się mi skurczyły; Nilfgaard, Temeria, Aedirn, to wszystko jest dla nas zamknięte. Redania i Kaedwen jeszcze nam pozwalają na handel, ale nie wiadomo, co będzie za miesiąc, jeśli posunięcia barona La Valette im się nie spodobają. A ja muszę prowadzić interesy, panie majorze. Działania pańskiego sprzysiężenia... wspieranie pańskiego sprzysiężenia... zdecydowanie zmniejszają moje zyski. Potencjalne i realne.

W trakcie przemowy zaczął podjadać ostrygi. Gospodyni, o dziwo, raczej złagodniała.

— Potencjalnie mniejsze zyski są, z tego, co mi moja marna ekonomiczna wiedza podpowiada — rzucił, przełknąwszy mięso, czy tam raczej miąższ skorupiaka — nadal lepsze niż pewna strata. I bankructwo. A to panią czeka, jeśli straci pani naraz wszystkie magazyny i będzie musiała wypłacić odszkodowania. Magowie są prześladowani. Nie ma już jak zdobyć naprawdę dobrych czarodziejskich zabezpieczeń, nieważne, za jakie pieniądze. A pani kurs, obawiam się, przysporzy pani wrogów. Przemyt broni dla Nilfgaardu, wystąpienia Henryka Vinzenzy...

Przerwała mu gestem dłoni.

— Pańscy przyjaciele również wspierają Nilfgaard. On w końcu nie neguje praw waszej pretendentki do korony. Wielu królów klękało zaś przed Cesarstwem. Żadna ujma. I nie sądzę, by komukolwiek udało się powstrzymać Emhyra. Nie tym razem.

Można i wspieramy, pomyślał Roche, wstrzymując odruchowe oburzenie, niechęć, gniew nawet, ale to tylko chwilowe. Środek dla dobra dynastii. Temerii. Przejściowe położenie uszu. Talar przecież tłumaczył. Natalis. Markiz. Nie, żebyś im ufał, ale też nie do końca nie ufasz.

— Skoro Nilfgaard i tak zwycięży, czemu się martwić o rok lub dwa mniejszych zysków? Potem wrócą do normy.

— Mówi pan o pieniądzach z lekkością godną arystokraty, panie majorze.

— A pani o wojnie z lekkością godną kupca.

Podeszła bliżej. Bardzo blisko. Pachniała ambrą.

— To czyni nas albo podobnymi, albo całkiem różnymi istotami. Zależy, jak spojrzeć. A jak pan by wolał – jak pan sądzi?

Oparła dłoń o blat stołu, tuż przed mężczyzną. Wygięła lekko biodro, podkreśliła łagodny, acz zdecydowanie głęboki, łuk talii. Pani jest bardzo piękną kobietą, tylko za bardzo się pani stara, westchnął w duchu Vernon, za dobrze rozpoznaję pani starania.

— O istotach? Nie jestem poetą. O pieniądzach i wojnie? Że na martwych można dobrze zarobić, ale martwi już nie zarabiają.

Palce jej drgnęły, zacisnęła na krawędzi stołu. Tylko na kilka sekund, potem znów się zaśmiała, gardłowo, długo.

— Zawsze mogę jeszcze uznać te magazyny za wielki nietakt i zabić sprawcę.

Teraz z kolei agent się roześmiał.

— Pani, jako osoba tak doskonale poinformowana, zna moje osiągnięcia zawodowe. Niech pani je przeanalizuje raz jeszcze. Zastanowi się, czemu nie wysłała pani ludzi, by mnie zabili od razu – czy nie dlatego, że zmarnowałaby pani wówczas zasoby i pieniądze, bo leżeliby oni martwi w portowym kanale? Niech pani przemyśli, jaka jest szansa, że się pani uda mnie powstrzymać. Mnie i następnych, których tutaj przyślą.

Zacisnęła wargi. Przechylił się, przykrył jej dłoń własną. Tego musiała się spodziewać – tylko drgnęła i wciągnęła bezgłośnie powietrze – lub przywykła do dotyku mężczyzn.

— A jaka jest szansa, że mnie pani nie zatrzyma? Pamiętając o mojej poprzedniej stopie opłacalności, zwrotu zainwestowanych środków... Jaka jest szansa, że ja stąd wyjdę, oknem albo nawet główną bramą? — ciągnął Roche. — Może z kawałkiem pani ucha, wyrwanym z tym kolczykiem, może poderżnąwszy pani gardło albo złamawszy nadgarstek... Byłaby szkoda. Takie delikatne, niespracowane ręce, takie smukłe.— Nie mógł sobie odmówić przyjemności pogładzenia jej skóry, zatrzymania palców nad pulsem. — Zwykła medycyna nigdy tego nie przywróci, magia zaś to obecnie deficytowy towar. Pani ma pieniądze, oczywiście. Teraz. Ale potem, kiedy już wyjdę – niech pani oblicza szanse i ryzyko, pani na pewno jest w tym o wiele lepsza ode mnie , ja mogę tylko obiecać, że zrobię, co w mojej mocy – magazyny zapłoną, jeśli nie w tym tygodniu, to za trzy. Te tutaj i w innych miastach. Kolejne i kolejne, i kolejne.

Odginał jej palce, jak przy dziecięcych zabawach. Bella sprawiała wrażenie spokojnej, odprężonej nawet. Nadal trzymała lekko opuszczone powieki, dołożyła do tego minimalnie rozchylone, jakby zatrzymane w pół pytania usta. Puls jej przyspieszył – lecz przyspieszenie mogło oznaczać wiele rzeczy. Lęk, owszem. Albo rzeczy zdaniem wielu kawalerów pochlebniejsze i Vernon był pewien, że gospodyni nalegałaby na tę drugą interpretację.

— Straci pani wszystko, będzie musiała wypłacać odszkodowania — obniżył tembr, ściszył głos. — Bank Vivaldich nie będzie kredytował. Oczywiście, są inne banki na Północy. Niektóre z nich nawet nie należą do nieludzi. Te raczej mniejsze. Raczej nie będą w stanie pani pożyczyć wystarczająco dużo, wystarczająco szybko. — Wolną ręką znów dolał im wina. — Zostaną pani przyjaciele w sferze kupieckiej. Mający na głowie własne wojenne problemy. Własne straty. I nie dający nic za darmo ani nawet z sentymentu. I też niekoniecznie dysponujący odpowiednią sumą. Poza nimi – tylko Nilfgaard. Oni będą mili póki pani będzie silna, będzie miała władzę. Przy najmniejszych problemach przyjdą z pomocą, owszem, ale każą sobie za nią słono zapłacić. Znajdzie się pani na ich smyczy. Politycznie i ekonomicznie, i... prywatnie. A jeśli inwazja się nie uda, skończy pani, jak Wiewiórki.

Odetchnęła głęboko. Nakryła dłoń Roche'a własną. Ze wszystkimi zewnętrznymi atrybutami czułości.

— Tacy ludzie, jak my, zawsze tak kończą, panie majorze — zauważyła z delikatnym, melancholijnym uśmiechem. — Szlachta dostaje przywileje i ziemię, niezależnie od wszystkiego. Wygrana, przegrana, nieważne. Medal z urzędu, bo wykazała się honorem. Po tym waszym powstaniu tyle samo zostanie: nagrody i anegdotki towarzyskie, i podziw kobiet dla markizów czy baronów. Stryczek dla pana czy Talara.

— Pani się o nas troszczy. To miłe. Ale nie, nie. Ludzie tacy, jak ja, kończą po tygodniu wyjmowani z więzień z pytaniem, czy byliby gotowi uczyć się nowych formułek wierności. Pewne zdolności są zawsze w cenie.

— Też racja.

Przechyliła się ku niemu, miał jej biust idealnie przed oczyma. Razem z tą kreską, oczywiście. Teraz wiedział na pewno, że skropiła sobie nie tylko suknię i włosy, i przedramiona, ale też piersi. Pewnie również wnętrze ud, przemknęło mu przez głowę. Ambra jest ciepłym, ludzkim zapachem. Wielu nie zauważy. Wielu weźmie za objaw pożądania. Urody. Niezwykłości. Poza tym, klientom milej nie czuć poprzednika.

— Ta wizja, którą pan przedstawił... Jest wyjątkowo pesymistyczna — mruknęła Bella, wyswobadzając ręce. — Mam przyjaciół. Tu i w Nilfgaardzie.

— Henryka? Spalenie magazynów uderzy w niego nie mniej niż w panią. W resztę kupców też, to w końcu ich towar spłonie. Zostanie Nilfgaard. Kredyty w koronach. Polecenia. Będzie pani odtąd przewozić tę broń za darmo, głosić cesarską propagandę i utrzymywać cesarskie siatki. Nie wspominając o zobowiązaniach prywatnych.

Przedstawiciel Gildii w Bralinie był niskim, łysiejącym mężczyzną w średnim wieku. Z brzuszkiem. Niewielkim, ale zawsze. I pocił się obficie, jego nieodłączona biała chustka z monogramem była ulubionym przedmiotem miejskich kpin.

Po raz pierwszy tego wieczoru kobieta odwróciła wzrok. Na krótko, zaraz zaczęła się opanowywać, ale tyle wystarczyło agentowi. Chwycił ją za brodę, delikatnie. Bez siniaczenia. Nie pociągnął ku sobie.

— Niech pani tak nie robi — poradził. — To psuje całe wrażenie. Zdradza panią. A tak ładnie pani szło, aż szkoda. Udajmy, że tego momentu nie było. Niech mi pani dalej patrzy w oczy i uwodzi dekoltem.

Posłuchała, przynajmniej w kwestii wzroku. Pozwolił jej na samodzielny ruch, lecz nie puścił, póki znów nie miał jej oczu naprzeciwko własnych.

— Rozumiem trudności pani położenia — stwierdził, sięgając po wino, rozsiadając się na krześle. — Rozumiem, że nie chce pani wrócić tam, skąd pani pochodzi. Wie pani, że rozumiem. Ale Nilfgaard nie jest drogą. Poparcie przez panią cesarstwa zmusi Arjana i nas do działania, a nasze działanie zniszczy wszystko, co pani zbudowała. Potem wystarczy najlżejszy powiew, by skończyła pani w dzielnicach biedoty. I Nilfgaard ten powiew zapewni, kiedy tylko wyciśnie z pani ostatni oren. A potem... Pani wie doskonale, co będzie potem.

Zrobiła ruch, jakby znów chciała uciec spojrzeniem, w porę przypomniała sobie jednak, że nie powinna i patrzyła mu twardo w oczy. Dzielna dziewczyna.

— Ma pani urodę, więc zarobi pani na chleb. Tak będzie — westchnął — bo przecież oboje wiemy, że nieważne, co mówią arystokraci o honorze i hańbie, a kupcy o interesach i bankructwach, nie ma w życiu nic gorszego niż głód.

Odetchnęła głęboko, piersi jej oczywiście zafalowały; nie mogło być inaczej przy tak ściśniętym gorsie. Stała, jak sparaliżowana, z tą wyeksponowaną talią, biustem, teraz pokrytym gęsią skórką, ciężkim zapachem ambry. Przeniósł na nią wzrok, bardzo powoli. Taksująco. Opuścił powieki. Przez sekundy pozwolił sobie przybrać ten rozluźniony, pełen zadowolonej władzy wyraz twarzy, którego od dzieciństwa tak nienawidził.

— Pani jest bardzo piękna — mruknął nieco niższym, chropawym głosem. — Niech pani pozwoli sobie dać radę.

— Biznesową?

Doszła już jednak przynajmniej częściowo do siebie; ton miała lodowaty i spokojny.

— Nigdy bym nie śmiał. Nie, raczej ogólną. Takie suknie z gorsetami bardzo podnoszą i wypychają biust. Przydatna sztuczka. W pewnych zawodach. — Przeleciał jej palcami po brzegu dekoltu, na krawędzi między tkaniną i skórą, lekko, jakby mimochodem; wrócił do normalnego tonu i tembru. — Ale na dłuższą metę bardzo niszczą piersi. Rozdwajają. Wpychają pod pachy. Nie dość, że taki biust jest mniejszy i zdeformowany, to jeszcze dochodzą problemy z kręgosłupem. Niech pani sobie tego nie robi. Takie gorsety oczywiście sprawiają też, że piersi, stale uciskane, podrażniane, robią się chwilowo wrażliwsze na dotyk. Zwłaszcza, gdy się je z tego narzędzia uwolni. Wielu mężczyzn weźmie to za dowód pożądania i swoich talentów. Ale pani jest przede wszystkim dobrym kupcem. Ma pani fortunę i wpływy, pani własne. Nie musi pani.

Zaśmiała się, odchodząc na parę kroków.

— Pani sądzi, że ja nie wiem. Nie rozumiem. Ale gdyby pani jako pani, bez tłumu podnieconych sukinsynów wokół, znaczyła tak mało, jak pani sądzi, że znaczy, to bym się do pani po prostu nie fatygował. Poszedłbym do któregoś z nich. Nie mamy czasu na bawienie się z pionkami albo średnio ważnymi personami. Nie musi pani. Nie warto. Wie pani, że ze szczerej sympatii mówię.

Zaśmiała się raz jeszcze. Coś dziwnego migotało jej w oczach, teraz, gdy patrzyła już po prostu, bez opuszczonych powiek. Stal, złość, może zawstydzenie – oraz coś jeszcze, czego Vernon nie umiał odgadnąć.

— Rozumiem, kiedy się mi grozi — stwierdziła lodowato. — Nie musi się pan uciekać do retorycznych chwytów.

— Nie grożę pani. Przedstawiam sytuację biznesową.

— Sytuacje biznesowe zwykle nie są tak... jednowymiarowe — mówiła teraz z rodzajem rozbawionej rezygnacji. — Ani fatalne.

Kąciki warg same uniosły się mu w uśmiechu.

— Ta również nie jest. Jak powiedziałem, rozumiem pani trudności. Mogę skontaktować panią z przedstawicielami Banku Vivaldich. Porozmawiają państwo o otwarciu niskooprocentowanej stałej linii kredytowej. Częściowo żyrowanej przez Temerię. Jeśli się nam uda, spłacimy część odsetek. Jeśli nie – i tak nie będą wysokie.

Teraz ją zainteresował. I uspokoił.

— Rozumiemy przecież — ciągnął — że pani nie może się wprost przeciwstawić Cesarstwu. Że musi pani z nimi handlować. Byleby nie bronią. I byleby nie zachęcała pani do buntów. Ani by nie zachęcali pani znajomi. Barona La Valette wysokie zyski kupców cieszą, zadowoli się podatkami od nich, nie będzie dociekał, skąd jego poddani mają pieniądze. Ale wsparcia dla zdrajców nie zdzierży. A i po ludzku szkoda przecież, by nasze piękne dziewczęta tę swołocz z południa wspierały.

— Nie je już pan ostryg. Nie smakują? — spytała.

Roche nie mrugnął powieką.

— Przeciwnie. Doskonałe. Ale jestem najedzony. Obiecano mi zresztą raki.

— Wiem. Ich znalezienie i przyrządzenie potrwa wszakże trochę... Nie mieliśmy w zapasach. Niech mi pan wybaczy to uchybienie.

Ale możemy zabić razem czas, czy nie tak?, westchnął w duchu. Wzruszył ramionami. Wstał. Bella podeszła do niego, bardzo blisko. Czuł ciepło jej ciała i zarys jej bioder, brzucha, piersi przez tkaninę.

— To proszę, niech mi je pani prześle do gospody. Adres pani ludzie znają, zresztą, co mi szkodzi – Złoty Kogucik, pierwsze piętro, czwarty pokój po lewej, od schodów z głównej izby patrząc. Ja nie mam czasu, by gościć u pani dłużej. Żałuję niepomiernie. Ale sprawy nasze, tuszę, wyłożyłem jasno? Ze wszystkimi istotnymi szczegółami?

Potaknęła, prawie idealnie skrywając zaskoczenie. Nie spuszczała z niego oczu, aż nie wyszedł, gnąc się w ukłonach.

'

'

Wróciwszy do pokoju i przekonawszy się, że władze miasta urządziły nań drobny najazd, zabierając całą broń, Vernon czekał końca negocjacji. Spokojnie. Z jakiegoś powodu służby porządkowe nie sprawdziły bowiem gzymsu ani dachu za przybudówką, co oznaczało, że trochę broni jednak majorowi zostało. Sprawdził kuszę, przygotował zestaw noży do rzucania, sprzęty w pokoju usunął pod ściany, broń i twarde elementy wyposażenia ułożył w strategicznych miejscach, pod ubranie włożył lekkie, skórzane ochraniacze, kaptur zaciągnął na oczy i szyję, którą osłonił też metalowym kołnierzem. Zgasił większość świateł, zostawił trochę na lewej ścianie, zastawionej biurkiem i szafą, i łóżkiem. Wielki dzban oliwy stał pomiędzy przedmiotami.

Kiedy więc drzwi jęły się uchylać, agent nabrał spokojnie powietrza i na bezdechu wystrzelił, z nawyku raczej niż potrzeby celowania, w stojące o kilka metrów wrota.

Tamci byli profesjonalistami. Wobec czego bełt przebił solidną, kilkakrotnie wzmacnianą tarczę, grubości, tak na oko, stołu – i nic więcej, tarcza była tylko zmyłką, nikogo za nią nie było. Ale to dało Roche'owi czas, musieli odrzucić osłonę, minęły cenne ułamki sekund, gdy z kolei napastnik wystrzelił, agent był już za drzwiami. Również solidnymi i grubymi. Walnięcie takimi z rozmachem wystarczyło, by pogruchotać rękę, a przede wszystkimi uszkodzić kuszę. Oraz wyważyć drzwi. Atakujący wepchnęli je do pokoju, ale Vernon zdążył w międzyczasie, stojąc od strony zawiasów, wbić temu z kuszą nóż w gardło i rozorać.

Zaraz potem, już wyjmując drugie ostrze, ledwo uchylił się od ciosu pałką. Odturlał się pod prawą ścianę, na jakieś półtora metra. Rzucił nożem, trochę na chybił trafił – no i trafił jedynie w landszafcik na przeciwległej ścianie – samemu wyciągając pałkę i oceniając napastników. Trzech ich zostało, za dużo, jak na tak małe pomieszczenie, przeszkadzać sobie nawzajem będą. Ten z pałką wysoki, potężnie zbudowany, bez karku, same mięśnie. Drugi, krępy, łysy, z dłońmi jak bochny chleba, palcami oplecionymi kastetami. Trzeci, najwyższy, chudziutki, rudy, szykował się do rzutu nożem.

Major odczekał z dwa uderzenia serca, aż tamten nie poruszy dłonią. Wtedy dopiero uskoczył w kierunku okna i stojącego pod nim pogrzebacza. Ruch wszakże był zwodniczy, atakujący zatrzymał dłoń, za Roche'em śmignęła za to pałka. Zmienił w ostatniej chwili kierunek ruchu, zablokował cios własną, uderzenie ześlizgnęło się po niej, dosięgło lewego przedramienia i wybiło pałkę z dłoni. Od bólu agenta zamroczyło, chwycił jednak za pogrzebacz.

Zamachnął się, na słuch i wyczucie ruchu, bo nadal nie widział. Tym razem trafił dobrze, pod kolana. Atakujący także miał na sobie ochraniacze, więc ustał, a od uderzenia Roche'a niemal zatchnęło. Dał jednak radę zahaczyć pogrzebaczem o kolano tamtego, przyciągnąć do siebie, odruchowo uchylić się od kolejnego ciosu, okręcić wokół własnej osi – pogrzebacz rozorał i praktycznie wyrwał tamtemu kolano – rzucone ostrze śmignęło mu koło głowy, rozorało policzek oraz ucho, odpowiedział własnym, znów niecelnie, bo lewa ręka ćmiła bólem, a chudzielec był dobry, zdołał się uchylić.

Łysy zaszedł go od tyłu, zacisnął na szyi garotę. Ześlizgnęła się ze stalowego kołnierza, przecięła górę kaftana. I utkwiła na moment. Roche przerzucił ciężar ciała na napastnika, dopchnął do tyłu – o krok czy dwa jedynie, ale podparcie pozwoliło mu silnie kopnąć w głowę tego z pałką, pozbawić przytomności. Równocześnie spróbował walnąć pogrzebaczem rudzielca, tamten zdołał jednak odbiec, a łysy puścił garotę, schwycił Vernona za dłoń, prawie miażdżąc nadgarstek. Drugą zacisnął mu na piersi, krępując, próbując przerzucić przez siebie. Major kopnął go w kolano, trafił na ochraniacz.

Sklął. Podskoczył, przerzucił ciężar ciała całkiem na podtrzymujące ramię, tamtego się tego nie spodziewał, stracił na ułamek sekundy równowagę. Dosyć dla Roche'a, który przerzucił z kolei jego, przez plecy, zdołał wyszarpać pogrzebacz. Ale nie wyprowadził ciosu, bo z korytarza wpadł już do środka kolejny – wsparcie, sprytnie – chudy zamierzył się krótkim mieczem.

Wobec czego major odturlał się pod lewą ścianę. Ostrza go minęły, celowali wyżej, migotliwe światło ich zwiodło. Pchnął dzban z oliwą w stronę atakujących, olej rozlał się po podłodze. Prosta sztuczka, ale zadziałała: szli ostrożniej, ślizgali się, Vernon dostał czas.

Nowy, o śniadej, ogorzałej cerze, wskazując na zerrikańskie pochodzenie, zarzucił sznur zakończony hakiem na pogrzebacz. Roche puścił natychmiast, przeturlał się przez biurko na łóżko, zza tej prowizorycznej osłony rzucił ostatnim nożem, tym razem, zaraza, wreszcie celując.

Trafił łysego, powoli gramolącego się na nogi. W oko. Mężczyzna zwalił się na ziemię z głuchym skomleniem, zaraz milknącym. Czyli zostało dwóch. Dwóch napastników i zero nominalnej broni.

Wymacał butelkę wódki. Tamci podchodzili, ostrożnie, ślizgając się na oliwie. Chudy spróbował kolejnego rzutu, tym razem w prześwity między biurkiem, a łóżkiem, agent musiał przetoczyć się w szparę między posłaniem i podłogą. Zaraz wstał, wskoczył na łóżko. Zerrikańczyk już przygotował swoją broń, teraz zamierzył się na Vernona. Hak przebił kaftan oraz ochraniacze, wbił się głęboko w prawe ramię.

Roche, bardzo świadomie wypychając ból i otępienie poza krawędź umysłu, rzucił w skurwysyna butelką. Ten zasłonił twarz ramieniem, osłanianym wyprawianą, wzmocnioną skórą. Szkło posypało się na ziemię, z dwa odłamki może utkwiły w rękawicy, ale Roche nawet nie patrzył, chwycił dłońmi za linę i pchnął od tłu szufladę biurka. Rudzielec zamachnął się natychmiast mieczem, chcąc majorowi odciąć ręce, lecz uderzenie szuflady w okolice krocza, połączone ze śliską podłogą i ciosem butelką, wystarczyło, by jego towarzysz, pociągnięty do przodu przez agenta, stracił równowagę. Wylądował na drodze ostrza kompana i zawył, gdy przecięło mu ono plecy.

Ostatni z napastników nawet się nie zawahał, spróbował jak najszybciej uwolnić broń z ciała, odskakując równocześnie od Vernona, sięgając ręką do buteleczki przy pasie. Kwas albo petarda, albo inne cholerstwo. Roche się znów wycofał za łóżko, tym razem wczołgał pod, ignorując ból w obu rękach – nie miał czasu wyjąć haka. Metal z gruchotem potoczył się po podłodze. Major wziął uchwyt w lewą dłoń. Słabo, ledwie czuł już w niej palce.

Buteleczka rozbiła o ścianę z trzaskiem, wyleciał z niej gryzący, duszący dym. Agent wbił nos w kaptur, zatrzymał oddech, zacisnął powieki, po czym przetoczył się prosto w największą chmurę. Wstał, nadal z zamkniętymi oczyma, przeskoczył przez łóżko i biurko – tamten musiał być dalej, skoro użył broni obszarowej – usłyszał świst ciętego powietrza, uchylił się, więcej szczęścia niż rozumu miał, trafił na drgające nogi ostatniego powalonego napastnika, udał raczej, niż się o nie naprawdę potknął. Otworzył załzawione oczy. Tamten uwierzył w omyłkę, doskoczył, prędko, nie dość uważnie. Vernon zanurkował pod dolną połową trupa, zacisnął rudzielcowi zdobyczny łańcuch wokół kostki, gdy tamten był jeszcze w połowie ruchu. Przyciągnął, chociaż hak mocniej wbił się w ranę. Chudzielec stracił równowagę, walnął nogami, brzuchem, wreszcie brodą o mebel. Ręce zawisły draniowi bezwładnie. Agent, korzystając z chwilowego oszołomienia, przerzucił pętlę na nadgarstek tamtego – przypadkowy kopniak trafił go w pierś, ale dał radę nie puścić – skręcił, szarpnął, wyłamał. Chwyt na krótkim mieczu zelżał na sekundy. Major zdążył wyrwać broń.

I wbić ją tamtemu od dołu, pod kątem w podbrzusze. Głęboko. W same jelita. Pociągnął dalej, dwoma rękoma, bo nie miał już dość siły w żadnej. Tamten się rwał, raczej instynktownie niż świadomie, kopał leżącą na podłodze linę, hak szarpał ramię Vernona.

Drobiazg. Do wesela się zagoi. Zły sąsiad bardziej... Drobiazg, powtarzał sobie Roche przez mgłę czerwieni przed oczyma. Nie czuł, jak długo, choć coś w jego głowie liczyło – powiedziało mu, że kilka sekund. Potem tamten zwalił się na podłogę.

Major wypełzł spod biurka. I trupa – czy raczej dogorywającego, tamten jeszcze dychał, tylko przytomność stracił, agent widział teraz gwałtowne uniesienia piersi. Niedługo już zostało, uznał obojętnie Vernon, wyjmując hak, przyglądając się jemu i ranie – cholerstwo mogło być zatrute – oceniając obrażenia. Prawa ręka dobrze, ranę się, o ile nie ma trucizny, zwykłym opatrunkiem i maściami zaleczy, ucho się doszyje albo straci, nic ważnego. Gorzej z lewą ręką, co prawda nie wyglądała na złamaną, lecz kość z pewnością przynajmniej pękła.

Roche westchnął, sprawdził tego olbrzyma, co go trzepnął na początku. Skurwiel dychał. Vernon sklął, podszedł do szafy, wyciągnął potężną, prawie dziewięćdziesięcioprocentową nalewkę. Nabrał powietrza, upił kilka łyków, ignorując pieczenie w gardle, utratę tchu i łzy nadpływające do oczu. Po czym podniósł porzuconą kuszę, podszedł do okna, wychylił się, by być doskonale widocznym.

— Jeden przeżył — krzyknął; głos się odbił echem od murowanych domów. — Mam dobić? Czy to będzie dla pani biznesowa strata?

Przez kilka sekund panowała cisza, w której nasłuchiwał oddechów nieprzytomnych napastników, czy się dranie przypadkiem nie budzą. Potem z uliczki obok wyłonił się cztery postaci. Jedna ubrana na biało, ze znakiem bralińskiego cechu uzdrowicieli, złotym liściu, wyszytym na szatach. Dwie, w których major bez trudu rozpoznał ochroniarzy. I ostatnia, kobieca, ubrana w ciemny, luźny płaszcz z kapturem.

— Niech pan zostawi tych nieznanych mi nieszczęśników, proszę. Odbierzemy ich zaraz. W akcie miłosierdzia — odpowiedziała uprzejmie Bella Mestericco. — Przynieśliśmy panu raki, panie majorze.

'

'

— Obawiam się — oznajmił Vernon, półsiedząc na parapecie; oznajmił przez zęby, bo zaciskał bandaż na prawym ramieniu — że mój pokój nie nadaje się obecnie ani do konsumpcji tak pysznej potrawy, ani do rozmowy z tak piękną kobietą.

Bella, stojąca w drzwiach, łagodnie skinęła na ochroniarzy. Ci zajęli się wynoszeniem trupów. Medyczka chciała pospieszyć do nieprzytomnego, jej jednak z kolei wskazano Roche'a.

— Pana opatrz pierwszego. Tamci to w końcu tylko drobne rzezimieszki, kto wie, skąd tutaj przybyli? A pana przedstawiono mi na balu. Lata temu. To już znajomy — wytłumaczyła panna Mestericco. — Co do pokoju: proszę się nie martwić, panie majorze. Zamówiłam nam... panu pokój. Apartament. W ramach wynagrodzenia za to, że w naszym pięknym mieście spotkał pana tak niemiłych incydent. Taki brak gościnności. Karygodne.

Nim major zdołał odpowiedzieć, lekarka podeszła do niego i się skrzywiła.

— Pił pan spirytus — oznajmiła karcąco.

— Nalewkę — poprawił. — I mam jedną rękę ranną, a w drugiej pękniętą kość. I czekałem, czy mi do pokoju nie wpadnie kolejnych kilku... rzezimieszków. Co by pani zrobiła w mojej sytuacji? Brała to trzeźwo?

Zamilkła speszona. Bella zapraszała tymczasem do apartamentu, piętro wyżej, szybko, bo raki ostygną – przecież nakładać bandaże można wszędzie. Vernon, jęknąwszy męczeńsko, wczłapał po schodach.

Apartament był faktycznie elegancki. Zajmował połowę drugiego piętra, miał wydzieloną część dzienną i sypialną, w dziennej dodatkowo stały materiałowe parawany. Z boku było nawet bezpośrednie wejście do prywatnego wychodka. Meble były ciemne, na podłodze leżały nie skóry, a miękkie, rdzawe dywany. Łóżko miało baldachim. I było podwójne.

Zasiedli przy wielkim stole, raki ustawiono na jednym z licznych stolików, podstawek oraz etażerek. Na srebrnej tacy, coby nie odparzyć lakieru, grubą warstwą lśniącego na każdym meblu. I nad małą świeczką, coby nie wystygły.

— Raki wyborne — wymamrotał major, kiedy już uzdrowicielka zrobiła swoje i mógł jeść; trochę niezręcznie, bo ledwo ruszał ręką, a jeszcze słabiej trzymał widelec.

— Cieszę się, że panu smakują. Pokój odpowiada? Zapewniono mnie, że to najlepszy. Rozmawiałam z komendantem o tej pomyłce z rekwizycją pańskiej broni. Prosi o wybaczenie. Jutro ją panu zwrócą.

Potaknął.

— Bardzo pani hojna.

Uśmiechnęła się.

— Zawsze dla przyjaciół.

Zdołał jakoś nie prychnąć drwiąco, tylko wygiąć usta w uprzejmym grymasie.

— Przebiera się pani też dla przyjaciół?

Bo była przebrana. Suknia nadal niebieska, lecz ciemniejsza w odcieniu, granatowa właściwie, odcinana pod biustem, co podkreślono złotą szarfą, potem rozszerzająca się w łagodny trójkąt, tworzący znacznie, znacznie delikatniejszą, bardziej dziewczęcą talię. Pachniała teraz kwiatami, ambrę musiała zmyć, chociaż pewnie, gdyby podszedł bliżej, gdyby całował jej skórę, wyczułby ten pierwszy, cielesny, głęboki zapach.

— Pomyślałam, że mój poprzedni strój był faktycznie trochę... niedelikatny. Nie chciałam przywoływać wspomnień.

— Niepotrzebnie się pani martwiła. Mojej matki nigdy nie było stać na tak drogie suknie. Ani na ambrę.

Spłoszyła się. Nie odwróciła głowy, spuściła jednak wzrok, zrobiła gest, jakby chciała przygryźć wargę. Uśmiech ani na sekundę nie spadł jej z ust. Szybko się jednak uspokoiła.

— Lubię pana, panie majorze. Zawsze lubiłam.

A to mogła nawet być prawda. Kilku nasłanych zbirów to w końcu nic osobistego.

— I naprawdę wolę pana z zarostem. Poda mi pan wino, proszę?

Podał. Dotknęła jego ręki, przelotnie, ale wycofywała powoli, niepewnie. Czy raczej grając niepewność. Roche mógłby schwycić, podnieść do ust. Nie stawiałaby oporu, raczej zachęcała, zapewniałaby, że daje jej coś niezwykłego, nowego, że się rozumieją, jak z nikim. Byłoby miło.

— Bardzo pani boli? — ciągnęła tymczasem kobieta, drżącym, pełnym trwożnego podziwu głosem, przenosząc teraz dłoń wzdłuż jego ramienia, pomału, delikatnie.

Zdjęła go litość. Której, był pewien, pożałuje w nocy.

— Pani źródła tym razem zawiodły — stwierdził, prostując się na krześle, odsuwając nieco, zaciskając nogi. — To moja matka była prostytutką. Ja nie załatwiam interesów w ten sposób.

Teraz nawet nie ukrywała zmieszania. Spróbowała tłumaczyć, z góry zgadywał, jak, że to nie interesy, interesy już załatwili, przecież jak najpozytywniej dla jego przyjaciół, to teraz to tylko dla przyjemności... Przerwał wywód przeczącym ruchem głowy.

Bella patrzyła podejrzliwie, na skraju urazy. Oraz lęku, typowego dla dam, którym wmówiono, że bez wianuszka skurwieli nic nie znaczą.

— Nie lubi pan kobiet? — spytała ostrożnie, perlistym śmiechem, pociągnięciem wina z cieniutkiego kieliszka pokrywając wszystko inne.

— Przeciwnie — teraz, mówiąc, mógł uśmiechnąć się smutno, właściwie szczerze. — Uwielbiam. I właśnie dlatego.

'

'

W nocy rzeczywiście-oczywiście żałował. Gorąco. Zaciskając zęby, żeby inni nie słyszeli, w starym obozowym odruchu, przypominając sobie Yeylię i dziesiątki innych dziewczyn, fantazjując o Belli i setkach kobiet, których nie miał (w sumie były lepsze, rzeczywistość nie wchodziła w marzenia), słowem, onanizując się szybko i brutalnie. Klnąc siebie, świat, politykę, Talara, Bellę i wszystko słowami, które łagodniały jedynie wówczas, gdy dochodził do wyklinania matki.

Pożądanie nie chciało odejść. Usnął w końcu, pod kołdrą środków przeciwbólowych, mieszanych z alkoholem, usnął majaczliwie, płytko, ale ono cały czas warowało, jak pies, warczało w mięśniach, krwi, głowie.

'

'

Ta sama lekarka, od Belli, przyszła rano z lekarstwami i zaleceniami. Dwa tygodnie odpoczynku, co najmniej.

— Dziesięć dni — odparł spokojnie Roche, rzuciwszy podziękowania. — I wyjeżdżam.

— Panna Mestericco już opłaciła apartament...

Przewrócił oczyma.

— Temeria nie ma czasu na zabawianie panny Mestericco. Żałuję. Proszę jej to przekazać. — Po sekundzie namysłu dodał jeszcze: — I że nie musi wyrażać żalu ani żegnać się osobiście.