Za poprawienie rozdziału dziękuję nieocenionej Annormal.
Miłego czytania!
Tom wsłuchiwał się w głęboki, spokojny oddech Harry'ego, który wciąż spał. Dopiero co się obudził i nie miał zamiaru odsuwać się od niego czy wstawać wcześnie tego ranka. Z przymkniętymi oczami myślał o nadchodzącym dniu i chłopaku leżącym w jego ramionach.
Harry zachowywał się inaczej od pojedynku Dumbledore'a z Grindelwaldem, chociaż wiedział, że mógł się tego spodziewać. Oglądanie porażki mrocznego czarodzieja na własne oczy musiało być zarówno przerażające, jak i budzące podziw. Tom chciałby tylko zrozumieć, co Harry mógł w wtedy czuć. Nieważne, jak długo o tym myślał, wciąż nie był pewny. Za każdym razem, gdy starał się rozszyfrować emocje drugiej osoby albo nawet swoje własne, miał pustkę w umyśle, więc zazwyczaj po prostu się poddawał. Był tym sfrustrowany.
Ale ogromnie chciał wiedzieć, co Harry czuł. Chłopak za każdym razem bezbłędnie odczytywał jego emocje, zanim nawet on sam był w stanie to zrobić, co jeszcze potęgowało jego chęć posiadania takiej umiejętności. Obawiał się, że Harry podziwiał Dumbledore'a za to, co zrobił, ponieważ wciąż odnosił wrażenie, że tak naprawdę nie odczuwa strachu względem ich byłego nauczyciela transmutacji. Wracał do tematu mocy starego czarodzieja wiele razy i nie był w stanie nie zauważyć, że Harry nie potrafił w pełni zrozumieć, jak ważne i niebezpieczne było to, że Dumbledore był potężniejszy niż czarodziej, który niemal przejął władzę nad całą Europą.
Grindelwald pozbył się niezliczonej ilości ludzi, którzy się mu przeciwstawiali i niewiele brakowało, a pozbyłby się również samego Harry'ego. Tom wciąż nie był pewny, jak to było możliwe, skoro czarodzieje, z którymi mieszkał musieli być potężni i inteligentni. Harry czasami znał takie rodzaje magii, o których on nawet nie słyszał. Oczywiście, zdarzało się to rzadko, ale za każdym razem go dziwiło. Również z czarną magią radził sobie lepiej niż którykolwiek z jego uczniów. Zdał sobie z tego sprawę, jeszcze zanim zaczął go traktować jak kogoś więcej niż poplecznika. Na początku był z tym ostrożny, ale teraz uważał, że to dobra rzecz — przydatna.
Wyglądało na to, że zdanie Harry'ego odnośnie czarnej magii nie różniło się zbytnio od tego, czego można się było spodziewać po czarodzieju wychowanym w takim a nie innym środowisku. Chłopak bezustannie balansował między bielą a czernią, starając się nie zostawać na dłużej po którejkolwiek ze stron. Tom chciał go przyciągnąć bliżej czarnej magii i odnosił w tym sukces, jednak wszystko działo się zbyt powoli. Harry, na przykład, nie poświęcał horkruksom zbyt wielu myśli. Dlatego co jakiś czas starał się wracać do tego tematu. Chłopak za każdym razem twierdził, że wciąż nie wyrobił sobie opinii i szybko zmieniał temat.
Miał wrażenie, że Harry wciąż był bardzo niezdecydowany, co do wszystkiego dotyczącego utraconych bliskich osób, jednak nie miał pojęcia dlaczego. Byli martwi i nic nie mogło tego zmienić. Wiele razy powtarzał mu, że może ich zobaczyć dzięki pierścieniowi, ale wyglądało na to, że to nie wystarczy. Tom nie mógł tego pojąć i zaczynał zastanawiać się, czy Harry aby na pewno chciał spędzić z nim wieczność. Ta myśl wywoływała u niego dziwne uczucie, więc starał się do tego nie wracać.
Nie potrafił dokładnie tego określić, ale Harry wydawał się poruszony, gdy zapytał się go, czy właśnie taki był tego powód. Harry nie porzucił tego tematu łatwo; co więcej, wiele razy przekonywał go, że to nie dlatego nie che stworzyć horkruksa. Tom nie wiedział, dlaczego powtarzanie tego było ważne, chociaż po tym oświadczeniu to dziwne uczucie nie było już tak dokuczliwe. Poczuł się lepiej, gdy Harry zaprzeczył jego domysłom. Zadał mu to pytanie tylko ze względu na jego niezwykłą reakcję na ten pomysł, która z każdym tygodniem stawała się coraz silniejsza.
Minęło kilka dni od rozpoczęcia listopada i jedenaście miesięcy od pojedynku Dumbledore'a z Grindelwaldem. Niewiele zdarzyło się w tym czasie, poza tym, że Tom opowiedział Harry'emu więcej o horkruksach. Wyznał mu nawet, że dziennik jest jednym z nich i wyjaśnił, dlaczego tak długo nad nim pracował. Potrzebował kolejnych lat na ostrożne ulepszanie tego projektu. W końcu zostanie użyty w dobrym celu.
Wyznał też, że ma zamiar stworzyć więcej niż jednego horkruksa, a gdy wyjaśnił jego rewolucyjną koncepcję, Harry był pod wrażeniem, co bardzo go zadowalało. Zauważył, że im więcej mówi o horkruksach, tym lepiej czuł się z tym, że wyjawił ten sekret. Ufał, że Harry nigdy go nie zdradzi, nawet jeśli posiadał o nim tyle informacji. Byłoby warto wyznać prawdę o horkruksach, jeślijego towarzysz w konsekwencji stworzyłby jednego albo kilka.
Tom poczuł, że Harry się obrócił, co wyrwało go z zamyślenia. Jedną ręką obejmował go w pasie i cieszył się tym uczuciem ciepła płynącego od drugiego ciała. Napawał się widokiem oczu, ust, nosa i blizny swojego kochanka…
Minęła zaledwie chwila i Harry otworzył oczy. Wciąż bardzo zmęczony, zamknął je ponownie i rozciągnął się. Gdy spojrzał na Toma, na jego twarz wypłynął uśmiech. Nie mógł się powstrzymać przed upajaniem widokiem szczęścia Harry'ego i odpowiedział mu tym samym. W takich momentach jak ten miał wrażenie, że nie dzielił takiego samego uśmiechu z Harrym jak z innymi ludźmi. Przy nim nie musiał się zmuszać do udawania zadowolenia, tak jak to robił w towarzystwie innych osób.
— Dzień dobry — przywitał się Harry, wciąż wyglądając na zadowolonego.
— Dzień dobry — odpowiedział Tom, przyglądając się intrygującym, szmaragdowym oczom spoglądających na niego.
— Jak długo już nie śpisz? — zapytał Harry.
— Niedługo — odpowiedział. — Może niecałą godzinę.
— To jednak nie jest tak krótko — zauważył Harry. — O czym myślałeś?
— O tobie — powiedział Tom. Harry ponownie się uśmiechnął.
— Która jest godzina?
— W tej chwili nie mam pojęcia.
Harry sięgnął do jego nocnego stolika i spojrzał na zegarek. Tom chłonął wzrokiem widok jego szyi i szczęki, jego nagich pleców, które odsłaniał zsuwający się koc.
— Powinniśmy już wstać — stwierdził Harry, nie brzmiąc przekonująco.
Tom również nie był przekonany do tego pomysłu. Nie był w stanie się skupić na niczym, poza chęcią zobaczenia reszty ciała Harry'ego. Pocałował go, nie mogąc się dłużej powstrzymać. Uczucie skóry Harry'ego pod jego palcami albo jego ciała przyciśniętego do niego, było dla Toma nieporównywalne z niczym innym. Nikt z kim wcześniej był, nie działał na niego jak właśnie on. Potrzeba odczuwania tej bliskości wychodziła daleko poza nic nieznaczącą żądzę i to w sposób, którego nie potrafił w pełni pojąć.
Każdy centymetr jego ciała pragnął bliskości Harry'ego, a po pocałunku ta potrzeba stała się jeszcze bardziej nagląca. Tom gładził bok chłopaka, gdy ich języki walczyły o dominację. Miał ciężki, pełen pożądania oddech, nawet zanim Harry pogładził jego twarz i zjechał niżej na jego szyję. Powoli przejechał językiem po ustach swojego kochanka, wciąż nie mogąc się nacieszyć ich miękkością. Nigdy nie spieszył się podczas pocałunku.
Serce Toma zaczęło bić szybciej, gdy poczuł, że Harry naciska na niego. To był kolejny powód, dla którego tak bardzo cieszył się byciem z nim. Nie dlatego, że nad nim dominował, ale ponieważ starał się to zrobić. Nikt wcześniej na tyle pewny siebie, żeby w ogóle podjąć to wyzwanie. Chociaż równie dobrze mogło chodzić też o odwagę, bo większość osób po poznaniu jego prawdziwej siły, czym prędzej uciekałaby z podkulonymi ogonami. Cieszył się tą rywalizacją, nieważne czy wygrywał, czy przegrywał — efekt był taki sam. Popchnął Harry'ego do tyłu, przyciskając jego plecy do wezgłowia łóżka. Dzisiaj to on chciał dominować.
Harry ponownie pogładził kark Toma i wplótł dłonie we włosy partnera, ciągnąc za nie lekko. Nie trwało to jednak długo, bo chwilę później przyciągnął chłopaka do siebie, zapamiętale całując jego szczękę, szyję i ucho. Obaj oddychali nierówno.
Tom zaczął syczeć słowa w wężomowie do ucha Harry'ego i ssać małżowinę, czując silną reakcję. Pozwolił dłoniom wędrować wzdłuż ciała swojego kochanka, a językiem przesuwał po jego skórze, przedłużając przyjemną torturę. Chciał całować i pieścić całeciało, a Harry tylko go do tego zachęcał, gdy starał opanować swoje reakcje. Tom miał wrażenie, że było im przeznaczone być razem, gdy odczuwał niesamowite doświadczenie Harry'ego jako całości. Gładził klatkę piersiową, błądząc dłońmi wzdłuż brzucha i jeszcze niżej… Gdy ustami ponownie znalazł usta Harry'ego, ten ugryzł go w pożądaniu. Tom pogłębił pocałunek, jego żądza niemal go przytłaczała…
Zarówno Harry, jak i Tom byli w dobrych nastrojach, gdy chwilę później nareszcie wstali i zaczęli przygotowywać się do nadchodzącego dnia. Był piątkowy poranek, co znaczyło, że obaj wciąż mieli dużo do zrobienia. Harry w redakcji „Proroka", a Tom u Borgina i Burkesa.
— Kogo musisz dzisiaj odwiedzić? — zapytał Harry, gdy wychodzili z mieszkania.
— Tylko Quentina Bonesa w południe i Chefsibę Smith o szesnastej — odpowiedział Tom, zapinając swój płaszcz. — I oczywiście zostaje mi zwykła praca w sklepie.
Gdy Tom mówił, uważnie przyglądał się Harry'emu. Chłopak ostatnio nabrał nawyku pytania go, kogo będzie dzisiaj odwiedzał. Zaczęło go to intrygować. A za każdym razem robiło się ciekawiej, gdy wspominał nazwisko Chefsiby Smith. Zawsze wywoływało to u Harry'ego niejasną reakcję, której Tom nie był w stanie określić.
Na początku myślał, że Harry jest o nią zazdrosny albo stał się względem niej podejrzliwy. To prawda, że odwiedzał ją dość często, ale jeszcze przed pierwszym spotkaniem ostrzegł Harry'ego, że będzie starał się nakłonić tę kobietę do sprzedaży antyków tylko i wyłącznie swoim wyglądem. Harry zapewnił go, że nie będzie mu to przeszkadzać, dopóki nie wyniknie z tego jakiś problem, ale mimo to wciąż był widocznie niespokojny o coś dotyczącego Chefsiby Smith. Tom jak do tej pory nie drążył tematu, nawet jeśli bardzo go to zastanawiało.
— Zapowiada się ciekawy dzień — odpowiedział Harry. Tom podszedł do niego i pocałował go.
— Zobaczymy się wieczorem — powiedział Tom, gdy Harry przerwał pocałunek. — Możliwe, że wrócę trochę później.
— W porządku — odparł Harry, gdy schodził w dół po schodach.
Nie rozmawiali ze sobą, gdy wyszli na ulicę. Po krótkim pożegnaniu, Harry skierował się na Pokątną. Tom przyglądał mu się, zanim udał się do Borgina i Burkesa. Czarownice i czarodzieje, których mijał byli jak zawsze gburowaci i zajęci sobą, ale nie przeszkadzało mu to. Oszczędzało mu udawania uprzejmości i zainteresowania życiami zwykłych ludzi.
Po kilku minutach wszedł do Borgina i Burkesa usytuowanego pod numerem 13b na Alei Śmiertelnego Nokturnu. Sklep był obszerny i mroczny, zarówno w wyglądzie, jak i w wrażeniu, które sprawiał. Półki ciągnęły się pod sam sufit, mieszcząc tylko część ogromnej kolekcji, którą sklep miał do zaoferowania. Wzrok przyciągał potężny kominek, którego używali klienci, chcący uniknąć niechcianej uwagi. Dzięki artefaktom o niezwykłym przeznaczeniu i z niejasnymi historiami, Borgin i Burkes znalazł uznanie wśród czarodziei w całym kraju.
Po kilku latach od dołączenia do czarodziejskiego świata, Tom odwiedził ten sklep. Jego przyjaciele często o nim mówili. Nienawidził swojego sierocińca i w samotności często odwiedzał Ulicę Pokątną, czasami zapuszczając się dalej. Uwielbiał w tym sklepie wszystko, ale najbardziej lubił przebywać w części, gdzie wystawione były książki. Niemal wszystkie traktowały o czarnej magii i bez względu na to ile kosztowały, Tom miał do nich nieograniczony dostęp.
Gdy wszedł do sklepu, zobaczył Burkesa, siedzącego za ladą i badającego jakiś przedmiot o nietypowym wyglądzie. Starszy czarodziej wyglądał na zaintrygowanego, ale oderwał się od pracy, gdy zauważył, kto wszedł. Powitał Toma i przypomniał mu o jego pracy na dzisiaj. Przez ostatnie półtora roku interes szedł nadspodziewanie dobrze i z myśli Borgina i Burkesa, Tom dowiedział się, że był najlepszym, co przydarzyło się sklepowi w ostatnich latach. Może poza czwartym zwrotem przeklętego naszyjnika z opali, o który zarówno Borgin, jak i Burkes bardzo dbali. Zarobili na nim niemałą fortunę.
Po kilku minutach Burkes wyszedł, zostawiając gosamego. Dzień mijał w normalnym tempie i przed południem Tom opuścił sklep, udając się na wizytę do Quentina Bonesa. Wrócił niecałą godzinę później po zawarciu udanej transakcji. Ponownie zajął się pracą w sklepie aż do szesnastej, gdy musiał odwiedzić Chefsibę Smith.
Smith mieszkała w małej, czarodziejskiej miejscowości w północnej Anglii. Wioskę zamieszkiwało zaledwie stu mieszkańców, a dom Chefsiby był jednym z największych budynków. Tom odwiedzał ją przynajmniej sześć razy w miesiącu, ponieważ ciągle składała nowe oferty odnośnie antyków, które gromadziła. Borgin i Burkes oczekiwali jej ofert z ciekawością, wiedząc, że nieczęsto potrafiła odmówić Tomowi. Tom nie mógł powiedzieć, że cieszył się z odwiedzania jej, ale przynajmniej znalazł rozrywkę w oglądaniu przedmiotów, które zgromadziła.
Stojąc na schodach przed wejściem do domu, zaczął rozważać dziwną reakcję Harry'ego na Chefsibę Smith. Spojrzał na swój zegarek. Wybiła szesnasta, więc zadzwonił do drzwi. Zastanawiał się, jak wiele miesięcy jeszcze minie, zanim Chefsiba w końcu znudzi się flirtowaniem. Nie przeszkadzałoby mu, gdyby stało się to jak najwcześniej, przynamniej Harry przestałby się martwić…
Nie minęło dużo czasu, zanim drzwi zostały otwarte i zobaczył skrzatkę Chefsiby, spoglądającą na niego. Stworzenie było bardzo chude, stare i miało najcieńszy głos, jaki kiedykolwiek słyszał.
— Dzień dobry, panie! Proszę wejść — powiedziała, kłaniając się mu.
Dom Chefsiby był zapchany tysiącami sztuk biżuterii, bibelotów i antyków upchanymi w szafkach, ułożonymi na stołach i w każdym innym miejscu, w które mogły się tylko zmieścić. Mając na uwadze wspomnienia z poprzednich wizyt, Tom, poruszając się z ostrożnością, podążał za skrzatką do salonu, w którym przebywała Chefsiba.
Oczy Chefsiby skupiły się na nim od chwili, gdy wszedł do salonu i lśniły z tym samym pożądaniem i podziwem, jakim lśniły od ich pierwszego spotkania. Była bardzo materialistyczna, co zresztą widać było po jej domu. Tom, w oczach tej kobiety, był niczym więcej, jak tylko kolejnym przedmiotem. Takim, który uwielbiała bez zbędnego zagłębiania się w jego naturę.
Tom, jak zawsze, podszedł do Chefsiby i ujął jej dłoń w swoje. Miał wrażenie, że mimo wagi, ściska powietrze. Musnął ustami jej pulchną dłoń. W przeciwieństwie do reakcji Chefsiby na ten gest, Tom nie poczuł nic.
— Przyniosłem ci kwiaty — powiedział cicho, znikąd przywołując bukiet róż.
— Ty bezwstydny chłopcze, nie powinieneś! — wykrzyknęła Chefsiba. Wzięła od niego róże i włożyła je do przygotowanego już wazonu, który Tom zauważył wchodząc do salonu. — Rozpieszczasz staruszkę, Tom… Usiądź, usiądź… Gdzie Bujdka? Ach!
Gdy usiedli, skrzatka wsunęła się do pokoju, niosąc ze sobą tacę niewielkich ciasteczek, którą położyła na stoliku blisko jej pani.
— Częstuj się, Tom — powiedziała Chefsiba, uśmiechając się. — Wiem, jak uwielbiasz moje ciasteczka. Więc, jak się masz? Jesteś bardzo blady. Przepracowujesz się w tym sklepie. Mówiłam to już setki razy…
Chefsiba uśmiechnęła się czule, ciesząc się towarzystwem Toma, który zmusił swoją twarz do uśmiechu.
— Cóż, jaką dzisiaj masz wymówkę, żeby mnie odwiedzić? — zapytała, trzepocząc rzęsami.
— Pan Burkes chciałby złożyć pani korzystną ofertę za goblińską zbroję — powiedział Tom, udając, że nie zauważył prawdziwego znaczenia tych słów. — Pięćset galeonów. Uważa, że to więcej niż uczciwa cena…
— Chwileczkę, nie tak prędko albo pomyślę, że jesteś tutaj tylko dla moich bibelotów! — powiedziała Chefsiba, wydymając wargi.
— Takie otrzymałem polecenie — stwierdził Tom cicho. Poczuł lekkie rozdrażnienie, ale starał się je zignorować. W kwestii irytowania go była nikim w porównaniu do Slughorna czy Dumbledore'a. Postanowił jak najszybciej wrócić do interesów. — Jestem tylko biednym asystentem, madame, który musi wypełniać wydane mu polecenia. Pan Burkes życzy sobie, żebym zapytał…
— Och, pan Burkes, a pfe! — oburzyła się Chefsiba. — Chciałabym pokazać ci coś, czego nigdy nie pokazywałam panu Burkesowi!
Tom nie mógł powstrzymać się przed myśleniem, co odpowiedzieliby na to Avery albo Dołohow. Powstrzymał uśmieszek, zaskoczony, że w tej chwili przypomniał sobie starych przyjaciół.
— Tom, potrafisz dotrzymać sekretu? — zapytał Chefsiba. — Obiecasz, że nie powiesz panu Burkesowi, że to mam? Nigdy nie dałby mi spokoju, gdyby dowiedział się, że to posiadam. I nie sprzedam tego ani Burkesowi ani nikomu innemu! Ale ty, Tom, docenisz to za historię stojącą za tym przedmiotem, nie za to ile galeonów mógłbyś za niego dostać…
Tom nagle zaczął słuchać z zainteresowaniem. Nieważne jak uciążliwa bywała Chefsiba, w swoim domu miała wiele skarbów. Tylko w salonie było kilka przedmiotów, które przykuły jego uwagę, chociaż nie na tyle, żeby coś z tym zrobić.
— Będę szczęśliwy, mogąc zobaczyć to, co chce mi pani pokazać, madame Chefsibo — powiedział Tom miękko.
Kobieta zachichotała jak mała dziewczynka.
— Poproszę Bujdkę, żeby to przyniosła — powiedział. — Bujdko, gdzie jesteś? Chcę pokazać panu Riddle'owi nasz największy skarb… Właściwie, to przynieś oba, jak już tam będziesz…
Tom przyglądał się, jak mała skrzatka wychodzi z pokoju i wraca chwilę później z dwoma skórzanymi pudełkami, niesionymi wysoko nad jej głową.
— Proszę, pani — pisnęła skrzatka, gdy Chefsiba wyciągnęła ręce po pudełka.
— O proszę — powiedziała rozradowana Chefsiba, kładąc oba pudełka na swoich kolanach i otwierając najpierw większe z nich. — Myślę, że to ci się spodoba, Tom… Och, gdyby moja rodzina wiedziała, co ci pokazuję… Nie mogą się doczekać aż położą na tym swoje dłonie!
Żeby dodać dramatyzmu, Chefsiba otwarła pudełko w momencie, gdy skończyła mówić. Gdy oczy Toma odnalazły mały, złoty puchar, który spoczywał w pudełku, nie był zaskoczony, że Chefsiba czuła się tak dumna, pokazując taką rzadkość. Dwa znakomicie wykonane uchwyty po obu stronach pucharu ozdobione były subtelnymi rytami. Był niezwykle piękny.
— Zastanawiam się, czy wiesz co to jest, Tom? — wyszeptała Chefsiba. — Podnieś go. Przyjrzyj się!
Tom bardzo ostrożnie wyjął puchar z pudełka. Pochodzenie tego pucharu było jeszcze bardziej oczywiste, gdy przyjrzało mu się z bliska.
— Borsuk — mruknął, przyglądając się rysunkowi wyrytemu na pucharze. — W takim razie to musi być…?
— Puchar Helgi Hufflepuff, jak dobrze wiesz, spryciarzu! — wykrzyknęła Chefsiba, pochylając się do przodu z głośnym skrzypieniem gorsetu i szczypiąc Toma w policzek. Nic z tego nie zostało zauważone przez Toma. Jego myśli były zajęte pucharem. — A nie mówiłam, że była moją daleką przodkinią? Przekazywano go z pokolenia na pokolenie. Uroczy, nieprawdaż? Podobno posiada też najróżniejsze moce, jednak nigdy tego nie sprawdzałam. Na razie po prostu trzymam go tutaj, w spokoju…
W jego myślach nie było miejsca na zaskoczenie, gdy przyglądał się pucharowi Hufflepuff. Taki właśnie rodzaj rzeczy Tom oczekiwał znaleźć w ciągu ostatnich lat. Tak cenny jak Komnata Tajemnic i pierścień wykonany przez samego Grindelwalda, ten historyczny puchar byłby wspaniałym dodatkiem do jego kolekcji.
Zanim Tom zauważył, Chefsiba wyjęła puchar z jego dłoni i umieściła go ponownie w pudełku. Tom wiedział, że będzie w stanie przekonać ją, by sprzedała to Borginowi i Burkesowi, bez względu na to, co mówiła. Stamtąd jeszcze łatwiej będzie mógł go ukraść. Przez pewien czas będzie wokół niego mniej antykradzieżowych uroków. A poza tym i tak był w stanie złamać każdy urok…
— A teraz — powiedziała Chefsiba. — Gdzie jest Bujdka? Och tak, tu jesteś… Odnieś to.
Uwaga Toma zwróciła się na większe, bardziej płaskie pudełko.
— Myślę, że to spodoba ci się jeszcze bardziej, Tom — wyszeptała. — Przysuń się bliżej, drogi chłopcze, żebyś mógł zobaczyć… Oczywiście, Burkes wie, że to mam. Kupiłam to od niego, ale zakładałam, że z chęcią go odzyska, gdy odejdę…
Pulchnymi palcami odsunęła pokrywkę, odsłaniając złoty medalion spoczywający na szkarłatnym aksamicie.
Dłonie Toma nieświadomie wyciągnęły się w stronę przedmiotu. Wpatrywał się w ozdobne szmaragdy układające się w kształt litery „S". Czuł, że jego serce podskoczyło. Niemal mógł poczuć moc drzemiącą w tym przedmiocie, gdy podniósł go do światła. To było o wiele lepsze niż puchar Helgi Hufflepuff. Tom ledwo mógł w to uwierzyć. To był medalion…
— Znak Slytherina — wyszeptał.
— Dokładnie! — odpowiedziała Chefsiba ściszonym głosem, zafascynowana zainteresowaniem Toma. — Musiałam za niego słono zapłacić, ale nie mogłam odpuścić takiej okazji, nie przy takim skarbie. Musiałam go mieć w swojej kolekcji. Burkes kupił go od jakiejś żebraczki, która musiała go skądś ukraść, ale najwidoczniej nie wiedziała o jego wartości…
Tom nagle zacisnął pięść wokół medalionu, nie będąc pewnym, czy dobrze zrozumiał Chefsibę. Szukał tego przedmiotu przez lata — myśl o nim nigdy nie opuściła jego umysłu. „Gdzie jest medalion, ech, gdzie medalion Slytherina?" Słyszał głos Morfina, wypowiadającego te słowa, tak wyraźnie, jakby przebywał w tym samym pokoju. Tom bardzo chciał znaleźć ten medalion, a teraz miał go przed sobą.
Wpatrywał się przed siebie niewidzącym wzrokiem, starając się opanować gniew, który przejmował nad nim władzę. Nie ruszał się i nie był nawet w stanie myśleć, gdy jego dłoń coraz ciaśniej zaciskała się w pięść. Ten medalion zadecydował o jego losie nawet zanim się urodził…
— Podejrzewam, że Burkes zapłacił jej marne grosze… Ale, proszę… Piękny, prawda? I ponownie, przypisuje mu się wszelkiego rodzaju moce, a ja trzymam go bezpiecznie zamknięty…
Wyciągnęła dłoń, żeby zabrać medalion. Tom zawahał się. Jeden ruch różdżką i będzie martwa, pozostawiając mu swobodę kradzieży i pucharu, i medalionu. Nie miał innego pomysłu, żeby pozbyć się swojego gniewu. Nie widział innego wyjścia z tej sytuacji… Chociaż niektórzy wiedzieli, że tutaj przebywa. Niemądrze byłoby zabić ją w tej chwili…
Nie podejmując ostatecznej decyzji, Tom pozwolił medalionowi wyślizgnąć się z jego uścisku. Chefsiba uśmiechnęła się, gdy ponownie trzymała go w dłoni.
— Więc to już wszystko, Tom. Mam nadzieję, że podobał ci się pokaz!
Tom nie mógł wymyślić żadnej odpowiedzi. Wciąż starał się zwalczyć swój gniew. Spojrzał na nią, gdy głupkowaty uśmiech znikał z jej twarzy.
— Wszystko w porządku, mój drogi?
— O tak — skłamał szybko Tom. — Tak, czuję się doskonale…
— Myślałam… Och, to pewnie gra światła… — powiedziała Chefsiba lekko zdenerwowana. — Proszę, Bujdko, odnieś je i zamknij z powrotem… Zaklęcie takie jak zawsze…
Ich rozmowa aż do wyjścia Toma była niemrawa z mało entuzjastycznymi komentarzami Chefsiby, co do prawdziwego powodu jego wizyty. Z upływem czasu wydawała się coraz mniej podejrzliwa, ale Tom wiedział, że wciąż była czymś przestraszona. Gdy w końcu opuścił jej dom, szedł ulicą, nie oglądając się za siebie, myśląc tylko o tym, jak przyjemnie byłoby rozpłatać jej krótką szyję.
Czarodziejska wioska była opustoszała, mimo wczesnej godziny. Tom nie chciał wracać do pracy czy do Harry'ego. Idąc, nie zauważał niczego wokół siebie. Słońce zdążyło już zajść, a niebo było pokryte przez chmury. Tom miał wrażenie, że jest nienaturalnie spokojny. Chciał dostać i puchar Hufflepuff, i medalion Slytherina, więc nie mógł zrobić nic głupiego.
Odgłos kroków odbijał się echem w jego spokojnym umyśle. Znalazł medalion Slytherina. Oddychał spokojnie. Ze wszystkich miejsc na świecie, znalazł go w domu tej opasłej staruszki. Sprzedany jej przez sklep, w którym pracował Tom. Pamiątki, które dzisiaj zobaczył, będą wspaniałym dodatkiem do jego kolekcji. Umysł Toma wciąż był przerażająco pusty.
Nie widział wioski, gdy przez nią przechodził. Całym sobą był skupiony na swoich myślach. Jednak nie było żadnych. Teatr był wypełniony do ostatniego miejsca, ale nie było żadnych aktorów, żeby wystawić emocje i refleksje. Poczuł lekką irytację, która zniknęła szybciej niż był w stanie ją w pełni docenić. Zastanawiał się, jak wiele jego matka dostała za ten medalion. Ile by to nie było i tak zapłacili za mało. W przeciwnym razie jego matka by nie umarła, a on nie zostałby wysłany do sierocińca.
Irytacja wróciła i szybko zmieniła się w obrzydzenie.
Burkes nie był tym typem osoby, która oferuje uczciwą cenę, gdy sprzedający nie zna prawdziwej wartości przedmiotu. Nie był również typem osoby płacącej przyzwoite pieniądze, nawet ciężarnej i umierającej wiedźmie. Tom czuł jak gniew obejmuje jego szybko bijące serce, rozprowadzając go po całym ciele. Ponownie starał się uspokoić, zanim pojawiły się kolejne myśli. Jego matka umarła podczas porodu, mimo posiadania magii, która mogła jej pomóc. Tom nie miał pojęcia, jak to było możliwe, chyba że była naprawdę żałośnie słaba. Stała się mugolką. Co wyjaśniałoby, dlaczego Tom musiał żyć między tymi plugawymi stworzeniami przez tyle lat.
Serce Toma biło coraz szybciej, a w jego umyśle pojawiały się kolejne wywołane gniewem myśli. Jego dłonie schowane w kieszeniach zacisnęły się w pięści, a paznokcie wbijały się w miękkie ciało. Ten medalion należał do niego. Nie będzie czekał, aż uda mu się przekonać Chefsibę do jego sprzedaży. Nie miał zamiaru dać jej na nim zarobić i nie miał zamiaru pozwolić Burkesowi myśleć, że medalion ponownie należy do niego. To co zrobili Tomowi, nawet zanim się urodził, będzie jeszcze długo ich prześladować…
Zamorduje ich. Na tę myśl wypełniło go nieprzyzwoicie wspaniałe uczucie, wywołane odrazą i nienawiścią. Zamordowanie ich było jedynym rozwiązaniem. To był jedyny sposób, żeby mógł pozbyć się swojego gniewu — tylko w taki sposób ich zbrodnie mogły zostać w pewnej części odpokutowane. Co z Borginem? — zastanawiał się Tom. Czuł uśmiech ogromnej satysfakcji wykrzywiający jego usta.
Tak naprawdę to Borgin zamorduje Burkesa. Borgin wyrządził mniej krzywd niż Burkes, więc nie zasługiwał na nic więcej niż spędzenie reszty życia ze świadomością zabicia swojego partnera bez powodu. W przeciwieństwie do Toma, nie miał żadnych motywów i zrobi to w o wiele mniej przebiegły sposób. Tom rzuci na niego Imperiusa i zobaczy jak dużo będzie miał szczęścia, jak łatwo uda mu się przekonać Ministerstwo, że nie miał z tym nic wspólnego.
Śmierć przyjdzie w podobnej formie do Chefsiby Smith, chociaż będzie trochę mniej brutalna niż ta, którą zaplanował dla Burkesa. Użyje do tego jej skrzatki. Ponownie dzięki Imperiusowi, zmusi skrzatkę do dodania trucizny do jedzenia jej pani. Chefsiba umrze wcześniej niż Burkes, o wiele wcześniej. Tom będzie czekał na jej śmierć w jej własnym domu, przygotowany do wymazania pamięci skrzatki i kradzieży pucharu i medalionu. Wtedy wróci do sklepu i rzuci klątwę na Borgina, po czym zmodyfikuje jego pamięć. Skutki klątwy będą utrzymywać się u Borgina przez przynajmniej miesiąc, zanim Ministerstwo…
Odgłos kaszlu przerwał jego myśli. Jego oczy nareszcie zobaczyły otaczające go przedmioty. Ponownie usłyszał kaszel rozbrzmiewający po jego lewej stronie. Kiedy się odwrócił, zauważył starego, zgiętego w pół włóczęgę, kaszlącego nieprzerwanie, siedzącego na jakiś kocach. Tom zatrzymał się w miejscu, wpatrując się w mężczyznę. Włóczęga był mugolem otoczonym przez puste butelki po mugolskim alkoholu.
Inne, mugolskie wioski otaczały miejsce, gdzie mieszkała Chefsiba i Tom zdał sobie sprawę, że musiał wejść do jednej z nich. Włóczęga wciąż kaszlał. Ulica, na której się znajdowali była opustoszała. Za mugolem ciągnął się długi, ceglany mur. Tom zdał sobie sprawę, że musiał być w pewnego rodzaju alei, niewidzianej z żadnego z okien pobliskich domów. Mugol nagle przestał kaszleć i spojrzał na niego.
Włóczęga był zdziwiony, że Tom wciąż tutaj stał. Wydawało się, że chce go poprosić o pieniądze, ale po krótkim spojrzeniu na niego, coś odwiodło go od tego pomysłu. Tom zdał sobie sprawę, że włóczęga nie ufa jego spojrzeniu. Tom napawał się jego nieufnością, jego strachem. Słońce zaszło całkowicie, a niebo całkowicie ściemniało. Przed Tomem siedział mugol, najniższy statusem mugol. Łachmaniarz. To z nimi jego matka tak bardzo czuła się związana i gdzie przez to skończyła… przez nich.
Włóczęga odwrócił swój wzrok od Toma, najwyraźniej zaniepokojony jego napastliwym spojrzeniem. Gniew wciąż pulsował w żyłach Toma. Ten mugol przypomniał mu jego przeszłość, lata spędzone w sierocińcu. Sama myśl o tym przytułku go rozwścieczała. Wszystkie te lata cierpienia z powodu tych plugawych mugoli, którzy nigdy go nie rozumieli. Byli od niego gorsi, wiedział to od samego początku. Nienawidził każdego z nich. Nienawidził wszystkich mugoli za to, co zrobili czarodziejom.
Nie fakt, że czarodzieje musieli żyć w ciągłym strachu tak denerwował Toma. To fakt, że po prostu nie posiadali takiej mocy jak czarodzieje, byli mniej zdolni i mniej inteligentni. Zniszczyli mu połowę życia i najwidoczniej całe życie jego matki, nieważnie jak głupia by nie była. Nienawiść Toma przeistoczyła się w żal, obrzydzenie i odrazę do swojej przeszłości. Nie chciał już nigdy więcej z żadnym z nich rozmawiać, nie chciał słyszeć o ich nijakim życiu. Nie chciał pamiętać swojego cierpienia. Chciał tylko szerzyć nienawiść względem nich wśród innych czarodziei. To oni byli odpowiedzialni za najgorszą częścią życia Toma. Byli bezwartościowymi szkodnikami.
Dłonie Tom wydawały się poruszać bez jego wiedzy, gdy wyciągnął różdżkę. Adrenalina pulsowała mu w żyłach, gdy wyczarował nóż. Mugolski włóczęga na początku nie był w stanie domyślić, co zamierzał zrobić, ale wystarczyło mu jedno spojrzenie w oczy Toma, żeby zrozumieć wszystko. Był bliski krzyknięcia czegokolwiek, ale było za późno. Z cichym świstem srebrny nóż spowodował spore rozcięcie na piersi mugola. Z kolejnym świstem pojawiło się kolejne rozcięcie, tym razem głębsze. Tom wznosił nóż ponownie i ponownie, i tak jeszcze wiele razy, dopóki mugol nie zaczął krzyczeć. Nikt nie był w stanie go usłyszeć, gdy Tom jedynym ruchem różdżki ukrócił jego cierpienia, nawet go nie dotykając. Tom ponownie machnął różdżką, wyczarowując Cruciatusa, chcąc żeby mugol zobaczył i doświadczył magię. Chciał, żeby odczuwał jak największy ból… Tylko w ten sposób mógł pozbyć się swojej nienawiści.
