We were and we are the Dark Lord's „most loyal" servants...
Zjawił się w Wielkiej Sali niemal o samym świcie. Chciał bowiem zjeść śniadanie w całkowitej samotności, nie musząc spotykać kogokolwiek. Gdy Dumbledore, który zjawił się na śniadaniu o normalnej porze, zauważył nieobecność przyjaciela, posmutniał w duchu i od razu udał się do lochów. Był pewien, że Severus nie będzie chciał z nim rozmawiać. Pojawiwszy się jednak w gabinecie Snape'a, dostrzegł na twarzy przyjaciela całkowite rozluźnienie i zwyczajny drwiący uśmiech.
– Przyszedłeś sprawdzić, czy oby nie popełniłem samobójstwa? – rzucił z ironią Snape, szukając czegoś w szufladzie swojego biurka.
– Powiedzmy... – odparł niepewnym głosem Albus, jakby spodziewał się co najmniej, iż Severus szuka w tym biurku mugolskiej broni, by za chwilę strzelić sobie w skroń. – Wszystko więc w porządku, mówisz? – Zasiadł na krześle przed jego biurkiem.
– Och, a dlaczego miałoby nie być w porządku? – Wyciągnął w końcu z szuflady nowe pióro i położył je na biurku. Albus odetchnął, że nie była to żadna broń. – A zresztą... Po co pytam? Chodzi ci o to, że wczoraj panna Malfoy wyszła za Czarnego Pana. Myślisz, że złamało mi to serce czy coś w tym stylu... Że się załamałem... Że tonę w morzu swoich łez... Otóż, jak zresztą widać, nie.
– Nie od dziś cię znam, Severusie – mruknął Albus wciąż niezbyt pewnym głosem. – Możesz sobie udawać, że to cię nie rusza, ale...
– Nie rusza mnie – przerwał mu niemiło Snape. – Dlaczego próbujesz mi wmówić, że mnie rusza? Jak mnie to w tobie irytuje... Zawsze próbujesz mi coś wmówić...
– To dlaczego nie udałeś się wczoraj na ten ślub?
– Ta dziewczyna upadała na moich oczach już tyle razy, że postanowiłem darować jej dodatkowej pary oczu oglądającej jej największą porażkę.
Dumbledore zmrużył lekko oczy, przyglądając mu się.
– Mówisz to tak, jakby ona się pchała do tego małżeństwa.
Snape milczał. Uporczywie wpatrywał się w pergaminy, które leżały na jego biurku.
– A przecież ona by tam nawet nie poszła, gdybyś ją ostrzegł... – dodał cicho po chwili.
– Wiem! – krzyknął Snape. – Tak, to wszystko moja wina. Zrozumiałe.
– To nie jest niczyja wina. Tylko przestań robić z niej kogoś, kim nie jest. Pomimo tego, że faktycznie bywała zapatrzona w Czarnego Pana, śmierciożerców, czyli niemal we własną rodzinę, próbowała nas wspierać. Wiele informacji mi przekazała. I, zastanów się, myślisz że ona w tym momencie jest szczęśliwa? Właśnie tak, wyobraź ją sobie teraz. Znasz ją przecież. I co? Jest według ciebie szczęśliwa u jego boku?
– Nie wiem – odparł Snape tonem nieco rozchwianym, jednak szybko się opanował. – Może tak. A raczej niemal na pewno tak. Nie znasz jej, Albusie. A raczej znasz ją tylko z tej dobrej strony. Bo przecież ci pomagała, tak... Ale o ilu rzeczach mogła ci powiedzieć, a nie powiedziała, co? – spojrzał na niego z pewną satysfakcją, rad, że udało mu się wymyślić jakiś kontrargument. – Albo ile razy chciała, i pewnie zresztą to robiła, podsunąć ci jakąś fałszywą informację?
– Ostrzegła mnie przed atakiem na Azkaban w czasie którego mieli wyciągnąć Lucjusza... Czy to nie mówi samo za siebie?
– Zrobiła to tylko dlatego, że nie cierpi ojca. Gdyby chodziło o Narcyzę, sama by napadła na ten Azkaban i pozabijała każdego, kto by jej się nawinął.
– Naprawdę chcesz ją umniejszyć w swoich własnych oczach – westchnął Albus, a po chwili wstał. – Gdybyś jednak mógł... chociaż dla mnie, jeśli nie chcesz z własnej woli... postarać się o odwiedzenie jej...
Snape przez dłuższą chwilę milczał, patrząc na niego z niechęcią. Następnie jednak kiwnął głową, ale chyba bardziej po to, aby Dumbledore wreszcie dał mu spokój i sobie poszedł.
Victoria otworzyła oczy i od razu je przymrużyła. Promienie słońca wpadające przez okno świeciły prosto w jej twarz. Obróciła się i dostrzegła, że miejsce obok było puste. Na chwilę zamarła i zaczęła zastanawiać się, czy ten ślub nie był przypadkiem jej snem. Rozejrzała się. A więc nie. To nie był sen. Leżała w łóżku, w wielkiej komnacie z ciemnofioletowymi tapetami ozdobionymi różnymi wzorkami. Naprzeciw łoża stała komoda wykonana z ciemnego drewna, a na niej znajdował się porcelanowy wazon z różami. To była jej nowa sypialnia... Ich nowa sypialnia.
Kolejny dowód na to, że wczorajszy dzień wcale nie był snem, stanowiły małe siniaki na nadgarstkach i zaczerwienienia w innych miejscach. Czarny Pan w łóżku wcale nie był delikatny i nie zważył na to, że to był jej pierwszy raz. Silnie łapał ją za nadgarstki i ściskał jej ramiona, piersi, uda...
Nie wiedziała, czy po prostu zszedł na dół, czy może już go nie było w domu. Wykonała poranną toaletę i ubrała się w czarne, dopasowane spodnie oraz czerwoną, gładką bluzkę. Włosy rozczesała, użyła ulubionych perfum i zeszła na dół, niepewnie zaglądając do każdego pomieszczenia po kolei.
– Jesteś tu... Tom? – Jego imię z trudem przeszło jej przez gardło. Wczorajsza fascynacja, którą czuła patrząc na niego, odeszła niczym księżyc o poranku.
Odpowiedziało jej milczenie. Udała się do salonu i usiadła w fotelu. Co ma teraz robić całymi dniami, skoro nie chodzi do szkoły? Nie miała nawet pojęcia, czy może w ogóle wyjść z domu. I co ma jeść? Pstryknęła palcami. Pojawił się skrzat domowy. Czyli jednak mężulek zadbał o to, żebym nie umarła z głodu..., pomyślała z ironią i poprosiła skrzata o śniadanie.
Godzina minęła, gdy wrócił. Miał na sobie elegancki garnitur. Merlinie, skąd on bierze takie ubrania?, pomyślała, witając go uśmiechem.
– I jak się miewa moja świeżo upieczona żona? – podszedł do niej, a ona podniosła się z fotela.
Pocałował ją w głowę i usadowił się w fotelu, pociągając ją w dół, by usiadła na jego kolanach.
– Bardzo dobrze, a jak u ciebie? – zapytała, nieśmiało zerkając mu w oczy.
– Wszystko w jak najlepszym porządku. Zajrzałem dziś do twoich rodziców i zapewniłem ich, że jesteś w bezpiecznym miejscu i w dobrych warunkach.
Uśmiechnęła się, a następnie odważyła zapytać:
– Czy mogę w ogóle wychodzić z domu? Na przykład na podwórze?
– Naturalnie. A nawet za podwórze, ale tylko na odległość pół mili z każdej strony od domu, bo te właśnie tereny zabezpieczyłem zaklęciami. Dzięki nim nikt cię nawet nie zauważy, o ile oczywiście nie przekroczysz tej granicy – pół mili od naszego domu. A przekroczyć jej ci stanowczo zabraniam. Mieszkamy na totalnym odludziu, jednak nigdy nie wiadomo, kto może tu zawędrować... Rozumiesz?
Pokiwała głową.
– A będziemy tu czasem zapraszać jakichś gości? Albo na przykład będziemy przenosić się do innych? Ale... razem. Bo dzisiaj byłeś sam... A ja też chciałabym czasem zobaczyć się z matką...
– Spokojnie, będę cię czasem zabierał w różne miejsca i do innych. Może kiedyś kogoś tu zaprosimy... Zobaczymy. Na razie nacieszmy się sobą... – uśmiechnął się do niej i przytulił głowę do jej szyi, wdychając zapach jej perfum.
Wsunęła palce w jego włosy i odchyliła głowę do tyłu, głośno wzdychając, gdy zaczął całować ją po szyi. W rzeczywistości jednak nic nie czuła. Myśli miała przepełnione rodziną, Hogwartem, tą nieszczęsną połową mili... Więc jej nowy świat miał tylko milę. Mila ze wschodu na zachód, z jej dworkiem w połowie, albo mila na północ i południe. Tyle teraz mierzyło jej życie. Tom wsunął dłoń pod jej bluzkę. Severus. Merlinie, dlaczego pomyślała teraz o Severusie? Przecież on sam popchnął ją w jego ramiona... Zapewne jest niezwykle z siebie zadowolony. Dlaczego jednak nie pojawił się na ślubie? Rozpiął jej stanik, a ona machinalnie ściągnęła z siebie bluzkę, myślami była jednakże daleko. Niby żałował tego, że jej nie ostrzegł o zamiarach Voldemorta... Ale co z tego, iż żałował? Jego własna pycha i duma nie pozwoliły mu na to, aby powiedzieć jej prawdę wystarczająco wcześnie. Jak więc mogłaby czuć smutek, że on siedział teraz zapewne sam i nie miał już nikogo, poza Dumbledore'em, do kogo mógłby się odezwać? Rozpiął swoje spodnie, a ona ściągnęła swoje i usiadła na nim okrakiem. Wszedł w nią. Bo przecież wcześniej to z nią rozmawiał... Często się kłócili, to prawda, ale w przypadku Snape'a nawet kłótnia była czymś niespotykanym. Bo przy niej chciało mu się szukać argumentów, denerwować się albo próbować ją do czegoś przekonać. Gdyby to był ktoś inny, pewnie tylko ograniczyłby się do drwiącego uśmieszku i wyzwisk. Ale na niej mu zależało, prawda?
Tak... Zależało mu.
Wieczorem Victoria szła korytarzem na piętrze ku sypialni. Miała na sobie już halkę do spania. Nagle drogę zagrodził jej olbrzymi wąż, który zaczął na nią syczeć.
– Nagini...! – zawołała z przerażeniem, totalnie nie spodziewając się, że ten wąż też tutaj mieszka.
Nagini widocznie nie była najlepiej nastawiona do ukochanej swego pana, a dlaczego? Tego nie wiadomo. W każdym razie znajdywała pewną uciechę w tym, że Victoria patrzyła na nią ze strachem. Gdy dziewczyna chciała ją wyminąć i przejść, Nagini syknęła jeszcze głośniej.
– Odsuń się, ty... – wyszeptała złowrogo Vicky.
Po paru chwilach z sypialni wyszedł Tom. Oparł się o ścianę i obserwował zmagania Victorii.
– Możesz ją zabrać? – zapytała po chwili.
– Kochanie... Ty się chyba nie boisz węży? – zapytał tajemniczym tonem Tom, widząc jej niepewne spojrzenie.
– Nie przepadam za bezpośrednim kontaktem z nimi – odrzekła po chwili, jednak po jej wzroku widać było, że się bała.
Riddle patrzył na nią jakoś dziwnie. Zaczął powoli iść w jej kierunku.
– Jestem potomkiem Salazara Slytherina, który założył w Hogwarcie dom z wężem w herbie – zaczął po chwili bezbarwnym tonem. – Znam mowę węży. Od dziecka jestem z nimi związany. Ba! Każdy Ślizgon powinien być z nimi związany... I mam rozumieć, że moja żona się ich boi?! – Ostatnie słowa wypowiedział z nieukrywaną wściekłością.
– To nie tak, że się boję, po prostu... – zaczęła z lekką paniką w głosie.
Ale on nie zamierzał jej słuchać. Podszedł do niej, złapał ją za ramię i zaczął ciągnąć w głąb korytarza. Mówił coś mową węży do Nagini, która podążała za nimi. Dotarli do ostatnich drzwi w korytarzu. Tom otworzył je i wepchnął tam Victorię. Gdy Nagini wpełzła za nią, zamknął drzwi na klucz.
– Z lękami trzeba walczyć – powiedział chłodno i udał się w stronę sypialni.
Victoria upadła na podłogę. Szybko rozejrzała się. Znajdowała się w małym pomieszczeniu, w którym nie było żadnych mebli ani okien. Ściany pokrywała szmaragdowa tapeta. Poderwała się na równe nogi gdy Tom zamykał drzwi, uprzednio wpuszczając do środka Nagini. Gdy je zatrzasnął, zaczęła naciskać na klamkę, jednak nie przyniosło to żadnego skutku.
– Tom, proszę...! – zawołała słabo, gdy Nagini znów zaczęła na nią głośno syczeć.
Nie potrafiła wyjaśnić swojego strachu do węży. Po prostu czuła się przerażona, gdy Nagini znajdowała się blisko niej. Nie miała pojęcia, czy reagowałaby tak na każdego węża – bo z żadnym innym nie miała styczności – czy tylko na nią. W końcu, trzeba przyznać, Nagini była ogromna i być może wzbudziłaby strach nawet w tych, którzy uważali się za niezwykle odważnych.
Gdy zrozumiała, że Tom nie zamierza jej stąd szybko wypuścić, oparła się plecami o ścianę i z góry obserwowała zwierzę. Nagini, jakby specjalnie, wciąż na nią syczała i pełzała wokół jej stóp. Nieraz wykonywała też jakieś gwałtowne ruchy, przez co Victoria wciąż miała wrażenie, że za chwilę zostanie zaatakowana.
Nic takiego się jednak nie stało. Po niecałej godzinie drzwi otworzyły się. Nagini wypełzła, a Victoria spojrzała tylko z niechęcią na Toma, który wszedł do pokoju. Wyciągnął rękę ku niej, gdyż siedziała na podłodze.
– Zrobiłem to dla twojego dobra – rzekł.
– Dla mojego dobra?
Patrzył na nią z góry, ponieważ wciąż nie podniosła się z posadzki. Po chwili jednak stwierdziła, że mimo wszystko powinna panować nad sobą. To wciąż Czarny Pan... Wstała więc i pozbyła się z twarzy wszelkich wyrzutów.
– Jestem zmęczona... – rzekła, gdy wciąż patrzył na nią, stojąc w miejscu.
Chciała go wyminąć, ale chwycił ją za rękę.
– A jednak widzę w twoich oczach złość... Jakbym zrobił coś nie tak...?
– Nie, skądże, wszystko w porządku. Zamykanie człowieka z wielkim wężem w jednym pomieszczeniu nie jest czymś, o co można się gniewać – odparła, nie patrząc na niego i oczywiście nie mogąc powstrzymać ironii, która wręcz sama się narzucała w tej sytuacji.
– Nagini jest dla mnie niezwykle ważna – odparł surowym tonem. – Czasem będzie przebywała w tym domu. Musisz do niej przywyknąć i nie reagować na nią w sposób negatywny. Nie chcę nawet myśleć o tym, że kiedykolwiek mogłabyś ją ze strachu zaatakować...
Victoria milczała, wciąż nie patrząc na niego. Gdy puścił jej rękę, wyszła z pokoju i poszła do sypialni. Od razu położyła się do łóżka i przykryła kołdrą niemal po sam nos. Parę minut później dołączył do niej Tom. Bez słowa zaczęli zasypiać.
