Za betowanie dziękuję Freji, która potrafi przedrzeć się przez gąszcz redakcyjnych pułapek. Jesteś wielka!
Toraach: JK Rowling opisywała każdego myślącego inaczej jako złego lub głupiego. A tymczasem życie nie jest aż takie proste a Cormac miał potencjał.
Luna jak to Luna, wierzyła w dziwne i rzeczy i opowiadała głupoty, więc oczywiście chętnie napisała że minister to wampir itd. Rzecz jasna obrazili wszystkich tym artykułem, ale to szmatławiec więc czego oczekiwać?
Elaine nie lubi Ginny i nie ma powodu. W jej oczach Ginny jest wredna, złośliwa i kryje Rona, bo ludzie nie wierzą, że Weasleyowie nie wiedzieli co on wyprawia.
FrejaAleera1: Myślę że Tonks może mieć syndrom jedynaka i po prostu odrzuca nowe rodzeństwo, tak reagują często ludzie, którzy długo byli jedynym dzieckiem.
Ginny jest w ciąży i hormony ciążowe zdecydowanie nie działają dobrze na jej opanowanie. Harry nie wie co zrobić, czuje się winny i nie chce tracić Weasleyów, swej jakby nie patrzeć jedynej rodziny.
Rufus mógłby tak zrobić, ale z drugiej strony Minister ulegający żądaniom grupy przestępców? Trudne to i faktycznie ciężko zdecydować co zrobić. A poza tym on mógł tak naprawdę wierzyć do pewnego stopnia w supremację czystej krwi.
Kolosia: Na Ginny mam już pomysł, ale jeszcze nie teraz, niech napsuje ludziom krwi, żeby potem było spektakularnie. W książce ją średnio lubiłam i nie rozumiem czemu się z niej na siłę robiło taką dobrą osobę, wierną itd. Z Weasleyów lubiłam bliźniaków, Percyego i Billa, a Ginny.. była taka niewyraźna.
Edge: Dziękuję, oni mieli irytować. A co do Harryego cóż poznęcałam się nad kanonem, chcąc pokazać, że moim zdaniem pary były tam dobrane bez sensu.
Po tym rozdziale chyba do reszty znielubicie Ginny, ale jak ktoś najpierw gada a potem myśli..
Rufus Scrimgeour boleśnie doświadczył jak cienka granica dzieli największe szczęście od koszmaru. Kiedy żona pewnego dnia chwyciła rękaw jego szaty i szeptem poinformowała o ciąży, zareagował tak jak zareagowałby każdy. Chwycił ją mocno w ramiona i gorąco pocałował. No nie tylko pocałował, na dobrą sprawę, ale przecież podobna reakcja była naturalna. Planowali mieć więcej po urodzeniu Oktawiusza, toteż oczywiście wszystko szło jak należy. Przynajmniej przez bardzo krótki czas.
Elaine od samego początku ciąży miała złe przeczucia. Nie, nie miała daru jasnowidzenia, ale jak mawiała babka kobiety po prostu dzięki intuicji wiedzą i widzą więcej. Ona zaś wietrzyła kłopoty, nie dając posłuchu zapewnieniom męża, że wszystko będzie dobrze. Po prostu coś było bardzo, ale to bardzo nie tak.
Uzdrowicielka ostrzegała by na siebie uważała, ponieważ jak mawiała enigmatycznie „dziecko jest słabe". Mama jej potem powiedziała, że w ten sposób Mugole nazywają ciążę podwyższonego ryzyka i faktycznie uzdrowicielka a potem ciotka Lukrecja nakazywały, by się oszczędzała i nie prowadziła zbyt aktywnego życia, „w każdym znaczeniu tego słowa", jak podkreślały. Dlatego pewnie też Elaine spędzała większość część dnia, w domu, może nie leżąc w łóżku, ale na bardzo na siebie uważając i głównie czytając książki oraz gazety. Bezczynność ją męczyła, ale za nic w świecie nie zaryzykowałaby zdrowia swego dziecka.
Któregoś wiosennego poranka jej najgorsze obawy się ziściły. Została obudzona przez przejmujący ból brzucha, co w jej stanie nie mogło oznaczać nic dobrego. Chciała wstać i iść do łazienki, czując nieprzyjemne ruchy w żołądku. Zaklęła pod nosem, bowiem ruch naprawdę sprawiła, że miała wrażenie jakby ktoś ściskał imadłem wnętrzności. Zapomniała jednak o całym świecie widząc czerwoną plamę na prześcieradle. Krzyknęła mrożącym krew w żyłach krzykiem, zdolnym obudzić umarłego. Dlatego też dość szybko obudziła śpiącego męża, który jednak nie zapomniał o szkoleniu Aurora.
Z przerażeniem wskazywała na plamę krwi. Zrozumiał i zanim zdążyła coś powiedzieć, czy zrobić zaczął rzucać zaklęcia diagnostyczne. Nie wiedziała kiedy i jak przywołał różdżkę, ani nawet nie myślała o tym. Była zbyt przerażona tym, co oznacza krew.
- Elaine zaklęcia wskazują, że nie ma poważnego zagrożenia, ale musimy iść do Munga, by nabrać pewności.
Tym razem faktycznie nie doszło do najgorszego. Uzdrowicielka nakazała jednak by odtąd dosłownie leżała w łóżku aż do rozwiązania, wstając wyłącznie do łazienki i nie mogąc iść dalej niż na kanapę w sąsiednim pokoju. Odtąd też ktoś miał jej na wszelki wypadek nieustannie towarzyszyć i w razie konieczności rzucić proste zaklęcia stabilizacji i zabrać do Munga. Tymi osobami były Valerie oraz Lavender, zaś Lukrecja przeszkoliła je w rzucaniu najprostszych zaklęć stabilizacyjnych. „Potem zawiadomcie natychmiast uzdrowicieli, nie każdy krwotok oznacza śmiertelne zagrożenie dla dziecka, dzięki stabilizacji nieraz daje się uratować mu życie".
Lavender wbrew pozorom potrafiła zachować zimną krew, chociaż przez zakochanie się w Ronie zyskała opinię nierozważną. Była akurat w łazience, układając włosy kiedy usłyszała krzyk kuzynki. Chwyciła natychmiast różdżkę powtarzając w myślach zaklęcia stabilizacji. Wiedziała dokładnie co ma robić.
Sytuacja wyglądała źle, bardzo źle. Elaine leżała na kanapie, tam gdzie przeniosła się rano nie chcąc całego dnia spędzać w sypialni. Jej jasna, kremowa koszula była cała we krwi, co tworzyło upiorny kontrast.
- Nie ruszaj się – rozkazała Lavender rzucając zaklęcie stabilizacji i biegnąć w kierunku salonu.
Przeżyła Bitwę o Hogwart dzięki swej przytomności, zaś w sytuacji zagrożenia znikała nierozważna blondynka. Szybko syknęła coś brzmiącego jaki „głupia" i przywołała Zwinkę. „Sprowadź tu moją ciotkę, Lukrecję Brown. Jest uzdrowicielką w Mungu, chodzi o Elaine" – wyjaśniła po czym pobiegła z powrotem do Lavender.
Jej zawsze opanowała i rozważna kuzynka drżała jak w febrze. Była śmiertelnie blada i nie wiadomo czy z powodu strachu o dziecko czy z upływu krwi. Chwyciła młodszą kobietę w zadziwiając silny uścisk lodowato zimnej dłoni. Lavender opanowała okrzyk przerażenia, wiedząc, że dzieje się coś bardzo, ale to bardzo złego. Plama krwi rosła w strasznie szybkim tempie, co nawet dla niedoświadczonej dziewczyny oznaczało fatalny znak.
- Lav? Eli- li? Co tu – głos matki zabrzmiał dla Lavender jak najpiękniejsza muzyka – na Merlina – uzdrowicielka zerknęła na plamę krwi – Lav leć powiadomić Valerie, że przenosimy Elaine do Munga.
Zaczęła natychmiast rzucać zaawansowane zaklęcia stabilizujące, po czym wyczarowała czarodziejskie nosze. Zacisnęła wargi widząc ilość krwi, nad czymś rozmyślając. Dotknęła czoła swej bratanicy i mruknęła coś wyraźnie zmartwiona. Obniżona temperatura ciała oznaczała gwałtowną utratę krwi, znaczną utratę. Przywołała fiolkę eliksiru uzupełniającego krew i wlała do gardła nieprzytomnej kobiety. Elaine zemdlała zaledwie przed tym, gdy Lukrecja weszła w próg pokoju. Proste zaklęcia diagnostyczne wskazywały, że utrata krwi nastąpiła niedawno i bardzo gwałtownie.
Uzdrowicielka rzuciła jeszcze kilka zabezpieczeń, zanim postanowiła ruszyć do Munga. W innym wypadku transport stanowiłby śmiertelne zagrożenie, a sytuacja nie wyglądała dobrze. Dlatego właśnie odesłała córkę, by zawiadomiła resztę rodziny. Panika, to ostatnie czego potrzebowali.
- Potrzebuję najsilniejszych eliksirów uzupełniających krew oraz wzmacniających – nakazała kiedy tylko trafiła na swój odział – Dawkę maksymalną! Migiem!
- Co z nią? – zapytał jeden z uzdrowicieli – jesteś blada Lukrecjo, odpocznij.
- Nie teraz, potrzebuję akuszerki. Odpocznę jak będę pewna, że moja bratanica i teraz podopieczna będzie bezpieczna – wyjaśniła wojowniczo – nie mogę przerwać zaklęć stabilizacyjnych.
- Ale.. rozumiem – skinął głową uzdrowiciel – połóżmy ją, jakim cudem straciła tyle krwi? Wygląda jak efekt działania klątwy.
- Paskudne poronienie – wyjaśniła Lukrecja – wlałam w nią już jeden eliksir – kontynuowała kiedy położyła podopieczną na łóżku – ale to nie działa, to jeden z najgorszych wypadków jakie widziałam, tyle krwi.
- Idź po eliksiry, ja się nią zajmę. Poza tym trzeba powiadomić resztę rodziny – nakazał – niedobrze – mruknął rzucając zaklęcia stabilizujące – traci krew w bardzo szybkim tempie i …
- Wiem, dziecka się nie da uratować, ale ona ma jeszcze szansę. We dwójkę powinniśmy dać radę, potem zajmę się informowanie.
Dwoje doświadczonych uzdrowicieli rzucało najsilniejsze znane zaklęcia, by jakoś zahamować krwotok. Widzieli podobne efekty u ofiar paskudnych klątw, niestety tylko części byli w stanie pomóc i uratować. Na korzyść Elaine przemawiał fakt, że była zasadniczo młoda, zdrowa i dobrze odżywiona, ale tempo upływu krwi niebezpiecznie nie chciało spadać.
Co gorsza dwa pierwsze eliksiry uzupełniania krwi niespecjalnie wpłynęły na stan poszkodowanej. Jej ręce były już lodowato zimne, bowiem temperatura ciała spadała niebezpiecznie blisko dolnej granicy. Chyba tylko zmęczenie oraz konieczność działania powstrzymywały Lukrecję przez paniką. Na ogół dbano aby uzdrowiciel nie musiał oglądać członka rodziny w podobnym stanie, ale teraz nie było czasu na procedury. Blada skóra Elaine przybrała upiorny wręcz kolor co tylko potwierdzało najgorsze obawy.
- Wzywałaś mnie ? – głos Audrey zabrzmiał nienaturalnie głośno – pani Scrimgeour, co ? – krzyknęła.
- Dobrze że jesteś, nadasz się idealnie do tego zadania. Jesteś zaręczona z tym młodym chłopakiem, Percym? Leć do Ministerstwa i spróbuj w możliwie delikatny sposób powiadomić jej męża co zaszło. Normalnie ten przykry obowiązek spada na starszego uzdrowiciela, ale przy tych wszystkich procedurach Merlin wie ile to potrwa. Poza tym czasem wieści lżej usłyszeć od znajomej osoby.
- Bardzo z nią źle? – zapytała praktykantka – co ja pytam, już biegnę bo widzę co się dzieje. I .. powodzenia.
Audrey oczywiście w mig zrozumiała co zaszło. Za dwa dni miała oficjalnie zakończyć swoje szkolenie pod okiem Lukrecji i mogła oficjalnie ubiegać się o pracę uzdrowiciela. Tylko w naprawdę beznadziejnych wypadkach dwóch czarodziei musiało stabilizować jedną osobę. Mieli podobny przypadek kiedy trafiła do nich jedna z ofiar Śmieciarzy. Młody chłopak został solidnie poturbowany i gdyby nie przytomność dwójki praktykantów, zapewne by nie przeżył akcji „obrońców wolności". Pamiętała dokładnie jak się słaniała na nogach, zmęczona lecz dumna widząc, że przeżyje. To co myślała o Ginny i Arturze Weasley nie nadawało się do powiedzenia.
Z atrium świętego Munga szybko przeniosła się do atrium Ministerstwa. Kominki obu instytucji były zwykle przeciążone, ale na szczęście uzdrowiciele mogli korzystać z prywatnego połączenia. Audrey użyła tej opcji po czym natychmiast ruszyła w kierunku windy. Znała doskonale drogę, bowiem często odwiedzała Percy'ego chcąc goi wyciągnąć z pracy o cywilizowanej godzinie. Mogła wejść bez problemu bo wszyscy ją znali. Ale tamtego dnia była blada i przerażona.
Przez całą drogę szukała w myślach odpowiednich słów. Układała zdania okropnej prawdy, usiłując znaleźć sposób jej przekazania. To właśnie stanowiło najtrudniejszy aspekt pracy uzdrowiciela. Przekazywanie podobnych wiadomości.
- Audrey, czy to ty? – prawie podskoczyła słysząc głos osoby, której szukała. Wszystkie przemowy właśnie uciekły z głowy.
- Panie Ministrze musi pan ze mną iść, proszę do Munga – wybąkała przerażana własnym brakiem profesjonalizmu.
- Spokojnie o co chodzi? – odpowiedział najwyraźniej nie traktując dziewczyny przemową o głupocie tylko dlatego, że była narzeczoną jego Starszego Podsekretarza
- Chodzi o pańską żonę, jest na naszym oddziale i Lukrecja, uzdrowicielka która się nią kazała natychmiast pana powiadomić i prosiła by pan przyszedł.
- Co z moją żoną? – zapytał ostrzej niż zamierzał i chwycił dłoń dziewczyny tak mocno, aż zacisnęła zęby.
- Nie znam dokładnego stanu na obecną chwilę, ale z tego co mi pośpieszenie powiedziano nie jest dobrze i sama widziałam znaczącą utratę krwi, proszę wszystko panu powiem, ale nie na korytarzu.
- Oczywiście, mój gabinet natychmiast.
Po tych słowach gwałtownie, nieomal brutalnie chwycił młodą kobietę. Audrey w milczeniu za nim podążała. Podczas poprzednich spotkań był wobec niej zawsze uprzejmy, wręcz szarmancki toteż owa zmiana mogła wywołać zaskoczenie. Ze szkoleń jednak wiedziała, że to jedna z reakcji na silny, emocjonalny stres. Dlatego nic nie mówiła a jedynie próbowała wyswobodzić rękę. W milczeniu doszli na wskazany oddział.
- Audrey doskonale się spisałaś, proszę ze mną panie Ministrze – głos Lukrecji brzmiał słabo i wskazywał na zmęczenie.
- Zakładam, że jest jakiś dobry powód by ta młoda dama – wskazał na Audrey – wpadała na mnie przed moim gabinetem, ciągnąc tutaj? Co się dzieje?
- Wszystko wyjaśnię, tutaj w pokoju – zapewniła Lukrecja, zapraszając gestem.
- Co się dzieje? – zapytał, nie zauważając trupiobladej postaci na łóżku.
- Elaine trafiła do nas jakiś czas temu, ja zaś wysłałam Audrey jak tylko byłam w stanie zebrać myśli. Pańska skrzatka wpadła na mój oddział i nieomal mnie porwała, ale uczyniła słusznie chcąc pomóc swej pani. Stało się to, czego się wszyscy obawialiśmy – kontynuowała – kiedy przybyłam Elaine zdążyła już stracić sporo krwi i traciła ją bardzo szybko. Całe szczęście Lavender natychmiast rzuciła zaklęcia stabilizujące.
- Ale co z ..?
- Bardzo mi przykro, ale dziecka nie dało się w żaden sposób uratować. Było słabe od samego początku i nic nie mogłam zrobić kiedy przybyłam. Mogłam tylko próbować pomóc Elaine, tam jest – wskazała na łóżko.
Jedno spojrzenie mówiło więcej niż tysiąc słów. Na białych poduszkach leżała postać nieomal równie bladą co pościel. Nie trzeba było treningu uzdrowiciela czy Aurora, by wiedzieć, że jest bardzo słaba.
- Podaliśmy jej wszelkie eliksiry – kontynuowała.
- Czy ona? – zapytał mężczyzna zbyt przerażony by dokończyć myśl.
- Nie wiem – odpowiedziała szczerze – zrobiliśmy co w naszej mocy, ale nie możemy podać więcej eliksirów. Teraz musi odpocząć, jest młoda i zdrowa ma duże szanse.
Nie potrafiłby powiedzieć jakim cudem doszedł do łóżka i usiadł na przysuniętym przez uzdrowicielkę fotelu. Niczego nie pamiętał i nie kojarzył, poza upiornie bladą żoną leżącą bez zmysłów na łóżku. Głaskał jej zimną dłoń błagając by go nie zostawiała samego z małym dzieckiem i potwornym poczuciem winy. „Nie odchodź, nie tak najdroższa, nigdy sobie nie wybaczę że cię zabiłem". Nie pamiętał co właściwie powiedział Percy'emu, ale zapewne nic poza standardową formułką by zadbał o sprawy administracyjne i informował w razie najwyższej konieczności. Do niczego więcej nie był zdolny. Mugole nazywali podobny stan autopilotem i ta nazwa doskonale pasowała.
To był jeden z tych najgorszych koszmarów. Rano wszystko było dobrze i na swoim miejscu. Kilka godzin później świat zdawał się walić na głowę. Rzucił mordercze spojrzenie „przeklnę cię i aresztuję" nieomal każdemu kto chciał go namówić na eliksir uspokajający, albo żeby wypił chociaż herbaty. Dopiero Percy zdołał jakoś do niego dotrzeć, pokazując, że jednak jest odważnym Gryfonem.
Jakiś czas potem wpadła blada i przestraszone Lavender. Nie znalazła nigdzie rodziców Elaine, których nie było w domu a nie wiedziała co się dzieje. Zostawiła im w domu wiadomość, ale ostatecznie została w domu i czekała. Z tego wszystkiego nie mogła pamiętać, że ciotka i wuj udali się do znajomych. Jej nerwowa paplanina bywała irytująca, ale w najdłuższy dzień i noc swego życia nie zwracał na nią uwagi. Oboje siedzieli w milczeniu, sztywni i oczekujący.
Podczas okropnych chwil czas zwalnia. Dla dwójki zatroskanych ludzi stał się czymś niewiarygodnym i surrealistycznym. Nie spali, ale też nie pozostali całkiem na jawie. Dopadł ich dziwny, nieprzyjemny stan czuwania. Lavender pod wieczór musiała wyjść, bowiem przepisy pozwalały zostać na noc tylko najbliższej rodzinie. Kuzyni do takowej nie należeli, dlatego Lavender udała się do domu rodziców Elaine błagając wszelkie moce by nie musieć przekazywać najgorszego.
Został sam w prawdziwym koszmarze. Ściskał dłoń żony i chyba tylko zmęczenie i niewyspanie nie pozwoliło mu wyczuć, że zrobiła się delikatnie cieplejsza. Siedział przy niej nie chcąc nawet słyszeć o możliwości wyjścia z pomieszczenia. Przeżywał swój najgorszy koszmar nim zapadł w niespokojny sen. Elaine także spała, po dawne eliksirów zdolnych uśpić byka nie tylko kobietę. Nie mogła mieć pojęcia co właściwie zaszło.
Natychmiast się obudził kiedy tylko poczuł delikatny ruch. Był już poranek, dość późny sądząc po wysokości słońca. Usnął dopiero nad ranem, kiedy to zmęczenie nie pozwoliło mu dłużej zachować przytomności. Nie wiedział kto i kiedy zarzucił mu na ramiona koc, ale miał minę jakby miał szczerą ochotę kogoś przekląć. Szybko jednak o tym zapomniał, kiedy spojrzał na kobietę leżącą wciąż bez zmysłów.
Znikła trupia bladość, zastąpiona przez o wiele zdrowszy odcień. Wciąż nie odzyskała kolorów, ale przynajmniej nie wyglądała jakby miała zamiar opuścić ten świat. Ręka którą ściskał była o wiele cieplejsza, ale dla pewności dotknął także skroni. Wciąż nie nikło osłabienie, ale stan wyraźnie się poprawił. Potężna dawka eliksirów zadziałała. Kiedy lekko poruszyła dłonią, mógł się uznać za najszczęśliwszego człowieka na świecie.
Wystarczył jeden moment, by zniknęło całe opanowanie, jakie wytrenował najpierw jako Szef Biura Aurorów a potem Minister Magii. Pochwycił ją mocno w ramiona całując urywanymi, pełnymi emocji pocałunkami. „Nie strasz mnie nigdy w ten sposób, nigdy. Rób ze mną co chcesz, ale nie strasz w taki sposób" – powtarzał nieomal histerycznie.
Elaine obudziła się, czując okropny, przyprawiający o mdłości metaliczny smak w ustach. Nie wiedziała ale tak właśnie działały silne eliksiry uzupełnienia krwi, ale czuła jakby zawartość żołądka niebezpiecznie szalała. Szybko też zanotowała obecność męża, ściskającego ją jak przerażone dziecko i wyraźnie poruszonego. Nigdy nie widziała go w podobnym stanie, nawet kiedy publicznie ogłoszono powrót Voldemorta a on został szefem rządu i miał sprzątać bałagan po swoim niekompetentnym poprzedniku i jeszcze walczyć z szaleńcem, który najwyraźniej kompletnie stracił kontakt z rzeczywistością.
- Rufusie wszystko w porządku? – zapytała słabo.
- Teraz tak kochana – odparł całując ją gorąco – teraz tak, ale nigdy więcej mnie tak nie strasz.
- Ale – zaczęła – moja głowa, tak strasznie mi się kręci – jęknęła opadając na poduszki – czemu tu tak jasno?
- Potrzebujesz czegoś? – zapytał troskliwie, podtrzymując ją.
- Muszę do łazienki, niedobrze mi co się stało?- jęknęła czując koszmarną pustkę w głowie.
Ostatnie co pamiętała to siebie samą w salonie i przerażoną Lavender. Pamiętała przenikliwy ból brzucha oraz krew na jasnej koszuli nocnej. Krzyknęła, kiedy dotarło do niej col mogło mieć miejsce i że nie przebywa w domu. Umysł pracował w dziwnie zwolnionym tempie, a ona sama czuła jakby oberwała czymś ciężkim w głowę. Nie mogła rozpoznać pomieszczenia w świętym Mungu, tak jakby nie rozpoznała niczego. Wiedziała tylko, że musiało zajść coś poważnego, skoro mąż był wyraźnie poruszony.
- Nie wstawaj – nakazał – tak będzie bezpieczniej, pozostań tutaj o ile naprawdę nie musisz iść. Widziałem ludzi w podobnym stanie i wiem co robić. Masz na pewno setki pytań, ale nie znam delikatnego sposobu by na nie odpowiedzieć – kontynuował patrząc na nią uważnie – nawet nie wiesz jak koszmarna była ostatnia noc, nigdy bym sobie nie wybaczył.
- Czy możesz zacząć mówić z sensem? Gdzie jestem? Gdzie Lavender i dlaczego byłam cała we krwi? Byłam, byłam taka sława i chyba zasnęłam, co się dzieje? – ostatnie zdanie wypowiedziała nieomal błagalnie.
- To czego najbardziej się obawialiśmy – odparł ponuro
Nie musiał mówić nic więcej. Okropna prawda dotarła do niej nieomal natychmiast, a krew w jej stanie mogła oznaczać tylko jedno. Może i umysł pracował dziwnie wolno, ale nawet wówczas potrafiła dodać dwa do dwóch. A wnioski były przerażające: krew, obca sala, krew i obca sala a ona sama otumaniona. Nie fizyczny ból ścisnął bez litości , kiedy przerażająca myśl zaczęła kiełkować w głowie. Miała najgorsze przeczucia nieomal od samego początku, nie, nie chciała nawet myśleć nic więcej!
- Ja.. ale co z dzieckiem? – wydusiła w końcu z siebie.
- Uzdrowiciele nie dali rady nic zrobić – odparł dziwnie bezbarwnym głosem.
Ukryła twarz w dłoniach i zaszlochała. Przeżywała właśnie najgorszy koszmar kobiety w jej stanie. Nie próbowała nawet zrozumieć jak do tego doszło. Ból nie pozwalał o niczym myśleć. Nie poczuła kiedy mocniej ją przytulił, nie poczułaby wówczas niczego płacząc gorzkimi łzami.
Było wcześnie, nawet nie trzeci miesiąc, nikt by niczego nie zobaczył. Pewnie dlatego wiedziało niewiele osób. Musiała zostać w domu, co oczywiście z czasem zaczęłoby budzić pytania, ale jeszcze nie wówczas. Dziennikarze jeszcze nie zadawali pytań gdzie znikła, za co mogła odczuwać tylko bezgraniczną wdzięczność. Ciąża zagrożona nie jest czymś o czym się pragnie mówić całemu światu. A teraz było już po wszystkim.
Jakkolwiek by zabrzmiało to dziwnie dla osób postronnych, zdążyła pokochać dziecko, które właśnie straciła. Czuła się naprawdę okropnie pod każdym możliwym względem. Czuła jakby go zawiodła, jakby pokazała, że nie potrafi wypełniać powinności kobiety. Poczucie straty oraz własnej bezużyteczności runęły brutalnie. Płakała, płakała rozpaczliwie jak chyba jeszcze nigdy w życiu.
Kto wie ile by jeszcze to trwało, gdyby szczęk otwieranych drzwi nie przywrócił jej do rzeczywistości. Instynktownie przylgnęła do męża, jakby w jego bliskości szukając pociechy i siły. Tym zawsze dla niej był. Do pomieszczenia weszły ciotka Lukrecja oraz dziwnie poważna Lavender.
- Aleś nas nastraszyła – zaczęła uzdrowicielka – zaraz ci podam eliksiry wzmacniające, zresztą nie tylko ty ich potrzebujesz – spojrzała na przelotnie na wyraźnie poruszonego Rufusa.
- Nie potrzebuję niczego, za to moja żona potrzebuje wody i czegoś na wzmocnienie – odparł tonem, który Elaine nazywała „ministerialnym".
- Mężczyźni, słowo daję czasem są gorsi od dzieci. Dziecku łatwiej wlać do gardła eliksir – Lukrecja wymieniła ubawione spojrzenia z córką - wszyscy mieliśmy ciężką noc, zaraz przyniosę wszystko co potrzebne. Elaine, wiesz gdzie wcięło Gajusza i Valerie? Lav-Lav nie mogła ich nigdzie znaleźć.
- Pojechali razem z państwem Godson do Włoch i wrócą pojutrze, zaraz co miałaś na myśli mówiąc „ciężka noc"? – zapytała zdumiona.
- O Merlinie - jęknęła Lukrecja – spędziłaś noc tutaj, na moim oddziale w świętym Mungu, zaś twój mąż – uśmiechnęła się lekko – był przy tobie przez cały czas, Gajusz faktycznie wspomniał o planowanym wyjeździe. Bardzo mi przykro – powiedziała poważnie – ale musisz wiedzieć, że..
- Wiem – przerwała ocierając łzy – wiem co … co zaszło – z trudem opanowała szloch, lecz łzy płynęły po policzkach – moje dziecko.. ono .. – szlochała – ale dlaczego spędziłam tutaj noc? – zapytała podejrzliwie.
- Były .. komplikacje – wyjaśniła Lukrecja – naprawdę wyglądało to paskudnie i gdyby Lav cię nie unieruchomiła i nie rzuciła zaklęcia stabilizacji .. aż boję się myśleć co by zaszło. Zostaniesz tutaj jeszcze przez kilka dni.
- Czy ja, czy straciłam dużo krwi? – zapytała drżąc na całym ciele, nie wiadomo czy z upływu krwi czy strachu.
- Tak, wlaliśmy w ciebie najsilniejsze eliksiry. Czy odczuwasz mdłości? To dobrze- kontynuowała widząc potwierdzenie – prawie wszyscy tak reagują. Spędzisz w łóżku najbliższe tygodnie, ale wyjdziesz z tego i wszystko będzie dobrze.
Elaine oczywiście protestowała. W jej pojęciu już nic nie mogło wrócić do dawnego stanu. Przeżywała swoją tragedię i nieomal warczała słysząc podobne zapewnienia. Najbliższe dni na przemian spała po podawanych eliksirach, to płakała w chwilach przytomności. Przeżywała najgorszy koszmar kobiety, utratę dziecka a do tego czuła jakby zawiodła męża.
Przynoszone przez niego kwiaty tylko pogarszały sytuację. Nie zasłużyła na nie, nie zdołała wypełnić swej powinności. Przysparzała mu zgryzot, zamiast wspierać i dawać radość. Racjonalna część umysłu walczyła z podobnymi myślami, ale w owej chwili nijak nie potrafiła słuchać argumentów rozsądku. Chyba nikt by nie był w stanie. Dopiero babka Galatea zdołała do niej dotrzeć.
- Ja też kiedyś straciłam dziecko, więcej niż jedno – powiedziała – więc jeśli mówię, że wiem co czujesz, to naprawdę wiem.
- Tak pamiętam, wspominałaś, że to było po tym jak.. – zaczęła Elaine ocierając łzy.
- Zostaliśmy zaatakowani przez zwolenników Grindelwalda, możesz zgadnąć co mi zrobili. Czułam jakby świat mi zawalił się na głowę, ale moja mama wbiła mi do głowy, że muszą wstać i iść dalej. Valerie i Lukrecja też ci to mówią, ale ty jesteś uparta jak ja i nie słuchasz. Wiem co czujesz i jak cierpisz, ale nie możesz pozwolić by to przysłoniło ci świat. Masz obowiązki żony i matki, mąż i syn cię potrzebują nie możesz ich zostawić i pogrążyć w żałobie. Nie zwrócisz życia swemu dziecku, raniąc ich!
- Nigdy bym ich nie skrzywdziła – warknęła.
- Nie świadomie - odparła niewzruszona babka- ale czynisz tak nieświadomie. Czy odczuwasz ulgę jak twój mąż cię obejmuje? – zapytała po czym kontynuowała – on tego potrzebuje nawet bardziej niż ty, chociaż jemu podobni prędzej rzucą w siebie Cruciatusem niż powiedzą to na głos. Czujesz, że go zawiodłaś, ale jego też to gryzie chociaż nie powie tego na głos, obwinia się może nawet bardziej niż ty. Mężczyźni – mówiła – są jak skorupiaki, co ci mówiłam. Twardzi na zewnątrz, ale pod pancerzem wrażliwi i delikatni, nie mniej od nas potrzebują czułości i wsparcia, lecz nie powiedzą tego na głos. On cię potrzebuje, bądź dla niego silna i jeśli go kochasz bądź mu podporą jak on jest dla ciebie!
- Oczywiście, że go kocham, chociaż nie wiem jak on mógł pokochać taką żałosną…- zaczęła.
- Więc mu to okaż a nie pogrążaj w bólu. Wiem, że kochałaś dziecko, które odeszło a miłość nie żąda żałoby. Wróć do obowiązków żony i matki, ze względu na tych, dla których jesteś całym światem i na dziecko które straciłaś. Nie siedź w domu i nie rozmyślaj o stracie, ale stań przy swoim mężu jak mu to ślubowałaś!
Słowa babki trafiły w końcu do Elaine. Pociecha i zapewniania jakie płynęły z ust matki oraz ciotki wywoływały raczej złość. Potrzebowała potrząśnięcia, a takowe dała Galatea. Apelując do wrodzonego poczucie obowiązku wnuczki, zdołała do niej dotrzeć. Bystra obserwatorka i znawczyni charakterów potrafiła znaleźć odpowiednie słowa i uderzyć we właściwą strunę.
„Nie chcę siedzieć w domu, wrócę do obowiązków" – zapowiedziała mężowi jak tylko wyszła z Munga – „moje zniknięcie wywoła plotki, a to nam nie pomoże przeżyć żałoby, poza tym potrzebujesz mnie a ja stanę przy tobie". Po tych słowach milczał, tylko mocno ją do siebie przytulił. Stali przez dłuższy czas nieruchomo, czerpiąc siłę z wzajemnej bliskości. Elaine nigdy nie myślała o sobie jak o silnej, ale wówczas pokazała, że ma w sobie ducha i charakter.
Pierwszym wyjściem był jeden z licznych bankietów u Lucjusza. Lucjusz świętował fakt, że jego młoda żona, Hermiona, spodziewała się pierwszego dziecka. Elaine hamowała łzy słysząc wieści, ale oczywiście pogratulowała przyjaciółce. Nie mogła przecież wymagać od całego świata by przeżywał jej tragedię, zwłaszcza ludzie, którzy nie mieli o niczym pojęcia. A Hermionie nic nie powiedziała, nie było okazji skoro była uziemiona. Dopiero teraz mogły porozmawiać, toteż odeszły na stronę, po oficjalnym powitaniu.
- Wyglądasz kwitnąco – zauważyła – wiesz już czy chłopiec czy dziewczynka?
- Nie, nie mam pojęcia – odparła Hermiona – poczekamy do porodu.
- Rozumiem – skinęła głową Elaine – mogę polecić dobrych uzdrowicieli, przeprowadzą cię przez wszystko. Dzięki eliksirom zaśniesz zanim zacznie naprawdę boleć i obudzisz się po wszystkim.
- Słyszałam o tej opcji, ale nie chcę korzystać. Chcę urodzić siłami natury, oczywiście z Lucjuszem u boku w miarę możliwości. Poczuję się pewniej z nim!
- Ale mężczyzna nie powinien oglądać kobiety w podobnym stanie – powiedziała zgorszona Elaine – ja bym nie chciała by Rufus był przy mnie, oboje mieliśmy podobny pogląd. A co o tym myśli Lucjusz?
- Nie ma jasnego stanowiska, ale pracuję nad nim. Ginny zaciągnęła Harry'ego na porodówkę i mówiła, że było wspaniale. Harry mógł widzieć ich synka od pierwszych chwil, powinnaś kiedyś spróbować.
- Nie zamierzam słuchać rad prostaczki i ty nie powinnaś – odparła chłodno – biedny Harry, czy on w ogóle chciał? Bo z tego co mówisz to ona sama podjęła decyzję.
- Nie zamierzasz odpuścić Ginny? Bywa chwilami złośliwa, ale nie jest zła i ..
- Jesteś Malfoy i powinnaś być lojalna wobec Lucjusza i konserwatystów, a nie córki tego popierającego bandytów przygłupa i siostry pijaka i złodzieja. Ta prostaczka ma czelność obrażać mnie na ministerialnych bankietach a ty jej jeszcze bronisz? A może uważasz określenie „wytapetowana pirania" za odpowiednie? – wysyczała.
- To akurat złośliwe ze strony Ginny, ale ty też nie odpuszczasz i ..
- Nie pozwól by Lucjusz kwestionował twoją lojalność – odparła chłodno – a teraz wybacz, ja w przeciwieństwie do ciebie znam swoją obowiązki!
Hermiona próbowała coś powiedzieć, ale Elaine odwróciła się na pięcie i poszła. Brunetka patrzyła ze zdumieniem na stanowiącą usposobienie opanowania kobietę. Zauważyła, że przyszła na bankiet dziwnie zamyślona i przygaszona, ale trudno było powiedzieć co zaszło. Nigdy jeszcze jak źle nie zareagowała na wspomnienie Ginny, której co prawda nie lubiła ze wzajemnością, ale wówczas po prostu wybuchła. Hermiona miała dość sugestii o swej rzekomo zachwianej lojalności. Dlaczego kochają Lucjusza naraz musiała wyrzec się dawnych przyjaciół? Artur Weasley popełnił coś skandalicznego popierając Śmieciarzy, ale Ginny przecież nic takiego nie zrobiła.
Hermiona nie czytała wywiadu dla „Żonglera" , toteż nie mogła mieć pojęcia o słowach jakie w nim padły. Nie wiedziała też o prawdziwym stanie Elaine i dlaczego chodziła dziwnie przygaszone. Zapytana wprost mówiła coś o pogodzie i osłabieniu, nie mogąc wymyślić lepszego kłamstwa. Hermiona nie wiedziała, że blondynka przestała jej ufać widząc w niej stronniczkę Ginny, najwyraźniej popierającą ostre słowa rudowłosej. Być może gdyby obie porozmawiały nie doszło by do takiego sporu, ale Elaine przeżywała właśnie żałobę i nie chciała wnikać w subtelne różnice. A kiedy doszło już do wybuchu, nie dało się cofnąć wypowiedzianych słów, ani zrobić kroku w tył.
Xxxxxxxx
Niechęć między Ginny a Elaine przeszła w otwartą wojnę po Zimowym Balu w Ministerstwie. Harry zdołał jakoś wyprosić zaproszenie dla swojej żony, nie chcąc by ta tylko siedziała w domu. Nie mógł przewidzieć jak bardzo przyjdzie mu żałować owego kroku i swej wspaniałomyślności.
Sama Elaine powoli składała na nowo swoje życie. Kilka miesięcy to za krótki czas, by w pełni przeżyć żałobę i całkowicie dojść do siebie. Dzięki radom babki zdołała jednak jakoś częściowo wrócić do normalnego życia, no prawie normalnego życia. Chodziła na wszelkie niezbędne przyjęcia i spotkania, chcąc na nowo wrócić do życia. Nieliczni wtajemniczeni jak Bertie i Domicela oraz Lavender i Cormac okazywali bezwarunkowe wsparcie. „Jesteś taka dzielna" – powtarzała pani Higgs – „takiej kobiety potrzebuje Rufus".
- Bal jak zwykle idealny – powiedział Bertie zerkając na salę oraz zgromadzonych. Elaine znakomicie sobie radzi, ty oczywiście też dzięki czemu nikt wam nie zadaje pytań.
- To cena bycia osobą publiczną, nie wiem czy nie wysoka dla niej – odparł Rufus zagadkowo.
- Bzdura – przerwał Bertie – Elaine doskonale sobie radzi, nie rób tego druhu.
- Czego?
- Nie pogrążaj się w poczuciu winy. Musicie przez to przejść i przejdziecie. Nie będę ukrywał, że wiem jak to jest, ale trzeba iść dalej.
Tylko niestety nie szło im lekko. Elaine spędziła w Mungu jakieś dwa tygodnie, nim mogła wrócić do domu. Musiała jednak uważać. Dopiero po czasie zrozumiała w jaki ciężkim stanie była. Na dobrą sprawę nieomal wykrwawiła się na śmierć i dlatego przez dwa tygodnie miała zakaz wstawiania z łóżka z innego powodu niż pilna potrzeba. Nawet mdłości nie stanowiły wyjaśnienia, zwykle musiała korzystać ze specjalnego kubełka. Jak wyjaśniła ciotka Lukrecja, w ten sposób reagowało wielu osób na eliksiry wzmacniające. Nie miała zresztą nawet siły samodzielnie wstać a przejście do łazienki stanowiło niezwykły wyczyn.
Dlatego pewnie jej mąż tak bardzo się nią przejmował i o nią martwił. Kiedy wróciła do domu traktował ją jak porcelanową lalkę, drżąc że zrobi jej krzywdę najmniejszym dotykiem. Ich pożycie całkowicie zamarło i przestało istnieć. Obejmował ją i całował na dobranoc, ale nic poza tym przez całe, długie miesiące aż do Zimowego Balu. Początkowo nie miała w ogóle głowy do nawet myślenia o podobnych sprawach. Kiedy jednak minęło kilka miesięcy a w grudniowe noce zaczynała powoli tęsknić na bliskością męża. Nie była w stanie myśleć o kolejnym dziecku, ale brakowało jej pewnych rzeczy.
On jednak kompletnie ją ignorował. Nie, nie był nieuprzejmy, nie okazywał niczego złego, ale po prostu najwyraźniej przestał traktować jak kobietę. Kiedy mocniej się przytulała odsuwał ją i tłumacząc się zmęczeniem, zasypiał możliwie najdalej od niej. „Muszę odpocząć, ty zapewne też, dajmy sobie spokój"- mawiał. Próbowała z nim rozmawiać, ale to nic nie dawało, zaś nawet dotyk najwyraźniej na niego nie dział. Odsuwał ją od siebie najwyraźniej niezadowolony. „Jesteśmy dorośli, powinniśmy zachowywać się dorośle". Elaine z trudem hamowała łzy, widząc zachowanie męża.
- Uzbrój się w cierpliwość – radziła babka – mężczyźni czasem znoszą to gorzej od nas, ty zaś miałaś naprawdę paskudne poronienie. On się po prostu boi, ale nie powie tego wprost.
- Czego boi? Dlaczego nie chce mnie dotknąć?
- Zrobić ci krzywdę głuptasku – powiedziała – krwawiłaś dość intensywnie, a on uważał, że to jego wina. Mój mąż reagował bardzo podobnie i potrzebował dwóch lat by mnie znowu dotknąć. Nie popędzaj go, ale spróbuj dyskretnie zasugerować czego pragniesz. Z mężczyznami trzeba postępować ostrożnie.
Ona jednak czasami już traciła nadzieję. Mąż się od niej odsuwał i wyraźnie powiedział „to zły pomysł, nie ma sensu". Mogła tylko zaciskać zęby, zastanawiając co zrobiła nie tak. Czyżby już kompletnie przestała go interesować? Gdzie popełniła błąd, skoro przestał dostrzegać w niej kobietę i odsuwał się? A przecież poza tym wszystko między nimi było w porządku, w najlepszym porządku biorąc pod uwagę okoliczności. Wrócili do etapu pierwszych pocałunków, a jej pozostawało zaciskanie zębów.
Któregoś poranka miała dość. Wbrew pewnym radom babki Galatei w pewną grudniową niedzielę, postanowiła mówiąc kolokwialnie przycisnąć męża i wydusić zeń odpowiedzi. Czekała specjalnie aż wstanie, chociaż zwykle to ona była śpiochem. Podejrzewała jednak, że udaje że śni by wyjść z łóżka jak ona pójdzie do łazienki. Wymykał się tak za każdym razem, zbyt często by wierzyła w przypadki. Dlatego pewnie najpierw wyszła, po czym wróciła cichutko na paluszkach. Długo rozmawiała o planie z babką, trochę ciotką i Lavender. Skoro mąż robił uniki, musiała zastosować podstęp.
Poprzedniego wieczoru założyła pidżamę z mugolskiej sieciówki. Nie zareagował widząc ją w tak nielubianym stroju. Specjalnie wybrała beżową z wielkim kotkiem, chcąc się przekonać czy zareaguje. Dostrzegła pełne dezaprobaty spojrzenie, ale milczał. Zamierzała z nim porozmawiać i zadbać by nie uciekł. Dlatego pewnie skradała się by potem szybko wskoczyć.
- Czy ty kompletnie oszalałaś Elaine? – zapytał widząc niespodziewanie postać żony nad sobą.
- Chcę porozmawiać, a ponieważ robisz uniki muszę zastosować podstęp. Nie wykpisz się dzisiaj pracą bo jest niedziela, nie wykpisz niewyspaniem bo jest dziewiąta rano. Czy już ci się nie podobam? Unikasz mnie odkąd… odkąd wróciłam z Munga. Co takiego zrobiłam? Zawiodłam? – zapytała łamiącym głosem.
- Proszę nie zaczynaj tej rozmowy, nigdy mnie nie zawiodłaś i nie waż się nawet tak myśleć. Nie zrobiłaś niczego złego, nigdy niczego złego nie zrobiłaś, w ogóle nie o to chodzi.
- A o co? – zapytała – jeśli coś cię gryzie, martwi powiedz mi a zrobię co w mojej mocy by ci pomóc, a przynajmniej wysłucham.
- Chcesz mi pomóc? Dobrze zatem, przestań się na mnie czaić i chodźmy na śniadanie. I bądź tak dobra, przenosząc swoje rzeczy do sypialni którą dla ciebie przygotowałem, to widny i słoneczny pokój w jasnych barwach. Spodoba ci się, no chyba, że wolisz zostać tutaj.
- O czym ty mówisz? – zapytała całkowicie oszołomiona odpowiedzią.
- Powinniśmy mieć oddzielne sypialnie Elaine, tak będzie najlepiej; pozostaje tylko ustalić które z nas zostanie tutaj.
- Ale ty nie mówisz poważnie, dlaczego?
- Mamy dość duży dom, by każde z nas miało swój pokój. Nie chcę i nie mogę dłużej dzielić z tobą sypialni, jeśli chcesz zostać to znajdę coś dla siebie, ale zerknij proszę na to co Zwinka przygotowała.
- Ale czemu teraz?
- Czaisz się na mnie, nie chcę tego. Nie chcę byś mnie podstępem dotykała i nie chcę dotykać ciebie.
Elaine nie mogła uwierzyć w to co słyszy. Siedziała przez chwilę z ogłupiałą minę, czując jakby została uderzona w twarz. To jak na nią patrzył i co mówił koszmarnie bolało. Absolutnie nie takiego przebiegu rozmowy oczekiwała. Zaczęła jednak i musiała kontynuować. Teraz już nie było miejsca na uniki, musiała poznać coś więcej i usłyszeć najgorszą nawet prawdę. Otarła spływające po policzkach łzy, zmuszając się by kontynuować rozmowę.
- Dlaczego tak się zmieniłeś? Co się stało? Dlaczego?
- Nie jestem mordercą, nie zostanę twoim mordercą Elaine – odparł smutno – jeśli twoja złość, pretensje a może nawet odejście ma być ceną za ocalenie ciebie, zapłacę tę cenę i nie zamierzam robić ci trudności …
- .. dość – przerwała siadając mu na kolana – nie mam zamiaru dłużej tego słuchać. Przepraszam, że nie odbyłam tej rozmowy wcześniej i nie dostrzegłam, że mnie potrzebujesz. Masz siedzieć i słuchać, albo cię obezwładnię za pomocą różdżki i mam gdzieś czy to legalne. Raczej nie zeznasz w sądzie, że żona cię związała w łóżku a na Merlina zrobię to. Jesteś szlachetnym i dobrym człowiekiem, mężczyzną którego pokochałam i poślubiłam. Ludzie poznali cię jako rozsądnego i twardo dążącego do celu polityka, ja zaś wiem, że jesteś uczciwym i dobrym człowiekiem i nie zamierzam patrzeć jak się zadręczasz czymś, za co nie odpowiadasz. To… to co się stało późną wiosną nie jest twoją winą, to niczyja wina, niczyja rozumiesz? Czasem kobiety tracą dzieci, nie wiadomo dlaczego! Jak szukasz przyczyn wiń magię, albo naturę lub cokolwiek innego. Nie siebie jednak.
- To było moje dziecko, zatem przeze mnie prawie się wykrwawiłaś na śmierć.
- Nasze, ono było nasze, oboje hmm… sam wiesz, co zrobiliśmy. A poza tym podjęliśmy decyzję, że chcemy by nasz syn miał rodzeństwo. Zatem jeśli już, oboje ponosimy odpowiedzialność. Nie obwiniaj się o coś co nie było niczyją winą. Nigdy mi nie przyszło mieć do ciebie pretensji i proszę nie dręcz się tym. To był wypadek, niczyja wina.
- Nie rozumiesz.
- Rozumiem więcej niż myślisz – zapewniła – wiem, że bardzo to przeżyłeś, może nawet bardziej i gorzej ode mnie. Obwiniasz się, bo przeszłam paskudne poronienie, ale żadne z nas nie zawiniło, żadne – zapewniła.
Nie zeszli na śniadanie. Zmusiła go do rozmowy, do wyrzucenia z siebie tego o czym nie chciał mówić. Potrzebowali szczerej wymiany zdań, przyznania przed samym sobą do pewnych spraw. Jeśli czegoś żałowała do tego, że wcześniej nie wpadła by go przydusić dla własnego dobra. Tu już nawet nie chodziło o to czy mogli cieszyć się sobą, ale o nie wpadanie w pułapkę wyrzutów sumienia. Miały minąć kolejne miesiące nim naprawdę zaczęli na nowo być ze sobą, ale zrobili najważniejszy krok. Gdzieś w międzyczasie miał niejako miejsce Zimowy Bal.
Xxxxxxxx
Elaine starannie dobrała wszelkie dodatki oraz menu na tę okazję. Już prawie przeżyła swoją żałobę z powodu niedawnej straty dziecka i zaczynała na nowo dostrzegać kolory w swoim życiu. Musiała iść na przód, nieważne jak by brutalnie to momentami brzmiało. Wyjścia i bankiety stanowiły idealną okazję, nie mogła przecież nieustannie rozpaczać.
Zagryzła zęby widząc Harry'ego z Ginny u boku. Nawet w normalnej sytuacji z trudem tolerowała młodą kobietę, zaś teraz, kiedy właśnie kończyła żałobę, jej obecność denerwowała bardziej niż zwykle. Wiedziała od Doris i innych co też żona Pottera o niej wygadywała, nie kończąc bynajmniej na epitecie „wytapetowana pirania", ale też oskarżając nieomal wprost, że wyszła za mąż dla pieniędzy i stanowiska. Niestety podsłuchane rozmowy nie starczyłyby aby formalnie wyrzucić i nie wpuszczać na bankiety żony wojennego bohatera. Do tego potrzebowaliby występu przy świadkach.
Zgodnie z zasadami etykiety musiała przywitać każdego z gości, także Ginny Potter. Z zaciśniętymi ustami powiedziała coś w stylu „ależ dzisiaj zimno", patrząc z niechęcią na jej czerwoną, sięgającą tuż za kolano sukienkę bez rękawów. Była nawet elegancka, ale o wiele bardziej pasująca na firmowy bankiet u Mugoli niż Zimowy Bal w Ministerstwie Magii. Elaine miała w szafie jedną podobną sukienkę, nazywaną bodajże koktajlową, zakładając takową ilekroć musiała mieć kontakty z Mugolami. Widziała, że nie ona jedna krytycznie ocenia strój Ginny, ale nie mogła wiedzieć, że nawet portret Walpurgi Black wyraził dezaprobatę. „Młoda panno nie pomożesz swemu mężowi robiąc z siebie pośmiewisko". Nic to jednak nie pomogło, a wręcz zachęcało do dalszego działania.
Hermiona także krytycznie oceniła wybór garderoby, ale wyraziła swoje zdanie bardziej spokojnie. Znała Ginny przez lata i częściowo rozumiała postawę młodej kobiety, ale rozumiała też, że przebywając w danym towarzystwie należy szanować panujące tam zasady lub wyjść. Tak ją wychowali rodzice i to powtarzali Lucjusz oraz Elaine.
- Zostałaś jedną z nich – fuknęła Ginny, krytycznie oceniając bordową, jedwabną szatę Hermiony.
Lekko zaokrąglony brzuszek dodawał jej pewnego uroku, a Lucjusz powtarzał, że wygląda tak apetycznie, że ma ją ochotę schrupać. Draco wówczas ostentacyjnie udawał torsje, za co obrywał od Pansy. Najwyraźniej młodzi lubili podobne zabawy, a Hermiona po prostu nazywała blondyna jaskiniowcem. Na Zimowy Bal wybrała długą, lekko dopasowaną szatę podobną nieco do mugolskich sukien z początku dwudziestego wieku. Moda czarownica była inna, ale też ciekawa. Poza tym Hermiona, jak prawie każda kobieta, chciała się podobać swemu mężczyźnie.
Westchnęła patrząc na Ginny, zupełnie nie rozumiejąc uporu młodszej Gryfonki. Jeśli panowała taka a nie inna moda, dlaczego od razu iść pod prąd wszystkim? Poza tym przecież nic w ten sposób nie zyska i skąd owe pretensje. Chwilami uważała ją za nieomal tak dziecinną jak Rona.
- Nie mam czasu ni ochoty, Ginny na twoje wydumane pretensje. Ubieram się podobnie jak inne kobiety, nie wiem jaki masz z tym problem. Lucjusz jest zadowolony, Elaine też.
- No tak, wszystko by zadowolić tę wytapetowaną piranię, należysz do grona jej fanek? – parsknęła rudowłosa - Macie ze sobą…
- Daj jej spokój – ucięła Hermiona – mam dość twoich dziecinnych pretensji, nawet jej nie znasz a czepiasz bez powodu. Co ty właściwie do niej?
- Zniszczyła Rona, przez nią wszyscy się wyżywali na niej i tacie!
- Ronald sam siebie zniszczył. Pił, szalał, zabierał pieniądze Lavender i gadał okropne rzeczy o swoich przyjaciołach, włączając w to mnie. Nie potrzebował wrogów, samemu będąc sobie zagrożeniem, nie mów, że pochwalałaś jego zachowanie!
- Przecież wiesz, że nie – fuknęła Ginny – ale to nie powód, by jakaś pirania, której największym sukcesem było poślubienie dla pieniędzy starego dziada i ..
- .. dość, nie mam zamiaru słuchać jak obrażasz Elaine. A ja cię tak broniłam! Przestań obwiniać cały świat za grzechy Ronalda. Jeśli nie masz nic innego do powiedzenia niż obsmarowywanie innych, idę poszukać Lucjusza.
I wtedy zdarzyła się katastrofa. Ginny nie należała do mistrzów panowania nad sobą i swoimi emocjami, zaś słowa Hermiony wywołały wściekłość. Poczuła jakby została zdradzona przez przyjaciółkę. Zdradziła dla żony zamożnego i wpływowego człowieka. Zamożność zawsze stanowiła traumę dla Ginny.
Podczas Balu czuła się dość osamotniona. Niewiele osób z nią rozmawiało, prawie nikt poza Harrym i Hermioną. Kingsley zamienił kilka słów, ale podobnie jak inni krytycznie ocenił strój i zachowanie młodej kobiety. „Jeszcze ci nie zbrzydła ta dziecinada?" A Ginny przecież nie była dziecinna i nienawidziła być podobnie traktowana. Alastor Moody znacznie większą uwagę poświęcał Hestii Jones, nawet nie zauważając Ginny. Harry oczywiście z nią zatańczył, ale został dość szybko wyciągnięty przez Lucjusza oraz Cormacka. Ginny zagryzła zęby i próbowała go powstrzymać. „Jestem twoją żoną i masz obowiązek się mną zajmować, zadajesz się z Malfoyami?". Harry jednak całkowicie zignorował jej pretensje i wzruszył ramionami. W ogóle nie zamierzał brać pod uwagę pretensji Ginny.
Ale kto inny zwrócił na nią uwagę, a była nią Pansy. Dziewczęta były nieprzyjaciółkami jeszcze w szkole, a potem wzajemna niechęć tylko rosła. Nie sposób stwierdzić która z nich zaczęła rywalizację i która pierwsza wykopała wojenny topór. Nie zamierzały takowego zakopywać, nie odpuszczając okazji do wzajemnego dogryzania. Pansy uśmiechnęła się złośliwie, widząc samotną Ginny. Skinęła głową i wymieniła z Draco porozumiewawcze spojrzenia. Dokuczanie Weasleyom należało do ulubionych rozrywek.
- No, no Ginny Potter jak zwykle genialnie ubrana – zaczęła kąśliwie Pansy – super się ubierasz i w ogóle jesteś niesamowita – kpiła – ale czego odczekiwać po córce idioty- zwolennika bandytów oraz siostrze złodzieja i pijaka. Nie zrozumiem czemu Elaine Scrimgeour wpuszcza podobną hołotę na przyjęcia.
- Sama zapytaj tej piranii – fuknęła Ginny.
- Dla ciebie łachmaniarko pani Scrimgeour. Naucz się zwracać do lepszych od siebie.
- Lepszych? Masz na myśli wygodnicką pannicę, co woli wydawać pieniądze męża niż psuć figurę więcej niż jednym dzieckiem? Moi rodzice całe życie cierpieli kpiny przez jej podobnych bo zamiast gonić za pieniędzmi mieli dużą rodzinę i wychowali nas wszystkich na ludzi, ni może poza Percym. Kogo podziwiasz? Wypacykowaną piranię co za największy sukces uważa złapania starego faceta na stanowisku na swoje wątpliwe wdzięki? Faktycznie to osiągnięcie i …
Ginny krzyczała. Złośliwe słowa Pansy, obrażające tak nią jak i najbliższych krewnych pozbawiły rudowłosą resztek wątłej samokontroli. Stanowiła żywe ucieleśnienie poglądu o namiętności oraz gorącym charakterze osób o jej kolorze włosów. Nie zdawała sobie jaka cisza zapadła ani kto akurat przechodził obok. Gdyby wiedziała, zapewne by przestała mówić, ale niestety niczego nie zauważyła.
Stojący obok ludzie zamilkli. Krzyki Ginny stanowiła zapowiedź awantury, zaś takowe praktycznie zawsze przyciągały uwagę. Nikt jednak nie mógł przypuszczać jakie wydarzenia za chwilę nadejdzie i ile plotek wywoła. O tak, ów Bal Zimowy miał zostać zapamiętany, niekoniecznie dobrze.
Okrutne zrządzenie losu, że obok przechodziła akurat Elaine. Usłyszała nieomal całą rozmowę obu kobiet i absolutnie zgadzała się ze zdaniem Pansy, chociaż sama z siebie zapewne wyraziłaby takowe w nieco bardziej dyplomatyczny sposób. Zapomniała jednak o dyplomacji, słysząc rewelacje na swój temat. Rzadko traciła na sobą panowanie, ale właśnie nadeszła jedna z tych rzadkich chwil. Wspomnienie o dziecku sprawiło, że Elaine puściły ostatnie hamulce.
Poczuła nieznośne pieczenie pod powiekami. Praktycznie nigdy nie płakała przy obcych, ale wówczas nie wytrzymała. Mogła znieść jeszcze znieść oskarżenia o swoje motywy związku z Rufusem, ale nie słowa o dziecku. I jakim prawem obca baba zaczynała oceniać dlaczego i ile ma dzieci? Zwłaszcza jeśli ona naprawdę pragnęła najbardziej na świecie mieć dużą rodzinę, z nim.. nie mogła dłużej słuchać Ginny, nie mogła i nie zamierzała.
Słowa o dziecku uderzyło prosto w serce. Jeszcze nie całkiem doszła do siebie bo nieszczęśliwych, wiosennych wydarzeniach. Czasem wciąż jeszcze szlochała, opłakując stratę. Starała się to robić kiedy on nie słyszał, nie chcąc mu dodatkowo przysparzać mu zgryzot. Zacisnęła zęby słysząc okrutne słowa, jakim prawem obca baba komentowała kto i dlaczego ma określoną ilość dzieci. Przecież to nie powinno nikogo obchodzić, ona nie ma zwyczaju komentować cudzych spraw rodzinnych. No może poza Weasleyami, ale zakładanie dużej rodziny i nie dbanie o nią aż prowokowało plotki. Elaine poczuła łzy pod powiekami, szybko zastąpione przez wściekłość. A podoba mieszanina, prowadziła do niekontrolowanego zachowania.
- Ty podła, wredna, mała wiedźmo – krzyknęła Elaine drżącym ze złości głosem- jak śmiesz mówić tak o mnie czy czymkolwiek innym? Oskarżasz mnie o wyjście za mąż dla pieniędzy, może sądzisz po sobie, wszak Potter był łakomym kąskiem. Twój brat był uzależniony od sławy, a ty zaś najwyraźniej od czego innego. Nie twoja sprawa ile kto ma dzieci i dlaczego, skoro więc tak łatwo ferujesz wyroki, nie dziw się, że inni reagują identycznie na ciebie. Czy wiesz, że wielu ludzi pragnie przyjąć dziecko z miłością, ale nie jest im to dane? Wiesz jak to jest, kiedy twoje dziecko umiera w tobie a ty czujesz jak wraz z krwią ucieka z ciebie twoje własne życie? Żadnej kobiecie nie życzę by nosiła żałobę po dziecku, ale ty nie jesteś w stanie tego pojąć, zejdź mi w oczu ty podła, mała jędzo. Wynoś się.
Ginny słuchała jak oniemiała. Słysząc oskarżycielski ton Elaine próbowała coś odszczekać, ale wspomnienie o śmierci dziecka ją uciszyło. Jednak było już za późno. Zazwyczaj opanowana blondynka straciła nad sobą całkowicie zdolność racjonalnego zachowania. Chciała po prostu uderzyć, wywlec za włosy podłą kobietę. Nie poczuła jak Pansy podchwyciła ją, próbując powstrzymać przed czymś głupim. Szybko podbiegła też Audrey, która doskonale wiedziała przez co musiała przechodzić młoda kobieta. Obdarzyła siostrę swego narzeczonego nienawistnym spojrzeniem, lecz w tamtej chwili nie o niej myślała. Przywołała fiolkę z eliksirem uspokajającym. Pansy zerknęła na Ginny jak na coś obrzydliwego, niczym coś zepsutego. Ich niechęć osiągnęła nowe poziomy.
Elaine nie poczuła nawet kiedy Audrey zmusiła w nią eliksir, oraz zaczęła wyprowadzać z pomieszczenia. Zszokowani uczestnicy przyjęcia w milczeniu obserwowali dramat. Niewielu wiedziało o niedawnej tragedii, jaka dotknęła Rufusa oraz jego młodą żonę. Mogli jednak zrozumieć czemu nie chcieli nikomu opowiadać o swej tragedii, nikt nie lubił chwalić się czymś takim. Nie wiedziała, ale większość osób obdarzyła Ginny morderczymi spojrzeniami. Nie należała do osób specjalnie popularnych, ale teraz budziła wyraźnie wielką złość. Dla jej zachowanie ciężko było znaleźć wyjaśnienia czy wytłumaczenie.
Nie wiedziała kiedy została wyprowadzona, lecz eliksir zaczął wkrótce działać. Odzyskała zdolność jasnego myślenia, widząc obok siebie Audrey oraz Pansy. Nie rozumiała co właściwie zaszło. Drżała wciąż jeszcze odczuwając wielkie wzburzenie, a do świadomości powoli docierało co właściwie zaszło.
Rufus obserwował scenę z zaciśniętymi ustami. Rozmawiał akurat z Bertiem i Lucjuszem, kiedy został mimowolnym świadkiem żenującej awantury. Wiedział, że żona nigdy by w ten sposób się nie zachowała bez powodu. Obdarzył Ginny nienawistnym spojrzeniem, wyrażającym żądzę mordu. Jako wychowany w tradycyjny sposób uważał, że nie należy podnosić ręki na kobietę, ale dla żony Pottera zamierzał zrobić wyjątek. Bertie okazywał pełne wsparcie.
- Powinienem ją wywlec stąd za kudły – syknął wściekły.
- Całkowicie rozumiem, ale uderzysz Wesleyetkę, a odpowiesz za człowieka. Znacznie lepiej ośmieszyć ją i zrobić wywiad dla gazety, pokazując jaka z niej podła wiedźma, Rita będzie na pewno pomocna.
- Lucjusz ma rację Rufusie, możemy sprawić, że ta wredna jędza naprawdę tego pożałuje.
- Muszę znaleźć Elaine
- Idę z Tobą.
Malfoy uważnie obserwował odchodzących. Nie miał oczywiście bladego pojęcia wcześniej o rodzinnym nieszczęściu państwa Scrimgeour, ale jak prawie każdy rozsądny człowiek rozumiał chęć zachowania dyskrecji. Zachowanie Ginny było absolutnie niedopuszczalne wobec nikogo, on zaś dostrzegał polityczne korzyści wynikające z owej sytuacji. Zakon naprawdę robi im niesamowitą przysługę, skutecznie ośmieszając i sabotując swoje własne projekty. Weasleyowie robili to znacznie skuteczniej.
Niedawno Zakon Feniksa wystąpił z całkiem rozsądnym, zdaniem wielu, projektem. Proponowali, by co jakiś czas wszyscy pracownicy Ministerstwa przechodzili rutynowe testy sprawności oraz wydajności. Ten plan nie budził wielkiego sprzeciwu, chociaż szalenie nie podobał się niektórym starszym urzędnikom, najwyraźniej niepewni czy sami by przeszli podobne badania. Poza tym nieraz ściągali swoich krewnych oraz znajomych, których kwalifikacje budziły poważne zastrzeżenia. Byli jednak w mniejszości, toteż odrzucenie tego akurat projektu stanowiło niemałe wyzwanie. Teraz jednak córka Weasleya sama przyszła im na pomoc.
Tymczasem Rufus znalazł Elaine, wciąż wstrząśniętą. Eliksiry uspokajające zdołały nieco ją uspokoić, lecz widząc męża tym razem nie odczuwała radości, ale ukryła twarz w dłoniach. Odczuwała naprawdę okropny wstyd z powodu swego dziecinnego zachowania oraz pozwolenie emocjom na przejęcie nad nią kontroli.
- Przepraszam – wybąkała – straciłam nad sobą panowanie i zachowałam jak dziecko.
- Nie masz powodu by odczuwać wstyd i winę, to ta okropna kobieta winna żałować. Nikt, a już na pewno nie ty nie zasłużył na podobne potraktowanie – zapewniał przytulając ją mocno.
Potrzebowała pociechy, może dlatego że tak bardzo usiłowała iść dalej pomimo nieszczęścia. Być może faktycznie za wiele na siebie wzięła, ale przecież wcześniej nie doszło do niczego groźnego, nie spotkała równie frontalnego ataku w czuły punkt. Wtuliła się w niego, chcąc jakby czerpać od niego siłę.
Wtedy właśnie weszła Rita Skeeter. Okiem znawcy oceniła scenę, wiedząc, że właśnie widzi coś, co ludzie uwielbiają. Rodzinne nieszczęścia znanych osób przyciągały uwagę, kobiety uwielbiały czytać o czułych scenach i romantycznych gestach. Te dwa elementy gwarantowały doskonały materiał, zaś przy okazji pozwalały uderzyć w ludzi niepopularnych wśród elit. Rita Skeeter umiała wyczuć sytuację.
- Panie Ministrze – odezwała się przesłodzonym głosem- naprawdę to oburzające co zrobiła i powiedziała Ginewra. Czy chce pan coś dodać? Podobnie skandaliczne zachowanie nie może pozostać bez reakcji.
- Masz rację Rita – odparł Bertie – wszyscy potępiamy to co zrobiła. Z oczywistych przyczyn moi przyjaciele nie zdradzali całej magicznej Anglii swej stracie. Jak wszyscy na ich miejscu chcieli tylko spokojnie przeżyć żałobę, po stracie nienarodzonego dziecka. Niestety jak widać niektórzy nie potrafią uszanować cudzej tragedii.
- Absolutnie się z panem zgadzam – skinęła głową Rita – ale czego się spodziewać po siostrze pijaka i złodzieja?
- Niczego – odparł lodowato Rufus – moja żona potrzebuje po tym wszystkim chwili wytchnienia i wyciszenia. Nie może udzielić wywiadu.
- Rozumiem i nigdy bym nie oczekiwała czegoś podobnego. Myślę, że pan Higgs wszystko doskonale wyjaśnił, zaś pan Ministrze, z oczywistych przyczyn ma teraz obowiązki wobec żony. To obudzające, że osoba powiązana z Zakonem, tak wiele mówiącym o szacunku dla innych zrobiła coś podobnego!
Rita w swoim własnym stylu opisała całe zajście. Ministerialne bankiety rzadko dostarczały aż takich emocji, jednak owego wieczoru dostała nagrodę i kąsek o jakim nieśmiała marzyć. Nagłówki gazet następnego dnia aż krzyczały, zaś Rufus Scrimgeour zyskał niesamowitą popularność wśród czarownic. Która z kobiet nie odczuwała by wielkiego wzruszenia na widok męża czule obejmującego i okazującego wsparcie żonie?
