Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.


Rozdział 37

Harry pracował z Daphne i Ginny nad ich formami hybrydowymi. Jako że Daphne była animagiem znacznie dłużej niż Ginny, nowa umiejętność przychodziła jej znacznie szybciej, co niezmiernie irytowało rudowłosą czarownicę. Harry wyjaśnił jej, że Daphne i Hellcat są do siebie idealnie dostrojone. Wyjaśnił też, jakie to istotne dla opanowania hybrydy. Obie strony osobowości musiały zsynchronizować się idealnie, tymczasem Ginny wciąż walczyła z Furią o dominację. Daphne zasugerowała, że może Cień powinien popracować nad dobrym humorem Furii, co oczywiście sprawiło, że twarz Ginny przybrała błyskawicznie kolor jej włosów. Jednak kiedy miała czas się nad tym zastanowić, uznała, że zrobienie tego pod postacią animagów może nie być najgorszym pomysłem.

Nie żeby Ginny nie robiła sporych postępów w sprawie Furii. Co wieczór biegała pod postacią animaga po Zakazanym Lesie lub po szkolnych korytarzach w ramach patroli prefekta. Zawsze towarzyszył jej Cień lub Hellcat. Pomogło to całkiem sprawnie odblokować inne moce Furii.

Zmiana formy zajmowała jej jedynie chwilę i nie wyczerpywała już magii tak bardzo jak za pierwszym razem, gdy stała się Furią. Błyskawica, którą strzelała z ust wymagała mniej wysiłku, ale i tak mogła z niej skorzystać tylko trzy razy, nim stawała się zbyt zmęczona, żeby dalej utrzymać zwierzęcą postać. Samo zebranie energii zabierało dużo czasu i pozostawiało ją odsłoniętą na atak z innej strony. Postanowiła jej używać w roli Coup de grace*.

Jednak to nie wyczerpywało możliwości Furii. Jej prędkość mogła zawstydzić geparda. Ochrzciła to trybem Smugi Srebra, bo tak zdaniem Daphne wygadała w pełnym biegu. Cień i Furia ścigali się kilka razy. Ona korzystała ze Smugi Srebra, a on ze Ścieżki Cienia. Ostatecznie doświadczenie Cienia dawało mu zwycięstwo, ale Furia za każdym razem zmniejszała dzielący ich dystans. Była pewna, że w swoim czasie go prześcignie.

Furia potrafiła też porażać elektrycznością przy użyciu łap. Podczas polowania wystarczyło dotknąć dwukrotnie większej ofiary, żeby powalić ją na ziemię. Jedna łapa w wodzie potrafiła ogłuszyć wszystko w promieniu kilkunastu metrów. Użycie pazurów podczas łowów często kończyło się przypaleniem brzegów rany i niemal zawsze okazywało się śmiertelne.

Daphne też powoli dochodziła do siebie. Jej chęć dowiedzenia się co istniało między jej mamą i profesorem Blackiem dalej graniczyła z obsesją. Harry wprost zapytał swojego ojca chrzestnego o Gabriellę. Syriusz uchylał się od odpowiedzi, a jego wyjaśnienia były w najlepszym razie zagadkowe. Samo to potwierdziło Harry'emu, że znaczyła dla niego naprawdę dużo. Jedna z córek Sashy zdradziła mu, że w chwilach ekstazy Syriusz często nazywał ją „Gaby". Harry nie musiał wiedzieć więcej. Postanowił odpuścić. Wiele zawdzięczał Syriuszowi, a jednocześnie nie zamierzał okłamywać Daphne. Kiedy z nią rozmawiał, powiedział jej jedynie, że uczucia Syriusza do Gabrielli nie uległy zmianie, co literalnie było prawdą, ale mogło wprowadzać w błąd. Daphne czuła, że w tej sprawie tkwi coś więcej, więc czujnie obserwowała swojego nauczyciela Obrony. Jednak póki co nie zrobił nic, co potwierdziłoby jej podejrzenia.

Na początku semestru Daphne mogłaby powiedzieć, że posiada jedynie jedną przyjaciółkę, a była nią Tracy Davis. W ciągu miesiąca jej sieć kontaktów poszerzyła się radykalnie. Miała teraz przyjaciół we wszystkich Domach Hogwartu. Mogła godzinami debatować o polityce z Susan Bones. Niekończące się plotki Parvati zawsze ją rozśmieszały, a bezwarunkowa szczerość i otwartość Luny okazały się zaskakująco odświeżające i zabawne. Z kolei Lavender dała jej kilka wskazówek jak sprawić, żeby chłopcy dyszeli za nią jak zakochane szczeniaki.

Jeśli ktokolwiek powiedziałby jej, że będzie flirtowała z Seamusem Finneganem, Daphne zaśmiałaby mu się w twarz. Jednak szczerze mówiąc mały Leprekonus naprawdę przekonał ją do siebie. Jego irlandzki akcent był naprawdę seksowny kiedy gadał do rzeczy, a jeszcze bardziej gdy flirtował, co robił bardzo często. Miała niejasne uczucie, że w tej kwestii pobiera lekcje u Harry'ego.

Oczywiście trzeba dodać do tego pewnego rudowłosego figlarza, który skradł jej całusa tamtego wieczoru, gdy wszyscy byli w Gnieździe. Ten pocałunek nie wywołał mrowienia w końcach jej palców. On wywołał mrowienie tam i w częściach ciała, których istnienia Daphne nawet nie była świadoma. Nawet teraz rumieniła się na samą myśl. Zbliżał się weekend w Hogsmeade i zdecydowała zamierzała złożyć mu wizytę.

Harry naturalnie był terenem zakazanym i pogodziła się z tym, co nie powstrzymywało okazjonalnej fantazji czy dwóch, które przychodziły jej do głowy w najmniej odpowiednich momentach. Wyglądało na to, że wszystkie te momenty wydarzają się, kiedy Emma jest w pobliżu. Co gorsze dziewczynka patrzyła wtedy na Daphne, jakby dokładnie wiedziała o czym Ślizgonka myśli. O co tu do diabła chodziło? Daphne postanowiła spędzić wieczór na bieganiu po Błoniach jako Hellcat. Zawsze pomagało jej to oczyścić umysł i zorganizować myśli.

Harry i Ginny wrócili do jego kufra, gdzie Ginny i tak spędzała większość nocy. Harry dostosował osłony strzegące jego mieszkania, żeby Mrużka mogła przeteleportować tu swoją panią, niezależnie od Domu w jakim stał kufer. Wystrój mieszkania Harry'ego wzbogacił się o cała masę zdjęć, które tak lubił robić Colin. Harry zapłacił mu za odbitki i zasugerował, że mógłby wyłożyć kapitał na start studia fotograficznego, jeśli Colin chciałby obrać taką drogę po zakończeniu szkoły. Przeszli do pokoju, gdzie Harry przechowywał swoją unikatową myśloodsiewnię. Podszedł do zaczarowanego regału, w którym przechowywał wszystkie swoje wspomnienia.

Szukał wspomnienia, które pomoże Ginny w pracy nad jej hybrydą. Tymczasem jego dziewczyna jeszcze raz przyjrzała się zawartości charakterystycznych fiolek, które dała mu Sasha. Już od jakiegoś czasu unikała rozmowy na ten temat. Głównie dlatego, że wciąż byli na etapie związku, który Hermiona nazywała „fazą miesiąca miodowego". Jednak jeśli kiedykolwiek chciała w pełni zrozumieć Harry'ego, musiała wiedzieć jakie związki łączyły go z piękną sukkub.

- Masz dużo jej wspomnień – powiedziała Ginny, sprawdzając klimat.

- A wiesz, że większości nawet nie widziałem? Poprosiła mnie, żeby przechował je dla niej.

- Czemu?

- Nie mam pojęcia. Powiedziała mi, że kiedy nadejdzie właściwy czas, będę wiedział co z nimi zrobić – wyjaśnił Harry, wzruszając ramionami.

- Czy kiedykolwiek o niej porozmawiamy? – spytała szybko Ginny, nim całkowicie opuści ją odwaga. Harry zesztywniał na moment, ale zaraz się odprężył. Wziął głęboki wdech i spojrzał na nią.

- Co chcesz wiedzieć? – spytał spokojnie lecz ostrożnie.

- Chyba wszystko co zechcesz mi wyjaśnić – odparła Ginny nieco nerwowo. Nie chciała, żeby to stało się problemem, ale wiedziała, że Sasha ma na Harry'ego silny wpływ. Musiała zrozumieć więź między nimi.

- Gin, jestem Obrońcą Klanu Desory. Tej godności nie nadały żadnemu czarodziejowi od przeszło pięciuset lat. To nie jest godność honorowa, a ja jej nie lekceważę. Są pewne sekrety, których nigdy nie wyjawię innemu człowiekowi. Złożyłem przysięgę, z której tylko matriarchini może mnie zwolnić.

- Przysięgę Nienaruszalną? – westchnęła wzburzona Ginny. Nie mogła uwierzyć, że zdecydował się na coś tak lekkomyślnego.

- Nie, ale moje słowo jest nie mniej wiążące.

- Wiem, że jesteś człowiekiem honoru i nigdy nie złamałby danego słowa. Nie oczekiwałam po tobie niczego innego. Rozumiem że powiesz mi tyle, ile możesz. Więc chyba powinnam zacząć od najważniejszego pytania – Ginny wzięła głęboki oddech i zebrała się w sobie w oczekiwaniu na ujawnienie prawdy, którą miała odkryć. – Kochasz ją?

- Tak – odpowiedział z miną wyrażającą zdumienie, że w ogóle musi pytać. Wyraz zranienia na jej twarzy powiedział mu, że nie zinterpretowała tego właściwie. Harry powoli ruszył w jej kierunku i zaczął mówić: - Pozwól, że dokładnie ci to wyjaśnię. Umarłbym za nią, zabiłbym dla niej i jeśli doszłoby do najgorszego zaatakowałbym samo piekło, żeby ją pomścić – Harry zatrzymał się przed nią i uniósł jej podbródek, żeby spojrzała mu w oczy. – Ale nie jestem w niej zakochany.

- Dobrze rozegrane, panie Potter – powiedziała Ginny po dłuższej chwili, która Harry'emu ciągnęła się w nieskończoność. – Ostatnie czego chcę to stania się jedną z takich wścibskich dziewczyn, ale po prostu… muszę zrozumieć ile znaczycie dla siebie nawzajem. Nie jestem idiotką, Harry, wiem, że między wami było coś więcej niż seks.

Harry czuł, że jego dziewczyna nie odpuści łatwo. Może faktycznie już czas, by to sobie wyjaśnili.

- Była moją nauczycielką, przyjaciółką doradczynią i tak, kochanką. Rozpaliła coś we mnie. Nie wiem czy potrafię to odpowiednio wyjaśnić – stwierdził Harry, potrząsając głową.

- Jakbyś całe życie był ślepy i nagle obudził się odzyskawszy wzrok, a każde nowe uczucie jest tak wspaniale intensywne – zasugerowała Ginny z domyślnym uśmiechem, który powiedział mu, że ona właśnie to czuje do niego. Zaśmiał się krótko. Rozumiała go dużo lepiej niż mu się wydawało. To wywołało u niego uśmiech.

- Mówiłem ci już dzisiaj, jak bardzo cię kocham?

- Tak… ale dziewczyna nigdy się nie znudzi słuchaniem tego z ust ukochanego mężczyzny – poinformowała go Ginny ze zmysłowym uśmiechem. Harry przyciągnął ją do siebie, nachylił się i przygryzł płatek jej ucha, po czym wyszeptał: - Kocham cię.

Następnie przesunął się na lewą stronę, by pocałować bardzo wrażliwe miejsce na jej szyi i powtórzył:

- Kocham cię.

Usta Harry'ego powędrowały po jej gardle, podbródku i zmysłowo przesunęły się po jej ustach, nim zakończył kolejnym:

- Kocham cię.

Ginny przyciągnęła go do siebie i zaatakowała jego usta, a jej język poszukiwał jego. Spotkały się i zatańczyły gdzieś pośrodku. Spragnione dłonie przesuwały się po ciałach, a żartobliwy całus zmienił się w mgnieniu oka w pełen żaru. Ginny musiała użyć całej siły woli, żeby się od niego oderwać, ale jeszcze nie skończyli rozmowy. Oparła czoło o jego czoło i wzięła kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić.

- Jesteś w tym za dobry – wydusiła między ciężkimi oddechami.

- Wiesz, Flirciaro, ty też wypadasz nie najgorzej – Harry dyszał równie ciężko. Jedna dłoń zawędrowała na tył jej głowy, druga gładziła jej pośladek.

- Znowu się rozpraszamy – ostrzegła go, chociaż zabrzmiało to bardziej jak pełen żalu jęk.

- Jakby to było coś złego – odparł Harry, odchylając jej głowę w bok, by mieć lepszy dostęp do jej szyi. Ciało Ginny ze wszystkich sił pragnęło się poddać jego woli i zapewne to nastąpi, ale później. Na razie musieli porozmawiać, więc wyrwała się z jego objęć.

- Harry – rzuciła błagalnie, a on warknął rozczarowany, ale zrobił to, o co prosiła.

- Dobrze, ale niektóre rzeczy będzie ci trudno przyjąć – ostrzegł ją.

- Nie może to być nic gorszego od rzeczy, które już sobie wyobraziłam – oświeciła go Ginny z nieco większą dozą szczerości niż planowała. Harry poczuł się, jakby dostał tłuczkiem w brzuch. Wiedział, że jego własna wyobraźnia potrafi wyczarować obrazy sto razy gorsze niż rzeczywistość. Jeśli role by się odwróciły, nie miałby tyle cierpliwości co ona.

- W porządku, ale żeby nie było, że cię nie ostrzegałem. Wszystko zaczęło się wkrótce po tym, jak Tonks zmiażdżyła moje serce pod swoim butem. Dąsałem się w swoim pokoju i unikałem wszystkich. Mama szanowała moją prywatną przestrzeń, ale Łapa w końcu miał dość i wpadł do mnie, żeby zafundować mi pogadankę. Sprowadziła się głównie do masy banałów typu żebym brał się w garść i posadził moje dupsko z powrotem na miotłę.

- To brzmi jak on – przyznała Ginny ze śmiechem, wyobrażając sobie tę rozmowę.

- Potem Syriusz powiedział mi, że ma świetny pomysł i jedziemy na wycieczkę. Teraz kiedy sobie o tym myślę, to nigdy nie byliśmy na wycieczce.

- Czemu mam przeczucie, że kiedy Syriusz Black mówi, że ma świetny pomysł, kończy się to na pytaniu samego siebie „jakim cudem jeszcze żyję"?

- Skarbie, nawet nie wiesz jakie to prawdziwe. I tu nie chodzi o „jakim cudem jeszcze żyję" w sytuacji, kiedy budzisz się nagi, przywiązany do łóżka i otacza cię siedem wkurzonych byłych dziewczyn. AU! To był tylko przykład!

- Mam nadzieję, pyskaty dupku.

- Gdzie to ja byłem?

- Stąpałeś po cienkim lodzie.

- W każdym razie Klan Desory zawarł sekretny pakt z Rodem Blacków kilkaset lat temu. Syriusz, jako Lord Black, miał obowiązek przyjść im na pomoc w razie wezwania.

- Tak, na pewno pomoc ekipie półnagich sukkubów była strasznym obowiązkiem. Pewnie musiał cię tam zaciągnąć siłą, choć opierałeś się jak mogłeś – stwierdziła sarkastycznie Ginny, wywracając oczami.

- Wydaje ci się, że ona siedzą całymi dniami w swojej siedzibie w oczekiwaniu na orgię?! To mocno związana wspólnota, która w kwestii przetrwania może polegać tylko na sobie. Mają uzdrowicielki, żołnierzy i tkaczy magii. Jak myślisz, kto wykonał nasze prochowce i wplótł w nie magię? Jak myślisz, kto pomaga tym niewolnikom w odzyskaniu wolnej woli? W przeciwieństwie do tego, co sądzi większość czarodziejów, to nie jest banda dziwek!

- Harry, żartowałam. Nie chciałam nic sugerować – powiedziała Ginny, starając się wycofać z sytuacji, w którą wpakowało ją gadanie bez zastanowienia.

- Przepraszam, jestem wobec nich dość opiekuńczy – odpowiedział Harry, rozumiejąc, że przesadził.

- Zauważyłam. Słuchaj, wiem, że one są dla ciebie ważne i chcę zrozumieć więź między tobą i nimi. Przez ten prosty fakt, że ty, Harry James Potter, jesteś dla mnie bardzo ważny, tak samo ważne są one – wyjaśniła i ścisnęła jego dłoń, żeby wiedział, że się nie gniewa. Harry uśmiechnął się do niej słabo i kontynuował.

- No dobra, w każdym razie dotarliśmy tam i odkryliśmy, że ktoś porywał ich młode. Zabierał je do jaskini. Dość szybko doszliśmy, że to był bazyliszek. Więc zabrałem się do warzenia wywaru z mandragory, a Łapa poszedł zbadać jaskinię. Od dawana debatowaliśmy z dziadkiem Horacym, czy wzięty profilaktycznie wywar z mandragory może cię uchronić przed petryfikacją. Uznał, że każdy, kto chciałby tego spróbować w praktyce, musiałby być kompletnie porąbany, ale i tak zmodyfikowaliśmy przepis. Niesamowite na co można go namówić argumentem o „akademickiej ciekawości".

- Chłopcy na zawsze pozostają chłopcami, nieważne ile urosną – zaśmiała się Ginny, potrząsając głową.

- Taki już nasz urok. Nie kupujesz tego, co? No trudno. W każdym razie tuż po tym, jak skończyłem ważyć, jedna ze zwiadowczyń Sashy przyniosła Łapę. Był spetryfikowany. Zwiadowczyni powiedziała, że znalazła go przy wejściu do jaskini. Wszystkie wiedziały, że straciły ostatnią szansę na odzyskanie porwanych młodych. Sahsa, która aż do tej chwili stanowiła opokę dla swojego ludu, kompletnie się załamała. Gin… - Harry musiał przerwać, żeby się opanować. Ginny domyśliła się, że to jeden z tych momentów w życiu, które zawsze do ciebie wracają z pełną siłą. – Żadna matka nie powinna tak płakać. Dotknęło mnie to do głębi. Ciągle jeszcze nosiłem okulary, więc do głowy wpadł mi szalony pomysł. Popatrzyłem na wywar, a potem na Sashę. Podjąłem decyzję, łyknąłem całą czarę, złapałem miotłę i udałem się tam, skąd Syriusz wrócił.

- Drogi Merlinie, Harry, czemu nie użyłeś po prostu wywaru, żeby odpetryfikować Syriusza?

- Moja mama też na mnie za to nakrzyczała. Chyba po prostu za bardzo porwał mnie ten moment. Znalazłem jaskinię, użyłem zaklęcia nocnego widzenia, którego nauczyła mnie mama i wleciałem do środka. Jaskinia nie była za duża, więc latało mi się dość ciężko. Jednak wziąłem miotłę, bo nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie szybko uciekać. Trochę to potrwało, ale w końcu znalazłem wielką komnatę. W środku byli Śmierciożercy. Bazyliszek spał niedaleko nich i był zajebiście duży. Wszystkie młode zostały spetryfikowane i zamknięte w klatce poza jedną, która nieźle walczyła. Nie zaskoczyło mnie, kiedy okazało się, że to córka Sashy.

- Jasna cholera i co zrobiłeś?

- Jeden ze Śmierciożerców używał magii, żeby bazyliszek się nie obudził, a cała uwagę drugiego zaprzątała walcząca Brianna. Nie mieli nawet pojęcia, że tam jestem. Więc wykorzystałem to. Zmieniłem kamień w świstoklik i podszedłem tak blisko jak to tylko możliwe. Wziąłem głęboki wdech i zrobiłem najbardziej szaloną rzecz, jaka mi przyszła do głowy.

- Czuję, że to będzie dobre.

- Użyłem zaklęcia burzy, żeby zgasić wszystkie świece w komnacie i błyskawicznie ich oślepić. Rzuciłem kamień w klatkę i wysłałem młode do domu. Zaklęcie wysadzające zdjęło Butoliza utrzymującego bazyliszka we śnie i wtedy rozpętało się piekło. W chaosie podleciałem, udało mi się złapać Briannę i pomknąłem ku wyjściu. Byliśmy prawie przy wyjściu, kiedy usłyszałem jak wściekły wąż szybko nas dogania. Udało nam się wylecieć z jaskini, ale stwór trafił w moją miotłę i rozbiliśmy się. Zerwaliśmy się na nogi. Pchnąłem Briannę za siebie i spojrzałem bazyliszkowi w oczy. Dzięki Merlinowi moja teoria się sprawdziła.

- Czemu przerwałeś.

- No wiesz, ta część jest jakby mało klimatyczna.

- Nie drażnij się ze mną. Potter! Zeznawaj!

- No dobra, właśnie wschodziło słońce, więc po prostu przywołałem koguta – powiedział zażenowany Harry. Ginny przez kilka sekund patrzyła na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym aż zgięła się w pół ze śmiechu.

- I podziałało… rewelacja… Luna… zakład… galeony – wyrzuciła z siebie Ginny w przerwach między atakami śmiechu. Harry spokojnie czekał, aż jej przejdzie. – Przepraszam, ale nie mogę uwierzyć, że właśnie tak zabiłeś bazyliszka. Jest potężna pula zakładów jak to zrobiłeś. Znając ciebie spodziewaliśmy się jakiejś epickiej bitwy, w której w końcu zdjąłeś bazyliszka jakimś zaklęciem, które sam wymyśliłeś.

- Ile wyniosła pula i kto wygrał? – spytał Harry ze śmiechem.

- Ponad 200 galeonów, a wygrała Luna.

Harry'ego zaskoczyła kwota, ale nie osoba zwyciężczyni. Dziewczyna miała niesamowity sposób patrzenia na otaczający świat. Poza tym doprowadzała Hermionę do szału i świetnie się bawił, kiedy to robiła.

- Sasha i kilka innych sukkubów pojawiło się w chwili, kiedy bestia padłą martwa. Najwyraźniej widziały wszystko z powietrza. Nawet nie wiedziały, że gdzieś poszedłem, póki klatka pełna młodych nie pojawiła się znikąd w ich siedzibie. Wróciliśmy, podałem wywar wszystkim spetryfikowanym, a potem wziąłem długą, przyjemną, gorącą kąpiel.

- Czy to ta część, kiedy dostałeś swoją nagrodę?

- Nie zrobiłem tego dla nagrody. Kurczę, kompletnie o tym nie myślałem. Kiedy Sasha spytała mnie czemu to zrobiłem, powiedziałem jej to samo co przed chwilą tobie. Żadna matka nigdy nie powinna tak płakać. Wtedy ona popatrzyła na mnie jak nikt wcześniej nie popatrzył. Jakbym nie był dzieciakiem, który tak zabawnie bujał się w Tonks. Kocham moją mamę i chrzestnego, ale oni wciąż widzieli we mnie dziecko, które potrzebuje ich opieki. Ona zobaczyła we mnie mężczyznę.

- I zrobiła z ciebie mężczyznę – powiedziała Ginny, bardziej do siebie niż do Harry'ego. Przyciągnął ją bliżej i zetknęli się czołami.

- Tak, zrobiła ze mnie mężczyznę. To było jak przebudzenie i nie mówię tylko o seksie.

- Myślisz, że tego nie rozumiem? Ty dla mnie zrobiłeś to samo, ty głupi Dupku. Wiem, że jakaś część twojego serca zawsze będzie należała do niej i nie przeszkadza mi to. Naprawdę. Po prostu musiałam to zrozumieć.


Ciocia Emmy często groziła, że powiesi czarodziejów na najwyższej wieży za pewną część ciała. A teraz to dziewczynka zwisała z tej wieży, choć dla precyzji trzeba powiedzieć, że wisiała na ogonie. Jej palce u stóp obejmowały piorunochron, a wokół jego szczytu zawijał się jej ogon, więc jej nowa forma animagiczna spoczywała dokładnie równolegle do ziemi. Niegdyś taki widok wywołałby u niej mdłości, ale w ostatnich trzech tygodniach Emma pozbyła się strachu przed dużymi wysokościami. No, może nie tyle strachu przed wysokościami co przed nagłym śmiertelnym przystankiem na końcu upadku.

Ćwiczenia nurkowania leczą człowieka z lęku wysokości szybko i skutecznie. Sasha nalegała, żeby Emma opanowała swoją nową formę fizyczną, nim przejdą do odblokowywania jej magii sukkubów. Dziewczynka poczuła się oszukana, ale Sasha szybko przypomniała jej, że przybranie formy i kontrolowanie jej to dwie różne sprawy.

To wyjaśniało czemu wisiała nad przepaścią, wystawiona na pewną śmierć, jeśli siła jej ogona zawiedzie. Sasha zmuszała ją do wielkiego wysiłku, tak jak Tonks, ale każde ćwiczenie miało swój cel. Emma nie zawsze go dostrzegała, ale nauczyła się akceptować mądrość matriarchini klanu Desory. Wykorzystała czas w tej pozycji na refleksje o ostatnich odkryciach, których dokonała odnośnie siebie i tej niesamowitej nowej formy.

Po pierwsze i najważniejsze wpłynęło to na jej naturalne ciało, o ile w przypadku metamorfomagów w ogóle można o czymś takim mówić. Emma nazywała je swoją formą podstawową, niemniej jednak jej dojrzewanie ruszyło z kopyta. W ciągu ostatnich trzech tygodni jej piersi zmieniły się z ledwo widocznych w optymistyczną miseczkę A. Jej skóra również nabierała cech jej formy animagicznej. Jej tolerancja na zimno i ciepło wzrosła dziesięciokrotnie. Chociaż jej skóra wciąż wyglądała normalnie i był miękka w dotyku, stanowiła powierzchnię bardzo ciężką do przecięcia albo spenetrowania przez magię. Sasha zapewniła, że te efekty staną się jeszcze mocniejsze w miarę upływu czasu. Emma podejrzewała, że matriarchini mogłaby pewnie kroczyć nago w środku zamieci śnieżnej i nie czuć zimna. Nic dziwnego, że praktycznie nie nosiły ubrań. Chodziło tu raczej o komfort i poczucie moralności innych niż o cokolwiek innego.

Miała też do dyspozycji wzmocnione zmysły. Między innymi Empatii, dzięki której mogła wyczuć podstawowe potrzeby, pragnienia i emocje tych wokół niej. Dowiedziała się, że ten zmysł pozwala sukkubom sprawdzać się lepiej w roli uwodzicielek i kochanek. Do tego jeszcze te feromony, które przypadkiem uwalniała za każdym razem, kiedy podnosiła rękę w klasie. Rozumiała już, czemu sukkuby uznawano za rzucające uroki. Sasha wyjaśniła jej, że zapach sukkubów jedynie wzmagał pożądanie i zmniejszał hamulce, ale ona miała ponad 400 lat, żeby się do niego przyzwyczaić. Spróbowałaby radzić z tym sobie w szkole pełnej napalonych nastolatków. A niektóre dziewczyny reagowały gorzej niż chłopcy!

Dzięki Merlinowi Lily rozmawiała z nią już o tych sprawach. W przeciwnym wypadku kompletnie nie wiedziałaby co się dzieje. Rozmowa z Lily obejmowała głównie emocjonalne aspekty seksu, podczas gdy Sasha zajęła się raczej praktyczną stroną. Musiała przyznać, że intrygowały ją pewne rzeczy, o których wspominała sukkub i czuła się dość mocno zaintrygowana. Sasha jednak stanowczo podkreśliła, że Emma powinna zbadać te sprawy tylko i wyłącznie jeśli poczuje, że jest absolutnie gotowa.

Emma odepchnęła się nogami od ściany, a jej ogon puścił piorunochron. Runęła głową w dół z najwyższego miejsca zamku. Odchyliła głowę i otworzyła szeroko oczy, żeby niczego nie przegapić. Dziwne, ale spadek z tak gwałtowną prędkością, że włosy powiewały daleko za nią nie spowodował, że do jej oczu napłynęły łzy. Jeszcze jeden dar jej animagicznej formy. Niecały metr od dachu niższej wieży Emma okręciła się w powietrzu i rozłożyła skrzydła, ale tylko odrobinę, żeby wyminąć przeszkodę, nie tracąc przy tym pędu. Zawirowała wokół wieży, utrzymując swoje ciało nie dalej niż metr od starych kamieni. Trzymała się cieni i latała między oknami, tak jak nauczyła ją Sasha. W tych kilku sytuacjach, kiedy ktoś mógłby ją zauważyć, choć o tej porze było to bardzo mało prawdopodobne, korzystała z naturalnych zdolności kameleonowania, które opanowała dzięki treningowi metamorfomaga z Tonks.

Sasha pokazała jej wszystkie miejsca w Hogwarcie, których nie było widać z żadnego punktu zamku, tak że mogła trenować i odkrywać limity swojego latania. Z szaleńczą prędkością zwiedzała zamek i Błonia w sposób, którego mało kto wcześniej doświadczył. Dwukrotnie przefrunęła obok Wierzby Bijącej, która nawet nie zbliżyła się do trafienia jej. Emma rozłożyła szeroko skrzydła, gwałtownie skręciła i skierowała się na boisko quidditcha. Usztywniła się jak dębowa deska, złożyła skrzydła i dzięki kątowi nalotu, prędkości i małym rozmiarom przeleciała przez najwyższą pętlę. Kiedy kończyła manewr, złapała obręcz ogonem i korzystając z jego siły wykonała zwrot o 180 stopni ze spiralą, po czym rozłożyła skrzydła i pomknęła ku kolejnej bramce, by powtórzyć manewr. Dwadzieścia prób później uznała, że doszła w nim do perfekcji.

Potem ćwiczyła taniec w powietrzu, którego nauczyła ją Sasha. Ukrywały się w nim ruchy przydatne w powietrznej walce, zarówno ofensywne, jak defensywne. Nie mogła powiedzieć, żeby była w nim biegła, ale na pewno znacznie się poprawiła, odkąd pierwszy raz go spróbowała. Potem nastąpiła kolejna część jej reżimu treningowego. Udała się do Zakazanego Lasu, żeby mogła trochę pohałasować bez przyciągania uwagi osób mieszkających w zamku.

Emma przybyła na polanę, która służyła im do ćwiczenia walki wręcz, czy raczej, jak w jej przypadku, walki przy użyciu pazurów, kłów i ogona. Na otaczających prześwit drzewach wyrzeźbiono runy sukkubów, żeby osłonić to miejsce przed ciekawskimi spojrzeniami. Sasha powiedziała jej, że tej nocy musi dotrzymać pewnej obietnicy, więc Emma będzie musiała potrenować sama.

Poprzedniego dnia Ministerstwo uchwaliło nowe prawo, które zmieniało klasyfikację sukkubów na magiczne stworzenia. Dzięki szkoleniu Daphne Emma była pewna, że nieobecność Sashy wynika z powodów czysto politycznych. Przez ostatnich kilka tygodni poznała Sashę bardzo dobrze i wiedziała, że jej najważniejszym obowiązkiem jest działanie dla dobra jej Klanu. Jako matriarchini robiła wszystko co konieczne, żeby zapewnić mu przetrwanie i bezpieczeństwo.

Emma nie była do końca pewna jak w to wszystko wpisywali się Harry i ona. Nie wątpiła jednak, że miało to coś wspólnego ze sceną między nimi, na którą mimowolnie się natknęła. Przy wszystkich interesujących rozmowach jakie odbyła z sukkub, Sasha stawała się dziwnie milcząca, gdy Emma próbowała poruszyć ten temat.

Odepchnęła te myśli od siebie i skupiła się na precyzji swojego ataku ogonem. Powalony pień przyjmował jej ataki, a ona uderzała coraz celniej. Tak ją to pochłonęło, że niemal wyskoczyła ze skóry, kiedy usłyszała oklaski. Odwróciła się gwałtownie i ujrzała opartą o drzewo osobę, której kompletnie się nie spodziewała.

- Sasha! Ale mnie przestraszyłaś. Myślałam, że dzisiaj spłacasz dług Ministrowi Magii? – spytała Emma, gdy doszła do siebie po wstrząsie. Któregoś dnia dowie się, jak matriarchini udaje się zakraść do niej, mimo jej wzmocnionych zmysłów.

- To nie trwało tak długo, jak się spodziewałam. Brakowało mu wyobraźni Harry'ego, jak również jego… wytrzymałości – odpowiedziała ze śmiechem matriarchini Desory. Nietrudno było odgadnąć co miała na myśli. Kiedyś Emmę szokowała jej otwartość. Ale odkąd zaczęła swoje szkolenie u Sashy, nie tylko to polubiła, ale wręcz prowokowała do tego swoją nauczycielkę.

- Może powinnaś dać mu jakieś witaminki. Wiesz, on już nie jest młodzieniaszkiem, zresztą ty też nie – zasugerowała Emma z chytrym uśmieszkiem, zadziwiająco podobnym do uśmiechu Harry'ego.

- Ciekawe gdzie indziej znajdziesz piersi, która są tak jędrne po 431 latach? – odparła Sasha, łapiąc się za biust i potrząsając nim, żeby zademonstrować ich jędrność. Emma zachichotała z jej wygłupów.

- A więc mogę się spodziewać cycków nie poddających się upływowi czasu, super. Chyba mogę już wyrzucić moje staniki – stwierdziła, spoglądając w dół na swój bardzo skromny, w porównaniu z Sashą, biust.

- Ble! Te archaiczne wynalazki, które ludzkie kobiety z taką chęcią noszę. Nigdy nie rozumiałam, czemu krępujecie się w taki sposób – skarciła Sasha z nutą niesmaku.

- Bo grawitacja może nie stanowić problemu dla ciebie, ale z nami jest inaczej. Nie żebym miała o co się martwić, póki co – odpowiedziała Emma, wywracając oczami.

- Nie martw się, wszystko w swoim czasie. Masz większe piersi niż ja w twoim wieku – uspokoiła ją Sasha, poklepując po ramieniu.

- Serio? – spytała pierwszaczka, parząc na nią z nadzieją.

- Nie – odparła Sasha, dając uczennicy pstryczka w nos.

- Aaarggghhh! Nienawidzę jak tak robisz. Przestań się ze mnie naśmiewać!

- Jesteś urocza, kiedy się oburzasz. Jeśli cię to pocieszy, mój rozmiar wśród sukkubów uznawany jest za przeciętny.

- Serio?

- Nie!

- Jesteś kompletnie okropna. Wiesz?

- Och, jakie słodkie deja vu. Nie jesteś pierwszym Potterem, który mnie tak określił.

- Jak cię znam, Harry był pewnie wtedy nagi i przywiązany do łóżka. Prawda?

- Skąd wiesz, że to nie Lily to powiedziała? – spytała Sasha z uniesioną brwią, a potem przeszła obok uczennicy kołysząc ogonem i biodrami. Emmie na moment opadła szczęka, ale zaraz zorientowała się, że Sasha znowu jej ściemnia. A może nie? Jej empatia sukkuba nigdy nie działała na Sashę. To był jeden z powodów, dla których nigdy nie potrafiła powiedzieć kiedy jej nauczycielka jedynie sobie z niej żartuje. Teraz stanowczo powiedziała sobie, że Sasha żartowała, bo nie chciała, żeby ten obrazek przyszedł jej do głowy, gdy następnym razem zobaczy swoją ciocię.

- To czego mnie dzisiaj nauczysz? – spytała Emma w ewidentnej próbie zmiany tematu. Sasha była pod wrażeniem jak szybko dziewczynka doszła do siebie, ale też trochę zawiedziona. Zawsze świetnie się bawiła, robiąc jej wodę z mózgu.

- Skoro nieźle już panujesz nad fizycznym aspektem, nie widzę przeciwwskazań, żeby zagłębić się w magiczną stronę bycia sukkubem. Jak wiesz, empatia działa bez udziału świadomości. Jesteśmy magicznymi bytami, więc możemy kanalizować moc przez swoje ciało, co wielu myli z magią bezróżdżkową, która jest domeną rzadko spotykanej gałęzi magii zwanej psioniką. Nasza magia nie wypływa z magicznego rdzenia, ale z całego naszego jestestwa. Nasi przodkowie popełnili błąd, ucząc tego utalentowaną czarownicę zwaną LeFay i w końcu zostali za to przeklęci. Znam to spojrzenie, ale nie czas teraz i nie miejsce, żeby zgłębiać się w tę historię. Idźmy dalej, dobrze? Sukkuby używają zupełnie innego zestawu run niż czarodzieje. Oczywiście jest też Magia Krwi, ciesząca się bardzo zła reputacją i moja ulubiona Magia Seksu.

- Se… Seksu?

- Maleńka, seks w swojej podstawowej formie jest rytuałem. Pełnym zabawy, ekscytującym i cudownie satysfakcjonującym, niemniej jednak rytuałem. Jest bardzo użyteczny w przywiązywaniu magii i ochrony do osoby, przedmiotu lub miejsca. Nawet mugole używają go nieświadomie. W średniowieczu żony często wysyłały mężów do bitwy z ochroną stworzoną podczas nocnych igraszek, czego żadne z nich sobie nie uświadamiało. Seks może wzmocnić więź między małżonkami i między przyjaciółmi. Magia wokół Hogwartu przetrwała próbę czasu głównie dzięki więziom między czwórką Założycieli i moim Klanem. Jeśli historia, którą mi opowiedziano, jest zgodna z prawdą, ten rytuał trwał przez tydzień. Poza tym może być użytecznym narzędziem. Spytaj Harry'ego jakim cudem stał się taki dobry w runach.

- Dlaczego każesz mi sobie wyobrażać takie obrzydliwe rzeczy?

- Częściowo po to, żeby cię uodpornić… a poza tym chcę zobaczyć tę minę na twojej twarzy, to słodsze niż miód.

- Znowu jesteś okropna.

- Tak, chyba wspomniałaś to raz czy dwa. Nie martw się, Magią Seksu nie będziesz musiała się martwić jeszcze przez ładnych kilka lat. Zanim zaczniemy, chcę, żebyś była absolutnie pewna, że chcesz iść dalej. Nie chcę, żebyś myślała, że musisz udowodnić coś mi albo komukolwiek innemu. To jest i zawsze pozostanie twoją decyzją, Maleńka.

- Wiem. To mój wybór. Sukkuby mogą teraz korzystać z owoców ich przeklasyfikowania na magiczne stworzenia, ale obie wiemy, że przy innym Wizengamocie wszystko może się zmienić równie szybko. Teraz jestem członkiem szlacheckiego Rodu. Z takim wsparciem mogę sprawić, że zostaniecie zrozumiane, ale tylko jeśli będę w pełni wyszkolonym sukkubem. Z dobrymi i złymi tego aspektami. Nie chciałabym zabrzmieć arogancko, ale mogę być mostem, który zwiąże nasze dwa światy – powiedziała Emma.

Na te słowa Sasha gwałtownie uniosła głowę, a na jej twarzy odbiła się mieszanina szoku, dumy i zdumienia.

- Co ty właśnie powiedziałaś? – spytała, patrząc Emmie intensywnie w oczy.

- O… o którą część ci chodzi? – odpowiedziała nieco nerwowo Emma.

- Czy powiedziałaś „most"? – uzupełniła pytanie Sasha, czując irracjonalną nadzieję.

- Tak, mogę być mostem, który zwiąże nasze dwa światy. Czemu?

Sasha odstąpiła od niej i zakryła dłonią usta. Jej oczy zamgliły się, jakby odpłynęła myślami gdzieś daleko. Mamrotała coś do siebie w języku jej ludu. Emma uczyła się go, ale znała dopiero kilka słów. Wyłapała więc tylko słowa „przeznaczenie", „krew" i „Obrońca".


- Weszło ci to w nawyk – powiedział Draco do białej sowy, która przycupnęła na krawędzi Wieży Astronomicznej. Przez ostatnie trzy tygodnie spotykał ją tam co kilka dni, gdy wchodził podziwiać wschód słońca. Na początku podchodził do niej niepewnie, ale z biegiem czasu tak do niej przywykł, że zaczynał za nią tęsknić w dni, kiedy nie przylatywała. Sowa siedziała i oglądała wschód słońca razem z nim. Kiedy się kończył, huczała na pożegnanie i odlatywała w nieznane mu miejsce.

- Chyba powinienem nadać ci jakieś imię czy coś – stwierdził Draco, bardziej do siebie. Zajął miejsce obok sowy i nieświadomie zaczął ją głaskać. Sowa odwróciła łebek i spojrzała mu w oczy. Draco zawsze czuł z nią jakąś więź, kiedy to robiła. Za nic jednak nie rozumiał dlaczego. Sowa śnieżna pokiwała głową z aprobatą.

- Może Bąbelek? – spytał Draco z uśmiechem. W odpowiedzi dziabnęła go w palec.

- Au! To chyba ma znaczyć nie? – syknął Draco, cofając rękę i masując miejsce, w które trafiła. Pamiętał, że sowy to dumne i mądre stworzenia. Naśmiewanie się z czegoś tak istotnego jak imię nie świadczyło dobrze o jego rozumie. Kolejne skinięcie łebka potwierdziło jego słowa. Ptak zaczął stukać pazurami o mur, przyciągając uwagę Draco.

- Pazur? – zaproponował, a ona zamachała skrzydłami w geście, który wyrażał dezaprobatę. Zaczął się nad tym zastanawiać, a ona znów kliknęła pazurami o mur.

- Szpon? – zasugerował i tym razem odpowiedział mu dźwięk pełen aprobaty. - Uznam to za tak – powiedział Draco ze śmiechem, co ostatnio nie zdarzało mu się często.

Wrócił do głaskania jej, gdy słońce wynurzyło się zza horyzontu. Zanim się zorientował zaczął rozmawiać ze Szponem, gdy oboje oglądali wschód słońca. Nic szczególnie ważnego, zwykła pogawędka o tym, co mu właśnie przyszło do głowy. Odkrył, że rozmawia mu się z nią nadspodziewanie łatwo. Nie spotykał się z osądem, nie musiał się pilnować przy każdym słowie. Po prostu słuchała i patrzyła na niego tymi pełnymi akceptacji błękitnymi oczami. Zanim Draco się zorientował, słońce w całości pojawiło się na niebie. Wiedział, że Szpon wkrótce odleci.

- Chyba musisz już lecieć, Szponie. Wiesz, to imię ci pasuje – stwierdził Draco. Sowa podleciała na jego ramię i pieszczotliwie uszczypnęła go w ucho.

- Zgadzam się, Draco. Szpon pasuje do niej idealnie – powiedziała Lily, wchodząc na Wieżę Astronomiczną. Oczy jej i Lily spotkały się na moment. Nauczycielka mrugnęła szybko do ptaka, po czym oparła się o blanki, by podziwiać widok. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się, gdy poranna bryza rozwiała jej włosy.

Draco przyglądał się jej, podczas gdy kobieta obserwowała horyzont. Wyglądała na taką spokojną, taką zrelaksowaną. Jej czujność zniknęła czy tylko chciała, żeby on tak myślał? Kobieta miała w sobie coś ze Ślizgona i przez ostatnich kilka tygodni nauczył się, by nigdy jej nie lekceważyć. Lily uniosła brew i zerknęła na niego kątem oka.

- Ciągle usiłujesz mnie rozgryźć, panie Malfoy? – spytała z rozbawieniem. Odkrył, że te słowa go odprężyły. Czyżby zaczynał się do niej przyzwyczajać? Na pewno nie traktował jej z taką samą ostrożnością co kiedyś. Czegoś takiego się nie spodziewał.

- Będę starcem nim mi się to uda – odparł z uśmiechem Draco i z powrotem spojrzał ku horyzontowi. Jego dłoń znów zaczęła gładzić siedzącą mu na ramieniu sowę. Nie zauważył, jak uśmiech Lily się poszerzył.

- Przynajmniej masz jakiś cel w życiu – zażartowała. Draco uśmiechnął się szeroko, ale potrząsnął głową.

- Chyba lepszym celem będzie dowiedzenie się jakim cudem się do mnie zakradasz. Nawet zaklęcie ciszy zostawia ślady, które można wykryć, a w twoich obcasach nie ma opcji, żebyś robiła to mugolskim sposobem. Nie wiem nawet jakim cudem w ogóle chodzisz w tych cholernych butach – dodał, wskazując na jej szpilki.

- Tajemnica handlowa, Draco… tajemnica handlowa. Poznałeś mojego syna i jego ojca chrzestnego, prawda? Trzeba być szybkim i cichym, jeśli chce się utrzymać przed tą dwójką.

- Zapewne, ale z drugiej strony widziałem cię w akcji. Nie sądzę, żeby Snape jeszcze kiedykolwiek spróbował ci podskoczyć.

- Nie walczył ze mną. Gdyby to zrobił, wynik mógłby być inny.

- Śmierciożercy walczą metodycznie, na chłodno, bez zaangażowania emocjonalnego. Ich ofiary rzadko się bronią, licząc, że zapewni im to litość. Ludzie Czarnego Pana polegają na swojej liczebności i strachu wywoływanym przez dawne czyny słynniejszych Śmierciożerców. Ich arogancja jest ich największą słabością i waszą największą przewagą.

- Wezmę to pod uwagę.

- Nigdy nie widziałem, żeby ktoś walczył z taką pasją jak ty. Miałem cholerne szczęście, że nie rozerwałaś mnie na strzępy. Nie sądzę, żebym zdołał cię zatrzymać, nawet gdybyś tego chciała.

- Nie myśl, że mnie to nie kusiło, młody człowieku, ale zmusiłam się, żeby obejrzeć to okropne wspomnienie trzy razy. Mogłam zniszczyć parę rzeczy za pierwszym razem. Ciągle czuję że naruszono moją godność i intymność, mimo że wiem, że to nie byłam ja.

- Chodzi o to…

- Draco! No naprawdę, czemu młodzi myślą, że to dopiero oni wynaleźli grę wstępną, seks oralny, analny czy sado-maso? Naprawdę myślałeś, że zanim zostałyśmy matkami nie próbowałyśmy trochę poeksperymentować? – warknęła Lily. Draco tylko spojrzał na nią w podobny sposób, jak ona popatrzyła na niego, kiedy poprosił ją o wysłanie wiadomości do Cissy. Tylko tym razem to jego policzki zaczęły przypominać kolorem jej włosy. – Może nie musiałeś tego akurat wiedzieć. W każdym razie zobaczyłam po prostu trochę sprośnej zabawy między dwójką najwyraźniej świetnie ze sobą zaznajomionych kochanków. Osobiście uważam, że mógłbyś wybrać kogoś lepszego niż panna Parkinson, ale to moje prywatne zdanie.

- Domyśliłaś się, że to ona?

- Naprawdę myślałeś, że nie dam rady?

- Zabijesz ją?

- Kusząca propozycja, ale nie. Jej działania zmierzające do skalania mojego dobrego imienia zostały tymczasowo powstrzymane, ale przyczyna takich a nie innych rozkazów wciąż pozostaje niejasna. Więc póki co zostawimy ją w akcji. Twój miesięczny szlaban zbliża się do końca. Jak planujesz wyjaśnić przypadkowe spotkania ze mną poza lekcjami?

- Pansy uważa, że próbujesz mnie nawrócić, a ja prowadzę z tobą grę. Podejrzewam, że twoja strona doszła do podobnych wniosków?

- Owszem. Pytanie brzmi, czy mają rację?

- Chyba nie będziemy wiedzieli, póki nie zostanie rzucona ostatnia klątwa – powiedział znacząco Draco. Lily obróciła się do niego z półuśmiechem

- Zapewne – odpowiedziała, nie ujawniając niczego. Robił to wszystko w nadziei, że Lily Potter jest kluczem do znalezienia jego matki. Draco zaczynał się zastanawiać czy warto było podejmować takie ryzyko, czy może wszystkie jego wysiłki nic mu nie dadzą.

- Powiesz mi kiedykolwiek czy ona żyje czy nie? – spytał wprost, choć był pewien, że ona jak zawsze uniknie odpowiedzi. Wiedział, że nie jest tak głupia, by skorzystać ze swojego asa atutowego bez absolutnej konieczności. Lily przyjrzała mu się uważnie. Potem znów nachyliła się nad blankami i spojrzała w dal.

- Wiesz, sowy są fantastyczne, bo zawsze potrafią znaleźć tego, kogo szukasz. Szpon chyba cię lubi. Założę się o moją miesięczną pensję, że uda jej się znaleźć twoją mamę, o ile oczywiście żyje – zauważyła dziwnym tonem. Draco spojrzał na sowę i znowu na nauczycielkę Zaklęć.

- Nie jestem głupi, już tego próbowałem. Listy zawsze do mnie wracały – odpowiedział przybity Draco.

- A więc kobieta nazywająca się Narcyza Malfoy już nie istnieje. Jeśli pamięć mnie nie myli, Cissy nigdy nie przepadała za tym nazwiskiem – Lily spojrzała w oczy Malfoyowi, zdradzając mu imię, pod jakim występowała teraz jej najlepsza przyjaciółka. – Słuchaj, zrób tak: napisz w liście wszystko co chciałbyś jej powiedzieć. W najgorszym razie będzie to miało oczyszczający efekt. Nie musisz podpisywać, jeśli boisz się, że ktoś go przechwyci. Na twoim ramieniu siedzi szlachetne stworzenie. Nie zawiedzie cię. Jeśli Cissy gdzieś tam jest, ona ją znajdzie – powiedziała Lily i odwróciła się, żeby odejść.

Draco spojrzał na jej plecy i uśmiechnął się. Dzisiaj będzie miał z nią kolejny szlaban. Bez wątpienia da mu kolejne nudne zadanie, które ma mu pomóc stać się lepszym człowiekiem, a przy okazji opowie mu trochę więcej o tym, kim naprawdę była jego mama. Ogólnie rzecz biorąc uczciwy układ. Popatrzył na Szpona i poklepał ją.

- Hej, dziewczynko, możesz jeszcze trochę zostać? Mam list do napisania.


Słowniczek

Coup de grace – dosłownie „cios łaski". Zwrot oznaczający dobicie rannego, ofiary tortur, pokonanego gladiatora itd. Używa się też na określenie rozstrzygającego, śmiertelnego ciosu w walce.


W następnym rozdziale:
- efekt końcowy eksperymentu Bellatrix
- zajrzymy do domu Greengrassów
- jaki kwiat Emma dostała od Adama?


Od tłumacza: Na profilu autora (TheLastZion) możecie znaleźć jednoaktówkę rozwijającą historię o wyprawie Syriusza i Harry'ego do sukkubów. Znajdziecie tam . szczegółowy opis „podziękowań" Sashy oraz pewną przepowiednię, która wyjaśni reakcję Sashy z słowa Emmy. Przy opisie jego profilu znajdziecie też grafikę, która jest wyobrażeniem symbolu, jakim Harry i Ginny naznaczyli się wzajemnie.