Dziękuję za wszystkie komentarze. Lotevo - fakt, Ślizgonów jest w tym opowiadaniu raczej niewiele, może dlatego, że wolę by pozostawali bierni, niż przeobrazili się w mini-gwardię śmierciożerczych pomagierów (a obawiam się, że to byłoby najbardziej wpasowane w kanon, tak jak w piątym tomie, gdy pomagali Umbridge). Wątek z Robertem Howlerem i Timem Wilmarem powinien się jednak jeszcze pojawić w kolejnych rozdziałach. Ostatecznie jacyś normalni ludzie też byli w tym domu...
Podziękowania za ekspresową betę dla Merryloon.
Rozdział 33
Konfrontacje (c.d.)
Długi, wysoko sklepiony korytarz prowadzący do wejścia na Wieżę Astronomiczną był pogrążony w głębokim mroku. Tylko na samym końcu dało się dostrzec rozmytą plamę blasku rzucanego przez pojedynczy kinkiet, zawieszony we wnęce na ścianie. Liza potarła ramiona, czując powiew chłodu; zimny wiatr przeciskał się przez szczeliny w ramach okiennych i szpary w murze, szczególnie dotkliwie dając się we znaki w tej części zamku. Sięgnęła po różdżkę, by chociaż trochę rozjaśnić to ponure miejsce. Pojedyncza świetlista kula, przywołana niewerbalnym zaklęciem, zmaterializowała się powietrzu i poszybowała w kierunku najbliższej świeczki. Przeskakując z knota na knot, kolejno zapaliła światło we wszystkich kinkietach, zawieszonych na całej długości ściany.
Nie zwracając uwagi na gderanie kilku portretów, które zostały gwałtownie wyrwane ze snu, Vector zaczęła powoli przemierzać korytarz w pobliżu klatki schodowej tam i z powrotem, jeszcze raz próbując ułożyć sobie w głowie wszystko, co miała do powiedzenia Auridze. Zastanawiała się, jak najlepiej to rozegrać. Dochodziła druga w nocy, ale chociaż czuła się fizycznie zmęczona po długim dniu, w obecnym stanie ducha nie byłaby w stanie zmrużyć oka. Bardziej racjonalna część jej osobowości, analizująca wszystko z chłodną wprawą numerologa, rozpatrzyła chyba każdy możliwy scenariusz, uznając, że jest przygotowana do mającej nastąpić konfrontacji. Druga, kierująca się uczuciami i sentymentami, zwyczajnie bała się tej rozmowy.
Początkowo zamierzała pójść do Sinistry za dnia, żeby złapać ją po zajęciach albo w porze konsultacji. A potem uświadomiła sobie, że najlepsza będzie nocna pora, nie tylko przez wzgląd na brak świadków — ostatecznie to właśnie wtedy człowiek zawsze stawał się nieco bardziej wylewny. Wybór miejsca również nie pozostawiał żadnych wątpliwości — korytarz na siódmym piętrze, prowadzący do Wieży Astronomicznej. Stąd Auriga nie mogła łatwo zrejterować, choćby dlatego że była to jedyna droga wiodąca do jej siedziby. Vector przystanęła, nasłuchując. Sinistra lada chwila powinna wracać do siebie po odprowadzeniu uczniów do ich domów po skończonych zajęciach z astronomii. Liza niepokoiła się jedynie, czy przypadkiem nie napatoczy się tu Carrow. Co prawda, nie miał dzisiaj dyżuru, więc istniała spora szansa, że przesiaduje w Świńskim Łbie ze swoimi śmierciożerczymi kumplami, ale Vector wychodziła z założenia, że lepiej zabezpieczyć się na każdym froncie. Dlatego poprosiła swoją skrzatkę, by miała oko na Carrowa i w razie gdyby przyszło mu do głowy przypałętać się pod Wieżę Astronomiczną, zrobiła coś, żeby go powstrzymać. Szkiełka, chociaż nie ukrywała, że perspektywa wchodzenia w drogę Śmierciożercy napawała ją przerażeniem, obiecała, że będzie czuwać.
Czas wlókł się niemiłosiernie i wydawało się, że upłynęły wieki, nim od strony klatki schodowej dało się słyszeć przybliżające się kroki. Vector zatrzymała się, czując, że serce zaczyna jej bić nieco mocniej; dopiero teraz zdała sobie sprawę, że naprawdę się denerwuje. Podświadomie wiedziała, że nie będzie łatwo na powrót przekonać do siebie przyjaciółkę. Słyszała, jak kroki, z początku dość szybkie, stopniowo zwalniają. W końcu ucichły zupełnie. Wahanie stało się wręcz namacalne. Najwyraźniej Auriga doskonale pamiętała, że prawie wszystkie świece były zgaszone, i blask padający z rozświetlonego korytarza, widoczny aż na szczycie klatki schodowej, wzbudził jej czujność. Zważywszy na to, co ją ostatnio spotkało, Liza wcale się temu nie dziwiła. Nie chcąc jej dłużej niepokoić, powoli wyszła zza załomu korytarza, zatrzymując się u szczytu schodów w dobrze oświetlonym miejscu.
Sinistra stała na półpiętrze z różdżką w dłoni, czujna i podejrzliwa; najwidoczniej dopiero co rzuciła zaklęcie wykrywające, a może nastawiła się na natychmiastową obronę. Teraz powoli opuściła rękę, z niedowierzaniem wpatrując się w drugą kobietę.
— Liza? Co ty tu robisz? — zapytała, wyraźnie zdumiona.
— Czekałam tutaj na ciebie — odparła Vector zgodnie z prawdą, przyglądając się przyjaciółce.
Minęło zaledwie parę tygodni, odkąd ostatni raz rozmawiały, lecz równie dobrze mogłyby upłynąć lata. Na schodach było znacznie ciemniej niż na korytarzu, ale z przykrością zauważyła, jak mocne piętno odcisnęły na Auridze ostatnie wydarzenia. Przez ułamek sekundy mignęło jej odległe wspomnienie z dawnych czasów i Charity mówiącą z melancholijnym westchnieniem, że najwięcej chudnie się ze zmartwienia; zdaje się, że wtedy miała jakieś kłopoty ze świeżo poślubionym mężem i szukała pociechy i porady u starszych, bardziej doświadczonych koleżanek. Niestety, miała zupełną rację. Długi, czarny płaszcz, który miała na sobie Auriga, jak pamiętała Vector, świetnie dopasowany, teraz dosłownie na niej wisiał.
— Nie powinnaś przypadkiem mnie unikać, tak jak pozostali? — zapytała Sinistra, na próżno usiłując ukryć cień wyrzutu w głosie. — Chyba, że nie jesteś tym, na kogo wyglądasz. — Uniosła lekko różdżkę, jakby spodziewała się podstępu.
Vector nie miała jej za złe tej otwarcie wyrażonej nieufności. Biorąc pod uwagę to, na co była ostatnio narażona, zaskoczyłoby ją, gdyby Sinistra pozwoliła sobie na jakąkolwiek nieostrożność.
— Wcześnie nauczyłaś się czytać, żeby samodzielnie pochłonąć „Atlas nieba nocą" — powiedziała. — Twoja matka jest straszną pedantką, a ojciec potwornym bałaganiarzem. Nie znosisz mięty. — Zastanowiła się przez chwilę. — Na szafce obok twojego łóżka stoi drewniana figurka koziołka, którą dostałaś od...
— Wystarczy — przerwała jej szybko Auriga, opuszczając różdżkę i powoli chowając ją do wewnętrznej kieszeni płaszcza. — Wierzę, że ty to ty. Ale jeżeli chcesz porozmawiać na wiadomy temat, to przyszłaś trochę za późno — powiedziała zimno. Weszła na schody i minęła ją, symulując obojętność tak dobrze, że gdyby Vector nie znała jej lepiej, z pewnością by się na to nabrała.
— Na litość boską, Aurigo! Przestań pozować na taką wyrachowaną i niewzruszoną! Przecież wiem, jak to wszystko musi cię dręczyć. Za dobrze cię znam.
— Najwyraźniej zbyt słabo, skoro doszłaś do wniosku, że dałam się omamić Śmierciożercy — odparowała.
— Więc tak chcesz to rozegrać? — zapytała spokojnie Liza. — Kolejny raz uciec od problemów?
To ją wreszcie dotknęło. Sinistra zatrzymała się raptownie w miejscu, na wpół odwracając i spoglądając na nią przez ramię.
— A ty myślisz, że wszystko da się rozwiązać słowami? Podstawić zmienne do wzoru i uzyskać prosty wynik?
— Wynik się nie zmienił. Wciąż coś ukrywasz. Przez jakiś czas byłam nawet przekonana, że chcesz osłonić Severusa.
Słysząc to, Sinistra tylko uśmiechnęła się gorzko, odwracając twarz.
— Nie będę cię przepraszać za to, co wtedy powiedziałam — ciągnęła dalej Liza. — Zachowywałaś się podejrzanie, Aurigo, i miałam wszelkie prawo sądzić, że stało się najgorsze. — Urwała na krótko. — Ale teraz już tak nie sądzę.
Sinistra uniosła głowę. W jej oczach odmalowało się wyraźne zaskoczenie. Wiedziała, że Vector nie powiedziałaby tego bez przyczyny.
— Kiedy to się stało? Kiedy Carrow zaczął cię prześladować? — zapytała Liza, bacznie się jej przyglądając. Auriga drgnęła niespokojnie, na próżno usiłując ukryć wrażenie, jakie zrobiły na niej te słowa. — Kiedy zaczęłaś się bać do tego stopnia, że nie widziałaś żadnego wyjścia i zwróciłaś się po pomoc do Severusa?
— O nic go nie prosiłam — żachnęła się Sinistra, przerywając jej na pierwszą wzmiankę o Snapie.
Vector odnotowała to w duchu i w milczeniu czekała teraz na to, co zrobi Auriga, wyczuwając, że w tej litej skale pojawiły się pęknięcia. Przez długi moment Sinistra nic nie mówiła, uparcie unikając jej spojrzenia i najwidoczniej bijąc się z myślami. Wreszcie westchnęła ciężko i wydawało się, że w jednej chwili z jej ciała opadło całe napięcie, pozostawiając tylko głęboką rezygnację.
— Jak się dowiedziałaś? — zapytała cicho.
— Przez głupi przypadek. I zgubny nałóg, który okazał się jednak do czegoś przydatny. Wygląda na to, że chodzimy palić w tym samym miejscu — dodała. — Aurigo...
— Wiem, o co chcesz zapytać — przerwała jej. — Dlaczego nic nie powiedziałam. Ale co miałam powiedzieć? Wszyscy pewnie uznaliby, że się doigrałam...
W przeciwieństwie do większości nauczycieli, którzy od samego początku przyjęli strategię ignorowania Carrowów, Sinistrze zdarzyło się parę razy podjąć z nimi konwersację, zwłaszcza z Amycusem, który siedział obok niej przy stole. Pozostali uznawali to za niepotrzebne, lekkomyślne prowokacje, więc jej obawy mogły okazać się całkiem uzasadnione.
— Z początku był po prostu uciążliwy. Trzymałam go na dystans, ale... Przyszedł tu pewnego wieczoru.
Liza poczuła chłód w sercu na samą myśl o zamiarach tego obmierzłego typa. Nie było wątpliwości co do tego, co mu chodziło po głowie.
— Nie wiem, jak by to się skończyło, gdyby ktoś go nie powstrzymał.
— Severus? — zapytała Vector ostrożnie.
— Z pewnością nie siła nadprzyrodzona — stwierdziła cierpko Sinistra. Dopiero teraz spojrzała na przyjaciółkę. — Nikogo nie zobaczyłam wtedy na korytarzu, ale później otwarcie zapytałam o to Severusa. Myślisz, że udzielił mi jasnej odpowiedzi? — Opuściła wzrok, wpatrując się w jakiś nieokreślony punkt na posadzce. — To musiał być on. Pytałaś, czy prosiłam go o pomoc. Nie, nie prosiłam. Ale on o wszystkim doskonale wiedział. Kpił sobie ze mnie. Ale mimo wszystko musiał jakoś spacyfikować Carrowa, bo nagle przestał mi się narzucać. Tylko, że najwyraźniej nic nie jest za darmo. — Auriga, wyraźnie zdenerwowana, zaczęła chodzić w tę i we w tę, a Liza poczuła, że chyba zaraz ją rozsadzi, jeżeli Sinistra wreszcie nie wydusi z siebie prawdy. Zawarła w końcu jakiś układ ze Snape'em czy nie? — Po tym, co on mi powiedział... Co dał mi do zrozumienia... To było tak bliskie temu, przed czym mnie ostrzegałaś. Ta przeklęta legilimencja! Przestałam ufać samej sobie, więc jak mogłabym oczekiwać... Wolałam się trzymać od wszystkich z daleka.
Sinistra mówiła urwanymi zdaniami, ale Liza jakimś sposobem zdołała poskładać to w całość. Rzeczywiście przestrzegała przyjaciółkę, że Snape prędzej czy później bezlitośnie wykorzysta to, co kiedyś ich łączyło. I chociaż wiedziała, że nie stało za tym nic więcej, niż zwykłe koleżeństwo, reszta grona pedagogicznego interpretowała to sobie po swojemu. Gdy okazało się, że ktoś z nauczycieli donosi dyrektorowi na swoich współpracowników, z oczywistych względów Sinistra stała się pierwszą podejrzaną. Co gorsza, nie zrobiła nic, żeby te posądzenia rozwiać.
— Aurigo, na Merlina... — Liza chciała coś powiedzieć, ale głos odmówił jej posłuszeństwa. Czasami jednakże czyny są bardziej znaczące niż słowa, więc po prostu podeszła do niej i serdecznie objęła, a przyjaciółka bez sprzeciwu przyjęła ten gest pocieszenia. Vector miotały różne uczucia; żal do siebie, że nie drążyła sprawy, i do Aurigi, że jej nie zaufała, przerażenie i dojmująca bezsilność na samą myśl o bezwzględności Śmierciożerców, na których łaskę byli zdani, ale ponad tym wszystkim przebijała się bezgraniczna ulga. Nie wiedziała, jak długo tak trwały, pozwalając sobie na chwilę słabości. Stres i przygnębienie, całe to potworne napięcie ostatnich tygodni znalazło ujście we łzach.
— Na pewno rozważyłaś dobrze wszystkie za i przeciw? — zapytała Auriga ponuro, gdy obydwie już trochę doszły do siebie. Otarła oczy rękawem i usiadła na kamiennej ławie, stojącej pod jednym z okien.
— Co masz na myśli? — odparła Vector, zajmując miejsce obok niej i chowając do kieszeni chusteczkę, w którą dopiero co wydmuchała nos. Całe szczęście, że o tej porze nie mogli napatoczyć się tu żadni uczniowie. Co by sobie pomyśleli, widząc stateczne zazwyczaj profesorki w takim stanie?
„Obydwie spłakałyśmy się jak głupie" — pomyślała z zażenowaniem.
— Inni odsuną się od ciebie, gdy tylko zauważą, że znów ze mną rozmawiasz — powiedziała Sinistra, zerkając na nią niepewnie kątem oka i nerwowo splatając i rozplatając palce.
— Masz nieaktualne informacje. Już prawie nikt z nikim nie rozmawia, wszyscy się boją i kryją po kątach. Bierny opór to wszystko, na co nas stać — oceniła Liza z brutalną szczerością. — Zastanawiałaś się, dokąd to wszystko zmierza? Ile razy będziemy musieli sobie powtórzyć, że nic nie możemy zrobić, zanim sami w to uwierzymy? Niedługo stwierdzimy, że przyzwolenie na to, by oni zmuszali jednych uczniów, żeby torturowali Cruciatusami innych, jest zdrowym i racjonalnym czynem.
— Wtedy naprawdę nic się nie dało zrobić — powiedziała Auriga ze smutną rezygnacją.
— Być może. Ale jeżeli teraz nie zewrzemy szeregów, to będzie po nas. Przepadniemy, tak po prostu.
— I kto ma się tym zająć? Ty?
— Nie wiem. — Liza wzruszyła ramionami. — Ktokolwiek. Minerwa jakoś się do tego nie pali...
Słysząc imię McGonagall, Auriga tylko uśmiechnęła się gorzko. Obydwie kobiety nigdy nie były ze sobą zbyt blisko, ale teraz dzieliła je dosłownie przepaść. A wszystko to na skutek fatalnego nieporozumienia, które w normalnych okolicznościach byłoby trudne do wyjaśnienia, a co dopiero obecnie, w panującej atmosferze nieufności i wszechobecnego zagrożenia. Liza nie miała pojęcia, jak przerzucić most nad tą wyrwą. W obecnej sytuacji nawet największa szczerość zostałaby odczytana jako podstęp i fałsz, a co gorsza Minerwa posiadała niestety tę negatywną cechę, że przejawiała skłonność do wydawania dość radykalnych osądów. Gdy już raz zakwalifikowała kogoś jako osobę niegodną zaufania, szalenie trudno było ją od tej opinii odwieść. Sinistra, niestety, sama dała solidne podstawy do wydania takiego wyroku i prawdopodobnie nawet przy wstawiennictwu Lizy niewiele dałoby się tu zdziałać. Zwłaszcza że obie z Minerwą były zbyt zacięte i dumne, by przyznać się do błędu.
— Posłuchaj — zaczęła niepewnie Vector. — Trzeba to spróbować jakoś odkręcić.
— Niby jak? — zapytała Auriga z obojętną rezygnacją, co wywołało u Lizy nowy przypływ frustracji. Znów zachowywała się tak, jakby nie pozostało jej nic innego, jak tylko zaakceptować istniejący stan rzeczy. — Minerwa ma już swoją prawdę. Ślizgonka, kochanka Śmierciożercy, donosicielka i zdrajczyni, wszystko idealnie do siebie pasuje — podsumowała pozbawionym emocji głosem. Vector poruszyła się niespokojnie. Przerażało ją, w jak obojętny sposób Auriga mówiła o czymś, co dotyczyło jej w bezpośredni sposób, mało tego, co mogło rzucić długi cień na całe jej późniejsze życie. — A reszta posłucha Minerwy, prawda? Tak więc proszę cię, nikomu nie mów o tym, co ci powiedziałam.
Liza jęknęła w duchu.
— Nikt by mi wcześniej nie uwierzył, a co dopiero teraz... — Opuściła głowę, z ponurą miną skubiąc brzeg swojego szalika.
— Przecież gdyby wiedzieli o Carrowie...
— Dowiedzieliby się też o udziale Severusa — odparła Auriga. — I z pewnością nie uznaliby, że spacyfikował go z dobroci serca.
Liza rozumiała jej obawy, ale była przekonana, że próba zatajenia tego, co się wydarzyło, jest najgorszym z całej puli złych i bardzo złych możliwych rozwiązań.
— Zastanów się chociaż nad tym, tylko o to cię proszę — powiedziała, nie chcąc na razie zbytnio na nią naciskać. I tak sama świadomość, że znów rozmawiają normalnie, po tylu tygodniach milczenia, wydawała się czymś nierzeczywistym. Obydwie jeszcze poruszały się ostrożnie, niczym po kruchym lodzie zamarzniętego jeziora, jakby obawiając się, że jedno niewłaściwie dobrane słowo spowoduje, że znów się od siebie oddalą. — Zdajesz sobie sprawę z tego, że on nie zrezygnuje? — zapytała cicho.
Auriga zerknęła na nią z zaniepokojeniem, ale coś w jej spojrzeniu mówiło, że doskonale o tym wiedziała. Liza bez owijania w bawełnę powtórzyła jej to, czego dowiedziała się, podsłuchując wczorajszą rozmowę Carrowów, o planach, jakie snuł sobie Amycus. Wiedziała, że przysporzy tym przyjaciółce dodatkowej troski, ale nie wyobrażała sobie, że mogłaby przed nią zataić tę informację.
Gdy skończyła mówić, Sinistra przez długą chwilę nic nie odpowiadała. Wreszcie odezwała się głosem nieznacznie wyższym od szeptu, jakby obawiała się, że w przeciwnym wypadku ją zawiedzie:
— Nawet nie wiesz, jak bałam się, że on prędzej czy później wpadnie na coś takiego...
— Wydaje się, że na razie Severus wciąż jeszcze trzyma go w ryzach — zauważyła przytomnie Liza. Było to kiepskie pocieszenie, zwłaszcza że serdecznie nienawidziła tego człowieka, ale lepszego nie potrafiła znaleźć.
— Tak, tylko jak długo to potrwa? — zapytała retorycznie Auriga.
— Słuchaj... Twoi rodzice nie daliby się namówić na dłuższy pobyt na kontynencie, póki to wszystko się nie uspokoi?
Sinistra potarła czoło, nagle zła i zniecierpliwiona.
— Myślisz, że z moim ojcem da się porozmawiać poważnie na temat czegokolwiek, co dzieje się w świecie czarodziejów? Z trudem dociera do niego, czym ja się właściwie zajmuję zawodowo, i że uczę w jakiejś szkole. Nigdy nie zgodzi się na porzucenie uczelni. Poza tym nawet nie mówiłam rodzicom, jak źle mają się sprawy w Hogwarcie. Tylko niepotrzebnie by się martwili.
— Najwyższa pora, żeby się dowiedzieli. Ojciec to jedno, ale twoja mama przecież musi wiedzieć, że teraz szczególnie krzywo patrzą nie tylko na mugolaków, ale i na mieszane pary czarodziejów i mugoli. Może gdyby...
Auriga tylko pokręciła głową.
— Nie zdoła przemówić mu do rozsądku. Zresztą, to nie takie proste. Ta wojna może potrwać jeszcze latami. Poza tym nie zgodzą się wyjechać, choćby dlatego, że nie chcieliby zostawić mnie i Seleny.
— Twoja siostra z rodziną, z tego co pamiętam, mieszka w Belfaście, z dala od tego całego szaleństwa.
— Jakby jakakolwiek odległość mogła zapewnić bezpieczeństwo...
— Tak czy inaczej, musisz ostrzec rodziców.
— Muszę. Tylko że zanim moja sowa z listem opuści Hogwart, Severus będzie znał już każde jego słowo. Albo, co gorsza, przechwycą go Carrowowie.
— A może spróbuj posłać Patronusa z wiadomością? — zasugerowała Liza. — Do Londynu jest co prawda kawał drogi, ale powinien dotrzeć.
Sinistra spojrzała na nią z nagłą nadzieją.
— Masz rację, to jest świetny pomysł. O ile uda mi się go wyczarować — dodała markotnie. W obecnym stanie ducha trudno było zdobyć się na przywołanie jakichkolwiek radosnych wspomnień, a co dopiero na tyle silnych, by przedzierzgnąć je w cielesną formę Patronusa, zdolnego przenieść wiadomość na odległość wielu setek mil.
— Zaoferowałabym swoją pomoc, ale obawiam się, że nie poszłoby mi z tym lepiej. — Vector uśmiechnęła się blado.
Auriga spojrzała na nią z namysłem, jakby coś rozważała.
— No dobrze, teraz ty się przyznaj, co cię gnębi — powiedziała nagle. — To coś z Jamesem, prawda? — Tym razem to ona wykazała się niezwykłą przenikliwością.
— Posprzeczaliśmy się — przyznała z niechęcią Liza. — O to, co zwykle. Dlaczego ty się tak cholernie narażasz, czyś ty zwariowała, że chcesz tam wracać... Zwykłe, czułe rozmowy.
— Martwi się o ciebie.
— Wiem, że się martwi. Ale, do licha, czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że porzucenie stanowiska byłoby jednocześnie podpisaniem wyroku na wszystkich pozostałych?
— I ty się dziwisz, że ja nie powiedziałam swoim rodzicom prawdy...
— Chyba właśnie przestaję się dziwić — mruknęła Vector. — Jakby tego było mało, mój najmłodszy braciszek odwalił kolejny nieziemski numer...
— A co się stało? — zaniepokoiła się Sinistra, dość dobrze zaznajomiona z jej kłopotami rodzinnymi.
— Drobnostka. — Wzruszyła ramionami. — Nie dawał znaku życia przez parę miesięcy. Matka o mało co nie oszalała z niepokoju, ojciec jakoś się trzymał, ale już powymyślali wszystkie najczarniejsze scenariusze.
Młodszy z dwóch braci Lizy, Tommy, był jedynym charłakiem w całej magicznej rodzinie. Po bardzo burzliwym młodzieńczym okresie wydawało się, że przyjął do wiadomości, że chociaż los poskąpił mu magicznej mocy, to bliscy całkowicie go akceptują. Udało mu się zaadaptować do życia w mugolskim społeczeństwie, znalazł sobie porządną, stałą pracę, a jego nowy związek okazał się czymś poważniejszym niż krótką, pozbawioną głębszej relacji przygodą. Spokój trwał wyjątkowo długo, bo prawie dwa lata, aż Tommy nagle jakby zapadł się pod ziemię. Zmienił miejsce zamieszkania, nie pozostawiając im żadnej wiadomości. Nic dziwnego, że rodzice spanikowali, bo w młodości kilkukrotnie uciekał z domu, a i później zdarzało mu się znikać bez śladu, gdy gdzieś dłużej zabalował z kumplami. Wyglądało na to, że historia kolejny raz się powtarza.
— Pogadałabym z tą jego dziewczyną, ale nie wiedziałam, gdzie ona mieszka. Na szczęście udało mi się skontaktować z Oliwierem. — Najlepszy przyjaciel Tommy'ego był dogłębnie zdumiony tym, że jego rodzina go szuka. Bez oporów udzielił informacji o miejscu pobytu kumpla. — No i okazało się, że braciszek wprowadził się do tej dziewczyny. Pojechałam tam, żeby przemówić mu do rozumu.
Auriga uśmiechnęła się lekko. Zapewne wyobraziła sobie, jak Liza, doprowadzona do ostateczności, wpada do Tommy'ego z dziką awanturą. I w zasadzie nie było to takie dalekie od prawdy. Vector należała do osób spokojnych i zrównoważonych, ale do wyskoków najmłodszego brata już dawno straciła cierpliwość.
— I wiesz, co mi powiedział? Że wolał się trzymać od nas z daleka, bo bał się, że mogą coś zrobić rodzinie.
— Zwariował? — zdumiała się Auriga. — Przecież prędzej ci wszyscy propagatorzy nowego porządku zaczęliby latać wokół niego jak poparzeni i rozgłaszać wszem i wobec, że mugolacy ukradli mu magię!
— To właśnie mu powiedziałam. I uświadomiłam mu, że jeżeli ktoś ściągnie na nas kłopoty, to prędzej będę to ja.
Sinistra opuściła głowę, pocierając skronie.
— Pomyślałabyś kiedyś, że praca nauczyciela powinna znajdować się na liście dziesięciu najbardziej niebezpiecznych zawodów czarodziejskiego świata?
Było to tak absurdalne, ale zarazem trafne stwierdzenie, że obydwie parsknęły cichym śmiechem, który, choć pozbawiony wesołości, pozwolił im nieco rozładować napięcie.
— Czy myśmy już zwariowały? — zapytała Liza.
— Nie, ale chyba niewiele nam brakuje. — Auriga pokręciła głową.
Mogłyby tak siedzieć do rana, nie zważając na uciekający czas i zimne jęzory chłodnego powietrza, prześlizgującego się przez szczeliny w ramie okna za ich plecami, ale jutro niestety też był dzień i to w dodatku pracujący. Niezależnie od okoliczności musiały kolejny raz zmierzyć się z szarą rzeczywistością. Liza zamrugała, czując, jak oczy łzawią jej ze zmęczenia i niewyspania. Pomimo tego pierwszy raz od bardzo długiego czasu była przekonana, że tym razem położy się spać jeżeli nie z lekkim sercem, to przynajmniej z nieco mniejszym przygnębieniem niż zwykle. Wstała z niewygodnej, twardej ławy, z ulgą rozprostowując kości. Sinistra również się podniosła.
— Chyba powinnyśmy wrócić do siebie, bo inaczej zastanie nas tu świt — powiedziała. Trochę przesadziła, bo pozostały do niego jeszcze ponad trzy godziny.
— Najwyższa pora!— warknął któryś z portretów. — Zgasicie wreszcie to cholerne światło czy nie?
Vector pokręciła głową i w odpowiedzi na tę uprzejmie wyrażoną prośbę sięgnęła po różdżkę, gasząc świeczki we wszystkich kinkietach poza jednym, tym znajdującym się na końcu korytarzu przy wejściu na Wieżę Astronomiczną.
Nim zdążyła się pożegnać, Auriga odezwała się niespodziewanie:
— Dziękuję ci. Za to, że przyszłaś.
Liza skinęła głową, uśmiechając się lekko.
— To było zupełnie jak wtedy... Ile to już lat...? — powiedziała w zadumie Sinistra. W nikłym blasku księżycowego światła, które wpadało przez okno, obrysowując jej sylwetkę, przypominała zjawę. — Byłyśmy na trzecim roku. Podeszłaś do mnie i zaczęłaś ze mną rozmawiać, tak zupełnie normalnie, chociaż byłyśmy z innych domów i wcale się wtedy nie znałyśmy...
— Prawda — odparła Vector, doskonale pamiętając ten dzień. — Ale ja bardzo chciałam cię poznać. — Ścisnęła lekko jej rękę na pożegnanie. — Uważaj na siebie.
Auriga skinęła głową.
— Tak... Ty też.
Sinistra nie kłamała, mówiąc, że czuła się dokładnie tak samo jak niemal przed dwudziestu pięciu laty. Nigdy tak naprawdę nie odnalazła się w domu Slytherina, ale wszystko co najgorsze zaczęło się na trzecim roku. Nie wiedziała, co za diabeł wstąpił w jedną z jej koleżanek z dormitorium, Ann, z którą przez pierwsze dwa lata pozostawała w dość serdecznych stosunkach. Sprawiająca wcześniej zupełnie normalne, a nawet przeciętne wrażenie dziewczyna wróciła po wakacjach całkiem odmieniona, pełna niechęci i złośliwości, jakby ktoś podstawił na jej miejsce inną osobę. Auriga, posiadająca mieszane pochodzenie, co było zbrodnią w tak konserwatywnym środowisku jak Slytherin, stała się łatwym celem docinków i drobnych uszczypliwości. Pozostałe koleżanki szybko przyłączyły się do tych prześladowań, z głupoty, a może z wrodzonego dzieciom okrucieństwa, które sprawia, że nie akceptują absolutnie żadnej odmienności. Dopiero dużo później Sinistra dowiedziała się, że mniej więcej w tym okresie Ann zostawił ojczym; razem z matką znalazły się nagle w bardzo trudnej sytuacji. Nie sprawiło to jednak, że Auriga potrafiła zmusić się do tego, by choć trochę lepiej myśleć o swojej szkolnej prześladowczyni. Bywały gorsze tragedie, ale wielokrotnie z bólem i smutkiem wspominała tamte czasy. Najgorsze było poczucie inności i kompletnego odseparowania od rówieśniczek, wynikające z powodów, których tak naprawdę nie rozumiała. Co z tego, ze jej tata nie potrafił czarować, a mama, choć czarownica od pokoleń, nie była skoligacona z połową starych angielskich rodów?
Pewnego dnia, który zaczął się zupełnie zwyczajnie, ale potoczył fatalnie, bo jej koleżanki okazały się wyjątkowo wredne, Auriga schroniła się w jakimś odległym kącie zamku, pogrążona w tak głębokiej rozpaczy, w jaką może popaść osamotniona kilkunastoletnia dziewczyna. I właśnie wtedy Liza, Krukona z tego samego roku, podeszła do niej i zapytała, dlaczego płacze. Miała w sobie coś takiego, że budziła natychmiastowe zaufanie i sympatię. Auriga, nieoczekiwanie dla samej siebie, zwierzyła jej się ze wszystkiego; natychmiast poczuła się głupio, że okazała tak niespotykaną wylewność. Ale Liza nie tylko zaoferowała jej zrozumienie i współczucie — przyznała nawet, że właściwie to od dawna miała chęć bliżej ją poznać.
Odtąd Auridze było lżej. Z czasem zdołała też jakoś ustawić relacje z innymi Ślizgonkami, chociaż żadna z koleżanek z dormitorium nie stała się jej naprawdę bliska. Miała jednak Lizę, a później naukę w Hogwarcie rozpoczęła jej młodsza siostra, która na szczęście trafiła do Ravenclawu, a nie Slytherinu, i nie musiała przechodzić przez to samo, co Auriga. Na piątym roku bliżej zakolegowała się też z Severusem, który pomimo swojego półmugolskiego pochodzenia miał już od dawna ugruntowany autorytet wśród pozostałych Ślizgonów. Znajomość ta zapewne również wpłynęła na to, że nieżyczliwe jej osoby uznały za słuszne zamknąć gęby.
Teraz jednak przygnębiające wspomnienia z młodości, tkwiące w jej pamięci jak zadry, były niczym wobec rysującej się przed nią rzeczywistości. Nie żywiła złudzeń co do tego, że wstawiennictwo Lizy dałoby radę załagodzić sytuację. Nie chciała jej zresztą w to wciągać. Auridze zbytnio by to nie pomogło, a przyjaciółce mogło tylko zaszkodzić. Nie miała jednak zamiaru dłużej kryć się w swojej wieży niczym jakaś pustelnica i dlatego już nazajutrz, choć z duszą na ramieniu, zeszła do Wielkiej Sali. Było dobrze po dziewiątej, więc zapewne dlatego nie zastała przy śniadaniu zbyt wielu ze swoich współpracowników. Irma uprzejmie skinęła głową, odpowiadając na powitanie Sinistry, zaś siedząca przy końcu stołu Batsheba, która miała drobne problemy ze słuchem, nie dostrzegła jej, więc nie zareagowała. Tylko Slughorn sprawiał wrażenie odrobinę zdenerwowanego. Potrząsnął trochę zbyt mocno solniczką, której spadła nasadka, przez co cała jej zawartość trafiła do jego jajecznicy.
Nie zdążyła nawet pomyśleć, że nie było tak źle, gdy jak to zwykle bywa, głupi przypadek, który rządzi życiem, sprawił, że w przerwie między przedpołudniowymi zajęciami natknęła się w pokoju nauczycielskim na nikogo innego jak Minerwę. W pierwszym odruchu chciała się wycofać, ale prędko przypomniała sobie, że ma dość tego ukrywania się. McGonagall była zajęta jakimiś papierami, które rozłożyła przed sobą. Wyglądały na wypracowania i sądząc po ilości czerwonego atramentu, którymi były pokreślone, ich autorom nie poszło najlepiej z realizacją tematu. Wpisywała właśnie oceny do arkusza. Widząc wchodzącą Sinistrę, zrobiła taki ruch, jakby chciała to wszystko pozbierać i opuścić komnatę. Auriga, która przyszła jedynie po dziennik klasowy, powiedziała dość gniewnym tonem:
— Nie przeszkadzaj sobie, zaraz wychodzę.
Coś, zapewne ta gorsza część jej osobowości, sprawiło, że nim zdążyła się opamiętać rzuciła jeszcze zjadliwie:
— I jeżeli chcesz zabić mnie wzrokiem, to na próżno, bo do tego jest zdolny chyba tylko bazyliszek.
Natychmiast zdała sobie sprawę, jak monstrualną głupotę udało jej się popełnić. Zadzieranie z Minerwą uznałaby za ryzykowne w normalnych okolicznościach, a co dopiero teraz, gdy zirytowana własną bezsilnością i sfrustrowana tym, jak śmiało poczynali sobie ostatnio Śmierciożercy, była niebezpieczna jak ranna lwica.
— Masz doprawdy dużo czelności, żeby przychodzić tutaj, zachowując się tak, jakbym to ja zrobiła coś złego — zripostowała natychmiast McGonagall.
Sinistra odwróciła się ku niej, zupełnie zapominając, którego dziennika szukała na półce.
— Wiem, co podejrzewasz i dlaczego... Na jakiej podstawie tak myślisz. Ale mylisz się, sądząc, że cokolwiek łączy mnie ze Śmierciożercami — wyrzuciła z siebie.
— Wystarczy to, co łączy cię z jednym, bardzo konkretnym Śmierciożercą — odparła zimno Minerwa.
Trudno było znaleźć sensowną odpowiedź na tak kategoryczne stwierdzenie. Niepotrzebnie w ogóle próbowała... Głupie, porywcze wyznanie, uczynione pod wpływem chwili.
— Mylisz się. Po prostu się mylisz — powiedziała Auriga po chwili, zdając sobie sprawę jak słabo i nieprzekonująco brzmią te słowa. — Nigdy... nie mogłabym... — Urwała, bo już niewiele brakowało, by ton jej głosu otarł się o rozpaczliwy.
— Dlaczego mówisz to teraz? Czy wreszcie dostrzegłaś, jakimi oni są potworami? Sądzisz, że możesz zmieniać strony za każdym razem, gdy ci to pasuje?
To nie był ton pełen niechęci czy rezerwy. To była ledwo tłumiona wrogość i Sinistra nie mogła oprzeć się wrażeniu, że Minerwa wyładowuje na niej cały nagromadzony przez ostatnie dni gniew. Przemknęło jej przez myśl, że ta sytuacja jest dziwnym odbiciem ich poprzedniej rozmowy. Wtedy spotkały się w klasie astronomii, a McGonagall przyszła do niej, żądając wyjaśnień. Kompletnie zaskoczona Auriga, zamiast rozwiać jej podejrzenia, tylko ją w nich utwierdziła. Zdaje się, że teraz udało się jej dodatkowo pogorszyć sprawę.
— Tak, to niezmiernie miło, że wszystko sobie wyjaśniłyśmy — odparła nieco bez sensu, odwracając wzrok. Gdyby zachowała więcej zimnej krwi i była jakoś przygotowana do tej konfrontacji, być może zdołałaby załatwić to lepiej.
Minerwa nic nie odparła na te słowa, mrużąc jedynie oczy i przyglądając jej się wzrokiem kota, który chciałby zadusić wróbla za sam fakt bycia wróblem.
Właśnie ten moment na wejście do pokoju wybrała sobie Liza. Stanęła w progu i z zaskoczeniem spojrzała na obydwie kobiety. Wydawało się, że wkroczyła w sam środek burzy z piorunami. W powietrzu aż iskrzyło od negatywnych emocji.
— Ale trafiłam — mruknęła. — Ale może to i dobrze. Aurigo, Minerwo...
Sinistra tylko potrząsnęła głową.
— Daj spokój, to nie ma sensu. Powiedziałyśmy sobie już wszystko, co miałyśmy do powiedzenia.
— Może jednak... — spróbowała jeszcze Vector, gdy Auriga przechodziła obok niej. Ale tamta posłała jej tylko krótki, przepraszający uśmiech i wyszła z komnaty, cicho zamykając za sobą drzwi.
Liza chciała coś powiedzieć, jednak słowa zamarły jej na ustach, gdy natrafiła na lodowate spojrzenie Minerwy.
— Widzę, że nagle z powrotem znalazłyście się w znakomitej komitywie — powiedziała, a jej ton był bardzo daleki od wyrażającego aprobatę. — Dlaczego zlekceważyłaś moje ostrzeżenie?
— Niczego nie zlekceważyłam. — Vector podeszła do swojego fotela, bo trochę głupio się czuła, stojąc tak w progu pod drzwiami. Nachyliła się nad stolikiem, chcąc pozbyć się potwornie ciężkiego almanachu numerologicznego i stosu pergaminów, które trzymała w rękach, ale mebel wierzgnął i uciekł. Rozejrzała się i w końcu rzuciła wszystko na siedzisko fotela, który na szczęście nie rwał się do biegania. — Wyniknęły jednak pewne nowe okoliczności...
— Lizo, zawsze miałam cię za niezwykle rozsądną osobę. Tym bardziej nie rozumiem, jak możesz mieć jeszcze jakiekolwiek wątpliwości.
— Zbyt łatwo szafujesz wyrokami.
— Nie, po prostu przyjmuję świat takim, jaki jest, a nie takim, jakim chciałabym, żeby był.
— I nie dopuszczasz żadnej możliwości pomyłki?
Minerwa zawahała się na moment.
— Pomyłką byłoby ponowne zaufanie komuś, kto na to nie zasługuje — stwierdziła z uporem.
— Więc chcesz ją za to wszystko obwinić? — zapytała nagle Vector. — Za to, że Snape zdradził Albusa? Za to, że Carrowowie znęcają się nad naszymi uczniami? Za całe zło, jakie wyrządzili Śmierciożercy? Nie widzisz, dokąd to nas prowadzi? Oni już zniszczyli nas od środka, a Auriga jest ofiarą w takim samym stopniu, jak my wszyscy — dodała cicho.
— A mówisz tak, bo nagle doznałaś olśnienia? A może jakieś przeczucie ci tak powiedziało?
— Nie tylko.
Minerwa spojrzała na nią bystro.
— Ty coś wiesz.
— Owszem, czegoś się dowiedziałam. Ale nie mogę ci powiedzieć. — Widząc minę drugiej kobiety, dodała pospiesznie: — Auriga mnie o to prosiła.
— Auriga cię o to prosiła — powtórzyła powoli McGonagall. — A ty uwierzyłaś w każde jej słowo.
— Nie tylko. Człowiek może kłamać, ale tablice numerologiczne nigdy. Jeżeli oczywiście potrafi się je odczytać. I wiesz, co się okazało? W każdym układzie wychodzi mi, że w przeciągu sześciu miesięcy Auriga straci kogoś bliskiego i najprawdopodobniej będzie to mężczyzna. — Przełknęła ślinę. Tego już nie powiedziała Sinistrze. Nie mogła się na to zdobyć, nie teraz.
Minerwa milczała przez długą chwilę.
— Sądzisz, że chodzi o jej ojca?
Vector pokiwała głową.
— Więc jeśli chcesz mnie zapytać, czy się teraz od niej odwrócę, to chyba znasz już moją odpowiedź.
Przez moment McGonagall sprawiała takie wrażenie, jakby przyjęła to wyjaśnienie do wiadomości. A potem powiedziała beznamiętnie:
— Cóż, zawsze może poprosić o pomoc Severusa. Z pewnością nie odmówiłby jej drobnej przysługi.
— Masz zupełnie błędne wyobrażenie o łączących ich stosunkach — westchnęła Liza, bardzo nieżyczliwie myśląc sobie o uporze McGonagall, obietnicy, którą złożyła Auridze i całej tej pogmatwanej plątaninie kłamstw i niedomówień.
Minerwa wysoko uniosła brwi, rzucając jej spojrzenie, które jasno świadczyło o tym, że na temat wzajemnych relacji Sinistry i Snape'a ma już starannie wyrobione zdanie.
— Nie przekonałaś mnie, Lizo. Przykro mi to mówić, ale bardzo się na tobie zawiodłam.
To ją naprawdę dotknęło. Minerwa była nie tylko jej bardzo bliską koleżanką z pracy, ale także nauczycielką, która miała na nią ogromny wpływ. To ona zachęciła ją do dalszego kształcenia się w zakresie numerologii, wskazując jej praktyczne zastosowanie i zasugerowała możliwą karierę naukową.
— Zrozum, mam swoje powody — powiedziała Liza niemal błagalnie.
— Nie wątpię. A ja mam swoje. — Wyraz twarzy Minerwy się nie zmienił, pozostał zacięty i surowy, ale w spojrzeniu, które rzuciła zza szkieł okularów mignęła troska. — Mam nadzieję, że ta twoja wiara w ludzi nie będzie miała tragicznych konsekwencji. I mówię to zupełnie szczerze.
— Proszę, proszę, cóż to za zmiana. — Severus powoli złożył „Proroka Wieczornego", nie odrywając wzroku od Aurigi, która właśnie zajęła swoje miejsce przy stole. — Czemu zawdzięczamy, że zechciałaś zaszczycić nas swoim towarzystwem?
Nie widywał jej ostatnio zbyt często, ale raczej się tym nie martwił. Tak długo jak główną rozrywką Carrowa pozostawało przesiadywanie w Świńskim Łbie, a nie wystawanie pod Wieżą Astronomiczną, uznawał, że wszystko jest pod kontrolą. Co prawda, Amycus ostatnio zaczął nieco ujadać, ale tylko półgębkiem i nieoficjalnie; wciąż jeszcze nie miał odwagi, by spróbować zerwać się z łańcucha.
— Zatęskniłam za uroczą atmosferą przy stole — odparła Sinistra, posyłając mu chłodne spojrzenie.
— Przykro mi, ale twoi koledzy i koleżanki wolą ostatnio jadać w swoich komnatach. Jest jednak szansa, że dołączą do nas Alecto i Amycus, więc jeśli jesteś spragniona kulturalnej konwersacji...
— Przestań się pogrążać, Severusie — ucięła. — Nie musicie udawać, że się lubicie. A poza tym miałeś półtora miesiąca na to, żeby wymyślić jakieś lepsze docinki.
Carrowowie jednak nie przyszli. Snape przypomniał sobie, że Alecto wspominała coś, że ma jakieś szalenie ważne sprawy do załatwienia w Hogsmeade. Domyślał się, że pewnie umówiła się na uroczą kolacyjkę ze swoim gachem. Zaciekawiony, posłał za nią Zgredka i dowiedział się, że regularnie spotyka się z Rowle'em. Dobrali się jak w korcu maku. Thorfinn był wielkoludem o posturze pałkarza, obdarzonym szczególnym typem urody — blondyn o jasnych, wodnistych oczach, z tak płowymi brwiami, że wydawały się niemal niewidoczne, i niemowlęco niewinnej twarzy, która nadawała mu jednocześnie nieco przygłupi wygląd. Jednak Alecto się najwyraźniej taki podobał. Amycus zaś zapewne znów zamarudził w knajpie. Z dwojga złego Snape wolał, żeby siedział tam niż tu, więc patrzył na to przez palce. Dyżur miał dzisiaj dopiero na drugą zmianę, do tego czasu powinien się dowlec do Hogwartu. Oby tylko był w miarę trzeźwy.
Zamiast Carrowów przyszła Vector. Jak gdyby nigdy nic, zajęła swoje miejsce obok Sinistry. Severus kątem oka śledził obydwie kobiety, zasłaniając się gazetą. Zamieniły ze sobą ledwie parę słów, ale to wystarczyło, by wyczuł, że coś się wyraźnie zmieniło w ich wzajemnych relacjach. O ile się nie mylił, Liza dotychczas trzymała się na dystans od Aurigi, tak jak pozostali wierząc w jej zdradę. Severus, podejrzewając, że ominęło go coś istotnego, szybko skończył kolację i nawet nie dopił Earl Greya. Zaraz po powrocie do lochów wezwał do siebie Zgredka.
Skrzat bardzo się zmartwił, że nie może mu powiedzieć niczego o ostatnich poczynaniach profesor Vector. Nie śledził jej, bo nie wiedział, że trzeba. Snape powstrzymał cisnącą mu się na usta ostrą reprymendę, ponieważ zdawał sobie sprawę, że pomimo swojego talentu szpiegowskiego skrzat nie był w stanie znajdować się w kilku miejscach na raz; zresztą, nawet nie takie polecenie mu wydawał. Zgredek, wyczuwając jednak jego niezadowolenie, pospiesznie doniósł, że podsłuchał dzisiaj rozmowę profesor McGonagall z profesor Vector. A wcześniej z profesor Sinistrą. Severus natychmiast uczepił się tej informacji i dowiedział się paru interesujących rzeczy. Wyglądało na to, że w pokoju nauczycielskim rozpętała się mała burza. Liza usiłowała przyjąć na siebie rolę mediatora, ale zarówno Minerwa, jak i Auriga były zbyt zaciekłe, by znaleźć jakąś płaszczyznę porozumienia. Wciąż zastanawiała go ta gwałtowna zmiana nastawienia nauczycielki numerologii. Czego dokładnie się dowiedziała, że z tak granitową pewnością ręczyła za Sinistrę? Mógłby jeszcze długo nad tym dumać, ale postanowił odłożyć to na później, bo Zgredek miał dla niego więcej wiadomości.
— Później profesor McGonagall spotkała się z profesor Sprout i powiedziała, że jej zielistka schnie i czy mogłaby na nią rzucić okiem.
Coś go tknęło przy tej wzmiance. Zgredek codziennie składał mu raporty i ta zielistka jakoś zbyt uporczywie się przez nie przewijała, trzeci raz w ciągu sześciu dni. Ile wody można lać do jednego kwiatka? To musiało być jakieś hasło...
— O czym rozmawiały? — zapytał natychmiast.
Skrzat zrobił zmartwioną minę i powiedział niepewnie:
— Zgredek nie wie, bo gdy raz usiłował wejść za profesor McGonagall i profesor Sprout do gabinetu profesor McGonagall, to zaczęły wyć i dzwonić.
Severus, gdy już z wielkim trudem pozbył się wizji swoich koleżanek po fachu, które wyły i dzwoniły, zdołał wyciągnąć ze skrzata, że źródłem hałasu były małe, srebrne urządzonka, stojące na czterech nóżkach. Domyślił się bez trudu, że to zapewne jakiegoś rodzaju fałszoskopy. Z niechętnym uznaniem pomyślał, że po pięciu miesiącach wreszcie wpadli na to, żeby bardziej się pilnować. Tutaj akurat nie było wątpliwości, co do tematu rozmowy. McGonagall pewnie podzieliła się ze Sprout swoimi przemyśleniami na temat nieroztropnego postępowania Lizy. Nie zdziwiłby się, gdyby i ona została prędko zaklasyfikowana jako osoba podejrzana, z którą należy ograniczyć kontakty do niezbędnego minimum. Układy w gronie pedagogicznym zaiste zaczynały się robić coraz bardziej interesujące. Zastanowił się przez moment i kazał skrzatowi przez kilka najbliższych dni bliżej poobserwować Sinistrę i Vector. Musiał zebrać więcej informacji.
Od nauczycieli Zgredek płynnie przeskoczył do uczniów. Przyjaciel Harry'ego Pottera, Neville Longbottom, zaraz po wyjściu ze skrzydła szpitalnego zorganizował spotkanie z innymi przyjaciółmi. Zebrali się w tajemniczym pokoju, do którego Zgredek nie mógł się wprawdzie teleportować bezpośrednio, ale wszedł za resztą. Ustalili, że wznawiają swoje ćwiczenia. Przyjaciel przyjaciela Harry'ego Pottera, Michael Corner, powiedział, że jego przyjaciel Tim Wilmar ma za złe, że wciąż przed nim coś ukrywa, chociaż wszyscy razem ryzykowali swoją skórę. Snape, który prędko zaczął się gubić w tych wszystkich przyjaciołach, średnio uważnie słuchał tej części relacji. Miał tylko nadzieję, że ta przedsiębiorcza ekipa nie da się natychmiast przyłapać na swoich nielegalnych praktykach. Minerwa o tym wiedziała, o czym uprzejmie doniósł mu Zgredek, on o tym wiedział, również dzięki skrzatowi, grunt, żeby Carrowowie się nie dowiedzieli.
Severus przerwał sprawozdanie Zgredka, gdy ten mówił właśnie o przyjacielu Neville'a Longbottoma, Erniem Macmillanie, któremu wyrwało się coś, że nie ma prawa uczestniczyć w spotkaniach Gwardii, bo zawiódł, na co reszta zgodnie uznała, że zwariował i opowiada głupoty.
— Zgredek ma już nie śledzić przyjaciół Harry'ego Pottera? — zapytał skrzat, czujnie nadstawiając uszu.
— Wręcz przeciwnie. Ale na razie skup się na profesor McGonagall, Sinistrze i Vector... — Zawahał się. Alecto była zbyt zajęta swoim drogim Thorfinnem, by myśleć o kopaniu dołków pod dyrektorem, lecz jej brat ostatnio sprawiał takie wrażenie, jakby miał chęć wyciąć mu jakiś brzydki numer. — A potem sprawdzisz dla mnie jeszcze Amycusa Carrowa. Spędza sporo czasu w Świńskim Łbie, chcę wiedzieć z kim się tam spotyka i o czym rozmawia z moimi drogimi współśmierciożercami.
Zgredek gorliwie skinął głową, a Severusowi nawet przez myśl wtedy nie przeszło, jak tragiczne będą konsekwencje tego prostego polecenia.
Sinistra powoli szła korytarzem na piątym piętrze, nawet nie próbując sama przed sobą udawać, że przejawia jakikolwiek zapał do tego całego dyżurowania. Dochodziła trzecia w nocy; gdzieś daleko, w normalnym świecie, większość ludzi od dawna już leżała we własnych łóżkach — czarodzieje przewracali się niespokojnie z boku na bok, a mugole spali pogrążeni w błogiej nieświadomości. Auriga zastanawiała się, czy jej uda się choć na chwilę zmrużyć oko czy czeka ją kolejna biała noc. Gnębiło ją zbyt wiele zmartwień. Wciąż zastanawiała się, czy jej wiadomość z ostrzeżeniem dotarła do rodziców i czy go nie zlekceważą. Nie potrafiła się nawet cieszyć tym, że jej relacje z Lizą wróciły do jako takiej normy. Zamiast tego nie mogła uwolnić się od myśli, że teraz inni będą spoglądać na przyjaciółkę z takim samym potępieniem, jak na nią. I jeszcze ten wewnętrzny niepokój, dręczący ją bez ustanku, którego żadnym sposobem nie potrafiła zdławić. Tlił się w niej, gotów spalić ją jak kartkę papieru, i nic nie pomagał fakt, że doskonale znała jego źródło...
Carrow nie łaził za nią jakoś natrętnie, ale wystarczyły drobne oznaki, świadczące o tym, że jego niezdrowe zainteresowanie wcale nie wygasło. Pochwycone, ukradkowe spojrzenia, przypadkowe spotkania w ciągu dnia, gdy mijali się na korytarzu pomiędzy zajęciami czy, o zgrozo, pojawiali się w Wielkiej Sali o tej samej porze. Pół biedy, jeżeli w pobliżu znajdował się Severus — wtedy Amycus trzymał gębę na kłódkę. Ale gdy go nie było, raz i drugi pozwolił sobie na jakieś zawoalowane, pozornie nic nie znaczące uwagi. Intuicja podpowiadała jej jednak, że sprawdzał w ten sposób, na ile może sobie pozwolić. Mimo wszystko nie był aż tak głupi, aby zrobić coś, nie bacząc na konsekwencje. Jednak żywienie pobożnego życzenia, że w razie czego Snape ponownie sam z siebie wykaże chęć, by przywołać do porządku drugiego Śmierciożercę, uważała za kiepską gwarancję bezpieczeństwa. Poproszenie go o pomoc byłoby zaś ostatecznością. Pytanie, czy teraz właśnie nie zbliżała się do tej ostateczności...
Zamyślona, nie zauważyła ciemnej figury, przyczajonej za ogromną, kamienną statuą kota, przypominającego ni to lwicę, ni to lamparta, jakby tworzący ją rzeźbiarz nie mógł się do końca zdecydować, co właściwie chce przedstawić.
— Niezbyt przykładasz się do dyżurów — usłyszała nagle cichy, lekko kpiący głos. Stanęła jak wryta i spojrzała w kierunku zacienionego kąta, który Severus wybrał sobie na przyczółek. — Pół godziny spędzone na jednym korytarzu na wzdychaniu i krążeniu od ściany do okna. Kiepsko, bardzo kiepsko — dodał z tak zjadliwą satysfakcją, jakby właśnie przyłapał Gryfonów na szwendaniu się po nocy i mógł im za to odjąć co najmniej kilka tuzinów punktów.
— A ty jak długo podpierałeś tu ścianę, obrastając pajęczynami?
— Wystarczająco — odparł.
Wysunął się z cienia, ocierając się o krąg światła rzucanego przez najbliższą pochodnię, ale w niego nie wchodząc. Trochę blasku padało jednak na część jego twarzy i zauważyła, że patrzył na nią spod lekko ściągniętych brwi, czujnym, taksującym spojrzeniem. Auriga w odpowiednim momencie uświadomiła sobie, że pewnie kolejny raz sięga po wypróbowaną sztuczkę z legilimencją, i prędko zerwała kontakt wzrokowy, opuszczając oczy. Jak na ironię dostrzegła małego pajączka, który spłoszony wypadł z mrocznego kąta, służącego wcześniej za kryjówkę Snape'a. Mknął przez jasną plamę blasku na posadzce, chcąc jak najszybciej oddalić się od ludzi i światła i schronić w ciemności po drugiej stronie korytarza.
— Cóż, pozwól, że pójdę sobie powzdychać w innej części zamku... — powiedziała, zamierzając odejść.
Severusa jednak nie dało się zbyć w tak łatwy sposób. Nie zdążyła uczynić więcej niż trzy kroki, gdy jego palce zacisnęły się na jej ramieniu, tuż nad łokciem.
— Nie tak szybko — powiedział cichym, stanowczym tonem, zatrzymując ją.
— Czego chcesz? — zapytała zimno.
— Pamiętaj, że coś mi zawdzięczasz.
Jego dotyk wydawał się lodowaty, chociaż tak naprawdę nie mogła poczuć tego przez materiał rękawa. Chłód zdawał się jednak pełznąć po ręce i sięgać aż do serca.
— I co w związku z tym? Przyszedłeś teraz wyegzekwować dług?
— Wielka szkoda, że nie jesteś w moim typie — odparł obojętnie.
Spojrzała na niego z pogardą.
— Twoja strata — rzuciła. Wyszarpnęła rękę z jego uścisku, cofając się na bezpieczną odległość. — Nie czekałeś tu na mnie po to tylko, żeby mi to powiedzieć. O co ci tak naprawdę chodzi?
Spodziewała się, że będzie przeciągał tę rozmowę w nieskończoność, na zmianę drwiąc z niej i prowokując, aż straci głowę i nawet nie wiedząc kiedy, wyjawi mu to, co najbardziej go interesowało. Tym razem jednak ją zadziwił, bezpośrednio przechodząc do rzeczy.
— O drobiazg. Zastanawiam się, co opowiedziałaś Lizie, że natychmiast postanowiła ci uwierzyć.
— Może cię to zaskoczy, ale po prostu prawdę. Niezależnie od tego, jak bardzo nieprawdopodobnie brzmiały niektóre jej fragmenty — dodała, nieco poniewczasie zastanawiając się, czy dawanie mu do zrozumienia, że ujawniła jego niejednoznaczne poczynania, jest na pewno dobrym posunięciem.
— Prawdę — powtórzył takim tonem, jakby pierwszy raz w życiu słyszał to słowo. — To bardzo wzruszające. Sądzisz, że słowa są w stanie wszystko naprawić? Raz stracone zaufanie trudno odbudować.
— A ty tak wiele wiesz o zaufaniu — odparowała.
Nie mogła pojąć sposobu rozumowania tego człowieka. Wydawało się, że samą satysfakcję sprawiała mu myśl, że ktoś prócz niego znalazł się na dnie, w równie parszywej sytuacji co on.
— Więcej, niż ci się zdaje — powiedział spokojnie. — A w każdym razie, jak obfity plon wydaje raz zasiane ziarno wątpliwości.
„Zebrało mu się na filozofię" — pomyślała ironicznie. — „Pora jest akurat odpowiednia..."
Ale zaraz ugięły się pod nią kolana, gdy doskonale opanowanym, niemal konwersacyjnym tonem rzekł:
— Powiesz mi do kogo i po co wysłałaś wiadomość Patronusem?
Nie zdradziła się żadną myślą, jednak jej gwałtownie pobladła twarz i wystraszona mina musiały powiedzieć mu wszystko.
— Tylko nie próbuj mi wmawiać, że odganiałaś dementorów. Nigdy nie podchodzą tak blisko pod zamek.
— Tym razem podeszli — wydusiła z siebie, próbując jakoś ratować sytuację.
Było to bezczelne kłamstwo, ale mimo wszystko zdołała zmusić swoją spanikowaną wyobraźnię do przywołania obrazu złowrogich postaci w postrzępionych szatach, kłębiących się w pobliżu Wieży Astronomicznej, tak realistycznego, że niemalże sama w to uwierzyła. Severus musiał odczytać tę myśl i lekko zmarszczył brwi. Wciąż mieli ze sobą coś wspólnego — żadne z nich nie przepadało za dementorami.
— I tak się dowiem, prędzej czy później — powiedział, dając jej do zrozumienia, że to jeszcze nie koniec i że trzyma jakiegoś asa w rękawie. Podszedł do niej bliżej, tak blisko, że krawędź jego peleryny musnęła skraj jej sukni. Gdy ją mijał, usłyszała jeszcze przy uchu jego złowieszczy szept: — Nie myśl sobie, że cokolwiek, co dzieje się w tym zamku, może się przede mną ukryć.
Bała się nawet na niego spojrzeć, ale niknący szelest sunącego po posadzce materiału i ciche, oddalające się kroki powiedziały jej, że odchodzi. Dopiero wtedy odważyła się odwrócić, by dostrzec, jak znika w mroku spowijającym drugą część korytarza, pozostawiając ją z niepokojem w sercu i mętlikiem myśli w głowie.
Skąd on to wszystko wiedział? Wykluczone, żeby ją wtedy śledził; pomimo swoich licznych szpiegowskich umiejętności, sztuki pozostawania niewidzialnym bez peleryny-niewidki jeszcze chyba nie opanował. Poza tym, zanim wysłała Patronusa, rzuciła nawet zaklęcia ochronne i zabezpieczające. Najpewniej zgadywał, a ona, jak głupia, znów dała się podpuścić... Patronus musiał po prostu przypadkowo rozpędzić dementorów, pilnujących granic Hogwartu, i Snape jakimś sposobem się o tym dowiedział. Może udało mu się też pochwycić jej jedną, zbłąkaną myśl, która ją zdradziła? A resztę już sobie wydedukował.
Przygnębiona o wiele bardziej niż wcześniej, o ile w ogóle jeszcze było to możliwe, odwróciła się, odchodząc z ciężkim sercem i niezachwianym przekonaniem, że dzisiejszej nocy na pewno nie zaśnie.
Tylko przez krótką chwilę ten zakątek zamku wydawał się opustoszały. Ledwie kroki Aurigi umilkły w oddali, z jednego z zakamarków korytarza wyślizgnął się niewidoczny dotąd cień.
W mroku błysnęły żółte ślepia pręgowanego kota.
c.d.n.
Posłowie, a właściwie informacja o wędrujących motywach: Sposób, jaki sposób Severus wykorzystuje Zgredka do szpiegowania, może nieprzypadkowo kojarzyć się z podobnym pomysłem Mefisto, pojawiającym się w "Odrobinie asertywności" - wykorzystane za jego wiedzą i zgodą. To, że Liza wreszcie zaczyna coś robić w tym opowiadaniu, zawdzięczam Kapelli. Coś z jej wersji Vector z "Wszystko będzie dobrze" przeniknęło do tego tekstu, sądzę, że z korzyścią dla postaci. "Przyjaciel" Merryloon dostarczył zaś inspiracji ogólnej, choć to inne czasy i inne sytuacje.
