Zabijcie mnie, ale znów niebetowane. I tak, to ZNOWU moja wina. Całkowicie. Ale Himitsu obiecała, że niedługo sprawdzi.
Oczywiście z całego serca dziękuję za wszystkie komentarze - to, że sprawiają mi ogromną przyjemność już wiele razy wcześniej mówiłam, więc jestem pewna, iż jesteście tego świadomi. Naprawdę miło jest mi wiedzieć, że są osoby, które czytają moje tłumaczenia i dziękuję, że w taki sposób swoimi komentarzami motywujecie mnie, abym, choćbym miała stanąć na głowie, przetłumaczyła rozdział na czas.
slimarwen, Anuii, Eee, hulk12, Karolina94, Gościu, Evolutions, Shailila, kolosia, Ayane L - szczególnie gorące podziękowania dla was za komentarz pod ostatnim rozdziałem.
slimarwen, hmm... powiem ci, że jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, iż zjawa, którą widzi Izar może być wskazówką, że po prostu widuje on zmarłych... ale to ciekawa i rozsądna teoria. No cóż, niestety wyszło coś innego i Izar, no cóż, ma z tego powodu nieco większe kłopoty. Na temat reszty tajemnic - milczę, milczę jak głaz! O pomocy Lily nikt nie wie, więc, tak właściwie, gdyby Izar poradził sobie sam, raczej nie powinno to być uznane za oszustwo, bo nikt by o tym nie wiedział. A teorie mi się podobają, naprawdę ciekawie jest spoglądać na tekst oczami czytelnika, który go jeszcze w całości nie zna :). Eee, no cóż, masz prawo tak sądzić i, jak zawsze mówię, jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Nigdy nie będzie tak, że coś będzie podobało się wszystkim i każdemu z osobna, i trzeba to uszanować. Zmuszać do czytania, oczywiście, nie będę. Gościu, mówisz - masz :). Kolosiu, oczywiście, możesz założyć, byłoby mi łatwiej odpowiadać, aczkolwiek do niczego nie zmuszam :). Co do komentowania na ostatnią chwilę - no cóż, ja odpisuję na komentarze na ostatnią chwilę, więc właściwie wiem, co masz na myśli ;). Chociaż ostatnio ktoś wytłumaczył mi, dlaczego komentuje po jakimś czasie, a nie od razu i to tłumaczenie naprawdę było rozsądne :). I mówisz, że więcej pytań niż odpowiedzi? No cóż... :D. I nie dziwię ci się, że współczujesz Izarowi - ja też, uwierz, ja też. Na temat Klątwy dalej jeszcze milczę, więc muszę pominąć tą część twojego komentarza, bo jeszcze bym coś zdradziła i tyle by z tego było. Co do irytującego i rozczulającego Regulusa - no cóż, przynajmniej wiesz, co czuje Izar, bo powiedziałabym, że coś bardzo podobnego :). Oczywiście ogromnie się cieszę, że opowiadanie ci się podoba.
Ten rozdział to dużo przemyśleń ze strony Cygnusa.
To ostatni rozdział przed Świętami, więc, kochani, Wesołych Świąt! Pełnych rodzinnego ciepła, dobrej atmosfery, radości i pokoju.
Gdy umiera dzisiaj
Część druga
Rozdział piąty
Minister zachichotał, klepiąc się po swoim zwisającym brzuchu i przymykając oczy na stojącą przed nim wysoką, szczupłą postać. Czasami zastanawiał się, jak ktoś taki jak Riddle był w stanie zrzucić tych kilka dodatkowych kilogramów pomimo tego całego jedzenia, które leżało na jego biurku. Nie mówiąc już o politycznych spotkaniach w wykwintnych restauracjach…
Korneliusz sądził, że liczyło się to, jak się człowiek prezentuje. I chociaż nie był może tak dobrze zbudowany, co Tom, zdecydowanie śmielej podchodził do mody. Całkiem możliwe, że gdy opuści fotel Ministra, będzie mógł dać podsekretarzowi kilka rad dotyczących wprowadzenia większej ilości kolorów do jego garderoby. Para szpiczastych, purpurowych butów dobrze by mu zrobiła.
Nikt nigdy nie był na tyle stary, aby nie mógł cieszyć się tym, co w życiu najlepsze.
- Zamknięcie budynku. – Knot zachichotał ponownie, kręcąc głową i przygłaskując swoje krnąbrne kędziory. – Co ty… nie zamykaliśmy tego budynku od dziesięcioleci, Tom. – Następnie poprawił okulary na swoim nosie, zerkając z ostrożnością na znajdujące się przed nim raporty.
Był pewien, że po zejściu ze stanowiska Ministra na pewno nie będzie tęsknił za jedną rzeczą –papierkową robotą. Znów potrząsnął głową, przygładzając rolkę pergaminu. Zastanawiał się, czy użycie granatowego atramentu przy korespondencji z Francją w sprawie ulepszenia ich traktatu pokojowego było dobrym pomysłem. Podobno krążyły plotki, jakoby we Francji byli teraz Czarni Panowie. We Francji! Nie do pomyślenia.
Sięgnął po szklankę wody i przełknął zawarty w niej chłodny płyn, aby przeciągnąć udzielenie odpowiedzi. Ten tydzień chyba nigdy się nie skończy. Wielka Brytania zagłosuje w piątek na swojego Ministra, a gdy tylko w poniedziałek ogłoszone zostaną wyniki, spakuje swoje rzeczy.
Niestety nie tylko tym musiał się martwić. Miał jeszcze wiele balów, na które musiał się przygotować i czekały na niego te wszystkie przemówienia, z którymi będzie musiał się męczyć, aby przedstawić społeczności nowego Ministra.
- Bądź rozsądny, Tom. – Knot oblizał wargi. – Do czego ten świat zmierza? Czarnych Panów? Za moich czasów, gdy pojawiały się zamieszki z politycznymi separatystami, nazywaliśmy ich „terrorystami". Terrorystami – zagrzmiał. – Czarni Panowie… Biali Panowie… nie ma czegoś takiego. To tylko banda chuliganów, chcących, by ich usłyszano. To Ministerstwo rządzi i jednoczy ze sobą ludzi. Nie jakiś… kult, który wywołuje przerażenie. Ministerstwo musi jedynie rozporządzić kilka bardziej surowych przepisów, a te grupy terrorystyczne same znikną. Francja musi tylko pójść naszym przykładem. Odkąd Rufus Scrimgeour wyraził swoją chęć zostania kolejnym Ministrem Magii, nie było u nas żadnych nowych ataków. Kiedy obejmie urząd…
Dłoń uderzyła gwałtownie w jego suszący się pergamin, zaskakując go i rozmazując cały tusz. Korneliusz zamrugał i zmarszczył brwi na długie palce, po czym uniósł wzrok na swojego podsekretarza.
- Chociaż twoja rozwlekła opinia na temat sytuacji w Wielkiej Brytanii szczerze mnie intryguje, Ministrze, mówiliśmy o zamknięciu budynku. Jestem pewien, że wciśnięcie jednego guziku pozwoli ci oszczędzić energię, jakiej potrzebowałbyś do dokończenia mowy, jaką dla mnie przygotowałeś. – Tom spojrzał na niego spokojnie, po czym jego usta rozciągnęły się w uśmiechu, jakby przypomniał sobie, że ten powinien się na nich znajdować.
Korneliusz zamrugał pod wpływem ukazanych mu mocnych, białych zębów, po czym parsknął.
- Zamknięcie budynku! – Pokręcił z zapałem głową. – Nie zamykaliśmy budynku od…
- Dziesięcioleci – przerwał mu Tom suchym i niskim głosem. Nagle spojrzał gdzieś w przestrzeń. – Tak, już o tym wspomniałeś, Ministrze.
Korneliusz patrzył z przerażeniem, jak Tom odsuwa swoją dłoń z listu do Francuskiego Ministerstwa. Niemal zakończył już jego pisanie, a teraz jego schludnie wykaligrafowane litery były rozmazane… i nie było już dla nich ratunku. Uniósł wzrok, obserwując, jak Tom wyciera swoją rękę o tapicerkę fotela biurowego.
- Po prostu nie widzę sensu w zamknięciu budynku, Tom. Nie ma potrzeby, aby zablokować Ministerstwo. Masz pojęcie, jak wiele spotkań zostałoby wstrzymanych… - urwał, gdy zauważył zmianę atmosfery.
Jego blade oczy przesunęły się szybko na szklankę z wodą, przyglądając się niewielkim falom, jakie pojawiły się na jej powierzchni. Zmarszczył brwi, czując się nieswojo i będąc nieco oszołomionym.
- T-trochę tu duszno, nie sądzisz, Tom?
- Być może – wycedził głos. – Po prostu marnujesz tlen swoją niepohamowaną paplaniną.
Korneliusz spojrzał nagle w górę. Strużka potu spłynęła mu po czole.
- Słucham? – Skierował wzrok na swojego podsekretarza, zastanawiając się, kiedy stał się on taki wysoki. Cienie wydawały się otulać płaszcz i twarz Toma, zwracając uwagę na jego przenikliwe oczy.
Knot przełknął z trudem ślinę, zdając sobie sprawę, że powietrze zarówno oziębiło się, jak i stało cieplejsze. Były to dwa zupełnie sprzeczne uczucia, tym bardziej, gdy nacierały na siebie w powietrzu. To było zupełnie… zupełnie jak magia. Ale to był niemożliwe. Tom Riddle nie posiadał tak imponującej mocy, prawda?
Podsekretarz ponownie położył swoje dłonie na biurku i pochylił się do przodu. Uśmieszek, który Korneliusz nazwałoby złowrogim, pojawił się na twarzy Riddle'a.
- Myślę, że może lepiej będzie, jak porozmawiamy o zamknięciu budynku, nie sądzisz?
Korneliusz otworzył usta, aby przypomnieć Tomowi, że to nie było możliwe, ale ostry ból eksplodował w głowie za jego oczami i przerwał jego myśli.
Przez chwilę siedział w milczeniu, całkowicie zszokowany. Jego głowa odchyliła się do tyłu, gdy intruz przedzierał się przez jego umysł. Jego szczęka zadrżała i Korneliusz wydał z siebie piskliwy krzyk, aby wyrazić niemożliwy do opisania ból, który ogarnął całą jego czaszkę.
- Nikt nie usłyszy twoich krzyków, Korneliuszu – wyszeptał niemal czule głos w jego umyśle. – To nie zajmie długo. Śmiem twierdzić, że migiem wrócisz do domu, do swojej pani Knot. Jestem pewien, że z pomocą swoich duńskich wypieków bez problemu wyleczy twoją migrenę.
Osunął się na biurko, ból był zbyt wielki. Szybko zamilkł. Czuł się, jakby wszystko było… przesuwane i przestawiane wewnątrz jego umysłu. Charknął, opryskując maliny swoją śliną. Ściekła po jego ustach na brodę. Uśmiechnął się, gdy stojący nad nim mężczyzna zachichotał i poklepał go po policzku. Skoro to było zabawne, dlaczego nie zrobić tego ponownie?
Tym razem splunięcie sięgnęło dalej. Strużka śliny pociekła po jego ustach i spłynęła na szaty. Korneliusz zachichotał, gdy kilka kropel upadło na list spoczywający na biurku. Miał ochotę spuścić go w toalecie.
- No, no, no, nie chciałbyś pobrudzić swoich prążkowanych szat, prawda, Ministrze? – Korneliusz pokręcił głową, jęcząc.– Musimy zamknąć budynek. Ministerstwo i pracownicy bardzo na tym skorzystają. Nie tylko ustalimy dzięki temu kierunek ewakuacji na wypadek prawdziwego zamknięcia budynku, ale również przypomni to naszym pracownikom, że Ministerstwo ma moc pozwalającą na kontrolowanie ich działalności. Nie chcesz sprawiać wrażenia słabego, prawda? Ministerstwo jak najbardziej ma prawo do nakazania zamknięcia budynku. Nadszedł czas, abyśmy to poćwiczyli.
Zamrugał. Zaczynał rozumieć, do czego zmierzał podsekretarz Riddle. Dobrze będzie poćwiczyć taką okoliczność. Na wypadek, gdyby zaszła kiedyś taka potrzeba w prawdziwej sytuacji.
- Taak – wymamrotał Korneliusz. – Tak, panie Riddle, masz… to jak najbardziej prawda…
- Nie będziesz pamiętał o tym, że zaatakowano twój umysł, prawda? Prowadziłeś ze mną dyplomatyczną dyskusję. Z powodu stresu związanego z ustąpieniem ze stanowiska Ministra miewasz powracające migreny. To zrozumiałe.
Zwilżając usta, Knot kiwnął głową.
- Zrozumiałe…
Nagle nacisk na jego głowę zmniejszył się i Korneliusz zamrugał, marszcząc brwi. Uniósł wzrok, zatrzymując go na siedzącym przed nim z założonymi nogami Tomie. Jego podsekretarz skierował na niego pełne niepokoju spojrzenie.
- Wszystko w porządku, Ministrze? – Tom pochylił się do przodu, szybko przeszukując wewnętrzną kieszeń. – Twój nos! Krwawisz!
Korneliusz zaczerwienił się mocno, gdy krew skapnęła mu z nosa na szaty.
- Och, dobry Boże – zachichotał, speszony. – Obawiam się, że źle się czuję, Tom. Rozumiesz, cały ten stres… prawda? – Chwycił wyciągniętą w jego stronę przez Toma chusteczkę i wytarł nos. –Miewam okropne migreny. Spowodowane stresem, pamiętaj. Ja…
- Ministrze? – przerwał mu gładko Tom. – Zamknięcie budynku?
Korneliusz zamrugał. Tom również wyglądał na nieco chorego, sądząc po jego napiętym uśmiechu.
- Oczywiście, oczywiście. – Podniósł z biurka różdżkę i machnął nią w stronę portretu swojego domku nad jeziorem.
Pozłacana rama odtworzyła się, ujawniając przycisk alarmowy i głośnik. Posłał Tomowi uśmiech, po czy przycisnął blokadę.
Co dziwne, podsekretarz znalazł się za drzwiami, gdy tylko rozbrzmiały alarmy. Korneliusz pragnął przedyskutować z nim traktat pokojowy z Francją, zanim wróci do domu do pani Knot. Być może zrobi ona trochę swoich duńskich wypieków. Na pewno jej pyszne ciastka i szklaneczka Ognistej Whisky zadziałają dobrze na jego migrenę.
Była po prostu niemożliwa do opisania.
Gdzieś indziej w Ministerstwie zamaskowana postać zatrzymała się w połowie drogi, zwracając uwagę na wzniesiony alarm i ciemniejącą atmosferę. Chytry uśmieszek pojawił się na jego bladej twarzy, gdy po chwili znów ruszył na przód.
- Mówi wasz Minister Magii – zagrzmiał głos równie donośny, co alarmy. – W trybie natychmiastowym nastąpi zaplanowane zamknięcie wszystkich departamentów w Ministerstwie. Sale i korytarze mają zostać puste, a pracownicy proszeni są o pozostanie w swoich gabinetach, dopóki alarm nie zostanie cofnięty. Windy prowadzące do i wyprowadzające z Ministerstwa zostaną wyłączone, tak samo jak wszystkie sieci Fiuu. Przeszkoleni aurorzy będą patrolować korytarze, eskortując wszystkich gości w kierunku wyznaczonych stref bezpieczeństwa. Na każdego, kto nie dostosuje się do zamknięcia budynku zostanie nałożona kara zawieszenia. Dziękujemy za współpracę, która pozwoli naszemu Ministerstwu być silniejszym i bardziej bezpiecznym.
Cygnus zachichotał, a jego oczy rozbłysły. Zamykali dla niego Ministerstwo. Dla niego.
Dla jednego chłopca. Jednego, nędznego chłopca.
Byli głupcami.
Musisz być naprawdę wysoko ceniony, mój wnuku – mruknął w swoim umyśle Cygnus.
Poszukał go psychicznie, bez problemu odnajdując swojego krewniaka w dalekich zakamarkach ich umysłu. Cygnus unosił się przez chwilę w pobliżu Izara, mając ogromną chęć potorturowania go i pochłonięcia energii, jaką zebrał w sobie od ich ostatniej konfrontacji. Zauważył również, że wokół chłopca zbierało się więcej energii, znacznie jaśniejszej niż wcześniej. Gdy ostatnim razem miał styczność z magią swojego potomka, była równie niezdrowa i uwodzicielsko ciemna, co jego własna.
Może chłopiec próbował zwalczać ciemność jasnością? To był głupi pomysł i Cygnus uznał go za zabawny. A niech chłopiec sobie popróbuje. Cygnus mu nawet na to pozwoli. Właściwie polubił tego dzieciaka i miał zamiar przedłużać ich interakcję tak długo, jak tylko będzie to możliwe.
Gdyby nie wiedział, że to nie jest prawda, powiedziałby, że Izar Black jest jego reinkarnacją. Byli niezwykle podobni – obaj byli geniuszami, ciemni i potężni, a także równie zdeterminowani. Niemniej jednak, była między nimi jedna zasadnicza różnica.
Izar był słaby i niemal żałosny w swoim sentymentalizmie. Cygnus wiedział, że chłopiec uważa się za wyrafinowanego i obojętnego wobec innych ludzi, ale wcale tak nie było. Jego potomek bardzo szanował swojego ojca, a nawet będącego zdrajcą krwi wuja. Obaj starsi Blackowie byli słabsi niż dzieciak – a jednak Izar nieustannie się nimi otaczał.
Byli też inni, których chłopiec traktował całkiem dobrze, chociaż powinien zająć należne mu wysokie miejsce w hierarchii.
Izar był potężny, a jednak nie osiągnął jeszcze całego swojego potencjału.
Pokażę ci prawdziwą władzę, zanim przestaniesz istnieć, chłopcze. Pokażę ci władzę, której nie udało ci się dostrzec, gdy była na wyciągnięcie ręki – oznajmił psychicznie Izarowi, prześlizgując się przez korytarze Departamentu Tajemnic.
Poczuł, jak jego słowa rozpalają w jego wnuku iskierkę ciekawości. Chłopiec jednak nie odezwał się ani nie poruszył. Cygnus warknął na niego, zanim opuścił głębokie zakamarki ich umysłu.
Izar zaszedłby daleko, ale jego sentymentalizm przejął nad nim kontrolę i pochłonął go tak bardzo, że wycofał się do cieni. Gdy Cygnus ustabilizował się w swoim życiu, żona i dzieci służyły mu tylko do przeciągnięcia linii rodu Blacków. A już zwłaszcza jego dzieci były jedynie bękarczymi szczurami, poczętymi tylko w celach doświadczalnych. Potrzebował ich, aby zapewnić sobie nieśmiertelność i gdy żaden z nich nie okazywał cech posiadania jego sztucznego genu i DNA, zamknął się w odosobnieniu na resztę życia. Ledwie go pamiętali i ich istnienie miało na celu wyłącznie zapewnienie przetrwania rodu.
Nic dla niego nie znaczyli. I brak takiego sentymentalizmu sprawił, że skupił się na swoich wynalazkach i eksperymentach. To dzięki temu był dziś tam, gdzie był.
Nieśmiertelny.
Osiągnął nieśmiertelność, choć nikomu innemu się to nie udało. I tym razem planował zrobić znacznie więcej, nie być tylko prostym wynalazcą.
Trzeba przyznać, że jedna rzecz będzie stała mu na drodze, gdy sprowadzi z Zasłony resztę swojej duszy. To był ten… półkrwi. Ten plugawy czarodziej, który nazywał siebie Czarnym Panem. Ten, który uważał szesnastoletniego chłopca za godnego kochanka.
Poradzenie sobie z Czarnym Panem będzie trudne, tyle wiedział. Jednak nie miał wątpliwości, że mógłby bez problemu pokonać tego mężczyznę. Magia Izara była potężna, a jego niepohamowany dar czymś, co spowoduje upadek Czarnego Pana. To było proste. A nawet śmieszne.
Przydałoby się jednak trochę więcej czasu. Nie przywykł do zmieniania swojej osobowości w taki sposób, by przypominała wpatrzonego w swojego ojca nastoletniego chłopca. Regulus miał wobec niego podejrzenia i, jakimś cudem, wiedział. Czyżby jego portret w Grimmauld Place się wygadał?
Sądząc po zamknięciu Ministerstwa, Cygnus wierzył, że Czarny Pan miał coś wspólnego z uciekającym mu teraz czasem.
Ale to nieważne. Sięgnie Zasłony i znów będzie w jednym kawałku. To będzie proste, równie proste, co opętanie tego chłopca i przejęcie nad nim kontroli. Bez najmniejszych problemów wślizgnął się do ciała swojego potomka. Izar trochę z nim walczył, ale Cygnus, oczywiście, go pokonał. Jedyne, czego nie planował, to że dzieciak przeżyje. Myślał, że nawet jeśli nie będzie jeszcze w całości, to połączenie z chłopcem spowoduje jego śmierć.
Czyżby to ta ogromna determinacji dała mu jeszcze kilka dodatkowych godzin walki? A może coś innego?
Zamarł, po czym porzucił swoje podejrzenia. To nie miało znaczenia. Gdy złączy się z resztą swojej duszy, opuści Wielką Brytanię i rozpocznie nową drogę. Jego pierwszym celem było odebranie posiadłości Blacków niezasługującym na nie potomkom. Drugim – znalezienie suki, która kontynuuje linię rodu. Kiedy ciało Izara się zestarzeje, będzie potrzebował nowego potomka, który miałby w sobie jego sztuczny gen. Miał nadzieję, że tym razem jego naczynie urodzi się w przeciągu jednego lub dwóch pokoleń.
Nie było go zbyt wiele czasu. I nie przejmował się zmianami w czarodziejskim świecie. To nie miało znaczenia, będzie się tym martwił później.
Cygnus mknął cicho po zacienionych fragmentach korytarzy. To było proste. Z powodu zamknięcia budynku światła w Ministerstwie zostały maksymalnie przygaszone.
Nie musiał przeszukiwać wspomnień Izara, aby wiedzieć, gdzie jest Zasłona. Kiedy był młody, całymi dniami siedział przed tym kamiennym łukiem. Lata zajęło mu zrozumienie, że nie może wszczepić nieśmiertelności do swojego starzejącego się już ciała, ale możliwe byłoby osadzenie jej w DNA – w jego spermie – i przekazanie potomkom.
Nieśmiertelność musiała rozpocząć się od płodu. Jego celem było utrzymanie się w pobliżu ziemi po tym, jak umrze i umożliwienie łatwego opętania, gdy wejdzie w kontakt ze swoim naczyniem. Nie szukał sposobu na sprawienie, by jego potomek był nieśmiertelny. Izar nie był nieśmiertelny, chociaż miał w sobie gen, który pozwalał Cygnusowi na bezproblemowe opętanie go i ciemną oraz na tyle ekskluzywną magię, by mógł przed śmiercią wejść w kontakt z Zasłoną.
Gdy Cygnus był na łożu śmierci, był zdruzgotany, że żadne z jego dzieci lub wnuków nie posiada „Klątwy". Był przerażony śmiercią, byciem na wieczność powiązanym z Zasłoną. Jego wysiłki jednak w końcu się opłaciły.
Wielka szkoda, że jego naczynie mogłoby być jedynym godnym uwagi sojusznikiem. Mógłby wykorzystać genialny umysł Izara i jego pokręcone wynalazki.
Gdy Cygnus wszedł do Sali Śmierci, natychmiast poczuł Zasłonę, zanim ją jeszcze zobaczył. Wyczuwał, że reszta jego duszy ukrywa się za tą podartą kurtyną i wewnątrz kamiennego łuku.
Nadchodzę…
Jego radość sprawiła, że stał się ślepy na otoczenie. Gdyby zwracał na nie uwagę, dostrzegłby stojącego w cieniach Czarnego Pana, którego oczy skoncentrowane były ostro bezpośrednio na nim.
Cygnus skupiał się jednak teraz tylko i wyłącznie na jednej rzeczy.
Przyjemnie obniżona temperatura była mu znana i wywołała na jego ramionach oraz szyi gęsią skórkę. Oszałamiająca atmosfera Sali Śmierci była jeszcze bardziej zdumiewająca, gdy patrzyło się na nią oczami kogoś tak młodego i zdrowego. Cygnus powoli zbliżył się do krawędzi jamy, spoglądając w dół poprzez różne poziomy ławek na stojący pośrodku dumnie kamienny łuk. Jego poszarpana Zasłona marszczyła się przepięknie, rywalizując wyglądem z najlepiej uprzędzonym jedwabiem.
Jedynym, co odwracało jego uwagę od jej piękna to trzy stojące na jej straży postaci, kłócące się dość głośno.
Cygnus mruknął z niesmakiem, gdy rozpoznał, kim one są. Dwoje idiotycznych Blacków i szlama. Chociaż, trzeba przyznać, głupotą z jego strony było takie zwlekanie z udaniem się do Ministerstwa. Był po prostu tak przytłoczony tym, że ponownie żyje, iż nawet nie myślał o tym, że coś może stanąć mu na drodze.
I chociaż blokowali mu przejście, przyjemność ścisnęła mocno jego brzuch.
To będzie… zabawne.
Izar przeskoczył przez żabę i szybko zamknął za sobą drzwi prowadzące na łąkę. Rozejrzał się po przypominającym Departament Tajemnic pomieszczeniu, doskonale wiedząc, że Cygnus znajduje się obecnie w jego pierwowzorze.
Skrzywił się, czując, że kończy się im czas, ale zarazem wiedząc, że nie mogą niczego przyśpieszyć.
- Co się stanie, jeśli w pełni połączy ze sobą resztę swojej duszy? Twierdzisz, że na pewno nie…
- Na pewno nie umrzesz – powiedziała stanowczo i żarliwie. – Badałam to wszystko przez lata, Izarze. – Zwróciła na niego swoje zmęczone, zielone oczy. – Gdybym nie wierzyła, że horkruks zadziała, nigdy bym go nie stworzyła. Horkruks posiada swoją własną magię, chociaż może być ona naprawdę niewielka. Mam moc pozwalającą mi na chronienie cię i utrzymanie w twoim umyśle.
Izar odwrócił się od jej błagalnego wyrazu twarzy i zaczął badać przednią część swojego umysłu. Cygnus nie wydawał się tym przejmować, jako że nie zrobił nic, aby znów strącić go do dalszych zakamarków. Przez długi moment Izar przyglądał się błyszczącym, czarnym ścianom i podłodze.
- Jestem pewien, że legilimencja pomogłaby wyrzucić Cygnusa z mojego umysłu – mruknął, odwracając się z powrotem do Lily. Kolor jej sukienki zamienił się w bezdenny rubin, komponując się z jej włosami. – Stworzenie przez ciebie horkruksa może okazać się daremne. I niepotrzebnym poświęceniem z twojej strony.
Pokręciła głową, a włosy opadły jej na ramiona i plecy.
- Legilimencja w niczym by nie pomogła, synu. Cygnus stworzył tę Klątwę, aby twoje ciało było narażone na jego atak. Twoje geny zostały zmienione przez niego w taki sposób, by połączyć się z jego duchem. Magia umysłu w żaden sposób nie odparłaby tego ataku.
Zmarszczył brwi, przypominając sobie rozmowę, jaką odbył z Cygnusem, zanim ten go opętał.
- Ale on twierdził, że jeśli nauczyłbym się oklumencji, połączenie ze mną mogłoby być dla niego niemożliwe – zauważył Izar.
- To prawda. Jednak to połączenie. Opętanie. Teraz, kiedy zakorzenił się już wewnątrz twojego ciała, wewnątrz twojego umysłu, coś tak prostego jak legilimencja nie będzie w stanie ci pomóc. Gdybyś nauczył się oklumencji wcześniej, gdybyś był w niej Mistrzem, być może byłbyś w stanie tego uniknąć. – Posłała mu napięty uśmiech. – Jestem pewna, że zauważyłeś swój brak zdolności do nauczenia się tej sztuki. Jest to spowodowane tym, iż Cygnus chciał, aby tak właśnie było, gdy rozpoczynał konstruowanie tej Klątwy. Chciał, abyś był wobec niego bezbronny. Uczący cię oklumencji Czarny Pan stał się dla niego zagrożeniem. Musiał opętać cię wcześniej, niż zamierzał, aby uniknąć możliwości, iż opanujesz tę sztukę.
Izar nie wiedział, czy powinien podziwiać twórczość swojego przodka, czy może cieszyć się, że to nie jego winą było, iż był tak okropny w oklumencji.
To wszystko nabrało nagle sensu. Nie rozumiał tylko, dlaczego Lily Potter zachęcała go do dostania się do Zasłony. Gdyby jej nie dotknął, ten problem być może nigdy by się nie pojawił.
Spojrzał na nią poprzez na wpół przymknięte powieki. Właśnie skończyli sprzątać skażoną zasięgiem Cygnusa łąkę. Lily wierzyła, że mogą coś zdziałać od środka. Pamiętał, jak spoglądał na nią pustym wzrokiem, kiedy wyraziła na głos pomysł zniszczenia śladów, jakie Cygnus pozostawił w każdym pokoju jego umysłu.
- I jak chcesz to zrobić? – zapytał złośliwie Izar. – Sądzisz, że możemy po prostu posprzątać pomieszczenia w moim umyśle i najzwyczajniej w świecie zamknąć za sobą drzwi?
Uśmiechnęła się.
- Możesz zrobić wszystko. To w końcu twój umysł, Izarze.
Prychnął. Ukrywała coś przed nim. To nie będzie takie proste. Nie mogą tak po prostu zrobić tego, co chciała. Bo co powstrzymywało Cygnusa przed spostrzeżeniem, że drzwi w przedniej części jego umysłu się zamykają? Co powstrzymywało go przed ponownym otworzeniem ich? Izar sądził, że to oczyszczanie umysłu przypominało bardzo oklumencję. A Lily dopiero co powiedziała, że oklumencja i legilimencja nie mogą pomóc mu pozbyć się Cygnusa.
- To strata czasu – oznajmił okrutnie Izar. Odwrócił się do niej, mając nadzieję zobaczyć w tych szmaragdowych oczach jakiś złowrogi plan. Niczego takiego nie ujrzał. Wskazał na nią palcem, czując, że złość rozpala jego klatkę piersiową i brzuch. – Jak ma ochronić nas to przed Cygnusem? Przecież on zwyczajnie otworzy z powrotem te drzwi i zagnieździ się mocniej w moim umyśle.
Żaba, na której jechał, pod wpływem oburzenia w jego głosie wydała z siebie suchy rechot i przeskoczyła przez jedne z otwartych drzwi. Izar nie zwrócił na to uwagi, skupiając się na Lily. Bawiła się swoim włosami, rzucając spojrzenie na długi korytarz Departamentu Tajemnic.
- Nie jestem do końca pewna, czy to zadziała – przyznała po chwili ciszy. Zanim mógłby wejść jej w słowo, kontynuowała: - Ale nie mam wątpliwości, że to przeżyjesz. Wiem, że w którymś momencie będziesz w końcu w stanie walczyć z nim z większą siłą. Zamknięty umysł i drzwi pomogą nam to osiągnąć.
Izar położył ręce na kolanach, próbując kontrolować targający nim gniew. Wziął głęboki oddech.
- Jak możesz być taka pewna, że to przeżyję? Nie jesteś wiarygodna, do diabła, nie masz pojęcia, co robisz.
Odwróciła się do niego plecami i przycisnęła dłoń do lustrzanych drzwi, przez które właśnie przeszli.
- Mam moc, aby cię chronić…
Wstał gwałtownie, robiąc duży krok w jej stronę.
- Już to powiedziałaś. Co to za moc, którą jesteś w stanie dzierżyć w mojej głowie?
Lily była niską czarownicą, ale sprawiała wrażenie jeszcze niższej, gdy pochyliła głowę i zgarbiła ramiona.
- Mam moc… posiadam matczyną miłość, matczyne poświęcenie.
Izar poczuł, że coś zaciska mu się w gardle i z trudem próbował uspokoić swój oddech, gdy na nią spojrzał.
- Matczyną miłość? – wyszeptał z niedowierzaniem, po czym jego głos znacznie się podniósł. – Jak to w ogóle możliwe, skoro nie jesteś nawet matką? – Otworzył szeroko ramiona, zgrzytając zębami, gdy buzujące w nim emocje stały się tak silne, że nie był w stanie przejść obok nich obojętnie.
Obróciła się gwałtownie, machając przy tym włosami wokół karku, przez co przypominały szkarłatną kobrę.
- Wiem, że to, co zrobiłam było błędem, Izarze – szepnęła namiętnie. – Przez dwa dni tuliłam cię do swojej piersi po tym, jak cię urodziłam, zastanawiając się, co powinnam zrobić. Te dwa dni były najszczęśliwszymi w moim życiu. Nigdy nie czułam tak czystej i niewinnej miłości, ale zarazem ogarniał mnie przytłaczający smutek, iż poczęłam cię, aby to przeciwko komuś wykorzystać. Po tym, jak porzuciłam cię w sierocińcu wiedziałam, że popełniłam błąd. Wiem o tym! Wiem.
Nie chciał widzieć łez w jej oczach. Odwrócił się od niej uparcie, ani trochę nimi nieprzejęty. Nie miały dla niego żadnego znaczenia. Jej słowa jednak wciąż dzwoniły mu w uszach.
- Byłam młoda i zagubiona – kontynuowała rozpaczliwie. – A gdy cię porzuciłam, zaczęło zżerać mnie jeszcze większe poczucie winy. Po tym, jak stworzyłam horkruksa wiedziałam, że nigdy nie będę mogła po ciebie wrócić i cię wychować. Nie z jedynie cząstką duszy, z niewielką resztką człowieczeństwa. To moja ostatnia szansa na odkupienie, pozwól mi się poświęcić. Nie lekceważ mojej miłości do mojego dziecka. Może cię nie wychowałam, ale to nie umniejsza mojego nieopisanego podziwu wobec ciebie, tych dwóch dni, gdy trzymałam cię w moich ramionach. Matczyna miłość jest paliwem, które pozwala normalnemu człowiekowi dokonać czegoś niemożliwego.
Była pokręconą i złamaną kobietą, uhartowaną i złożoną z powrotem w jedną całość po tym, jak straciła swoją łaskę. Była kiedyś młodą i błyskotliwą czarownicą, ale pozwoliła Dumbledore'owi manipulować swoim umysłem. Sprawił, że zaczęła postrzegać Ciemną Stronę jako największego wroga i że uwierzyła, iż musi poświęcić wszystko, aby ją powstrzymać.
Po jego narodzinach wymknęła się spod kontroli dyrektora. Gdy znów zaczęła myśleć za siebie, najprawdopodobniej pochłonął ją żal i udręka z powodu tego, co zrobiła. Była zagubiona i złamana, dopóki nie postawiła sobie nowego celu.
Chronienia go.
Możliwe, że stworzyła horkruksa w wyrazie czystej desperacji, aby odkupić swoje winy i ochronić dziecko, którego nigdy nie mogła mieć, ale to nie zmieniało faktu, iż to zrobiła. I po tym, jak podzieliła swoją duszę, po raz kolejny zahartowała się i stała niewrażliwa na własne uczucia oraz emocje. Możliwe nawet, że tak bardzo wstydziła się, że zrobiła coś tak mrocznego, iż znów zwróciła się do Dumbledore'a i dała mu nad sobą zapanować.
Łagodnie potrząsnął głową, gdy jego gniew zamienił się we współczucie wobec kobiety, która go urodziła.
- Dlaczego w takim razie postawiłaś mnie przed Zasłoną? W tamtym roku pozwoliłaś mi się do niej zbliżyć.
Uniosła dłoń do szklanych drzwi, spoglądając na swoje odbicie z pasją w oczach.
- To nie ja postawiłam cię przed tą Zasłoną. To ona. Nie jesteśmy już tą samą osobą, Izarze, chociaż naprawdę bardzo chciałabym, aby tak było. Nigdy nie połączymy się znów w całość. To ją będziesz musiał zapytać o to, co nią kierowało.
Zanim mogłaby powiedzieć coś więcej, poczuł, że Cygnusa ogarnia przytłaczające uczucie zadowolenia. Marszcząc brwi, skupił się i spojrzał na to, co działo się w realnym świecie. Jego żołądek zacisnął się gwałtownie, gdy zdał sobie sprawę, że Cygnus przypatruje się Regulusowi oraz Syriuszowi. Sądząc po okrutnym rozbawieniu jego przodka, Izar zakładał, że to spotkanie nie przyniesie niczego dobrego jego ojcu oraz wujowi.
Odwrócił się do Lily, mając na twarzy zimny i beznamiętny wyraz.
- Muszę tu zostać.
Cofnęła się głębiej w Departament Tajemnic. Jej suknia zmieniła kolor na onyksową czerń, gdy przyjrzała się Izarowi.
- Ale drzwi… Musimy je zamknąć, aby…
Zimne, grafitowo-zielone oczy błysnęły.
- Muszę spróbować przejąć kontrolę nad moim ciałem, jeśli postanowi ich skrzywdzić… - urwał, przypominając sobie jej pełne rozpaczy słowa. – Rozumiesz, dlaczego muszę ich chronić, Lily. Prawda?
Otworzyła usta, gotowa do tego, by mu to wyperswadować, ale szybko się rozmyśliła.
- Tak, Izarze, rozumiem. – Posłała mu jeden ze swoich nieczęstych uśmiechów, ale, tak jak każdy poprzedni, zabarwiony był on nutką goryczy. – Cieszę się, że się odnaleźliście. Obaj zasługujecie na odrobinę szczęścia, pomimo swojej mrocznej przeszłości.
To było zupełnie różne od tego, co powiedziała mu kiedyś prawdziwa Lily Potter. Chciała oderwać go od Regulusa, twierdząc, że nie był wystarczająco stabilny, aby być jego opiekunem.
Wyciągnął rękę w stronę Lily, chwytając jej bladą dłoń. Jakaś część niego czuła żal, że nigdy nie pozna swojej matki, całej swojej matki. Przez krótką chwilę zastanawiał się, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby go przy sobie zatrzymała i go wychowała.
Odrzucił od siebie te myśli. Za bardzo podobało mu się życie, jakie wiódł, aby chciał w nim cokolwiek zmieniać.
Kiwnęła do niego głową, zaciskając swoją dłoń wokół jego.
- Spróbuję dalej pozamykać pokoje, Izarze. Bądź ostrożny.
Odwróciła się i odeszła, zostawiając go samego w fałszywym Departamencie Tajemnic. Przejmując kontrolę nad swoimi emocjami, Izar pozwolił sobie utonąć w zimnym uścisku Ciemności. Będzie obserwował i czekał na okazję do ataku.
- To nie o to pytam – syknął Regulus. – Chcę wiedzieć, czy Izar już tu był.
Stojąca naprzeciwko niego oraz ubrana w ciężkie szaty Niewymownych Lily złożyła ręce na klatce piersiowej i spojrzała na niego spokojnie. Wyglądała w nich jak zmokła kura, a jej drobne ciało sprawiało, że przypominała oddychającego trupa.
- A ja powiedziałam ci już, że go tu nie było, Regulusie. Gdybyś mnie słuchał, może byś to usłyszał.
Jej ciemnoszmaragdowe oczy przesunęły się na stojącego z boku i pogrążonego w myślach Syriusza. Regulus zesztywniał pod wpływem jej nagłego zainteresowania jego bratem.
- James chciałby cię znowu zobaczyć, Syriuszu – oświadczyła miękko. – Potrzebuje cię.
Regulus zasłonił sobą swojego brata, aby ponownie skupić na sobie jej uwagę.
- Nie wydajesz się zbyt zaniepokojona lub przejęta moim zainteresowaniem o miejsce pobytu Izara. A pomyślałby kto, że matka, bez względu na to jak oziębła, będzie się troszczyć o dobro swojego syna. – Był to pierwszy raz, gdy użył tej karty przeciwko niej. Chociaż szczerze wątpił, aby w ciele Lily pozostało wiele miłości wobec Izara.
Ciemnoszkarłatny warkocz opadł jej z ramienia, kiedy się wyprostowała. Oczy miała skupione, a usta zaciśnięte, gdy mu się przyjrzała.
- To dlatego, że już wiem, przez co przechodzi.
Regulus zmrużył oczy i przybliżył się do niej o krok. Górował nad nią znacznie, ale nie wydawała się zwracać na to uwagi.
- Co masz na myśli mówiąc, że wiesz, przez co przechodzi?
Wykrzywiła twarz w drwiącym uśmiechu, kręcąc głową.
- Gdybyś nie był tak ślepy i żądny władzy, być może zauważyłbyś, że Klątwa Cygnusa nie polegała na tym, o czym mówiły plotki. Nekromancja nie była częścią planu Cygnusa, gdy ją tworzył. Wiem, że musiało być to dla ciebie rozczarowujące, gdy okazało się, że chodzi o zwyczajne opętanie – rzuciła wyzywająco.
Regulus cofnął się, czując, że wściekłość ściska jego klatkę piersiową.
- Jak możesz podchodzić do tego tak… obojętnie? Nie rozumiesz, że Cygnus może całkowicie przejąć kontrolę nad Izarem? Mój syn może nigdy nie wyjść z tego cało.
Lily machnęła rękami, a w jej oczach zalśniła wściekłość.
- I, w przeciwieństwie do ciebie, ja coś z tym zrobiłam!
Odtrącając kosmyk ciemnych włosów, Regulus zachichotał złowieszczo.
- Och, moja droga, nie masz pojęcia, co to znaczy kogoś chronić. Co takiego zrobiłaś? Hmm? Poprosiłaś Dumbledore'a o pomoc? Wytłumaczyłaś mu, że Blackowie są równie…
Przerwał mu błysk światła. Zobaczył jedynie twarz Izara, a potem poleciał do tyłu. Próbował jakoś kontrolować swoje ciało, ale wiedział, że było to daremne. Po przerażonym wyrazie na twarzy Syriusza i spadku temperatury domyślił się, że zmierza w stronę Zasłony.
Nie mógł umrzeć. Nie w taki sposób.
To było jednak dość ironiczne.
- Regulusie!
