37.
Po prostu nie wierzył własnym uszom. Było już tak dobrze, wydawało mu się, że Rose w końcu należy do niego. A teraz nagle okazało się, że pewnie nigdy nie przestanie obwiniać go o to, co robił Tamten.
Nie mogła wyrażać się jaśniej. Wciąż i wciąż powtarzała: zrobiłeś, zabrałeś, jak mogłeś…
Momentami wydawało mu się, że nie zniesie tego ani chwili dłużej. Ten jej upór całkowicie go obezwładniał. Tak samo jak fakt, że wszystko się w tak popisowy sposób wydało. Mimo całego swego geniuszu w ułamku sekundy miał w głowie totalną pustkę - i zero argumentów, by choćby spróbować na nowo ją do siebie przekonać.
Owszem, zrobiłby to samo co Doktor, wiedział o tym od początku. Ale jednocześnie nie wierzył, by ona potrafiła bezczynnie patrzeć jak Donna płonie.
Dlaczego nagle przestało do niej docierać, że ratowanie życia jest najważniejsze? Dlaczego była tak totalnie zaślepiona?
Kiedy zadzwonił jej telefon, nawet się ucieszył – miał nadzieję, że to da im czas, by oboje trochę ochłonęli. Przecież zawsze…
Po prostu nie było rzeczy, której nie potrafiliby przetrwać dopóki byli razem. Odkąd pamiętał…
No właśnie – nagle uświadomił sobie, że odkąd pamiętał, nie rozmawiali w taki sposób. Jemu wygodniej było natychmiast się wycofać, a jej chyba wystarczały te chwile milczenia w TARDIS i to, że śmiali się w tych samych momentach i z tych samych rzeczy.
Więc dlaczego teraz nie potrafiła docenić, że się nie wycofywał? Nie uciekł? Nic już nie rozumiał.
Nagle uświadomił sobie, że ma ochotę nią potrząsnąć, wrzasnąć, zmusić, żeby na niego spojrzała i żeby znów widziała tylko jego. Gotował się z niecierpliwości, gdy rozmawiała z Tonym, pewien, że już za moment będą mogli zacząć wszystko sobie wyjaśniać.
A ona powiedziała: „Potem się wyprowadzisz". I wszystko stało się jasne.
Dobrze znane uczucie lodowatego gniewu dopadło go nagle z całą mocą. Miał ochotę ją ukarać, sprawić, żeby to wszystko zabolało ją jeszcze bardziej niż jego, patrzeć jak cierpi, wyjść natychmiast i mieć pewność że ona będzie żałować, że będzie skręcać się z tęsknoty za nim...
Nie zrobił żadnej z tych rzeczy.
Nie zdążył, bo Rose po prostu odwróciła się na pięcie i wyszła pierwsza, zostawiając go samego na środku sali.
Zacisnął zęby i ruszył za nią.
Nie odezwała się już nawet słowem, ani w windzie, ani później, w służbowym samochodzie, który na nich czekał.
Sądząc po gnących się konarach drzew na przedmieściach Londynu, wiało coraz mocniej i na dodatek zaczęło padać.
Droga do domu Tylerów wlokła się niemiłosiernie. Nagle uświadomił sobie, że przypomina mu ich pierwszą wspólną podróż sprzed tygodnia. Wtedy atmosfera we wnętrzu SUVa była podobna – Rose tkwiła bez ruch daleko od niego, nieobecnym wzrokiem wpatrując się w okno.
Po prostu nie mógł uwierzyć, że wrócili do punktu wyjścia. Za co go tak karała? Jakim prawem? Przecież chciał jak najlepiej, chciał ją chronić, oszczędzić jej kolejnego zawodu!
Dlaczego nie potrafiła zrozumieć, że z dnia na dzień nie zmieni go w kogoś zupełnie innego?
Sekundę później omal się nie roześmiał. Przecież już go zmieniła! Przestało mu przeszkadzać, że tu utknął. Zaczął pracować, a nie dalej niż dziś rano jak ostatni dureń osobiście przywiózł jej sukienkę, bo go o to poprosiła!
A teraz po tygodniu, po prostu się od niego odwróciła, przekreśliła wszystko co udało im się razem osiągnąć i kazała mu się wynosić.
Świetnie! Będzie miała czego chce!
Gdy samochód zaparkował pod domem Tylerów, wyskoczył z niego pierwszy i nie oglądając się na nią, ruszył do drzwi. Chciał jak najszybciej mieć za sobą całą tę szopkę.
Szlag, co on właściwie tu robił? Kiedy Jackie rzuciła się go witać, omal na nią nie wrzasnął. Po prostu nie wierzył, że się na to wszystko godzi, że dał się wtłoczyć w te śmieszne ramki, do których nie pasował.
I nigdy nie zacznie.
A potem do holu wpadł Tony i poczuł się w jakimś stopniu usprawiedliwiony.
No tak.
Przecież obiecał. Nie mógł zawieść tego dzieciaka.
Niewiele pamiętał z samego obiadu – nie czuł w ogóle smaku potraw i ledwo rejestrował fakt, że Pete coś mówi. Tak naprawdę, za każdym razem, kiedy odważył się już podnieść głowę, kiedy miał pewność że nie zdradzi się żadnym gestem, ani wyrazem twarzy – widział tylko Rose.
Tylko ją.
Ona też się nie odzywała. Pewnie odliczała minuty do końca, biorąc pod uwagę fakt, że chce się go jak najszybciej pozbyć.
Nie wątpił, że jej też nie będzie łatwo; w końcu oboje doprowadzili do sytuacji z której trudno było się teraz wycofać.
Był na siebie taki wściekły! I na nią! Rzadko dopuszczał kogokolwiek aż tak blisko.
I teraz przynajmniej wiedział, że w przyszłości w ogóle nie wolno mu tego zrobić.
Super! Skoro tak bardzo chciała, wyniesie się natychmiast. Przeżyje ten obiad, spakuje się od razu po powrocie i pójdzie do pierwszego lepszego hotelu.
Zmusi któregokolwiek z chłopaków, by z poleciał z nim do tej pieprzonej Argentyny. W sumie dobrze, że się tam znajdzie. Przynajmniej będzie daleko. Konfiguracja urządzeń też zajmie mu sporo czasu. A kiedy już wszystko będzie gotowe, po prostu zwolni się z Torchwood i odejdzie na dobre.
Wiedział, że znajdzie sobie pracę wszędzie, że sobie poradzi. Nie potrzebował wsparcia Tylerów, mogli wszyscy iść do diabła! Nawet ona.
Skoro tego chciała, skoro sama od niego tego zażądała, to proszę bardzo! Natychmiast zwinie żagle i zacznie żyć po swojemu.
Zerknął na nią kolejny raz. Miał wrażenie, że ona też patrzy – ale nie, uparcie spoglądała w talerz, bez zapału grzebiąc widelcem w puree.
Było coś w sposobie, w jaki pochyliła głowę i przygarbiła ramiona – coś co sprawiło że mimo złości poczuł się winny.
Cholera, może miała rację? Może faktycznie to była ostatnia chwila, by oboje złapali drugi oddech? Może lepiej, by nauczyli się żyć bez siebie?
I nagle dotarło do niego, że nie potrafi. Że on akurat nigdy się tego nie nauczy. Jak mógłby nie mieć jej obok każdego dnia?
A z drugiej strony – wiedział też, że zwariuje, widując ją codziennie i nawet nie mogąc jej dotknąć, nie mając prawa normalnie z nią rozmawiać!
Poprawił się niespokojnie na krześle.
Nigdy wcześniej nie czuł się tak bezradny. Zawsze, odkąd tylko pamiętał, wiedział dokładnie, co powinien robić, jak postępować, by pomagać ludziom.
A teraz nie potrafił wymyślić nic, by rozwiązać tę sytuację, choć Rose była dla niego najważniejsza na świecie. I – paradoksalnie – nie miał bladego pojęcia jak pomóc sobie.
Odchrząknął i nagle zdał sobie sprawę, że Jackie bacznie obserwuje ich oboje z drugiego końca stołu. Wyprostował się mimowolnie, z nadzieją, że nie będzie potrafiła nic wyczytać z jego twarzy - i wtedy dotarło do niego, że Pete znów coś mówi.
Tym razem chyba pytał wprost o coś konkretnego. Co to było…? Aaa, ten cholerny teleskop.
I oczywiście nie wystarczyło mu jedno zapewnienie, że wszystko jest OK.
Świetnie, skoro tak bardzo sobie tego życzy, dostanie całą papierologię i oby w niej utonął!
Sukinsyn.
Naprawdę, miał nadzieję, że szybko skończy całą tę robotę i będzie mógł posłać go do diabła.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że Tyler któryś raz z rzędu wypomina mu Russela.
Ile jeszcze? Nie mógł już tego znieść. Zacisnął pięści, próbując nad sobą zapanować. Chciał po prostu móc postawić sprawę jasno i rzucić mu w oczy, żeby się zamknął. Że daje mu ostatnią szansę, a potem…
Chociaż nie. Właściwie najbardziej chciał po prostu stąd wyjść i nigdy nie wracać. Chciał żeby gdzieś blisko cudem znalazła się błękitna budka – tak by mógł uciec jak najszybciej i powoli wrócić do równowagi przy uspokajającym szumie konsoli.
I cały czas nie wiedział, dlaczego jeszcze nic nie zrobił. Dlaczego choćby nie wyszedł, trzaskając drzwiami. Dlaczego u licha pozwalał jeździć sobie po głowie? Musiał do reszty stracić rozum.
Chociaż nie. Chyba cały czas miał nadzieję, że Rose jakoś zareaguje. To było jak test – chciał sprawdzić, czy zależy jej choć odrobinę, czy zacznie go bronić, czy w końcu każe ojcu zamknąć gębę. Owszem, sam mógł zrobić to z łatwością – ale musiał to wiedzieć.
I kiedy w końcu zawołała „Tato!" tym prawie histerycznym tonem, zupełnie wbrew sobie ucieszył się jak wariat.
Bo jednak nie wytrzymała, bo to znaczyło, że nie był jej jeszcze kompletnie obojętny.
A potem ta radość zniknęła równie szybko jak się pojawiła, bo uświadomił sobie, że to przecież jest jego Rose. Że będzie instynktownie broniła każdego, komu – w jej pojęciu – dzieje się krzywda. A oskarżenia Pete'a były przecież krzywdzące. Niezależnie od faktu, że obaj z Russelem pokpili sprawę – pozostawały niesprawiedliwe jak jasna cholera, a powtarzane wciąż i wciąż doprowadzały go do szału.
Chyba właśnie wtedy zorientował się, że to naprawdę jest koniec. I wtedy zdecydował, że wyjdzie bez słowa wyjaśnienia – bo żadne z nich na nie nie zasłużyło. Ale dokładnie w tym momencie Tony zaczął swoje marudzenie o klockach i było mu zwyczajnie głupio spławiać teraz dzieciaka.
Na dodatek Jackie postanowiła najwyraźniej wziąć sprawy w swoje ręce i umożliwić mu konfrontację z Petem w cztery oczy.
Och, skoro tak – to po prostu nie mógł się doczekać. Lodowata furia opanowała go na nowo z całą mocą i mógł już tylko myśleć, jak cudownie byłoby patrzeć, jak Tyler znika w wyjątkowo paskudnej otchłani albo zwija się z tęsknoty za bliskimi, uwięziony za karę na odległej planecie. Z przyjemnością osobiście by go tam odstawił. I patrzył jak skamle, błagając o możliwość powrotu.
Szlag, znów nie poznawał samego siebie. I nic już nie rozumiał – poza jednym. Chciał znów stać się tamtym zdystansowanym kosmitą, z którym w ostateczności wszystko zawsze było w porządku. Nawet jeśli to było godne pożałowania, nawet jeśli w ostateczności oznaczało samotność - chciał znów umieć wyłączyć za wszelką cenę wszystko, co go bolało i czego nie potrafił znieść.
A pozostawał tylko bezradnym, doprowadzonym do ostateczności człowiekiem, który omal nie skoczył Tylerowi do gardła.
Diabli wiedzą, jak by się to skończyło, gdyby do salonu nie wrócił Tony.
Przy tym dzieciaku mógł przynajmniej trochę ochłonąć, mógł usiąść na dywanie, wyłączyć myślenie i automatycznie wyrzucać z siebie całą wiedzę na temat statków kosmicznych, jaką posiadał. Momentami miał wrażenie, że im bardziej bełkotliwy jest jego wywód, tym bardziej Młody jest zachwycony. Więc mówił coraz szybciej, świadomy, że to zawsze działa, zawsze pozwala mu pozbierać myśli.
I dopiero gdy przestał rozwodzić się nad statkiem Imperium, dotarło do niego, że Pete cały czas gotuje się ze złości. Początkowo nie wiedział, o co dokładnie chodzi. I dopiero kiedy zdał sobie sprawę, że to jego Tony poprosił o pomoc przy dwóch wyjątkowo opornych klockach – jego, nie swojego ojca – zrozumiał, że Tyler jest zazdrosny.
I wtedy – kompletnie wbrew sobie, wbrew zdrowemu rozsądkowi – zrobiło mu się go żal. Tym bardziej, że przecież niczego i nikogo nie chciał mu wcale odbierać.
Nawet Rose. A tym bardziej Tony'ego.
Obserwował w milczeniu, jak Pete wyprowadza Młodego do łazienki i wiedział dokładnie, że wyczuł to współczucie i że ono wyjątkowo go męczy.
Dlatego zdecydował, że jednak zostanie i odegra swoją rolę do końca, skoro wszyscy najwidoczniej tego od niego oczekują. Godzina naprawdę nie robiła mu różnicy – miał przecież przed sobą całe życie, prawda?
Jedno życie.
Bez Rose.
Westchnął i ruszył w stronę kuchni. Jasne, mógł sprawdzić, co z deserem. Mógł nawet spróbować go zjeść, a potem się pożegnać.
Dotarł do drzwi i zatrzymał się raptownie, słysząc podniesione głosy. Na początku nie mógł rozróżnić słów, tym bardziej że gdzieś w holu rozległ się przenikliwy dzwonek telefonu.
To mogło być coś ważnego. Wahał się przez chwilę, ale doszedł do wniosku, że Pete na pewno odbierze, jak tylko skończy doprowadzać syna do porządku. Zresztą, przecież nie był tu u siebie i nie miał prawa się wtrącać.
Instynktownie przysunął się bliżej do futryny.
Telefon ucichł i teraz już zupełnie wyraźnie docierał do niego podniesiony głos Rose.
- Nie nabijaj się ze mnie!
Jackie odpowiedziała jej spokojnie – nie dosłyszał co dokładnie, ale potem przez chwilę żadna z nich się nie odzywała.
Mimowolnie zacisnął dłonie w pięści, czując jak mocno bije mu serce.
Cholera, a więc powiedziała matce wszystko. Na pewno. Jeśli Jackie teraz… Jeśli nie stanie po jego stronie, to…
Zaschło mu w ustach; zdawał sobie dokładnie sprawę, jak wiele zależy od następnych słów. Wątpił, by ktokolwiek zdołał przekonać Rose – tę nową Rose, która tyle przeszła i która tak doskonale wiedziała, czego chce. Ale…
- Kochanie? – Głos Jackie był dziwnie ochrypły. – Chcesz żeby odszedł?
- Słucham?
- Zdajesz sobie sprawę, że on naprawdę odejdzie? Jest dumny. Odejdzie, skoro sama go o to prosisz. Chcesz tego?
Gdzieś w tle znów rozdzwonił się telefon i nagle zdał sobie sprawę, że ma ochotę pobiec do holu i rozwalić aparat o ścianę. Na szczęście dźwięk urwał się w połowie – Pete zdążył chyba odebrać i teraz rozmawiał z kimś, na szczęście dość cicho.
Tymczasem Rose nie odzywała się przez dłuższą chwilę; błagał ją w duchu, żeby powiedziała „Nie", nie mógł pozbyć się uczucia deja vu – tak samo było wtedy, w TARDIS, gdy spojrzał na nią tymi nowymi oczami a ona nie była pewna, czy chce wracać do matki, i tak samo było gdy stali na londyńskiej zaśnieżonej ulicy tuż po inwazji Sycorax, i rzuciła z obawą: „Myślałam, że już mnie tam nie chcesz".
Tylko że wtedy to on miał mimo wszystko kontrolę nad sytuacją, on podejmował decyzje. A teraz…
- Nie wiem – odpowiedziała spokojnie. – Po prostu nie wiem.
Puls dudnił mu w uszach, kiedy oparł się o ścianę tuż przy futrynie.
„Nie wiem" to ciągle nie był wyrok. „Nie wiem" dawało przynajmniej jakąś nadzieję. Pogubiła się tak samo jak on, więc pewnie mogli jeszcze… Szlag, gdyby tylko umiał przekonać ją by chociaż z nim porozmawiała, by dała sobie spokojnie wytłumaczyć, że…
- Z drogi! – dobiegł go w tej samej sekundzie podniesiony głos Pete'a, który wypadł zza rogu korytarza. – Rusz się do cholery!
Odsunął się instynktownie, momentalnie wracając do rzeczywistości. Tyler bezceremonialnie otworzył drzwi kuchni i wpadł do środka, najwidoczniej kompletnie nieświadomy panującej tam atmosfery.
- Nie słyszysz telefonu alarmowego? – warknął, zwracając się do Rose. – Ogłuchłyście obie?
- Nie drzyj się – mruknęła Jackie. – Co się stało?
Zagryzł wargi i szybko obejrzał się przez ramię. Na ułamek sekundy spotkali się wzrokiem, zanim ponownie odwrócił się do żony i córki.
- Edynburg – rzucił krótko. – MacDonald cudownie się odnalazł, tłum idzie na Torchwood.
Rose wyprostowała się natychmiast.
- Jak dokładnie…
- Parę płonących samochodów, wybite szyby – przerwał jej gwałtownie, jakby uzupełniali się instynktownie. – Suzie raportuje, że nie ma ofiar.
Córka podeszła bliżej.
- Wycofałeś wojsko.
- Tak.
- Myślisz, że mogą…
- Tak.
Minęła go bez słowa i wybiegła z kuchni. John instynktownie ruszył za nią; poczuł się dziwnie zbędny.
Tak, jakby każdy w tym przedstawieniu miał dokładnie rozpisaną rolę i tylko on jeden znalazł się na scenie przypadkowo.
Dotarł za nią do holu i obserwował w milczeniu, jak szybko otwiera schowek pod schodami. Była jakaś… inna. Jeszcze bardziej obca niż w czasie tej nieszczęsnej kłótni, jeszcze bardziej wycofana. I cholernie opanowana. Każdy jej ruch wydawał się obliczony co do sekundy i epatowała dziwną stanowczością, której nigdy wcześniej w niej nie dostrzegał.
- Jackie – dobiegł go gdzieś z boku ostry głos Pete'a. – Weź Tony'ego i zawieź do…
- Wiem – wpadła mu w słowo. – Dobrze.
- Mam! – krzyknęła w tym samym momencie Rose z jakimś dziwnym triumfem w głosie.
John podszedł bliżej i zobaczył, jak sprawnie ładuje nieduży pistolet. Zanim zdołał określić typ broni, schowała go miękkim ruchem za paskiem spodni, a potem podbiegła do stojącej bliżej drzwi garderoby. Gwałtownie otworzyła szufladę, podniosła jakieś papiery i wyciągnęła dobrze mu znany żółty medalion.
- Nawet o tym nie myśl – oświadczył zimno Pete. – Są rozkalibrowane i mogły dodatkowo się…
- Wiesz, że nie ma czasu – przerwała mu ponownie, wyraźnie zniecierpliwiona. – Zanim dotrzesz do sali teleportacji, miną wieki. Mamo, gdzie masz drugi?
Jackie drgnęła, wyraźnie zaskoczona.
- Ja? – wykrzyknęła o ułamek sekundy za późno i niewinnie zatrzepotała rzęsami. – Przecież został…
- Mickey ci go oddał, prawda? – drążyła Rose nieustępliwie. – Oddał ci go, kiedy się pożegnaliście.
- Skąd… To znaczy…
- Bo go znam – mruknęła Rose i wzniosła oczy do nieba. – I ciebie też. Daj mi go.
- Kochanie…
- Wiesz, że i tak polecę. Jeśli będzie trzeba, to sama.
Jackie westchnęła ciężko i, drobiąc niepewnie w wąskiej sukience, pobiegła truchtem do kuchni. Wróciła stamtąd po chwili i z wyraźnym wahaniem wręczyła córce drugi medalion.
- Uważajcie na siebie – powiedziała cicho; głos jej wyraźnie drgnął, więc odchrząknęła. – Oboje. Słyszycie?
Rose bez słowa otworzyła oba i wystukała na nich szybko jakąś sekwencję. Zamknęła je stanowczo, a potem podała jeden ojcu.
Pete zacisnął go w dłoni. Drugą ręką ujął żonę pod brodę i pocałował mocno.
- Zamknij się już – mruknął, a potem puścił ją i szybko spojrzał na córkę.
John mimowolnie podążył za jego wzrokiem – i nagle zrozumiał, dlaczego Rose jest teraz taka obca.
Była żołnierzem. W tej chwili - w pełni gotowym do walki.
A najgorsza okazała się świadomość, że stała się taka dzięki niemu.
Zabawne. Przy całym swoim wstręcie do broni, do zabijania, zrobił z niej żołnierza, nie wiedząc nawet jak i kiedy.
- Lecę – powiedziała spokojnie. – Tato, zwołaj resztę, ciebie szybciej posłuchają. Spotkamy się na miejscu.
Pete znów skinął głową, odwrócił się i podszedł do telefonu. Cichym stanowczym głosem wydawał pierwsze rozkazy, kiedy Jackie wyszła z holu, wołając Tony'ego sztucznie radosnym głosem.
John stał pośrodku jasnego dywanu, czując się zupełnie nie na miejscu. I wtedy Rose odwróciła się wreszcie w jego stronę.
Przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa.
- Lecę z tobą – oświadczył gwałtownie, nie mogąc znieść wyrazu jej twarzy.
- Nie waż się – odpowiedziała cicho, nie spuszczając z niego tego obcego, twardego spojrzenia. – Zostajesz tutaj, jasne? Nie ruszaj się…
- Lecę z tobą – powtórzył uparcie.
- Nie masz jak. A ja nie mam czasu.
- Rose…
- Nie ruszaj się stąd. Masz być bezpieczny. – Przez chwilę patrzyła na niego tak, jakby szukała właściwych słów, ale potem tylko pokręciła głową i, zanim zdołał ją powstrzymać, uderzyła w medalion otwartą dłonią.
