ROZDZIAŁ 35

I co teraz, wilczy pomiocie?"

Gęste, ciemne chmury snuły się nieprzerwanie po błękicie, nie upuszczając na ziemię ani kropli życiodajnej wody. Wiatr szarpnął dziko koronami drzew, wyrywając z nich blade, pożółkłe liście. Te targane przez mocne podmuchy wirowały, przypominając wyblakłe, złote chmury piór. A gdzieś tam małe miasteczko topiło się w kałużach krwi, dusiło odorem gnijących z wolna ciał. Czerwona posoka toczyła się po betonie, odsłonięty grunt wsiąkał ją w swe otchłanie. Niedawno ciszę tych okolic zakłóciły potępione wrzaski mordowanych mieszkańców, trzaski nieubłaganego ognia oraz łoskot walących się cegła po cegle budynków. Dachówki szurały o siebie i rozbijały na chodnikach, zachłanne pomarańczowe jęzory chwytały ofiary i zdzierały z nich skóry.

Teraz Hari czuł się tu niczym głuchy starzec, oglądający dzieło przyspieszonego chaosem czasu. Niekiedy tylko gruchnął zemdlały dom, obalały się mury. Zaraz po tym nadchodziła wszechogarniająca pustka. Pustka, której czeluście zdawały się połknąć ich wraz z tym kawałkiem ziemi. Koń zarżał niespokojnie, spoglądając z odrazą w ślepiach na martwego człowieka. Posadzony w siodle bezwładnie opadał na kark zwierzęcia, plamiąc szkarłatem czarną sierść. Raikou przywiązał dokładnie trupa, aby ten nie zsunął się podczas jazdy.

- Można wiedzieć, co ty, do licha, wyrabiasz? – warknął Syriusz, zeskakując z własnego wierzchowca. Wzburzenie mieszało się z niedowierzaniem, złością oraz nutą pogardy dla czynu młodzieńca.

- Przynęta, nie widać? – odparł chłodno Raikou, wyjmując z sakiewki diament marmaroski. Choć jest to błędna nazwa owego minerału, gdyż jest on wyjątkowo czystą odmianą kryształu górskiego. Skupił się na przekazaniu energii, obracając kamień w palcach. Wtem wyłożył go na otwartą dłoń, wymawiając słowo:

- Solano*. – Niosący ze sobą ciepło oraz wilgoć pęd powietrza przesunął się zmysłowo wzdłuż wyciągniętej ręki alchemika, marszcząc w tym miejscu ubranie. Zawinął się ciasno, niczym boa dusiciel obejmujący swe przyszłe ofiary. – Czy wasza magia przewiduje zasklepianie ran? – zwrócił się Hari do pozostałej dwójki, nie ukrywając niechęci w stosunku do używanej przez czarodziei sztuki.

- Owszem, a co? – zapytał podejrzliwie Syriusz, stojący w pozie wyraźnie mówiącej, iż nie ma zamiaru współpracować. Skrzyżowane na klatce piersiowej ręce aż o tym krzyczały.

- Więc uratujcie tego biedaka – odparł Tańczący, wskazując na posadzonego na końskim grzbiecie trupa. Nimfadora wzdrygnęła się, znajdując się nieco za kuzynem.

Teraz nie potrafiła tak do końca ukryć panującego w jej duszy zamętu, ściskającego krtań strachu. Pierwszy raz odczytała lodowate zimno w szmaragdowych tęczówkach inaczej, bardziej poważnie, i przeraziła się tego. To nie było normalne, to nie było w najniższych normach społeczeństwa. Wykraczało nawet poza granice, które ustawił wokół siebie Mistrz Eliksirów. Inny poziom ciemności, inna scena nocy. Tylko dlaczego? Dlaczego jest taki? – pomyślała Tonks z cieniem współczucia, litości, które odbiły się na niewielką sekundę w źrenicach.

- Myślisz, że pozwolimy ci wykorzystać ciało martwego człowieka dl…

- Właśnie, martwego – przerwał Syriuszowi Hari, kładąc nacisk na drugi wyraz. Odsunął się od kopytnego zwierzęcia, mierząc wzrokiem czarnowłosego towarzysza. Napięcie zawisło między tą dwójką jak mroczne fatum, obnażające myśli i ostre słowa. – Zwiedziemy kreaturę i pokonamy. To chyba lepsze, niż rzucanie się na nią z wrzaskiem 'Do boju!', co, Kundlu? – Black drgnął na znienawidzone przezwisko, zacisnął dłonie na ramionach w skurczu niezadowolenia. Kiedy podszedł do młodzieńca, wyciągając różdżkę z kieszeni, aurorka poczuła przypływ niepokoju. Już otworzyła usta, chcąc ich powstrzymać przed ewentualną bójką, kiedy jej kuzyn machnął zamaszyście w stronę trupa, mamrocząc pod nosem łacińską inkantację.

Czerwona posoka nie zanieczyszczała szyi parskającego wierzchowca, wszelkie powierzchowne uszkodzenia ciała przestały istnieć w tym momencie. Syriusz, wręcz górując nad niższym kompanem z grupy, z zaciętą miną schował narzędzie na miejsce. Młodzieniec uśmiechnął się zaczepnie, prowokująco.

- I co? Bolało? – Ledwo zdołał się zasłonić przed niespodziewanym ciosem z łokcia, zaserwowanym przez czarnowłosego. Atak był na tyle silny, naładowany emocjami, że Raikou cofnął się do tyłu. Wiatr oplatający mu ramię zadrgał, wzburzony nagłym ruchem pana.

- Syriusz! – Różowowłosa złapała Blacka za bark, wyczuwając pod palcami jego spięte mięśnie. Zupełnie, jak gdyby gotował się do następnego uderzenia. Pociągnęła go silnie, zmuszając do tymczasowej kapitulacji.

- A ciebie? – warknął dziedzic rodu do alchemika, starając się ignorować poczynania kobiety. Wreszcie odpuścił, po czym wyrwał z luźniejszego przez ulgę uścisku. Otrzepał ubranie, obracając się do dwójki plecami.

Hari opuścił ręce, które posłużyły mu za tarczę w tym niebywale krótkim starciu. Rozniecony gwałtownie ogień został zdmuchnięty mroźnym podmuchem, zalany szumiącym deszczem. Wyprostował się, chwytając któryś z ukrytych nożyków. Wyszarpnął go prostym pociągnięciem, wyrywając na świat wibrujący skowyt łaknącego krwi drapieżnika. Stal odbiła się w rozszerzonych z przerażenia oczach Tonks.

Jeden zamach…

- Nie! – Aurorka skoczyła, zasłaniając kuzyna przed atakiem. Syriusz obejrzał się za siebie.

Jedno cięcie…

Krople skapywały rytmicznie w dół – kap, kap, kap. Zielona trawa ugięła się pod nowym ciężarem, zabarwiła na ciemny szkarłat. Zszokowani spoglądali na Raikou, nie będąc w stanie wykonać kroku. Z rozcięcia sączyła się strużka krwi, lecz młodzieniec zdawał się tym zupełnie nie przejmować. Pstryknął palcami zdrowej dłoni, a wiatr natychmiast wykonał jego polecenie. Z zadziwiającą prędkością wykonał akrobacje, nasycając się zapachem alchemika. A gdy przesiąkł nim wystarczająco, wziął w swe niewidzialne objęcia martwego człowieka.

Nieżywe ciało pozbawione duszy wyprostowało się pod jego naporem, ręce chwyciły niezdarnie lejce. Niczym kukiełka w teatrze, sterowana przez lalkarza spoza sceny. Wierzchowiec drgnął niespokojnie, zadarł kopytem o glebę. Hari obwiązał rękę białym bandażem i dopiero wtedy jego towarzysze dostrzegli na niej brak rękawiczki. Druga była na swoim miejscu, nadal chowając pod sobą dziwny, tajemniczy symbol.

- Ruszaj, kobyło – powiedział Raikou do karego rumaka, klepnąwszy go silnie w udo. Zwierzę niemal stanęło dęba, zrywając się do szaleńczego galopu. Nie był on spowodowany czynem właściciela, a poruszającym się z niewiadomych dla konia przyczyn zabitym człowiekiem. Nawet magiczne stworzenie czuło bezbrzeżną trwogę mając do czynienia z czymś takim.

Wybijany szybko tętent już wkrótce dobiegał do nich zza pagórka, za którym skryli się przed spojrzeniem hybrydy. Wiedzieli, iż ta zauważyła ich obecność. Nie można było tego wykluczyć przez ostatnie spotkania z tym pomieszanym gatunkiem. Jego węch był na naprawdę wysokim poziome, nie wspominając o słuchu czy zabójczej sile. A wchodzące w skład oręża pazury oraz spiczaste kły nadawały bestii większej możliwości uśmiercania.


Pył. Krwawy pył strzaskanych kończyn i zmiażdżonych kości. Gruzy. Ułożone w stosy gruzy świadczące o niebywałej potędze mięśni. Rzeki. Ciągnące się szkarłatne rzeki przerażających głosów cierpienia. Pożywienie, oddech i zadowolenie. Niezbyt skomplikowany umysł najemnika rozkoszujący się zadawanym bólem. Bezlitosny kat wyposażony w nietypowe narzędzia. Potwór pragnący rozszarpywać, drapać i gryźć. Spuszczony ze smyczy cienia wdarł się na świat i zawładnął strachem. Wziął w szpony kosę samej Śmierci, nie wahając się jej użyć w każdej sytuacji.

Złowieszczy syk wylazł z gardzieli, wprawiając w drżenie pozostałe w okiennicach szyby. Giętki ogon przeciął bezgłośnie przestrzeń, gruchocząc niewidocznego wroga. Żółte ślepia zwęziły się w cienkie szparki, gdy w nozdrza uderzył znajomy zapach. Odór młodego Wilka na polowaniu wydobył z krtani tym razem niskie tony. Stwór zamruczał, przechodząc do pobliskiej uliczki obok zwalonego budynku. Stamtąd doskonale słyszał, jak kopyta wbijają się w ziemię. Szpetny, wykrzywiony grymas mający być podłym uśmieszkiem ozdobił szkaradną twarz.

Umysł pospolitego zabójcy osadzony w mocarnym cielsku zaprowadził je do ciemnej, wąskiej alejki. Nakazywał czekać, narzucał spokój i ciszę. Długie, zakrzywione pazury poharatały powierzchnie płytek, zostawiając na nich poszarpane ślady. Przyczaił się tuż przy zakręcie, nachylając nisko nad podłożem. Wręcz dotykał je brzuchem i opierał na nim podbródek. Kocie uszy wyłapywały najmniejszy szmer, lecz teraz skoncentrowały się na konkretnym dźwięku. Był on coraz donośniejszy, znajdował się coraz bliżej.

Skoczył. Wykonał sprężystego susa ponad końskim grzbietem, porywając z siodła jeźdźca. Wbił białe kły w kark delikwenta, niemal natychmiast go skręcając. Głuchy chrobot potwierdził diagnozę, a ciało zawisło bezwładnie nad ziemią wciąż trzymane w pysku. Ślepia rozszerzyły się, gdy smak stęchłej krwi nie pokrył się z zapachem.


Biegł po walących się dachach, wymijając najgorsze niestabilne miejsca, które sypały się nawet bez jego pomocy. Zatrzymał przy sobie cząstkę wytworzonego wiatru, aby w razie czego nie tracić czasu na przyzwanie nowego. Takie pojedynki miały to do siebie, iż zawsze działo się coś sprzecznego z założeniami i psuło ułożony plan. Aba szarpnęła się szaleńczo, nie szeleszcząc jednak. Jednak jest coś, co potrafi zrobić – pomyślał z ironicznym uśmieszkiem Raikou, mając na myśli rzucone przez Blacka zaklęcie wyciszenia. Dzięki temu cała trójka mogła podejść bestię niezauważenie.

Zatrzymał się na jednym z domów, następnie przykucnął przy krawędzi dachu. Skruszony u szczytu komin dawał dość cienia, który skrył w sobie sylwetkę młodzieńca. Naprzeciw przysiadła Tonks, kurczowo zaciskając w dłoni różdżkę. W dole galopował prędko czarny rumak i właśnie mijał tę dwójkę. Kawałek dalej martwego człowieka porwała hybryda, wyskoczywszy z pochłoniętego przez mroki zaułka. Wierzchowiec zarżał, stając dęba i popędził czym prędzej przed siebie niemal na oślep.

Chwilę, gdy stwór zorientował się o przynęcie, wybrał do ataku Syriusz. Jego specjalność, świetlisty bicz, zawinął się niby lasso i strzelił w odsłoniętą skórę szyi tuż pod żuchwą. Jedno ze słabszych miejsc diamentowych łusek. Nieżywy mieszkaniec pacnął głucho o ulicę, kiedy hybryda wrzasnęła z bólu i złości. Jej ślepia skierowały się na mężczyznę odpowiedzialnego za krwawiącą szramę. Żółte tęczówki wypełnione ogromnym pragnieniem krwi błyszczały niczym w gorączce. Bestia wybiła się ku przeciwnikowi, wyciągając przed siebie ostre pazury. Nim jednak sięgnęła Blacka, usłyszała pstrykniecie. Złapała ogonem latarnię, dzięki czemu zdołała zatrzymać się i uskoczyć.

Jakież było zdumienie stworzenia, kiedy nie zobaczyło płomieni. Zamiast tego niewidzialne pęta skrępowały łapy, nie pozwalając podnieść ich nawet o centymetr. Wściekłe warknięcie zagłuszyło wypowiadane przez młodą aurorkę słowa. Ale ich skutku nie zdołało nic zamaskować. Hybrydę otoczyła przeźroczysta bariera podobna do szkła, odcinająca jej dostęp do życiodajnego powietrza. Zwierzę szarpało się w więzach, skręcało się, wiło.

- Ha! – wykrzyknął Syriusz, stając przed nią z usatysfakcjonowaną miną. Podparł się pod boki, jakby to wszystko było wyłącznie jego zasługą.

Nimfadora zeskoczyła na dół, łagodząc upadek prostym czarem. Podeszła do kuzyna, zachowując jednak większy dystans od alchemicznego tworu. Chmury na niebie rozjaśnił rozgałęziony piorun, niedługo po nim huknął potężnie grzmot, w którym utonął wściekły ryk potwora.

- Szybko poszło – powiedziała Tonks, już z większą pewnością patrząc na coraz ciężej dyszące stworzenie.

Pierwsze krople uderzyły w rozbite szkło, rozrzedziły gęste kałuże czerwieni. Porywisty wiatr rozwiał odór posoki, szarpnął gwałtownie ubraniami oraz włosami. Woda zstąpiła z nieboskłonu, tworząc mętne, poszarpane ściany. Ulicami popłynęły nowe strumienie przeźroczystego szkarłatu, ostre odłamki rozsypały się na większym obszarze niesione przez nurt.

- Za szybko – mruknął Hari, marszcząc brwi i wytężając wzrok. Hybryda legła z łoskotem wśród wiwatu Syriusza, biała grzywa rozsypała się podobna do plamy topniejącego śniegu.

Mrugnęła błyskawica, zagrzmiało bojowo. Cały świat zwolnił na kilka cennych sekund, szum wypełnił przestrzeń doszczętnie, po same brzegi. Zza mglistej kurtyny wyłoniły się pazury, zalśniły topazowe ślepia. Giętka, umięśniona sylwetka wylądowała zgrabnie między dwójką czarodziei. Przeciągły świst, krzyki, odgłosy uderzeń. Raikou zerwał się natychmiast, lecz nie zdołał uprzedzić stworzenia. Nie zdążył.

Różowowłosa gruchnęła plecami o ścianę, przez co oddech uwiązł w gardle, a serce zabiło boleśnie. Osunęła się na kolana, wstrząsana spazmami cierpienia przechodzącymi przez plecy i żebra. Black wleciał prosto przez okno wystawowe do głębi apteki, a tor lotu znaczyły bordowe punkty na ziemi. O jego klatkę piersiową zahaczył kolec na końcu ogona bestii, rozcinając szatę i zostawiając piekącą pamiątkę. Przetoczył się po podłodze, zatrzymując dopiero pod regałem z lekami. Podparł się na łokciu, wypluwając metaliczną w smaku ciecz.

Deszcz zacinał o zburzone budynki, odbijał się w milionach odłamków. Jego odmęty rozjaśniały srebrzyste błyski, odbijane w niezliczonej ilości kropel. Hari wylądował na ugiętych nogach, jednocześnie wyszarpując ukrytych wcześniej pod połami aba najwierniejszych towarzyszy. Schował tam kły wiedząc, że wierzchowca z plecakiem nie będzie podczas tej potyczki. Rozłożył ostrza, a te zawibrowały płaczliwie. Przeźroczyste krawędzie tnące wchłonęły w siebie blask kolejnej błyskawicy, nie wypuszczając go więcej ze swego wnętrza. Hybryda oblizała ostre zębiska, wpatrując się uparcie w ustawionego do ataku młodzieńca. Zrobiła krok w lewo, on przesunął się mozolnie w przeciwnym kierunku. Ogon świsnął, przeźroczysta kopuła pękła z sykiem i rozpłynęła bezgłośnie. Leżące stworzenie nie dawało znaku życia, nie oddychało. Jego pobratymiec nachylił się nad nim, obserwowany uważnie przez zielonookiego.

- A gdy światło zgaśnie, wybuchnie tęcza. – Zgrzytliwy, chropowaty głos o nieprzyjemnym brzmieniu wydobył się z krtani stojącej bestii. Zaraz po tym wgryzła się w kark uduszonego zwierzęcia.

Nic nie mogło równać się z tym światłem. Oślepiające, zawierające w sobie każdy kolor migotliwej tęczy. Wysoki słup barw wystrzelił ku niebu, rozpędzając przeraźliwie ciemne chmury. Zdmuchnięty deszcz przestał wybijać nierówny rytm, pioruny więcej się nie pojawiły. A wszystko trwało zaledwie moment. Tańczący uchylił ostrożnie powieki, lecz na niewiele się to zdało. Przed oczami wirowały denerwujące plamy, przeszkadzały skoncentrować się na otoczeniu. Opuścił odrobinę ramiona, trzymając kurczowo obie bronie. Zamrugał, usilnie starając się pozbyć natrętów z pola widzenia.

Wtedy usłyszał trzask i krótki pisk Nimfadory. Niczym przez mgłę zobaczył stworzenie dwa razy większe od poprzedniej hybrydy. Lśniąca skóra pokryta diamentowymi łuskami była jak gdyby grubsza, mocny ogon został wyposażony w dodatkową parę niebezpiecznych wyrostków. Łapa uderzyła z niezwykłą siłą w podłoże, wgniatając głęboko kawał betonowej ulicy. Zagrzmiał potężny ryk mieszający zawodzenia niektórych istnień.

- No chyba sobie jaja robisz – warknął Tańczący, mimowolnie czując nieznośne ukłucie. Pochylił się delikatnie do przodu, łapiąc lepszą równowagę. W tych warunkach będzie musiał być szybki i zwinny, pewny swych ruchów oraz posunięć. Nie mógł popełnić błędu. Dam się trafić, zginę.

Cios nastąpił prędzej, niż Hari mógł się spodziewać. Wielka szczęka najeżona wieloma szpilkowatymi zębami naraz pojawiła się tuż przed nim, gotowa połknąć chociażby jego połowę. Uskoczył z opóźnieniem, ledwo wymykając się żarłocznej paszczy. Okropne, klekoczące kłapnięcie świadczyło o ogromnym nacisku żuchwy. Mógłby mnie spokojnie przepołowić na dwoje – pomyślał Raikou, mrużąc oczy. Nie tracąc czasu rzucił się do przodu, a będąc blisko przeciwnika przekręcił się, tworząc piruet. Wspomagane diamentem ostrze zagłębiło się w twardej skórze stworzenia, utonęło w tkankach i dotarło do grubych kości.

Masywne łapsko zamachnęło się, major pociągnął za rękojeść. Nie zdało się to na nic, a tylko opóźniło jego unik. Zapłacił za to głęboką raną ciągnącą się od obojczyka po połowę ramienia. Złapał się nieuzbrojoną teraz dłonią za krwawiącą obficie pręgę, niema wypuszczając ze słabnącego uchwytu ostrze. Palący ból przeszył kończynę, zmuszając młodzieńca do ugięcia kolan. Coś jest nie tak. Syknął przeciągle, zaciskając kurczowo zęby.

- I co teraz, wilczy pomiocie? – zapytało szyderczo zwierzę basem, aby następnie zlizać z pazura strużkę posoki.

Tańczący warknął pod nosem, prostując się z wysiłkiem. Skoncentrował się usilnie na kontrolowanym wietrze, a ten owinął po raz kolejny szczelnie rękę. Manewr ten umożliwił alchemikowi poruszanie nią, dzięki czemu nadal miał szansę. Nie zamierzał się poddawać – Nigdy. Spychając kłujące cierpienie na bok, skoczył w przód. Ciął płasko kłem, wychylając się niebezpiecznie w stronę bestii. Ta zawyła z zaskoczenia, a jednak zdążyła odsunąć z linii ataku. Ze złośliwym uśmieszkiem na zdeformowanym kocim pysku zamachnęła się ogonem. Raikou, który po nieudanym manewrze musiał odetchnąć z powodu nawrotu bólu, nie miał szans tego uniknąć.

Zasłonił się, doskonale zdając sobie sprawę z bezskuteczności swojego czynu. Ku jego zdumieniu nic nie poczuł. Żadnego uderzenia, wbijającego się w ciało kolca czy szponu. Dysząc wyjrzał zza stalowej klingi. Wokół giętkiego ogona zawinął się znany młodzieńcowi świetlisty bicz, natomiast na grzbiecie stała Tonks uzbrojona w różdżkę. Syriusz, zapierający się usilnie o framugę okna wystawowego, posłał majorowi zadziorne spojrzenie.

- Co jest, młody? Tęskniłeś? – rzucił w jego kierunku wyzywająco. Jego skóra była blada niczym pióra dorosłego łabędzia, zaś szata na piersiach zabarwiona ciemnym szkarłatem. Nimfadora, przytykając broń do karku bestii, miała na twarzy bardziej przyjazny wyraz.

- Oczywiście, dlatego dałem wam cząstkę Solano – odparł z sarkazmem Hari, odruchowo dotykając schowanego w kieszeni minerału. Ukruszył się on znacznie, gdyż energia wydobywała z niego coraz większe pokłady żywiołu. W takim wypadku nie pociągnie długo, więc musieli się spieszyć.

Hybryda zarechotała obrzydliwie, obnażając lśniące zębiska. Jedno pociągniecie ogonem wystarczyło, żeby rozbić zaklęcie biczu na kawałeczki, przez co Black runął na podłogę. Ruch spowodował dodatkowo poślizgnięcie się niezdarnej aurorki i jej spadnięcie na ziemię. Gwałtowny, porywczy ból przy upadku wyrwał z jej ust krótki krzyk. Oddech uwiązł w gardle, gdy żebra wraz z kręgosłupem zapaliły się tępym ogniem. Zamroczona cierpieniem ledwo dostrzegła nad sobą ostre szpony.

- Obscuro! – wykrzyknęła odruchowo zduszonym głosem, celując w potwora różdżką. Nastąpił błysk, rozległ się przeraźliwy skowyt.

Oślepiona magiczną przepaską bestia szarpnęła się dziko, próbując ją zerwać i wpadając na stojący obok budynek. Cegły posypały się, dachówki rozprysły na wszystkie strony. Szamoczące się stworzenie rozgniotło martwe ciało, czerwona posoka rozchlapana została dookoła. Hari machnął zamaszyście ręką, a posłuszny mu wiatr z rozpędu wpadł na przeciwnika. Ogromna sylwetka zachwiała się w drugą stronę, uderzając barkiem o następny dom. Wściekły ryk wypełnił uszy trójki, zatrząsł podłożem niczym nadchodzące trzęsienie.

- Confringo! – Czarnowłosy dziedzic wycelował w piętro nad hybrydą, a te rozsadziła głośna eksplozja. Gruzy spadły z potężnym łoskotem na motającą się bez celu postać, łamiąc mniejsze kości czy ześlizgując się z łuskowatej skóry. Raikou rzucił się w jego kierunku, dostrzegając istotną szansę.

Wyminął zgrabnie, choć wolniej niż zwykle, spory blok i doskoczył do stworzenia. Chwycił rękojeść wbitego w łapę kła, jednocześnie posyłając po ostrzu wąskie pasmo podmuchu. Tym razem z łatwością wyszarpnął błoń, którą zaraz wykorzystał. Bestia zwaliła się na niego pyskiem, nie bacząc na oślepienie i wściekle atakując. On zrobił obrót i przejechał jej po umięśnionym gardle ostrą stroną klingi.

Szczeki kłapnęły głucho, zesztywniałe cielsko łupnęło o ulicę wzbijając w powietrze tumany brudu i kurzu. Tańczący, kaszląc i prychając, wycofał się z brunatno-szarej mgły. Na wpół otwarte ślepia w kolorze topazu spojrzały kolejno na każdego z trójki. Z krtani wydobył się bulgoczący chrobot, tęczówki zgasły, zmatowiały.


*Solano - ciepły, wilgotny wiatr wiejący ze wschodu, od Morza Śródziemnego.