A/N: Jedziem dalej z tym jazzem? ;p


XXXVI

Pozornie nic się nie zmieniło od pamiętnej bożonarodzeniowej kolacji u Sue. Dni płynęły podobnie jak przedtem, tyle tylko, że Jack częściej wpadał z wizytą do blondynki, a wychodząc, już nie szukał jemioły, żeby pocałować ją na "do widzenia". Nie potrzebował jej nawet, by powiedzieć porządnie „dzień dobry" i był z tego powodu bardzo zadowolony.

Och, jakieś konkretne ustalenia odnośnie ich związku jeszcze nie padły. Nie było na to zbyt wiele czasu, ale on istniał i powoli rozkwitał, dając obojgu wiele radości i nadziei na przyszłość. Nie musieli się z niczym spieszyć. Żadne z nich nigdzie się nie wybierało i oboje byli pewni swoich uczuć.

Kiedy rodzice Jacka zdecydowali się wykorzystać zaproszenie do restauracji, ich syn zabrał dziewczynki do Sue i cała piątka spędziła cudowny wieczór na wspólnej zabawie, i rozmowach. Dzieci były zachwycone, a kiedy przypadkiem przyłapały rodziców na czułym, acz szybkim pocałunku, zachichotały i zaczęły śpiewać o nich żartobliwe piosenki.

Dorośli zaczerwienili się, ale roześmiali serdecznie.

- Czyli nie macie nic przeciwko?- niepewnie spytała blondynka, gdy siedzieli razem w salonie.

- A wyjdziesz za tatusia, ciociu Sue?- pytaniem odpowiedziała Noni.

- Będziesz naszą nową mamą?- dołączyła Eden.

- Jest zbyt wcześnie, żeby o tym myśleć. Tatuś i ja dopiero się… ummm… poznajemy.- powiedziała panna Thomas.

- Mój tatuś jest w niebie.- wtrącił powoli Noah. Sue powiedziała mu o śmierci ojca, choć szczegóły pominęła, skoro nie pamiętał wypadku.- Chcesz być moim nowym tatusiem, wujku Jack?- dodał.

- Jak powiedziała twoja mamusia, jest jeszcze za wcześnie, ale jeśli chciałbym być tatusiem jakiegoś chłopca, nie wyobrażam sobie innego poza tobą, Noah.- uśmiechnął się Hudson.- Musicie zrozumieć…- zwrócił się do wszystkich dzieci-… że sprawy dorosłych wymagają czasu. Nie zmienia to jednak faktu, że wy nadal jesteście dla nas najważniejsi na świecie. Mama i ja chcemy, żeby nam się udało, ale czasem tak się nie dzieje. Gdyby coś poszło nie tak, gdybyśmy się rozstali, to nic nie zmieni tego, że bardzo was kochamy, że zawsze pozostaniecie dla nas ważni, czy będziemy razem, czy też nie.

- Ale ja bym chciała, żebyśmy byli prawdziwą rodziną.- wyznała nieśmiało Eden.

- Jesteśmy nią, kochanie.- zapewniła Sue.- Nie musimy nosić tego samego nazwiska, by tak było, ponieważ to my sami wybieramy, kogo kochamy i kogo uważamy za członka rodziny.

- Mamusia i ja nie wykluczamy też, że kiedyś się pobierzemy.- dodał brunet.- Jest to jednak poważna decyzja, która wymaga gruntownego przemyślenia i pewności, że chcemy razem spędzić resztę życia. Jeśli ją zyskamy, kto wie? Może kiedyś się pobierzemy!- mrugnął, a panna Thomas się zarumieniła.

Skoro Jack dopuszczał myśl o ponownym małżeństwie, myślał o niej w perspektywicznych kategoriach. Nie przyspieszał jednak niczego, nie naciskał jej, znając historię jej znajomości z Hammondem. Dał jej czas, by go dobrze poznała, by miała pewność, że druga taka zdrada już się nie powtórzy i była mu za to bardzo wdzięczna.

- Niezwykły z ciebie mężczyzna, Jack Hudson.- powiedziała miękko, gdy dzieci skupiły się na grze „Operacja".

- To chyba dobrze.- uśmiechnął się i wziął ją za rękę.

- Uhm.- wymruczała, kładąc mu głowę na ramieniu.- Mam tylko nadzieję, że jestem ciebie chociaż trochę warta.- dodała cicho.

W odpowiedzi zmienił pozycję tak, by widziała jego usta.

- Jesteś warta o wiele więcej, ale jestem samolubny i zatrzymam cię dla siebie, panno Thomas. Tylko idiota pozwoliłby ci odejść.- powiedział miękko.

- Nie mów „hop", Jack. Może znajdziesz we mnie coś, co ci się jednak nie spodoba i mnie rzucisz.- stwierdziła na pół żartem, na pół serio.

- Szczerze w to wątpię, Sue.- odparł stanowczo.- Szczerze wątpię…

Następnego dnia Tara i Sue wybierały się do spa na swoją upiększająco- relaksacyjną sesję, więc Jack zebrał u siebie wszystkie dzieci, łącznie z Holly. Jego matka uwijała się w kuchni, pracując nad noworocznym menu, więc to Sparky, jego ojciec i Bobby mieli za zadanie zająć się maluchami. Było ich trzech, a jednak w starciu z tymi aniołkami, po raz wtóry musieli zdjąć przysłowiowe czapki z głów przed wszystkimi mamami. Może każde z osobna nie byłoby tak kłopotliwe (z wyjątkiem Holly, oczywiście, bo ona przyciągała kłopoty niczym magnes), ale zjednoczone, były siłą, z którą należało się liczyć, nawet jeżeli jedno z nich nadal miało problemy z chodzeniem.

Tym nie mniej „Trzej Muszkieterowie", jak samozwańczo ochrzcili się panowie, z poświęceniem sprawowali powierzoną im pieczę nad żywą gromadką, by nie zawieść zaufania, jakie okazały im obie samotne mamy. Zwłaszcza dla Crasha był to ważny test, który zamierzał zdać wzorowo. Tara musiała wiedzieć, że może mu ufać nie tylko swoim sercem, ale też najcenniejszym skarbem.

Zarówno ona jak i Sue, powróciły późnym popołudniem promienne i wypoczęte. Ich skóra nabrała nowego blasku, włosy błyszczały, paznokcie były idealnie uformowane i pomalowane na sposób francuski (żadna z nich nie przepadała za tipsami i tymi ekscentrycznymi wzorami, które ostatnio stawały się tak modne, preferując w tym względzie elegancką prostotę), a oczy lśniły radością.

- Wyglądasz szałowo, Tara luv!- wyszczerzył się Australijczyk, widząc swoją dziewczynę.

- I tak się czuję, Bobby.- odparła uśmiechnięta panna Williams.- Już nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam czas dla siebie.- westchnęła z ukontentowaniem.

- Tara ma rację.- przytaknęła Sue.- Od dawna nie czułam się równie odprężona.- przyznała i zwróciła się do swojego… chłopaka.- Dziękuję, Jack. To jak gwiazdka z nieba!- dodała i go przytuliła.

- Potrzebowałyście tego, Sue.- uśmiechnął się ciepło brunet.- I niech mi będzie wolno dodać, że pięknie wyglądasz.- dorzucił.- Zresztą, ty zawsze jesteś piękna.- dodał ciszej, ale nie dość cicho.

- No, no! Niezły z ciebie czaruś, Sparky!- zażartował Manning.

- Pilnuj własnego nosa, Crash.- odburknął wesoło jego przyjaciel.

- Wolę pilnować uroczego noska mojej Tary luv.- powiedział bez żenady Bobby.

- A podobno to ja jestem czarusiem!- Jack mrugnął do Sue, a ona zachichotała.

- Cóż…- odparł jego wspólnik.-… jestem facetem o wielu talentach!- wyszczerzył się, rozbawiając wszystkich.

- Czy jeśli to przyznam, głowa jeszcze bardziej ci urośnie, partnerze?- rzucił w jego stronę Hudson.

- Jest tylko jeden sposób, by się tego dowiedzieć, bracie!- odpowiedział szelmowsko Bobby.

- No to może ja spasuję.- stwierdził jego wspólnik.- Ciężko nam będą szły interesy, jeśli sodówka uderzy ci do głowy.

- Gdzie twoje poczucie przygody, Spark?- drażnił się z nim Australijczyk.

- Zostawiłem w innych spodniach.- odrzekł Hudson, wywołując nową falę śmiechu wśród dorosłych.

Dzieci, jak to dzieci, skupione były akurat na bajce, którą nadawała lokalna stacja telewizyjna. Nawet jeśli słyszały fragmenty rozmowy, bardziej interesowali ich animowani bohaterowie. Przynajmniej na razie.

- Jak radził sobie Noah, kiedy mnie nie było?- zapytała Sue po tym, jak wreszcie się uspokoili.

- Dobrze.- odpowiedział jej chłopak.- Głównie bawił się z dziewczynkami, ale też spędził trochę czasu z moją mamą w kuchni.

- Naprawdę?- uśmiechnęła się zdumiona blondynka.

- Owszem.- potwierdził zadowolony.- Początkowo był trochę nieśmiały, ale szybko przełamali lody i Noah pomagał mamie robić przekąski. Poczynił ogromne postępy w rehabilitacji, prawda? Ma stabilniejszy chwyt i mówi coraz lepiej.- zauważył brunet.

- To prawda. Jestem z niego bardzo dumna, Jack.- przytaknęła.- I pomyśleć, że jeszcze niedawno spał snem, z którego według lekarzy nie powinien był się obudzić…

- To silny, wytrwały chłopczyk. Zupełnie jak jego mama.- powiedział czule brunet.- Udowodnił niedowiarkom, że nie wolno nikogo spisywać na straty. Wygrał. Ty również. Może minie jeszcze trochę czasu, nim w pełni wróci do siebie, ale to się stanie, Sue.- dodał.

- Wiem, Jack. Bóg nad nami czuwa. Zawsze czuwał. Nie odbierze mi synka po raz drugi.- stwierdziła z wiarą.- Oddał mi Noah i dał nowe życie, w którym znalazłam ciebie i dziewczynki. Nigdy nie przestanę być Mu za to wdzięczna.

- Zatem jest nas dwoje, Sue.- szepnął.- Zabrał Allie, lecz dał mi kolejną szansę na szczęście. Ciebie.- dokończył i ją pocałował.

- No tak!- rzucił psotnie Bobby.- Jak już raz się ośmielił, to się teraz odkleić nie potrafi od naszej panny Thomas!

- Zamiast tyle gadać, poszedłbyś w jego ślady, Bobby.- zauważył rozbawiony Sam.

- Mam pocałować Sue? Jeszcze mi życie miłe!- zawołał z udawanym przerażeniem.- Poza tym, jestem poniekąd zajęty.- dorzucił psotnie.

- Miałem na myśli raczej Tarę.- sprostował roześmiany pan Hudson.

- W takim razie… tak jest, sir!- zasalutował i wziął się do rzeczy.

- Jemioła, kochanie!- Sam zwrócił się wesoło do swej żony, która przyglądała się temu wszystkiemu z łagodnym uśmiechem..

- Mój drogi, po czterdziestu latach z pewnością nie jest ci potrzebna.- odpowiedziała Ellie i cmoknęła go lekko w usta.- Chodźmy do dzieci. Film się kończy, więc pewnie niedługo będziemy się z nimi żegnać. Chcę spędzić z nimi jeszcze trochę czasu. To takie kochane aniołki.- dodała ciepło.

- Nie mogę się z tobą nie zgodzić, najdroższa, nawet jeśli o mało nie wybiłem sobie przez nie zębów.- powiedział żartobliwie.

- Tak to jest, gdy się nie patrzy pod nogi!- mrugnęła tylko i pociągnęła go pokoju telewizyjnego.- A tak na marginesie… Skoro ja gotowałam, ty zmywasz.- przypomniała jeszcze.

- Tak, kochanie.

TBC