Lucjusz obudził się nagle, kompletnie nie będąc pewnym co tak dokładnie wytrąciło go ze snu. Spodziewał się płaczu dziecka, ale James spał spokojnie – jak nigdy. Natomiast włosy Harry'ego łaskotały go w nos. Nie przypominał sobie, aby kładł się na łóżku. I na pewno nie zrobiłby tego w ubraniu. Jego ciało było całe zesztywniałe, ale bardziej miało to coś wspólnego ze spodniami, których pasek wbijał mu się w brzuch – niż faktem, że leżał wyciągnięty pod dziwnym kątem. Harry zajmował zaskakująco sporo miejsca jak na tak niskiego mężczyznę.
Lucjusz obserwował jego twarz z bliska, nie wiedząc za bardzo czy nie powinien się odsunąć. Jakoś w czasie nocy migrowali w swoją stronę i chłopak trzymał swój policzek oparty o jego ramię. Czuł na obojczyku jego ciepły oddech i gdyby tylko wyciągnąłby dłoń, mógłby go objąć.
James wybrał doskonały moment, aby zacząć płakać, rozwiązując jego problem związany z tym, co powinien zrobić. Podniósł się, budząc przy tym Harry'ego, ale zanim chłopak otworzył oczy – on był już przy łóżeczku.
- Śpij – powiedział tylko, ale Harry ziewnął i przeciągnął się.
Zaczynało świtać i Lucjusz zaczął zastanawiać się jak długo wytrzymają to tempo. Narcyza korzystała z pomocy skrzatów, ale przez pierwsze tygodnie nie spuszczali z Draco oka. Martwili się, że szaleństwo Bellatriks stanie się bardziej widoczne, gdy ich pierworodny pozostanie niepilnowany. Lestrange'owie starali się o własnego potomka od lat i bezskutecznie. Bellatriks zaczynała obwiniać każdego włącznie z samą Narcyzą. Twierdziła, że rzucili na nią klątwę, aby odebrać jej szczęście, które się jej należało.
Osobiście sądził, że tak lojalna służba Czarnemu Panu odbiła się nie tylko na jej zdrowiu psychicznym, ale również fizycznym.
I jedna ze starszych skrzatek zapewne mogła czuwać przy Jamesie, ale jakoś nie wyobrażał sobie, aby ich dziecko miało znajdować się w innym pokoju. Przynajmniej nie teraz, gdy James był tak drobny i bezradny. Wiedział, że jego syn urodził się zbyt wcześnie, ale nie było to aż tak niepopularne. Granger również wydała na świat wcześniaki. Stres związany z wojną i rozwodem musiał się na niej w końcu odbić i robiła wszystko, aby jej dzieci nadrobiły ten czas. Eliksiry, które dodawała do mleka znał doskonale – wzmacniające, z witaminami. Zawsze zastanawiało go jak mugole wychowywali dzieci.
- Świta – powiedział Harry, stając koło niego nagle.
I Lucjusz nie mógł nie zwrócić uwagi na fakt, że chłopak trzymał się prosto, a wcześniejsza bladość znikła prawie całkowicie. Na jego policzkach nadal gościł ten rumieniec tak charakterystyczny dla snu. W zasadzie nawet dostrzegał odbity na skórze Harry'ego wzór, który nieodłącznie kojarzył mu się z fakturą własnej koszuli.
- Świta – potwierdził, zerkając za okno.
Harry stał tak blisko niego, że niemal czuł ciepło jego ciała.
- Pomyślałem… - zaczął chłopak i Lucjusz odwrócił się w jego stronę.
- Tak? – spytał.
Harry wpatrywał się w niego z wyraźną niepewnością. Wzrok chłopaka spoczął na dziecku, a potem znowu na nim.
- Nie możesz spać na fotelu – powiedział w końcu Harry, podejmując najwyraźniej jakąś decyzję. – Wiem, że chcesz się zajmować Jamesem i doceniam twoją pomoc. Jednak cały czas pracujesz. Nie możesz spać na fotelu. A ja nie wiem czy będę w stanie lewitować cię do łóżka – przyznał i na jego policzkach pojawił się rumieniec.
Lucjusz nie był nawet zaskoczony. Nigdy nie lunatykował.
- To łóżko jest spore… - Harry zaczynał się jąkać i to nie było coś, do czego Lucjusz był przyzwyczajony. – Pomyślałem, że… To znaczy… To całkiem racjonalne, ale nie wiem…
- Chcesz, żebym spał z tobą? –spytał Lucjusz wprost.
- Nie w takim sposób – powiedział pospiesznie Harry i wiedział, że usłyszy coś podobnego.
- Nie zrozumiałem cię opatrznie. Proponujesz oddać mi chociaż część mojego łóżka, skoro i tak nie zostawię was samych na noc – odparł, ponieważ to było nawet całkiem logiczne wyjście.
I to nie było tak, że nigdy nie współdzielili posłania. Albo podłogi. Tę część pamiętał nawet całkiem dobrze. I może Harry również o tym myślał, bo chłopak znowu się czerwienił.
Poranki w posiadłości zawsze były chłodne, więc nawet nie był bardzo zaskoczony, gdy zauważył na rękach chłopaka gęsią skórkę. Porzucony szlafrok leżał na jednym z krzeseł.
- Zmarzłeś – stwierdził Lucjusz. – Przykryj się – polecił mu cicho i ku jego zaskoczeniu Harry nie sprzeczał się.
ooo
Kiedy Draco pojawił się w sypialni Lucjusza ponownie, podszedł od razu do kołyski, biorąc Jamesa na ręce. Dziecko nawet nie zapłakało, jakby rozpoznało instynktownie magie. Harry zauważał coraz bardziej, że moc jego syna jakoś dziwnie współgrała z magią posiadłości. I musiało mieć coś wspólnego z pokrewieństwem poprzez krew. I tym bardziej nie zamierzał się wykłócać z Lucjuszem co do wcześniejszych przenosin do posiadłości Potterów.
Jego własna magia zaczynała powoli ponownie do niego śpiewać. Czuł ją pod skórą wyraźnie i to było tak, jakby znowu miał jedenaście lat. Jego zdolności ograniczały się do podstawowych zaklęć, ale nie zamierzał narzekać. Czytał o przypadkach, gdy czarodzieje stawali się charłakami i chociaż nigdy nie przywiązywał wielkiej wagi do swojej mocy – nie wyobrażał sobie jednak życia bez niej.
Wychował się w mugolskim świecie, ale nie byłby w stanie tam wrócić. I nie chodziło jedynie o Dursleyów. Wrósł w czarodziejskie społeczeństwo. To tutaj mieszkała jego cała rodzina, która składała się skromnie z Hermiony i garści ich najbliższych przyjaciół. Z Ginny jeszcze było za wcześnie, ale wierzył w to, że wróci dawna przyjaźń w pełnej mocy. Szczególnie teraz, gdy zaczęła ponownie umawiać się z Deanem.
Nowa miłość leczyła stare rany – chciał w to bardzo wierzyć.
- Hermiona rozmawiała z tobą ostatnio? – spytał Draco i Harry spojrzał na niego zaskoczony.
- A ja myślałem, że wpadłeś z wizytą towarzyską – westchnął, spodziewając się niezbyt przyjemniej rozmowy.
Żałował, że Lucjusz musiał w końcu udać się do Ministerstwa. Spodziewał się, że Malfoy bywał w budynku przynajmniej raz dziennie i pewnie ta dziwna przerwa musiała się wydać wszystkim podejrzana. A nie chcieli przyciągać uwagi. Kolejne zebranie Wizengamotu miało się odbyć za dwa dni i wiedział, że nie jest w stanie się tam pokazać.
Nie czuł się gotowy do zmierzania z całym światem. Lucjusz miał rację w tym, że posiadłość dawała mu pewne poczucie bezpieczeństwa. Im bardziej odzyskiwał własną magię, tym mocniej czuł zaklęcia, które chroniły dom. Posiadłość jego rodziców nie była nawet w połowie tak chroniona, a powinien był zadbać o to lata wcześniej. Zapewne teraz – podczas porodu – uszkodził magiczne fundamenty domu, ale z pomocą własnej krwi byłby w stanie przywrócić dawny porządek, gdyby tylko czuł się dostatecznie dobrze, aby utrzymać w dłoni różdżkę.
- Rozmawiałeś z nią czy nie? – spytał Draco, nie udając nawet, że jest zniecierpliwiony.
Ostatnim razem, gdy miał problemy z Hermioną, krążyli dłużej wokół siebie.
- Draco – zaczął Harry i westchnął ponownie, nie wiedząc nawet co powinien zrobić. – Rozmawiałem z nią o Wizengamocie i o ustawie. Jeśli pytasz jak czuje się Hermiona, to powiedziałbym, że całkiem dobrze. W sumie dzięki waszym skrzatom ma czas w końcu nadrobić ostatnie reformy, które mają zostać wprowadzone. Nie byłbym zaskoczony, gdyby przyszła tutaj za godzinę i powiedziała, że wybiera się na zebranie Rady…
- Idzie – oznajmił mu Draco.
Harry spojrzał na niego trochę zszokowany.
- Rozmawiałeś z nią? – spytał zirytowany. – To po cholerę mnie pytasz?
- Nie przeklinaj przy dziecku – rzucił Draco i wyglądał na zdziwionego samym faktem, że takie słowa wydostały się z jego ust.
Harry uśmiechnął się krzywo, nie mogąc się powstrzymać.
Draco w końcu zbił usta w wąską kreskę i spojrzał na niego marszcząc brwi.
- Rozmawiałem z nią – przyznał ostrożnie chłopak. – Ale ona mnie traktuje jak przyjaciela – dodał.
Harry pokręcił głową, wcale nie był tym zaskoczony.
- I? – spytał, wzruszając ramionami.
Draco natychmiast zaczął wyglądać na bardziej zirytowanego.
- I nie podoba mi się to – powiedział Malfoy. – Potter, czy każesz mi to powiedzieć na głos? Byłem chyba całkiem oczywisty, że…
- Draco, stop – wszedł mu w słowo. – Czego ode mnie chcesz? Żebym powiedział jej, że wszystko jest w porządku i że masz moje błogosławieństwo? Nie masz mojego błogosławieństwa. W zasadzie w ogóle nie powinniśmy byli przeprowadzać tej rozmowy. To z nią powinieneś porozmawiać.
- Myślisz, że nie próbowałem? – spytał Draco, przewracając oczami. – Uparci Gryfoni – rzucił gorzko.
- To było słabe – powiedział Harry. – A najsłabsze jest to, że przyszedłeś do mnie po poradę sercową – uświadomił Draco z całym sarkazmem, na który było go stać. – Naświetlić ci moją sytuację? Jestem sam. Mam dziecko. Z twoim ojcem. Jak ci to wygląda? Na moje zorientowanie w tej branży? – zakpił, nie mogąc się powstrzymać. – Jedyny związek w jakim byłem okazał się fiaskiem, bo umknęło mi podczas wojny, że kochanie kogoś jak siostry, a faktyczne uczucie to dwie różne rzeczy – prychnął.
- Weasleyówna – odgadł Draco i skrzywił się.
- Przypomnę ci, że siostra byłego męża Hermiony. Wiesz, Rona, tego, który jest teraz w Azkabanie – kpił dalej, zerkając na dziecko niepewnie.
Nie wiedział jakich zaklęć używał Lucjusz, ale James nie wydawał się zaniepokojony zmianą tonu ich rozmowy.
- Jeśli sądzisz, że jesteś jedyną osobą, której zaufanie zostało nadwyrężone… - zaczął i urwał sugestywnie.
- Właśnie o tym mówię – powiedział Draco. – Jak je odzyskać? – spytał, jakby Harry posiadał panaceum na całe zło.
I to było po prostu śmieszne, bo tego się nie dało zrobić od tak. Nie było na to zaklęć. A jeśli Draco byłby tak głupi, żeby użyć na niej Obliviate Hermiona pożarłaby go na surowo. Nie musiałby nawet wkroczyć do działania. Potrafiła o siebie zadbać.
- Nie wiem, Draco – przyznał szczerze. – Nigdy nie byłem tak głupi, aby je stracić – dodał.
Malfoy spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Nie dam ci recepty, bo jej nie mam – ciągnął dalej Harry. – Nie wiem też czego ode mnie chcesz. To nie jest coś, w co powinienem się mieszać. I nie będę się mieszał, bo to wasza sprawa. Zepsułeś to i musisz sam to naprawić.
- Ale jak? – spytał Draco i wyglądał na faktycznie zdesperowanego.
A Harry nie chciał mu w kółko powtarzać, że nie wie. Słyszał wyraźnie ich kłótnię i wiedział, że Hermiona częściowo podjęła już decyzję. I może Draco nigdy nie miał tak naprawdę u niej szans. Może nie powinien był w ogóle mieszać się do ich spraw. On w końcu zachęcił Hermionę, żeby dała chłopakowi szansę, żeby sprawdziła, gdzie to doprowadzi. I teraz siedziała zamknięta w drugim skrzydle domu, zapracowując się, po to, aby nie myśleć o tym wszystkim.
Nie wiedział, co było gorsze. Stracone szanse, które jednak istniały – czy te, które im odbierano zanim nadzieja się pojawiała.
Wbrew temu co sądzono nie był urodzonym optymistą. Potrafił racjonalnie spojrzeć na wszystko – gdy tylko został postawiony pod ścianą. A Draco równie dobrze mógł trzymać mu przy szyi różdżkę.
- Wyjdź poza schemat – powiedział w końcu, wzdychając. – Może jak ją coś zaskoczy pozytywnie to nie wydrapie ci oczu, ale ostrzegam cię. Odzyskała moc, więc jeden zły ruch i będziesz mógł zwierzać się Carrowom dlaczego ich życie stało się nagle gorsze – odparł.
Draco zmarszczył brwi, jakby nie do końca rozumiał.
- I, na Merlina, nigdy nie rozmawialiśmy. To jest ostatni raz jak rozmawiam z tobą o Hermionie. Musisz być strasznym nieudacznikiem, żeby przychodzić z tym do mnie – powiedział, chowając twarz w dłonie.
ooo
Amelia zaprosiła go do swojego gabinetu niezbyt subtelnie. Kingsley nie wydawał się zadowolony z tego, że Lucjusz nie znalazł dla niego czasu, ale musiał się z tym liczyć, gdy pojawił się u niego bez zapowiedzi. Godziny, gdy przyjmował interesantów dawno minęły i nikt nie musiał wiedzieć, że nie było go nawet w środku. Jego sekretarka zapewne oparłaby się nawet Legilimencji, gdyby zaszła taka potrzeba.
- Kłopoty? – spytał, zamykając za sobą szczelnie drzwi.
Amelia usiadła na kanapie i skinęła sugestywnie w stronę dzbanka z herbatą.
- Nie, dziękuję – powiedział szybko, rozsiadając się w fotelu.
- Ty mi powiedz czy mamy kłopoty – odparła Amelia, zaskakując go. – Atak na Pottera miał na celu przywrócenie życia Voldemortowi? Wiesz, że istnieje ten śmieszny ruch, który planował zamach od dawna? Dostałeś raporty? – spytała i nie ukrywała nawet drżenia rąk.
- Jest bezpieczny – powiedział spokojnie. – I to są mrzonki. Voldemort nie wróci. Nawet za cenę tego, który go zniszczył. Harry ma jego moc, ale ona nie jest w stanie ożywić tego, co martwe – uświadomił ją cierpko. – To było niezaplanowane i śmieszne. Nie osiągnęli nic, prócz tego, że Biuro Aurorów teraz będzie trzymało pieczę nad całą Doliną Godryka – przyznał. – Jak często pojawiają się tam patrole?
- Kingsley mówił o tym, że są tam cały czas. Podobnie jak na Pokątnej. I dodatkowe zaklęcia ochronne. Nareszcie zaczęli coś robić z dodatkowymi funduszami. Miałam wrażenie, że zbierają pieniądze na złą godzinę – przyznała zirytowana. – Jak mogli włamać się do posiadłości o tym stopniu ochrony, to jest dla mnie niezrozumiałe. Jeśli mogli wejść tam, jeśli mogli włamać się do ciebie…
- Boisz się o Harry'ego czy o siebie? – spytał Lucjusz. – Jesteś Minister Magii, twoja posiadłość jest priorytetowa – przypomniał jej. – Natomiast co do włamania do mojego domu… Krew jest czynnikiem, którego nigdy nie mogłem wykluczyć w barierach. Teraz to nie ma znaczenia, ale Narcyza zginęła tylko dlatego, że Bellatriks była jej siostrą. Nikt nie mógł tego przewidzieć. Nie zamierzam się obwiniać i mam nadzieję, że Draco również tego nie robi.
- Zrobiłeś wszystko co mogłeś – powiedziała Amelia, podnosząc się z kanapy. – Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało… Chodziło mi o to, że jeśli atakowane jest Ministerstwo oraz Harry Potter, kto z nas może czuć się bezpiecznie?
Lucjusz prychnął.
- Czy ktokolwiek z nas może czuć się bezpiecznie? – spytał retorycznie. – Wojna udowodniła nam, że należy spać z różdżkami w dłoniach. I śmierciożercy nie stanowią zagrożenia, ale to nie znaczy, że nie przyjdą po nich kolejni. A wtedy musimy być przygotowani – powiedział.
Amelia zbiła usta w wąską kreskę, jakby nie do końca zgadzała się z tym, co mówił. Albo po prostu jej obawa o środki bezpieczeństwa Ministerstwa sięgnęła granic. Nie chciał wywoływać paranoi, ale miał priorytety i ten jeden raz czarodziejskie społeczeństwo ich nie stanowiło. Jego rodzina musiała być bezpieczna. I to dziecko, jego własne dziecko mogło już za dwadzieścia lat mierzyć się z nowym złem, które budziło się teraz pomimo ich czujnych oczu. Nie chciał, aby Jamesa spotkał los Albusa Dumbledore'a. Nie chciał dla niego takiej przyszłości. I nikt nie mógł się dowiedzieć, że jego własny syn miał stać się nowym Zbawcą. Widział jak traktowano Harry'ego i jak czekano aż chłopak dorośnie.
Wiedział, że Severusa najbardziej mierziło, gdy dorośli przygotowywali się do wysłania nastolatka na pewną śmierć. Do tego nigdy nie powinno było dojść, gdyby ich własne pokolenie nie pozwoliło się omamić.
Wyraz twarzy Amelii szybko się zmienił, gdy przyglądała mu się uważnie. Milczenie przedłużało się i nie bardzo podobał mu się brak reakcji z jej strony.
- Wiesz coś - powiedziała nagle, kompletnie go zaskakując. – Nie byłbyś tak spokojny – dodała.
- Jestem racjonalny – odparł, odczekując odpowiednio długą chwilę.
- Nie – powiedziała Amelia, uśmiechając się krzywo. – Wiedziałam, że dojdzie do chwili, w której będziesz mieć przede mną tajemnice.
- Nie bądź śmieszna. Zawsze miałem przed tobą tajemnice – odparł, nie mrugnąwszy nawet okiem. –Jesteśmy przyjaciółmi i politykami, a nie bratnimi duszami.
Amelia przełknęła ciężko i usiadła z powrotem na kanapie.
- Chcę porozmawiać z Harrym. Kingsley zapewnił mnie, że Potter jest bezpieczny, ale chcę z nim porozmawiać – poinformowała go kobieta.
- Jesteś mile widziana w moim domu. Jak dobrze wiesz. I nie potrzebujesz mojej zgody na rozmowę z nim. Jest zmęczony, ale zdrowy. Powiedziałbym, że dopiero teraz zaczyna czuć się dobrze – przyznał i nie minął się bardzo z prawdą. – I wiedział od Boota o naszej umowie, której nie sfinalizowaliśmy. Byłbym wdzięczny, gdybyś trzymała swoich Niewymownym z dala od mojej osoby.
- Może powinnam wysłać ich za tobą? – spytała z nutką czegoś nieprzyjemnego w głosie.
Nie zdradził jej, ale wiedziała, że przestali być sobie w pełni lojalni. Pozostawali przyjaciółmi, ale pojawiła się granica i sam nie był pewien jak będzie to dalej wyglądało.
- Grozisz mi? – spytał wprost.
- Nie – westchnęła. – Jeśli ty nie grozisz mi.
Skinął tylko głową.
ooo
Harry poprawiał nerwowo swoją poduszkę. James zasnął tak wcześnie, że spodziewał się horroru w nocy. Jego różdżka leżała w gotowości na szafce, a on sam zerkał raz po raz w stronę drzwi. Lucjusz wrócił w fatalnym humorze z Ministerstwa i walczył z sobą czy zapytać mężczyznę wprost czy coś się stało. Oczywiście Lucjusz nie musiał się mu zwierzać, ale jednak to wydawało mu się prawidłowe. I może zajęłoby jego myśli chociaż na trochę.
Do tej pory wieczorami rozmawiali tak długo aż zasypiał. A potem budził się w środku nocy i przykrywał Lucjusza. Teraz nie był pewien czy powinien leżeć w łóżku, gdy mężczyzna wróci do komnat. W zasadzie nie był pewien co Lucjusz zdecydował. Im częściej odtwarzał sobie ich rozmowę w głowie tym mniej z niej rozumiał.
W końcu usiadł na łóżku, gdy jego nogi zaczęły się poddawać i ten moment wybrał Lucjusz, aby otworzyć drzwi.
- Kingsley się o coś dopytywał? Ktoś coś widział? Nie byliśmy zbyt subtelni, gdy wchodziliśmy do posiadłości – zaczął nerwowo podnosząc się niemal natychmiast.
I zamarł, bo Lucjusz na pewno nie miał na sobie dziennej koszuli. Luźne spodnie, zwisały wzdłuż długich nóg i Harry był zaskoczony, widząc go takim. Blond włosy niezwiązane, spływały po jego plecach.
Lucjusz zatrzymał się w pół kroku, zapewne zaskoczony jego nagłym wybuchem.
- Widziałem Kingsleya przelotnie – powiedział ostrożnie mężczyzna. – Rozmawiałem z Amelią – przyznał.
- Panią Minister? – wyrwało się Harry'emu.
- Chce się z tobą spotkać – poinformował go Lucjusz. – Sądzi, że cię przetrzymuję albo ukrywam.
Harry zaśmiał się w pierwszej chwili, ale zdał sobie sprawę, że mężczyzna mówi całkiem poważnie.
- Nie – powiedział jeszcze. – Przecież… - zaczął i urwał. – Nie…
Lucjusz uśmiechnął się krzywo i podszedł do kołyski. Chwilę spoglądał na Jamesa i w komnacie zrobiło się nieprzyjemnie cicho. Harry czuł się dziwnie, stojąc koło łóżka. Wiedział, że powinien coś zrobić i pewnie wygodniej byłoby mu zająć fotel. Nie stałby jak idiota na środku komnat.
- Amelia wie, że coś jest nie tak, ale strzela na ślepo i niczego nie utrafi. Nie będzie zadowolona, ale w końcu da temu spokój, gdy zobaczy, że jej fotel się nie chwieje, a kolejny śmierciożercy nie szturmują Ministerstwa – odparł Lucjusz, odwracając się w jego stronę.
Mężczyzna obszedł łóżko wokół i Harry zerknął jeszcze raz na Jamesa, zastanawiając się ile godzin minie tym razem zanim obudzi się po raz pierwszy. Kiedy spojrzał z powrotem na Lucjusza, ten leżał już wygodnie po swojej stronie z pergaminem w dłoni.
- Śpij, będę czuwał – obiecał mu mężczyzna, nie odrywając wzroku od dokumentu.
