31

Mimo że sam po niego zawołał, przybycie Corteza mąciło Abyssowi humor. Powitał go zwyczajowo i wskazał miejsce. Fabian przyjrzał się perfekcji pokoju i jego wystroju.

– Szkoda byłoby burzyć szlachetną symetrię moją osobą. Postoję, za pozwoleniem.

Nils szanował autentyczny chłód swojego przyjaciela, Nemesisa, ale irytowała go wymuszona powaga i profesjonalne miny generała, które krępowały naturalne skłonności Abyssa do kpiny. A przecież Cortez stanowił całkiem zabawną postać: blady rudy Hiszpan, obrośnięty żołnierz, dyplomata z kolczykiem i ostentacyjnie rozwiązanym krawatem. Tego człowieka widziano wygłaszającego harcerskie morały ze skrętem w ustach. Brzmiało jak idealny materiał na kumpla, gdyby nie tworzył wokół siebie dystansu.

– Cokolwiek – przyzwolił Abyss z niejaką rezygnacją; nieszczególnie liczył na respekt Corteza, zdało mu się nawet, że złapał z jego strony przelotny pobłażliwy uśmiech. – Formalności mnie meczą, zacznę więc od interesów, jakie mam do was – usiadł w objęciach czarnego fotela i zetknął przed sobą dłonie samymi opuszkami palców. – Potrzebuję, żebyście schwytali dla mnie pewnego człowieka. Podam wam jego dokładniejsze namiary. Muszę to mieć załatwione sprawnie i szybko, bardzo szybko. Terminy mnie gonią.

– Będzie zrobione.

– Świetnie. Jest niedaleko, powinniście obrócić w jedną noc. A teraz jeszcze wasza sprawa.

Niecierpliwy, towarzyski, perfekcjonista, jak ojciec. Złośliwy, samolubny, niezależny, jak matka. Mystique byłaby zapewne dumna z wykazywanego przez niego relatywizmu moralnego, w którym przewyższał nawet ją samą. Fabian zamyślił się, kim czas uczyni tego ambitnego chłopca, którego faworyzowała moc i upośledzało pochodzenie. Miał szacunek do odwagi, a może tupetu, dzięki którym ten mały wprosił się w szeregi Czterech Jeźdźców i utrzymywał swoją pozycję. Brakowało mu mentora; popełniał mnóstwo drobnych błędów, z których wyzwalał się powoli, sam o tym nie wiedząc; dostrzeżenie takich momentów za każdym razem rozczulało Corteza. Oto dojrzewał mały drapieżnik, chociaż staremu wyjadaczowi wciąż mógł co najwyżej poszarpać nogawkę. Tak jak on sam za czasów asteroidy Magneto.

– To jak? Zbieracie oddział branek, Cortez? – zapytał Abyss zaczepnie.

– Tak.

Jeździec zrobił zgniewaną minę. Kolejny raz liczył na jakąś zabawną ripostę, komentarz, bodaj sarkazm złoczyńcy... i rozczarował się. Mimo to odzyskiwał dobry humor, bo nie miał zwyczaju rozstawać się z nim na długo.

– Denerwujecie mnie tym swoim… tego, parszywym ponuractwem. I wiecie o tym – zamachał dłonią jak znużony władca, zagłębiając się w oparcie. – Macie oczywiście moje pozwolenie. I błogosławieństwo przy okazji. Nie chcę sobie wyobrażać, co by się tam działo. Po prostu nie chcę, blah! Tylko rozumiecie, Cortez, że w takim układzie znowu nie będę mógł wam zapłacić. Prawie, że sam do tego dopłacam. Jesteście pewni, że nie potrzebujecie pieniędzy na wasze plany zawładnięcia światem? – uniósł brew, młodzieńcza energiczność nie pozwoliła mu usiedzieć w majestatycznej pozie kolejną sekundę i znowu się przemieścił – O co tu chodzi, mogę wiedzieć? Przecież nie o te panienki. I nie jesteście skromni, żeby nie powiedzieć, że za grosz, potrafię to rozpoznać.

– Owszem, nie mylisz się. Obiekty mojej odmiany chciwości kupuje się bez pieniędzy – zdradził Fabian nie pozbywając się zabawnej myśli, że rozmawia z kwintesencją rodziców Nilsa.

– Zaraz! A co się stało z „panem"? – Abyss podskoczył w miejscu, podchwytując nastrój Corteza. Notabene, dziwnym trafem nagle dzisiaj widział na jego twarzy jakiekolwiek odmiany uśmiechu.

– Cóż, PANIE – tylko popatrzył na moment w sufit.

– Nareszcie jesteś arogancki i bezczelny. Takiego lubię cię najbardziej – Abyss wstał rozbawiony i odprowadził go do drzwi. – A teraz, jeśli zechcecie, generale, udajcie się załatwić to, o co prosiłem, dokumenty odbierzecie w moim sekretariacie. Zależy mi na tym, żeby nie uprzedzili mnie ludzie żadnego z Jeźdźców.

– Problemy z zaufaniem?

Chłopak zrobił szybki rachunek sumienia, zanim odpowiedział półgłosem:

– Przydzielili Genoshę mnie, w razie gdyby Magneto udało się ją odbić. Przypisali twoją grupę mnie, żebym kiedy dźgniesz kogoś w plecy to był ja. Nie pozwolę ci na to. I zrobię swoje.


– Dominikus? Nareszcie, o Boże!

Kitty Pride cała roztrzęsiona przyciskała do twarzy mały prowizoryczny zestaw słuchawkowy kryjąc się w ciasnej kabinie toalety. Tak długo wyszukiwała właściwej fali, że zaczynała tracić głowę. Nie było jej już piętnaście minut i jej nadzorcy mogli zacząć się niepokoić. Wieczorem, po tym jak zostali z Piotrem odesłani do apartamentu, rzecz jasna, monitorowanego, natychmiast szukała sposobności skontaktowania się z Avalanche'm.

– Boję się, Dominik, okropnie się boję – szeptała pospiesznie, wśród wyjaśnień, jak została sprowadzona na Genoshę. – Jednym z Jeźdźców Apokalipsy jest dawno zaginiony brat Piotra, nie wiem, czego tak naprawdę od niego chce, czy dodać do kolekcji, czy do armii, ale oboje jesteśmy tu wystawieni jak na dłoni… znaleźli nas w cywilu i wiedzą, że byliśmy X-menami. Wciąż jesteśmy… X-menem nie przestaje się być ot tak, myliliśmy się! Michaił zabiera nas ze sobą na Genoshę, a potem gdzieś, nie wiem dokąd. Do tego Abyss ciągle żyje… nie wiem, ile zostało nam czasu...

Głos zaczął jej się załamywać w słuchawce, więc po swojej stronie Avalanche spróbował ją uspokoić.

– No, no… przestań. Powiadomię Magneto.

Pyro przypatrywał się z naprzeciwka z pogardą, jak próbuje jednocześnie pozostać twardzielem i przekonująco pocieszać. Wkrótce Kitty musiała się rozłączyć. Avalanche zauważył minę przyjaciela dopiero kiedy wstał od stołu, żeby zrobić tak, jak właśnie obiecał.

– Przecież mówiłeś, że już ci z nią przeszło – Pyro założył ręce na piersi.

– Bo przeszło. Co to ma do rzeczy? – żachnął się Avalanche. – Ty byś się nie ruszył dla Wandy?

– Nie, co ty. Nie teraz, kiedy… no wiesz.

– Ale z ciebie szmata – skrzywił się Dominikus, wychodząc. Na progu dodał jeszcze – Jeśli wracam na Genoshę, twoje tchórzliwe dupsko zabieram ze sobą. Nadasz się w sam raz na pierwszy ogień.